Mentionsy

Zbrodnie Prowincjonalne
15.12.2025 17:00

Wampir z Tarnowskich Gór (1981)

Historia zapomnianego wampira z Tarnowskich Gór, który w ciągu kilku dni na początku lat 80. stał się koszmarem kilku kobiet. I mam z tą sprawą jeden zasadniczy problem. Zastanawiam się, czy skazano w niej właściwą osobę.

Jeśli chcesz subskrybować Zbrodnie Prowincjonalne na Spotify i otrzymać dostęp do dodatkowych materiałów, kliknij: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠

⁠⁠⁠⁠https://anchor.fm/zbrodnie-prowincjonalne/subscribe⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠  

Źródła: ⁠⁠⁠⁠⁠⁠⁠https://www.zbrodnie-prowincjonalne.com/post/wampir-z-tarnowskich-gor

Muzyka:

Purple Planet Music - Lazy Days

Creep - Emmit Fenn

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 408 wyników dla "Piotrowi S"

Czy słyszeliście kiedyś o wampirze z Tarnowskich Gór?

Ja jeszcze do niedawna nie.

To chyba najmniej znany z PRL-owskich wampirów.

Dziś w Zbrodniach Prowincjonalnych usłyszycie zatem jego nieco już zapomnianą historię.

Historia zbrodniarza z Tarnowskich Gór, który w ciągu kilku dni na początku lat 80. stał się koszmarem kilku kobiet.

I mam z tą sprawą jeden zasadniczy problem.

Zastanawiam się, czy skazano w niej właściwą osobę.

Zapraszam na zbrodnie prowincjonalne.

Moje plany na listopad były naprawdę ambitne, miało być dużo odcinków, ale najpierw padł mi laptop, który później spędził w serwisie znacznie więcej czasu niż początkowo mi obiecano, więc w czasie trafił się nieplanowany wyjazd, a na koniec jeszcze przeziębienie, więc przez ponad tydzień mój głos i moje gardło się nie nadawały do nagrywania czegokolwiek, co trwało dłużej niż minutę.

No i tak mi umknął cały listopad, nawet nie wiem kiedy, także to tyle wyjaśnień dotyczących tej nieplanowanej przerwy w nadawaniu.

Z dobrych wiadomości mam już zebrane materiały do kilku kolejnych spraw, również takich bardzo mało znanych.

Także na początku przyszłego roku powinno się pojawić sporo nowych, dość obszernych i mam nadzieję ciekawych odcinków.

A tymczasem przejdźmy do dzisiejszej historii i mam nadzieję, że dowiecie się z niej sporo nowych rzeczy, bo przypadek wampira z Tarnowskich Gór to historia praktycznie nieznana.

I już teraz wam powiem, że będę miała bardzo dużo wątpliwości i zastrzeżeń co do wyroku, który w niej zapadł i wcale nie jestem pewna, czy za tę zbrodnię skazano właściwą osobę, właściwego wampira.

W połowie marca 1981 roku w Tarnowskich Górach doszło do serii napaści na kobiety.

Chronologia tych wydarzeń wyglądała następująco.

Rankiem kleryk Adam z kościoła Ojców Kamilianów w Tarnowskich Górach wyszedł do klasztornego ogrodu, który przylega do cmentarza i terenu zakładu pogrzebowego.

Był marzec, ale wiosny nie dało się jeszcze poczuć w powietrzu, nocą temperatura była ujemna i poranek też był mroźny.

Kleryk udał się w kierunku budynku kostnicy i tam zauważył, że drewniana ławka została przesunięta z miejsca, w którym zwykle stała, a pod nią coś leży.

Kiedy się zbliżył, z przerażeniem stwierdził, że są to zwłoki prawie zupełnie nagiej kobiety.

Jej czaszka została rozłupana z taką siłą, że doszło do, jak to fachowo określono w protokole, częściowego wymurzenia.

Duchowni natychmiast wezwali milicję i funkcjonariusze nie mieli większych problemów z ustaleniem tożsamości ofiary, pomimo że przy zwłokach nie znaleziono żadnej torby, ubrań ani dokumentów.

Ale Tarnowskie Góry to przecież nie Nowy Jork.

Dość szybko okazało się, że tej nocy do domu nie wróciła 51-letnia pielęgniarka Dorota.

Poprzedniego wieczoru kobieta uczestniczyła w zebraniu Zarządu Polskiego Związku Niewidomych w Tarnowskich Górach, była współorganizatorką spotkania z okazji obchodów Światowego Roku Inwalidy.

Po zebraniu, które skończyło się dość późno, nikt już jej jednak nie widział, ani nie miał z nią kontaktu.

Oględziny ciała wykazały, że kobieta została pobita, wielokrotnie uderzona kamieniem w głowę, co spowodowało rozległe uszkodzenie czaszki, a następnie zgwałcona.

Światowy Rok Inwalidy nie był świętowany w wersji bezalkoholowej.

Gdyby był, kobieta być może zdołałaby przeżyć, choć raczej tylko wówczas, gdyby udzielono jej natychmiast pomocy.

Kiedy napastnik zostawiał ją w przyklasztornym ogrodzie, prawdopodobnie jeszcze żyła.

Jako, że zostawiono ją na ziemi nagą,

a alkohol we krwi dodatkowo spotęgował działanie mrozu i przyspieszył śmierć.

Wszystko działo się na terenie ciemnego, przyklasztornego parku otoczonego murem, za budynkiem kostnicy.

Trudno o bardziej upiorne miejsce.

Sprawca zapewne wciągnął tam ofiary przez dziurę w ogrodzeniu.

Wszystko odbyło się nocą w odludnym miejscu.

Po ataku nie zostało wiele śladów, milicjanci nie mieli za bardzo czego się chwycić, żeby ruszyć tropem zabójcy.

Jednak jak się okazało, to był dopiero początek.

Koło północy niejaki pan Tadeusz jechał swoją nysą w pobliżu ogródków działkowych na obrzeżach Tarnowskich Gór.

Nagle zauważył, że coś dziwnego dzieje się na poboczu drogi.

Światła jego samochodu oświetliły szamoczącą się parę.

Było dość oczywiste, że kobieta próbuje się wyrwać mężczyźnie, który brutalnie ją szarpie i próbuje wciągnąć do przydrożnego rowu.

Na szosie nie było w zasięgu wzroku żadnego innego auta, w pobliżu nie było też zamieszkanych zabudowań, sytuacja była więc dość niebezpieczna.

Jednak widząc przerażenie kobiety, pan Tadeusz postanowił pomimo tego się zatrzymać.

Wtedy kobieta natychmiast rzuciła się w stronę Nysy, podczas gdy mężczyzna zareagował dokładnie odwrotnie, to znaczy rzucił się do ucieczki w zupełnie przeciwnym kierunku.

Kobieta miała posiniaczoną, poranioną twarz, była przerażona.

Nie było wątpliwości, że tej nocy spotkało ją coś strasznego.

Pan Tadeusz zawiózł ją więc prosto na komisariat MO.

Kobieta miała 32 lata, nazywała się Bożena i mieszkała w jednej ze starych kamienic przy ulicy Piastowskiej.

Ulica Piastowska to wąziutka wyłożona kocimi łbami uliczka odchodząca od rynku w Tarnowskich Górach.

Swojego oprawcę spotkała właśnie tam, na klatce schodowej swojej kamienicy.

Zagrodził jej drogę na schodach, a następnie uderzył kilka razy pięścią w twarz.

