Mentionsy

Reportaż Radia Lublin
29.12.2025 20:20

Monika Malec "Doktor Anielski"

Życiorys doktora Jana Danielskiego mógłby posłużyć do napisania scenariusza filmu sensacyjnego. Ten wykształcony w Charkowie, przedwojenny lekarz, został wrzucony w wir wojny polsko-bolszewickiej, a potem drugiej wojny światowej. W jakiej sytuacji by się nie znalazł, zawsze pomagał ludziom. O doktorze Janie Danielskim opowiada wnuk Zygmunt Barszczewski.

Fot. Pamiątka z obozu - w zbiorach Archiwum Państwowego w Lublinie. Dar od Zygmunta Barszczewskiego wnuka Jana Danielskiego.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 233 wyników dla "Archiwum Państwowego w Lublinie"

Jedno z pierwszych wspomnień dziadka to jest takie, że jak byłem grzeczny i cichy, nie przeszkadzałem dziadkowi w pracy wieczorami, to dostawałem w walizeczkę taką dziwną, brzydką na oko, z puszek na konserwy, wyklepaną.

Mogłem ją otworzyć.

A ona cała była napełniona orderami, medalami, odznakami i różnego rodzaju ciekawymi dla malucha rzeczami.

I wolno mi było tym się bawić.

Musiałem być pewno czteroletnim dzieckiem.

Po latach, kiedy już byłem dorosłym człowiekiem, poznałem dziewczynę, z którą miałem się żenić.

Pierwsza wizyta u niej w domu, wiadomo, przyjęcie takie powitalne i zaczynamy rozmawiać na tematy rodzin.

Ja opowiadam coś o moim dziadziu, że był na Syberii lekarz, na co niesłychanie zainteresował się mój przyszły teść.

O, ja też byłem w obozie.

A jak się dziadzie nazywał?

Jezus Maria, mówi.

Toż to przecież on mi życie uratował.

A ja jemu walizeczkę taką piękną zrobiłem.

I wyciągnął mi dokument.

Jury nagrodziło pierwszym medalem pracy, projektu i wykonania obywatela Szefczyka Zdzisława.

Walizkę z blach puszek konserwowych.

Okazuje się, że więźniowie robili konkursy na rękodzieło.

Za tą walizeczkę dostał dyplom od współwięźniów.

OPWP w Charkowie.

Charków 2, 12, 45.

I proszę sobie wyobrazić, pierwsza rozmowa z teściem i on mi pokazuje.

Walizeczka, która służyła mojemu dziadkowi jako walizeczka na narzędzia i przybory lekarskie.

A ja się jako dziecko bawiłem.

Puszki marnej jakości, ona się po prostu z rdzy rozsypała w którymś momencie.

Zygmunt Barszczewski cenne rodzinne pamiątki po dziadku Janie Danielskim przekazał do Archiwum Państwowego w Lublinie, by służyły następnym pokoleniom.

Zachowana dokumentacja po dziadku pana Zygmunta Barszczewskiego, który był lekarzem w okresie międzywojennym w Lublinie.

Agnieszka Konstankiewicz, zastępczyni dyrektora Archiwum Państwowego w Lublinie.

Pracoww Radzie Głównej Opiekuńczej, był przewodniczącym, był delegatem w rządzie w Londynie i niestety znalazł się w tej grupie, która została po wojnie wywieziona do Moskwy i przebyła drogę różnych obozów.

I z tego okresu zachowała się niesamowita kolekcja, pamiątek.

które wykonywali więźniowie dla Jana Danielskiego w zamian za udzieloną pomoc lekarską, ponieważ on tam będąc jako więzień jednocześnie leczył, leczył w takich warunkach obozowych, polowych.

Zachowało się pudełko, które było wykonane na medykamenty przez więźniów, zachowały się warcaby, które wykonane, wystrugane były przez więźniów, ale zachowały się też piękne laurki, sztychy, które były wyryte w puszce wyprostowanej właśnie przez więźniów, także niesamowite artefakty.

u mojego dziadka, łączyły się bardzo harmonijnie zagadnienia związane z higienizacją wsi jako takiej, z szerzeniem zdrowia i z problemami gruźliczymi.

Te rzeczy traktoww sposób powiązany ze sobą razem.

i przed wojną i po wojnie właśnie w ten sposób pojmował higienizację wsi, że to nie tylko sprawa polepszenia warunków higienicznych życia na wsi, ale równocześnie i działania profilaktyczne, podjęcie działań już na wczesnym etapie życia dzieci na wsi, nawet noworodków, jest taka znana jego, traktowana jako podręcznik w swoim czasie, praca powojenna dotycząca gruźlicy wśród noworodków na wsi.

Gruźlica była wszechobecna, to wiadomo, w tamtych czasach.

Jako syn zarządcy majątkiem, przebywający i tą wczesną młodość spędzający na wsi, być może też zapoznał się z tym problemem.

Już nie mówiąc o tym, że w owym czasie dwóch jego dziadków wróciło z Syberii i zmarło na Gruźlicę, ciężko chorych.