Kiedy kobietę zamroczyło po tych uderzeniach, zaciągnął ją na sąsiednią ulicę w jakiś ciemny zaułek i tam zgwałcił.

Ale jeśli sądzicie, że tym się zadowolił, to nic bardziej mylnego.

Odczytam wam z akt, co nastąpiło później, bo nawet opisane tym suchym, urzędowym językiem, to brzmi absolutnie druzgocąco.

Nie ma sensu próbować jeszcze dodawać temu dramatyzmu.

Po czym zaprowadził ją do parku i polecił jej zdjąć majtki i podnieść spódnicę.

Idąc za nią, onanizował się, a gdy kobieta usiłowała zbiec na teren pobliskiego cmentarza, uderzył ją pięścią w twarz i prowadził w kierunku ogródków działkowych.

Przechodząc obok latarni, okazał jej dowód osobisty, w którym odczytała nazwisko S.

Bożena chciała zatrzymać przejeżdżający w tym czasie samochód, lecz S przeszkodził jej w tym.

Dopiero następny samochód zatrzymał się, a jego kierowca zabrał pitą i kopaną wówczas kobietę i zawiózł do miejscowej komendy MO.

Nasuwa mi się kilka rzeczy, ale na razie powiem o jednej, a do reszty nawiążę później.

Teraz chciałam powiedzieć, że dla mnie jest absolutnie przerażające, że on był w stanie wlec te kobiety ze sobą przez całe miasto, bo przecież wszystko się zaczęło prawie przy rynku, a ostatecznie jej się udało uciec gdzieś przy jakichś działkach, przy wylotówce.

Szli więc pod oknami, ulicami miasta.

Jak bardzo puste, ciemne i przerażające musiało być to miasto nocą, skoro przez kilka kilometrów nie znalazł się nikt, kto by mógł jej pomóc.

Nikt, kto by usłyszał jej krzyki, kto by zobaczył, jak się nad nią pastwi.

Nie mijał ich żaden samochód, żaden przechodzień.

Tego nie wiem, ale ta upokarzająca droga ulicami Tarnowskich Gór wywołuje u mnie ciarki obrzydzenia i mam ochotę od razu iść wziąć prysznic.

Mężczyzna groził jej oczywiście, że ją zabije, jeśli będzie krzyczała, wzywała pomocy, dlatego zapewne na początku kobieta mu się podporządkowała i mogła tej pomocy w ogóle nie wzywać, szczególnie jeśli na ulicy nie było nikogo, kto by mógł jej pomóc i mogłaby liczyć tylko na to, że ktoś może wyjrzy przez okno czy wyjdzie z jednego z domów.

Kiedy usłyszę jej krzyki, a to było zbyt ryzykowne, lepiej było zaczekać na moment, kiedy to prawdopodobieństwo uzyskania pomocy będzie największe, no i ta strategia być może uratowała jej życie.

Bożena była już bezpieczna na komendzie, odebrano od niej zeznania, poddano ją badaniu lekarskiemu, ale napastnik nadal pozostawał na wolności.

Kilka godzin później, koło godziny 4.30 nad ranem, w pobliżu klasztoru ojców Kamilianów, a więc tam, gdzie zaatakowana została Dorota, do domu wracała Regina.

Wysiadła z autobusu z Bobrowik do Tarnowskich Gór i właśnie szła do swojego mieszkania przy ulicy Szarej.

Na Bydgoskiej w pobliżu kościoła została zaatakowana od tyłu.

Ktoś uderzył ją pięścią w głowę i szyję, a kiedy upadła, dalszym biciem i groźbami doprowadził ją do stanu bezbronności, jak to się formalnie określa, i zmusił do odbycia stosunku.

Kiedy było po wszystkim, zaczął ją straszyć, opowiadać o swoich wcześniejszych kryminalnych dokonaniach i grozić, że zamierza zabijać kobiety.

Regina zdołała go jakoś przekonać, że nikomu nie powie, nie zgłosi się na milicję, dała mu 50 złotych i mężczyzna ostatecznie pozwolił jej odejść wolno.

Z tą ofiarą mam największy problem, bo o niej i ataku na nią wiadomo bardzo niewiele, właściwie tylko tyle, ile wam właśnie powiedziałam.

Już pomijam, że w uzasadnieniu raz jest nazywana Renatą, a raz Reginą, więc nie wiem z całą pewnością, jak ostatecznie miała na imię.

Nie znamy jej wieku, nie znamy dokładnego miejsca tego ataku, bo jest mowa o tym, że doszło do niego przy torach kolejowych, ale też, że przy kościele Kamilianów.

Tam te tory i stacja kolejki faktycznie są niedaleko od siebie, no ale są to jednak różne miejsca.

Nie jest tam powiedziane tak dokładnie, jak w przypadku tej pierwszej zbrodni, że została wciągnięta tam przez dziurę w murze na teren tego ogrodu przyklasztornego.

No tak naprawdę opis tej napaści jest bardzo pobieżny, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych, które podają.

Konkretne miejsca.

Trzy dni, trzy zaatakowane kobiety w mieście liczącym niespełna 60 tysięcy mieszkańców.

Nic dziwnego, że w Tarnowskich Górach zapanowało przerażenie.

Tarnowskie Góry to miasto położone na północnym krańcu Górnośląskiego Okręgu Przemysłowego, historycznie na Górnym Śląsku.

I historia miasta, jak to na Śląsku, związana jest z wydobyciem.

Najpierw ród srebra, ołowiu, a później to również cynku.

Także przez wiele wieków miasto dobrze się rozwijało.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości i po plebiscycie w 1922 roku miasto włączono ostatecznie do Polski, choć w samych Tarnowskich Górach mieszkańcy miasta w prawie 85% opowiedzieli się za Niemcami.

Ale zdecydowały głosy mieszkańców całego powiatu, wśród których większość chciała przyłączenia do Polski.

Początek XX wieku nie oprzedł się jednak łaskawie z tarnowskimi górami.

Na początku wieku wyczerpały się zasoby ród i zakończyło się wydobycie kruszcu, co sprawiło, że miasto straciło swoje dawne znaczenie.

Po II wojnie światowej nastąpił tu jednak dość intensywny rozwój gałęzi przemysłu.

Także w PRL-u, kiedy się toczyła ta historia, Tarnowskie Góry były miastem dającym pewne możliwości, oczywiście jak nauczyciel.

ówczesne czasy, dawało pracę, miało również własne tradycje związane z historią wydobycia srebra.

Z mroczniejszych spraw to Tarnowskie Góry znajdują się wysoko, bo na sstym miejscu w dość niechlubnym rankingu miast w Polsce z największą liczbą przestępstw przeciwko życiu i zdrowiu stwierdzonych na tysiąc mieszkańców.

Na tym sstym miejscu egzekwo jest całkiem sporo tych miast, ale Tarnowskie Góry są w tym gronie.

No i też Śląsk i Zagłębie zasłynęły w PRL-u jako miejsce brutalnych zbrodni i przestrzeń działania seryjnych morderców właśnie w liczbie mnogiej.

Dlaczego akurat tam nastąpiła taka kumulacja?

Można by się nad tym pewnie długo zastanawiać i dyskutować.

Takich prób wyjaśnienia tego zjawiska zresztą było już trochę.

Nie chcę się przy tym za długo zatrzymywać, ale tak, żeby tylko nakreślić sytuację i sobie dobrze ten klimat wyobrazić.

W latach 1966-67 Bogdan Arnold, nazywany Władcą Much, zamordował cztery kobiety, a ich ciała ukrywał w swoim mieszkaniu w centrum Katowic.

W latach 1974-1982 Joachim Knychała, wampir z Bytomia, zamordował pięć kobiet i zaatakował jeszcze kilka.

W latach 1981-1983 Mieczysław Zub, nazywany też Fantomasem, były funkcjonariusz milicji, mordował i wykorzystywał seksualnie kobiety.

A zaledwie kilka lat przed tymi wydarzeniami, o których dziś wam opowiadam, Śląsk i Zagłębie pochowały swojego najsłynniejszego wampira, Zdzisława Marchwickiego.

Dziś oczywiście jest wiele wątpliwości co do tego, czy to Marchwicki w rzeczywistości był tym wampirem z Zagłębia,

I pojawiło się w ciągu ostatnich dekad wiele faktów i odkryć, które ówczesną narrację bardzo mocno podważają, ale my dzisiaj nie o tym.

To, co chciałam, żeby tu wybrzmiało, to to, że tamte okolice Sosnowiec, Katowice, Będzin, Bytom w latach 60. stały się przestrzenią, w której doszło do serii brutalnych gwałtów i morderstw, których ofiarami były przede wszystkim kobiety.

Niezależnie od tego, czy stał za tym jeden sprawca, czy kilku, wśród mieszkańców, w szczególności wśród mieszkanek, zapanowało poczucie zagrożenia, dużo lęków, dużo opowieści, plotek, domysłów, również takich, że być może Marchwicki to nie był wcale ten morderca, którego wszyscy szukali, albo, że za tymi atakami nie stała tylko jedna osoba i że w zagłębiu nadal może grasować wampir.

I ostatnim chyba, czego potrzebowała lokalna społeczność, a tym bardziej lokalne władze, była wiadomość, że w okolicy znów dochodzi do brutalnych napadów na kobiety.

A Tarnowskie Góry od Będzina, w którym doszło do większości zabójstw popełnionych przez wampira z Zagłębia, czy też przypisywanych wampirowi z Zagłębia, dzieli zaledwie kilkanaście kilometrów.

Także skojarzenia z tamtą sprawą były natychmiastowe i wywoływały najgorsze wspomnienia, budziły dawne lęki.

Dla wszystkich było więc jasne, że wampira trzeba jak najszybciej złapać.

W przeciwnym razie żadna kobieta nie będzie się czuła bezpiecznie na ulicach Tarnowskich Gór.

I złapano go, choć to w jaki sposób tego dokonano budzi u mnie szereg wątpliwości.

O zatrzymaniu wampira z Tarnowskich Gór Trybuna Robotnicza pisała następująco, powołując się na oświadczenie kapitana Lucjana Mierzwy z Komendy Okręgowej MO.

Do aresztowania doszło w Strzybnicy w dość nietypowych okolicznościach, jak twierdził Mierzwa.

Dochodziła godzina jedenasta, gdy wraz z funkcjonariuszem KMMO z Tarnowskich Gór wszedłem do domu jego szwagra.

Kątem oka spostrzegłem stojące pod oknem przykryte płaszczami wyrko.

Przypadkowo przeciągnąłem ręką po owych płaszczach i tak trafiłem na Piotra.

Dla mnie ta historia brzmi bardzo podejrzanie, ale niech tam przyjmijmy na razie, że to, jak opisała to Trybuna Robotnicza, to rzeczywiście było prawdą.

I powiedzmy sobie o tym, kim był Piotr, znaleziony pod tymi płaszczami na wyrku, bo to chyba ten moment, w którym należałoby go bliżej przedstawić.

Piotr miał 26 lat i pracował w wojewódzkim przedsiębiorstwie produkcji betonów w Strzybnicy koło Tarnowskich Gór.

O Piotrze nikt by raczej nie powiedział, że był dobrym chłopakiem, który zawsze mówił dzień dobry i przeprowadzał staruszki przez ulicę.

Myślę, że żadna staruszka nie chciałaby zostać przez niego przeprowadzona.

Pewnie by przy okazji próbował jej wyrwać torebkę albo wepchnąć ją pod autobus.

Piotr sprawiał kłopoty od najmłodszych lat.

Jako trzynastolatek trafił do zakładu poprawczego, w którym przebywał do 17 roku życia.

Nie wiem ile jest przypadków, w których zakład poprawczy realnie kogoś zmienił na lepsze i ilu wychowanków takich placówek staje się przykładnymi przestrzegającymi prawa obywatelami.

Moja perspektywa jest oczywiście zaburzona, bo zawsze kiedy w tym podcaście pojawia się taka osoba, to mówię o niej dlatego,

że kogoś zabiła albo zgwałciła, albo zrobiła coś równie obrzydliwego, a nie dlatego, że przeszła przemianę i już nigdy nie popełniła żadnego wykroczenia ani przestępstwa.

Także z mojej perspektywy te placówki w ograniczonym zakresie pomagają młodym wyjść na ludzi, jak to się mówi.

No ale być może są też jakieś takie bardziej pozytywne przykłady.

W każdym razie Piotr od razu po opuszczeniu poprawczaka utrzymywał kontakty z marginesem społecznym, jak to określano, w aktach nadużywał alkoholu i wdawał się w różne awantury, z których część kończyła się interwencją milicji.

Jeśli chodzi o rodzinę Piotra i warunki, w jakich przebiegało jego dzieciństwo i młodość, to posłuchajcie, co on sam miał na ten temat do powiedzenia, bo tak sskłada, że dysponujemy opisem sporządzonym przez niego własnoręcznie.

Miałem 16 lat, kiedy utraciłem z domem kontakt na skutek nieporozumień rodzinnych, w wyniku których zmuszony byłem zerwać z domem.

Do rodziny miałem żal za pozbawienie mnie pełnych praw członka rodziny, w wyniku czego musiałem decydować mimo młodego mego wieku o sobie sam i utrzymywać się z pracy rąk własnych.

Dzieciństwo i wczesną młodość miałem ciężką, lecz przeżyłem je z podniesionym czołem.

Co prawda w moim życiu były momenty, które w zrozumieniu kodeksu są karalne, jednakowoż byłem młody i skłócony z życiem.

Po wyjściu z poprawczaka długo się wolnością nie nacieszył.

W ciągu kolejnych dwóch lat dopuścił się całej masy wykroczeń i przestępstw.

I za to wszystko sąd skazał go na karę łączną 6 lat pozbawienia wolności.

W więzieniu Piotr też się nie hamował.

Był karany dyscyplinarnie 38 razy, ale chyba się zorientował, że to go do niczego nie doprowadzi, więc w końcu przestał sprawiać problemy, dzięki czemu został zwolniony warunkowo po odsiedzeniu 4 lat.

Nie wiem, czy ktoś wierzył w jego poprawę, czy po prostu stwierdzili, że nie ma znaczenia, kiedy go wypuszczą, bo i tak zaraz coś odwali i wróci za kratki, więc równie dobrze można go od razu zwolnić.

W każdym razie okazuje się, że nawet mając 38 kart dyscyplinarnych na koncie, można było wyjść za dobre sprawowanie.

Na wolności znalazł się w październiku 1980 roku i jak to uroczo określono w jego aktach, po wyjściu na wolność odnowił kontakty ze środowiskiem pijackim.

Myślam się, że za tym szumnym określeniem stoi taka scena, że wyszedł z więzienia, przyszedł pod sklep, gdzie siedzieli już jego nawaleni kumple.

Oni powiedzieli, on odpowiedział, no, a potem wszyscy zemdleli z przepicia i już kontakty były odnowione.

No ale wiadomo, że tak by tego w aktach prokuratury opisać nie było można.

W Polsce Ludowej utrzymanie pracy nie było trudne.

Nawet ktoś taki jak Piotr mógł zostać zatrudniony i utrzymać pracę pomimo intensywnych epizodów alkoholowych.

No i teoretycznie Piotr był zatrudniony w betoniarni w Strzybnicy pod Tarnowskimi Górami i wszystkie zarobione tam pieniądze wydawał właśnie na alkohol.

W połowie marca przez kilka dni jakoś mu się nie udało do tej pracy dotrzeć.

14 marca 1981 roku zaczął pić już od samego rana.

Ostatnim lokalem, w którym był widziany, było pod Lipami w Tarnowskich Górach.

Wyszedł stamtąd o godzinie 22 i przez pewien czas krążył po ulicach miasteczka bez konkretnego celu.

To wtedy miał też zauważyć swoją ofiarę.

Po popełnieniu zbrodni zabrał jej ubrania oraz torbę z zakupami spożywczymi i zaniósł do swojego mieszkania przy ulicy Karłuszowiec w Tarnowskich Górach i tam położył sspać.

Jak się już wyspał, znów ruszył w miasto, znów się upił i tym razem został wieczorem zatrzymany za zakłócanie porządku,

Z aresztu wypuszczono go rankiem następnego dnia, czyli 16 marca, no więc musiał jakoś odreagować noc na dołku, poszedł się napić z kolegami w związku z tym.

Trzeci dzień pod rząd i po opuszczeniu towarzystwa około godziny 23 zauważył wracającą samotnie do domu Bożenę.

No i to, jak ją potraktował, to już wiemy, natomiast jeśli chodzi o to, co zrobił później, po tym jak kierowca Nysy zatrzymał się i uratował kobietę przed Piotrem, to w Trybunie Robotniczej opisano to następująco.

Piotr, domyślając się, że pojechał na milicję, biegiem udał się przed budynek KM MO w Tarnowskich Górach, wdrapał się na okno dyżurki.

Przypuszczenia okazały ssłuszne.

Postanowił wrócić do domu.

Zdążył się jednak schować.

Po odjeździe funkcjonariuszy wszedł do mieszkania.

Zaczął się ubierać.

W każdej chwili mógł zostać aresztowany.

Na ulicach miasta było pusto.

No i wkrótce potem spotkał Reginę.

Nie rozumiem kompletnie o co chodzi z tym wdrapywaniem się na okno dyżurki.

Czy chciał podsłuchać?

Czy go szukają?

W aktach nie było o tym wdrapywaniu się na okno dyżurki ani słowa.

Tylko, że wrócił do mieszkania i zaczekał do odjazdu milicji.

Nie wiem skąd wzięła się ta informacja.

Ale to nie jest jedyna dziwna rzecz, która zwróciła moją uwagę.

Jak pewnie pamiętacie w tym fragmencie, który wam nieco wcześniej zacytowałam, znalazła się informacja, że gwałciciel pokazał swojej ofierze, swojej drugiej ofierze, bożenie, dowód osobisty i że kobieta zapamiętała jego nazwisko.

Bo prawdę mówiąc, nie wiem jak wam, ale mnie się to wydaje zachowaniem kompletnie od czapy.

I gdyby to był film, to byśmy powiedzieli, że to było rozwiązanie zagadki w stylu Deus Ex Machina.

Jak gdyby scenarzyście nie chciało się za bardzo wysilać i sięgnął po najprostszy sposób, żeby doprowadzić do ujawnienia tożsamości mordercy.

W stylu, scenarzysta force wziął, potem zaczął pić.

I to już po tym, jak swoją ofiarę wykorzystał i steroryzował, bo jeszcze mogłoby to mieć jakiś sens, gdyby na przykład chciał wzbudzić jej zaufanie na początku, skłonić ją do tego, żeby dokądś tam z nim się udała.

mógł próbować jakąś bajerę jej wcisnąć i dla uwiarygodnienia jej pokazać swój dokument tożsamości.

No ale on się w takiej subtelności nie bawił, tylko od razu ją znokautował, więc po co jej miał później pokazywać dowód?

Pierwsza jest taka, że był zupełnym świrem, miał ujemny iloraz inteligencji, może był naćpany albo pijany i nie skojarzył ze sobą faktów, że jak się wylegitymuje swojej ofierze, to ona będzie mogła go wskazać milicji.

Druga jest taka, że jak niektórzy gwałciciele i mordercy miały swego rodzaju dysonans, jakieś wyrzuty sumienia i gdzieś tam podświadomie chciał zostać schwytany, bo wiedział, że nie będzie już w stanie się powstrzymać.

Nie do końca w taką teorię wierzę, no ale jakaś tam szansa jest.

Trzecia możliwość, to nie był jego dowód, żeby zmylić funkcjonariuszy, którzy będą go ścigali, pokazał swoje ofierze dowód innego mężczyzny, mając nadzieję, że w ten sposób za jego przestępstwa odpowie ktoś inny, a nawet jeśli nie odpowie, to przynajmniej na jakiś czas wpuści milicję na lewe sanki, dzięki czemu on sam będzie miał możliwość się ukryć.

I czwarta opcja, którą widzę jest taka, że to wszystko się nie wydarzyło i że te historie z dowodem wymyślili milicjanci, którym brakowało dowodów na to, że właśnie Piotr S. był sprawcą gwałtu na Bożenie, dlatego poinstruowali ofiarę, żeby wskazała właśnie to nazwisko, żeby zaznała, że widziała tamtej nocy jego dowód, dzięki czemu prokuratura miała podstawy do postawienia mu zarzutów w tej sprawie.

A wiadomo, że już 16 marca, około godziny drugiej w nocy, milicja była pod jego domem i czekała na niego, ale on się nie zjawił.

Później ustalono, że Piotr wracając do domu miał zobaczyć radiowóz i w ukryciu odczekał, aż funkcjonariusze odjadą.

Skąd w takim razie milicjanci wiedzieliby, pod jaki adres się udać i kogo szukać, gdyby Bożena nie podała im nazwiska swojego oprawcy?

A skoro go nie znała, to skąd mogłaby znać jego dane?

Musiałaby widzieć jego dokumenty.

Bo biografia Piotra, jak mogliście się przekonać, z całą pewnością uprawdopodobniała go jako sprawcę.

Milicja miała go w swoich kartotekach jako więźnia na zwolnieniu warunkowym skazanego za gwałt.

W takiej sytuacji, kiedy w mieście doszło do zbrodni na tle seksualnym, a sprawca pozostaje nieznany, pierwsze co robi policja, czy wtedy milicja, to sprawdzenie rejestru przestępców seksualnych z tego regionu.

W pierwszej kolejności recydywistów i tych na zwolnieniu warunkowym.

To nie jest żadna wiedza tajemna.

Policjanci sprawdzają, czy te osoby przebywają w miejscu zamieszkania, sprawdzają ich alibi i tak dalej.

Jak nie ma innych punktów zaczepienia świadków i tak dalej, no to jest to jedna z pierwszych rzeczy, jakie można zrobić.

I w wielu przypadkach może to rzeczywiście doprowadzić do sprawcy jakiegoś przestępstwa.

Domyślam się, że w Tarnowskich Górach liczba przestępców seksualnych przebywających na zwolnieniu warunkowym nie była jakaś wielka.

Nie jest to wielka metropolia.

I tu trzeba przypomnieć jeszcze jedną rzecz, o której już wspomniałam.

15 marca po tym, jak została zamordowana Dorota, Piotr robił to co zwykle w ostatnim czasie, czyli upijał się na mieście z kolegami albo i bez kolegów i w nocy został zatrzymany przez funkcjonariuszy MO za zakłócenie ciszy nocnej i trafił na tak zwany dołek, gdzie spędził noc z 15 na 16 marca.

Wiedzieli, że afanturował się po pijaku na mieście tego samego dnia, którego nieco wcześniej znaleziono złoki zamordowanej kobiety.

Zwolniono go z aresztu 16 marca rano, a tej samej nocy doszło do ataku na Bożenę.

Totalnie dziwnego ataku z tą pielgrzymką przez całe miasto, z tym przemarszem wzdłuż szosy, w świetle samochodowych reflektorów, podczas którego to przemarszu gwałciciel miał...

się przed kobietą wylegitymować i już po chwili milicyjne radiowozy stały pod jego domem,

Tyle, że nie zastały go na miejscu, a on zamiast uciekać, dopuszcza się kolejnego gwałtu i wypuszcza swoją ofiarę wolno.

Wiedząc, że milicja zna jego nazwisko, że wylegitymował sswojej poprzedniej ofierze i milicja dwie godziny wcześniej przyjechała do niego do mieszkania.

Oczywiście Piotr przez wszystkie te dni był nieustannie na bani, więc jakoś przesadnie jasno zapewne nie myślał.

Ale trzeba powiedzieć, że przy zabójstwie Doroty myślał dostatecznie jasno, żeby zabić ofiarę, pozbyć się wszystkich dowodów,

No i tu właśnie dochodzimy do takiej kwestii, o której bardzo chętnie bym się czegoś dowiedziała od psychologa kryminalnego albo profilera, bo zauważyliście pewnie, że tendencja przy tych zbrodniach jest dokładnie odwrotna od tej, z którą mamy zwykle do czynienia.

Zazwyczaj słyszymy o tym, że seryjni zbrodniarze stają się coraz bardziej bezwzględni z każdą kolejną zbrodnią.

Gwałciciele, którzy zostali schwytani albo niewiele brakowało, żeby zostali złapani,

zabijają później swoje ofiary, żeby nie mogły ich wskazać.

No i to sstało w przypadku tej pierwszej ofiary z marca 1981 roku.

To znaczy w stosunku do tej pierwszej ofiary Piotra sprzed kilku lat, za którą dostał tam tych sześć lat więzienia.

No teraz jakby można powiedzieć, że nastąpiła eskalacja i tym razem już zabił.

I o ile pierwsze dwie napaści były niewątpliwie bardzo brutalne, sadystyczne, takie upokarzające, o tyle trzecia wydaje się, że była z nich najmniej brutalna, przynajmniej z tych jakichś takich ograniczonych informacji, które mamy dostępne.

Była brutalna, no bo gwałt z zasady jest przemocą, więc jest brutalny, ale przy tej trzeciej napaści gwałciciel po zaspokojeniu swoich rządz

Niczego więcej nie chciał, nie próbował porwać swojej ofiary, nie próbował jej zabić, nie pastwił się nad nią.

Jestem ciekawa, czy znają są przypadki takiego regresu, który następuje podczas serii gwałtów, że te sadystyczne skłonności zamiast eskalować, to się zmniejszają.

Nawet w opinii biegłych, która znalazła się w aktach tej sprawy, trafiłam na taki fragment.

Odchylenie seksualne nazywane sadyzmem jest odchyleniem, które stopniowo ewoluuje i może prowadzić poprzez eskalację silniejszych bodźców do stanu, który zarówno w medycynie sądowej, jak i psychiatrii ma nazwę mordów z lubieżności.

Z naszego doświadczenia wiadomo, że istotnie do takiej eskalacji dochodzi.

No ale jakie eskalacji?

Przecież tu było przeciwieństwo eskalacji.

Najbrutalniej została potraktowana pierwsza ofiara.

Do tego jeszcze, zwróciłam uwagę w artykule w Trybunie Robotniczej, było napisane, że na koniec gwałciciel krzyknął do Reginy, łamane przez Renaty, słuchaj, nigdy tego nie robiłem, ale nadszedł czas, iż będę mordował kobiety.

No i tutaj znowu, zakładając, że jest to prawda, co napisano w Trybunie Robotniczej, bo może nie być, ale zakładając, że jest, no to też pojawiają się takie małe znaki zapytania, bo skoro chciał nastraszyć Reginę, żeby nikomu nie powiedziała o gwałcie, to czemu twierdził, że jeszcze nikogo nie zabił?

Czemu nie powiedział, że przedwczoraj zabił jedną kobietę w tym samym miejscu i ją też zabije, jeśli zgłosi to na milicję?

To by silniej chyba mogło podziałać na wyobraźnię, niż to, że jeszcze nikogo nie zabiłem.

Także reasumując, zastanawiam się, czy te wszystkie trzy napaści w ogóle były dziełem jednej osoby, bo one się jednak odbyły w różny sposób.

Są jakieś tam podobieństwa, ale one są inne.

Czy też milicja, żeby sobie ułatwić zadanie, od razu sskupiła na recydywiście, który przynajmniej od kilku dni nie zdołał wytrzeźwieć i sam nie do końca pamiętał, co się z nim działo w czasie, kiedy doszło do zabójstwa i do gwałtów.

Takiej osobie, która była pijana lub pod wpływem narkotyków, funkcjonariusze potrafią bardzo skutecznie wmówić, że coś zrobiła, tylko tego nie pamięta, bo była nietrzeźwa.

Pamiętajcie, że policjanci, a tym bardziej milicjanci, mają prawo kłamać podczas przesłuchań.

Nie jest...

Mogą ci powiedzieć, no przecież ten i ten cię widział, jak to robiłeś, właśnie zeznał, że to widział, byłeś pijany, nie pamiętasz tego, ale tak było, mamy nagranie, jak to robisz i w rzeczywistości nikt cię nie widział, nikt niczego takiego nie zeznał, nie ma żadnego nagrania, ale oni mogą ci

Tak powiedzieć, żeby sprawdzić twoją reakcję i wydobyć zeznania.

I ludzie często dziwią się, że ktoś się przyznał do czegoś na przesłuchaniu, a potem to odwołał.

No to skoro się przyznał, no to na pewno to zrobił, bo inaczej by się przecież nie przyznawał, to nie ma sensu.

A potem uprawnik doradził po prostu, żeby to odwołał.

Ale może być też tak, że policja zrobi komuś taką wodę z mózgu, że przez moment sam będzie wierzył, że jest winny.

No a za PRL-u to tu jeszcze te metody mogły być dużo mniej etyczne niż dzisiaj, a milicjanci mogli czuć się zupełnie bezkarni.

Chcę tu podkreślić, że nie mam większego sentymentu do samego Piotra.

Nie brzmi on jak ktoś, komu należy ssympatia i współczucie.

Był gwałcicielem, był za to już ukarany, na pewno zasłużył sobie na wszystkie podejrzenia, które na niego padły.

Całym swoim dotychczasowym życiem udowadniał, że nie chce być po jasnej stronie mocy.

Także moje wątpliwości nie wynikają z tego, że Piotr mi się wydaje nieprawdopodobnym sprawcą, wręcz przeciwnie, wydaje mi się bardzo prawdopodobnym sprawcą.

Tylko dlaczego te gwałty, do których dochodziło dzień po dniu, miały tak skrajnie różny przebieg?

Dlaczego zamiast eskalować, stawały się coraz mniej brutalne?

I dlaczego gwałciciel miałby na ulicy zaraz po gwałcie pokazać ofierze własny dowód osobisty z naciskiem na własny?

Te trzy kwestie nie dają mi spokoju w związku z tą sprawą, choć niewykluczone, że istnieją jakieś logiczne wyjaśnienia dla każdej z nich, tylko po prostu nie udało mi się do nich dotrzeć.

Co do samego Piotra, to on w sądzie do żadnej z tych zbrodni się nie przyznawał, choć rzekomo przyznał się częściowo podczas przesłuchania, ale później to odwołał.

W jednej z notatek zostało to określone w ten sposób.

W zasadzie przyznał się do wszystkich tych przestępstw, chociaż wyznania jego nie są konkretne.

Tak naprawdę Piotr przez cały czas twierdził, że nie pamięta, co się z nim działo w czasie, kiedy dochodziło do tych zbrodni.

W którymś momencie naciskany przez milicjantów przyznał, że jest możliwe, że to zrobił, bo nie pamięta, co robił w tamtym czasie.

Nie wie, co się z nim działo.

No i to zostało potraktowane jako...

Choć jest to dość dyskusyjne przyznanie, zwłaszcza, że jak tu nawet zauważono w tych dokumentach, nie podał żadnych konkretów, żadnych szczegółów, które mógłby znać tylko zabójca.

Natomiast z tych protokołów psychiatrycznych, psychologicznych wynika, że ten stan upojenia, w którym on się znajdował, nie był tym tak zwanym stanem upojenia.

Jest to bardzo mało prawdopodobne.

Więc albo twierdzi tylko, że nie pamięta tego, albo nie pamięta tego, bo to się nie wydarzyło.

Najbardziej przekonującym z dowodów rzeczowych, jakie przedstawiło oskarżenie jest to, że w ubikacji obok jego domu odnaleziono torbę z odzieżą i dokumentami, które należały do pierwszej ofiary, czyli do Doroty.

Jeśli byśmy chcieli kontynuować tę moją nieco spiskową teorię, to oczywiście można by się zastanawiać, czy aby na pewno to Piotr ją tam ukrył i czy nie było na przykład tak, że tę torbę znaleziono gdzieś w pobliżu miejsca zbrodni, a później milicja ją podrzuciła, kiedy po niego przyjechała, żeby go obciążyć.

Nikogo tam nawet nie zostawili na czujce, żeby obserwował, czy ten nie wraca do mieszkania, co miałoby sens, biorąc pod uwagę, że przecież jeśli to był morderca i gwałciciel, który w ciągu dwóch dni zaatakował już dwie kobiety, no to trzeba by go było jak najszybciej zdjąć z ulicy, żeby nikogo już nie mógł skrzywdzić.

Więc jeśli mieli jego adres, no to nic, tylko tam postawić jakichś tajniaków i czekać, aż się pojawi.

Tymczasem milicja nikogo tam nawet nie zostawiła na czatach na kilka godzin po przyjeździe.

A Piotr zaraz po ich odjeździe wrócił do tego mieszkania, umył się, przebrał i znów wyszedł.

Czemu tam nie było nikogo, kto by obserwował to mieszkanie i go zatrzymał?

Takiego groźnego przestępcę?

Przecież w tamtym momencie milicja spokojnie już go mogła mieć.

Wystarczyło zaczekać tam godzinę czy dwie więcej.

Znali jego nazwisko, znali miejsce zamieszkania.

Czemu pozwolili mu spokojnie sobie chodzić po mieście i zgwałcić kolejną kobietę?

Znów, jest to tylko może.

Nie upieram się też, że musiało tak być, ale takie mi się właśnie nasuwają wątpliwości, więc się z wami nimi dzielę.

Natomiast jeśli tak nie było, no to oczywiście ten dowód w postaci rzeczy ofiary w ubikacji jest bardzo przekonujący i rzeczywiście wskazuje na Piotra niemal jednoznacznie, biorąc pod uwagę też historię jego życia i jego wcześniejszych przestępstw.

Można by jeszcze dalej puścić w wodze fantazji i uznać, że prawdziwy morderca najpierw pokazał Bożenie dowód osobisty Piotra, a następnie podrzucił torbę ofiary do jego ubikacji, która jak rozumiem znajdowała się gdzieś na zewnątrz i mogli do niej mieć dostęp nie tylko domownicy.

No ale to już brzmi bardziej jak literatura i jak fikcyjna historia kryminalna niż jak coś, co mogło się naprawdę zdarzyć.

Zdecydowanie bardziej bym była skłonna uwierzyć w milicjantów wrabiających Piotra S. w morderstwo i dwa gwałty, bo takie przypadki są znane.

Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że to wszystko dzieje się kilka lat po skazaniu Marchwickiego, niemalże na tym samym terenie, na którym grasował wampir z Zagłębia, kilka, kilkanaście kilometrów od miejsc niektórych ze zbrodni przypisywanych Marchwickiemu.

Tak więc presja, żeby jak najszybciej zamknąć to śledztwo, znaleźć winnego i wykazać się przed przełożonymi, musiała być bardzo duża.

Zanim lokalna społeczność znowu się pogrąży w psychozie strachu, zanim ktoś przy tej okazji wyartykułuje podejrzenia, że może to nie Marchwicki był wampirem zza głębia i że wampir nadal jest na wolności.

Podejrzenia, które jak dzisiaj wiemy, mogłyby być całkowicie słuszne.

Także to mogłoby teoretycznie pchnąć milicjantów do takich działań nastawionych bardziej na zamknięcie sprawcy, niż na schwytanie rzeczywistego sprawcy.

Pierwszy proces w sprawie zabójstwa Doroty oraz dwóch gwałtów, o które oskarżony był Piotr, odbył się na początku 1982 roku, a więc już w stanie wojennym.

Może to właśnie z uwagi na te niecodzienne okoliczności rozprawa została przeprowadzona dość niechlujnie.

Na przykład biegli psychiatrzy, którzy sporządzali opinię na temat Piotra, który przez pięć miesięcy przebywał na obserwacji w szpitalu psychiatrycznym.

Nie wykonali żadnych badań, nie przeprowadzili wywiadu z oskarżonym.

Ich ekspertyza powstała wyłącznie w oparciu o akta sprawy, co nie jest może niezgodne z prawem, bo taka ekspertyza też może stanowić dowód dla sądu.

Natomiast raczej w sytuacji, kiedy oskarżony czy podejrzany nie przebywa na obserwacji, jeżeli już zostaje skierowany do szpitala i to na tak długo.

to wydawałoby się, że zostaną przeprowadzone jakieś bardziej wnikliwe badania.

Eksperci tłumaczyli to tym, że sam oskarżony odmawiał przeprowadzenia tych badań, nie chciał brać w nich udziału, nie zgadzał się na nie.

Jest to oczywiście prawdopodobne, że tak było.

Już 28 lutego 1982 roku w Sądzie Wojewódzkim w Katowicach zapadł wyrok.

Piotr S. został skazany na karę śmierci za zabójstwo Doroty i po 5 lat więzienia za dwa gwałty, co ssumowało do kary łącznej, jaką była kara śmierci.

Jednak obrona wykazała uchybienia procesowe, w szczególności to, że na świadków nie wezwano biegłych psychiatrów i seksuologów, co mogło zaważyć na wyroku.

Wyrok został więc anulowany, a sprawa przeciwko Piotrowi odbyła się od nowa kilka miesięcy później.

oskarżonego ponownie skierowano na obserwację psychiatryczną.

Zachowanie Piotra wobec śledczych w areszcie i wobec lekarzy, którzy mieli go zbadać, nie przysparzało mu przyjaciół.

Jego postawa podczas obserwacji w szpitalu psychiatrycznym została opisana następująco.

Proszony do gabinetu lekarskiego udawał się niechętnie, polecenia spełniał niechętnie, w kontaktach z lekarzami arogancki, skracający dystans, niekiedy wulgarny.

Często nawet na najprostsze pytania odpowiadał nie wiem.

Nie rozkojarzał się w nastroju ponurym, drażliwy.

Orientację wykazywał wszechstronną.

Sprawność intelektualna odpowiednia do wieku otrzymanego wykształcenia i środowiska, w jakim się badany obracał.

Krytycyzm dotyczący własnej osoby obniżony.

Pamięć, uwaga, pojmowanie nieupośledzone, bez zaburzeń postrzegania, toku i treści myślenia.

Napęd psychomotoryczny prawidłowy, uczuciowość wyższa, niedokształcona.

Biegli stwierdzili u niego znaczne niepsychotyczne odchylenia w strukturze osobowości, które nie miały jednak źródeł w układzie nerwowym.

Miał socjopatyczny typ osobowości, nie był chory psychicznie, a jego upojenie alkoholowe nie nosiło cech upojenia patologicznego, to znaczy, że był w stanie kierować swoim zachowaniem i nie był niepoczytalny w momencie popełnienia zbrodni.

Jego inteligencja była też w normie, nie był to człowiek, który nie umiałby rozpoznać znaczenia swoich czynów, tym bardziej zastanawia mnie w związku z tym, czemu pokazał ofierze swoją legitymację po tym, jak ją zaatakował.

I 28 grudnia 1982 roku w powtórzonym procesie zapadł dokładnie ten sam wyrok, co za pierwszym razem i został on później utrzymany przez Sąd Najwyższy.

Po tym wyroku Piotr w ramach protestu podjął głodówkę, zaczęto go więc sztucznie dokarmiać, co jest ładniejszym określeniem na przymusowe karmienie, które w więzieniu odbywa się tak, że wprowadza się nosem do żołądka sądę, przez którą wprowadzany jest pokarm.

Nie brzmi to jak coś przyjemnego, więc czasem z tej głodówki zrezygnował.

Została mu już tylko ostatnia deska ratunku, czyli złożenie prośby o ułaskawienie przez Radę Państwa.

W swoim podaniu złożonym w czerwcu 1983 roku Piotr następująco komentował swój wyrok.

Ogłoszony wyrok postawił mnie w stan szoku, nie tyle fizycznego, co psychicznego.

Jestem niewinny zarzucanego czynu i wyrok kary śmierci jest dla mnie nadal szokujący.

Proszę Radę Państwa w imię dobrze pojętych idei humanitarnych, ludzkich, o łaskę, o prawo do życia.

Obecnie nawiązałem kontakt rodzinny, chcę wrócić do społeczeństwa, pracować i żyć jak żyją setki moich rówieśników.

Czy można pozbawić młodego człowieka praw do życia w sprawie, gdy się jest niewinnym zarzucanego czynu?

Pyta retorycznie Piotr w swoim liście

Z tym, że jest spokojnym obywatelem, to raczej trudno by się było zgodzić i nawet w to, że po wyjściu na wolność by sstał jakąś wartościową społecznie jednostką, no to też wątpię.

Ale powiem wam, że to jest pierwsza sprawa, której akta przejrzałam i miałam tyle wątpliwości co do winy skazanego i pierwszy raz czytając list skazanego jestem w stanie dopuścić możliwość, że naprawdę był niewinny.

Nie dlatego, że sama jego osoba mnie jakoś szczególnie wzruszyła, bo w ogóle

Jak już to mówiłam, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej praca wymiaru sprawiedliwości przy tej sprawie wydaje mi się podejrzana.

Swoje podanie Piotr zakończył następująco.

Ojciec jest członkiem partii i może poręczyć za mnie, mój powrót do społeczeństwa i rodziny.

Obecnie mam lat 26 i spędzając długi okres trwania śledztwa w areszcie miałem czas przemyśleć moje lata młodzieńcze i zastanowić się nad przyszłością.

Pragnę stać się normalnym członkiem społeczeństwa, założyć rodzinę, ustatkować się, podjąć pracę, a przede wszystkim unormować życie osobiste.

Jestem młody, nie obawiam się pracy i trudności, które mnie oczekują, lecz pragnę wrócić do społeczeństwa po odbyciu długoterminowej kary pozbawienia wolności.

Dlatego jeszcze raz zwracam się do Rady Państwa z prośbą o łaskę.

W imię ludzkości, w imię zasad humanitaryzmu proszę o danie mi szansy życia, o ostatnią szansę przed nicością życia, śmiercią.

Poza tymi głodówkami, które urządzał w ramach protestu, Piotr sprawował się w więzieniu dobrze.

Tak go opisał zastępca naczelnika aresztu śledczego w Krakowie, słynnego więzienia na Montelupich.

Za utrzymywanie wzorowej czystości i zdyscyplinowanie był trzykrotnie nagradzany.

Kontakt za pośrednictwem widzeń i korespondencji utrzymuje z najbliższą rodziną, zwłaszcza kontakty z matką, oparty są na trosce o ich los i warunki bytowe, a treść listów utrzymana jest w tonie bardzo serdecznym.

W trakcie prowadzenia rozmów konsekwentnie podtrzymuje, że nie dopuścił się zarzucanego mu czynu.

W trakcie pobytu w areszcie śledczym z uwagi na charakter zarzucanego mu czynu nie był zatrudniany, interesuje ssportem, a konkretnie piłką nożną, szczególnych uzdolnień ani też zainteresowań nie posiada.

Poinformowany o utrzymaniu wyroku skazującego w mocy,

Zwrócił się z prośbą o łaskę do Rady Państwa PRL, jednocześnie zakładając protest głodowy przeciwko jego zdaniem niesłusznemu wymierzeniu najwyższego wymiaru kary przewidzianej przez ustawę za zbrodnię zabójstwa.

Jak widzicie, wszędzie do końca podtrzymywał swoją niewinność.

Pozytywna opinia z zakładu karnego nie była wystarczająca.

Opinia prokuratury była taka, że Piotr do resocjalizacji się nie nadaje.

Rada Państwa zdecydowała się nie skorzystać z prawa łaski wobec Piotra S. Jak to w tamtych czasach z wykonaniem wyroku nie czekano długo, odręczna notatka sporządzona przez panią prokurator zawiera informację, że 13 października 1983 roku o godzinie 17.48 w areszcie śledczym w Krakowie wykonano wyrok na Piotrze S. Egzekucja przebiegła bez zakłóceń.

Czy naprawdę był winien, albo czy był winien wszystkich trzech przestępstw, za które go skazano, czy może tylko części z nich, a jeśli tak, to których?

Obawiam się, że na te pytania sobie i wam nie umiem odpowiedzieć.

Podzieliłam się z wami wątpliwościami, które mi się nasunęły, kiedy zgłębiałam tę sprawę, bo czułabym się nie w porządku, gdybym to pominęła.

Natomiast też muszę tu powiedzieć, że ja nie widziałam całych akt śledztwa, nie widziałam opisu tego, co dokładnie zabezpieczyła milicja na miejscu zbrodni,

W uzasadnieniu wyroku i w tych aktach prokuratury generalnej, do których miałam dostęp, nie było mowy o żadnych innych dowodach rzeczowych, ani o zeznaniach świadków, które by jednoznacznie na niego wskazywały, ale może takie dowody były w aktach sprawy w Sądzie Wojewódzkim, tylko po prostu ktoś, kto sporządzał te akta prokuratury, nie zadawał sobie trudu, żeby tam te informacje umieścić i zostały one tak sporządzone trochę po łebkach.

Zobaczy, czy jest szansa na to, żeby do nich dotrzeć, w sensie do tych głównych akt sprawy i uzupełnić jakoś tę opowieść w przyszłości.

W przypadku wyroków śmierci odkrycie, że skazany mógł w rzeczywistości nie być winien tego, za co został stracony, jest wyjątkowo druzgocące.

Nikt w zasadzie nie ma interesu w tym, żeby takie pomyłki wymiaru sprawiedliwości prostować, a w każdym razie nie ma w tym żadnego interesu wymiar sprawiedliwości i generalnie państwo.

Gdyby więc nawet już po egzekucji pojawił się jakiś nowy ślad czy nowe zeznanie w sprawie, to domyślam się, że milicja i prokuratura by to zignorowały, no bo co, mieliby przyznać, że stracili niewinnego człowieka?

Zastanawia mnie, czy na przykład ofiary z Tarnowskich Gór mogły być ofiarami któregoś ze znanych nam już seryjnych morderców, o których wiemy, że grasowali w tamtej okolicy.

Był jeszcze w tamtym czasie na wolności.

Z Bytomia do Tarnowskich Gór można było dojechać pociągiem, a ulica Bytomska, na której doszło do dwóch z trzech napadów przypisywanych Piotrowi S, znajduje się niedaleko stacji kolejowej i też, jak sama nazwa wskazuje, jest wylotówką na Bytom.

Co ciekawe, też uznaje się, że Joachim Knychała na dwa lata zaprzestał swojej, nazwijmy to, działalności.

Zniknął, bo wystraszył się po tym, jak w 1979 roku

Milicja się nim zainteresowała, kiedy został rozpoznany przez jedną ze swoich niedoszłych ofiar.

Znaczy no, nie tyle niedoszłych, bo ona była jego ofiarą, ofiarą jego napaści, tylko nie była ofiarą śmiertelną.

I ta seria została przerwana na dwa lata, bo Knechała się wystraszył tego, że może zostać złapany.

Ja teraz oczywiście teoretyzuję i nie mam żadnych dowodów, żeby była jasność.

Ale tak, Knychała został złapany w 1982 roku w maju.

Wtedy już Piotr S. miał zasądzoną karę śmierci, więc żaden milicjant, żaden prokurator i żaden sędzia by nie chciał, żeby w takim momencie wyszło na jaw, że to jednak ktoś inny był sprawcą tych trzech napaści.

Nawet gdyby istniały przesłanki, że mógł to być Knychała, to raczej nikt nie chciałby nadstawiać głowy i przyznawać się do błędów w ocenie tamtej sprawy i jeszcze do sfabrykowania dowodów i podrzucenia dowodów.

Oczywiście Knychała to nie jedyna możliwość, bo jak już wcześniej wspominałam, tych morderców w tamtym czasie i miejscu było kilku.

Tych, o których wiemy, a niewykluczone, że byli też tacy, których nie złapano, na przykład prawdziwy wampir z Zagłębia, jeśli rzeczywiście jest tak, że Zdzisław Marchwicki został za te zbrodnie uznany.

skazany niesłusznie.

Także w teorii potencjalnych podejrzanych mogłoby tu być kilku, ale powtarzam, nie są to fakty, są to tylko moje refleksje i mogą one być zupełnie nietrafione.

Oficjalna wersja pozostaje taka, że to Piotr S. był wampirem z Tarnowskich Gór i być może naprawdę nim był, bo z całą pewnością posiadał wszelkie predyspozycje do tego, żeby tak było.

A wątpliwości mogą się pojawić przy każdej sprawie kryminalnej i przy każdej prawdziwej zbrodni są rzeczy, których nie da się wyjaśnić.

Jakieś niejasne motywy, ślady, dowody rzeczowe, które nie pasują do reszty i nie da się wyjaśnić ich pochodzenia.

zachowania, które nie mają sensu, bo po prostu ludzie czasami robią rzeczy, które nie mają sensu.

Nie tylko przestępcy, nie tylko w tak ekstremalnych sytuacjach.

Przecież nieraz jest tak, że ktoś z naszego otoczenia zachowa się w jakiś sposób, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć i zastanawiamy się, co mu strzeliło do głowy i nigdy się tego nie dowiadujemy.

Może nawet on sam tego nie rozumie.

Więc niewykluczone, że ta dziwna akcja z dowodem osobistym pokazanym ofierze

była właśnie czymś takim, jakimś nielogicznym działaniem wynikającym z mieszaniny pobudzenia, adrenaliny, alkoholu i jakichś być może wyrzutów sumienia.

A deeskalacja zamiast eskalacji przy kolejnych zbrodniach też może mieć jakieś wyjaśnienie.

W końcu nauka o seryjnych mordercach czy zbrodniarzach seksualnych to nie są nauki ścisłe.

Nie wszyscy przestępcy wpisują się w ten sam wzór, w ten sam schemat.

Tam jest bardzo dużo zmiennych.

Może być ileś tam elementów, które decydują o przebiegu tych zbrodni, nawet takich jak to, jak się czuł, jaka była pogoda, czy miał dość siły, czy był bardziej, czy mniej pijany, może ktoś go spłoszył, może mu się wydawało, że ktoś idzie.

Też opór stawiany przez ofiarę mógł mieć znaczenie.

Wciąż wiele aspektów pozostaje niezbadanych, jeśli chodzi o ludzki umysł w ogóle, a umysły seryjnych zabójców, czy gwałcicieli w szczególności.

Tylko w powieściach każdy wątek musi zostać domknięty, każdy motyw uzasadniony i wyjaśniony, a strzelba wisząca na ścianie musi wypalić.

Może stąd taka popularność powieści kryminalnych, bo znajdujemy w nich odpowiedzi na pytania, których w prawdziwym życiu po prostu nie dostajemy.

I to już wszystko w dzisiejszym odcinku.

Źródła do tej historii jak zawsze są w linku, który znajdziecie w opisie.

Tych źródeł wielu nie ma, bo jak już mówiłam, sprawa jest bardzo mało znana.

Żadnych współczesnych opracowań tej historii nie widziałam.

Mam nadzieję, że Was też ta historia zaintrygowała tak jak mnie.

Zostawiam Was więc z Waszymi myślami i żegnam się na dziś.

Zapraszam też na kolejne odcinki Zbrodni Prowincjonalnych.