Nie był to syn wielkiego miasta, choć co prawda wcześniej już zaczął nauki w Kijowie, choć obracał się, że tak powiem, w eleganckim bardziej świecie, ale mimo wszystko jakieś te warunki mógł też poznać.

Dziadek studiował mnie z własnej winy na raty medycynę, jako że już w liceum...

Działał w podziemnym ruchu narodowościowym, patriotycznym, już sprzedając cegiełki bratniaka tak zwanego.

Po ukończeniu tego liceum rozpoczął już na szerszą skalę działalność taką właśnie wśród organizacji młodzieżowych, niepodległościowych i równocześnie zaczął studioww Kijowie, jako że to było to miasto, które najbliżej jego miejsca zamieszkania było i gdzie cała rodzina.

też w Kijowie mieszkała, ale został aresztowany za tą działalność właśnie niepodległościową, zwolniony po kilku tygodniach.

To był 1911 rok i studiował do momentu mniej więcej wybuchu I wojny światowej, więc w 1914 roku, gdzie aresztowano go powtórnie, po czym zesłano go do wiatki.

Czyli tak trzynasty rok w Jadce, a do końca szesnastego roku studioww Charkowie.

Po studiach rozpoczął pracę od razu, ponieważ jego ojciec w międzyczasie, kiedy on studiował i był w jadce zresztą wtedy, zmarł.

Nie mamy żadnych dokumentów, ale tak myślimy, czy przypadkiem właśnie ta śmierć ojca nie przyczyniła się do tego, że zwolniono go z tej wiatki i pozwolono na powrót.

Więc rozpoczął pracę zaraz po studiach, na początku w Charkowie, w miejscowych ambulatoriach i szpitalach.

Potem, ponieważ chciał być bliżej rodziny i już wtedy narzeczonej, w każdym razie posłowie byli z moją babcią, zatrzymał się w Kijowie, pomieszkiwał, że tak powiedzmy, u dziadka Franciszka de Mezera.

Młodzież się znała oczywiście i Danielskich i Mezerów, a więc spotykali się.

Przecież ciągle jeździli do Kijowa, no bo na wiosy byli, a do młodych ciągle, więc u dziadka Francisza bez przerwy.

A to od wakacje, to z kolei młodzi od Franciszka jechali do Połudnego na wakacje.

Dwór, woda, słońce.

Piękne sceny są takie, jak to się czasami czyta właśnie.

Panie w długich, młodzi w jakichś kapeluszach, w garniturach rodzą powodnie, prawie jak ten, co zrywał te menufary.

No i w którymś momencie Janek zaczął się podobać Zosie, a Zosia Jankowi.

Występowali jako narzeczeństwo.

Wiem, że tam były jakieś dochodzenia.

Czy to jest wszystko zgodne z prawem?

No bo jakby nie było, bliskie pokrewieństwo.

Gdyby to ich rodzice byli rodzeństwem, to by nie było możliwe, bo byliby ciotecznym rodzeństwem.

Ale ponieważ to o jedno pokolenie, to oni byli cioteczno-cioteczni.

Zosia Demezer, czyli moja babcia i mój dziadek Jan pobrali się w osiemnastym roku.

i wyjechali do Polski, bo dziadek, który już skończył medycynę, wstąpił natychmiast do Wojska Polskiego.

Został lekarzem pogranicznikiem na południowej granicy, tam gdzieś w Szarpaty, Rumunia.

Na fotografii, którą pokazuje mi Zygmunt Barszczewski, Jan Danielski stoi wraz z kolegami służącymi w drugim pułku strzelców granicznych.

Zdjęcie wykonano w 1919 lub 1920 roku.

Proszę zobaczyć, właśnie zwracali na to uwagę, jak różnie są umundurowani żołnierze.

Potem, jak to wojskowego, przerzucano wiele miejsc.

Wiem na pewno, że był w Wochyniu i tam też prowadził miejscowy ośrodek zdrowia.

Na pewno był w łańcucie, bo tam urodziła się moja ciocia, starsza siostra mojej mamy w 1921 roku.

I wtedy jeszcze był cały czas w służbie wojskowej.

Potem jak przeszedł do cywila, to został powiatowym lekarzem w Nowym Targu, a mieszkali w Jabłące koło Nowego Targu, Jabłące Oralskiej.

Tam wynajmowali ładny taki goralski dom.

W międzyczasie doskonalił swoje zawodowe umiejętności i zainteresowania przede wszystkim wykrystalizowały się.

Właśnie odbył specjalne kursy dotyczące gruźlicy i jaglicy, czyli właśnie tych chorób, które przeżyły się zwłaszcza wśród wiejskiej ludności, jak również zaczął w systematyczny sposób pogłębiać wiadomości dotyczące w ogóle higieny.

Został wydelegowany z fundacji Rockefellera, weszł w uczelnię w Baltimore, gdzie głównie specjalizował się właśnie w zakaźnych chorobach.

Jednym celem zaczął prace naukowe pisać, coraz wyżej szedł w tych stopniach.

Zresztą jego mało w Polsce potem było.

W dokumentach, które pozostały po dziadku Zygmunta Barszczewskiego i Janie Danielskim jest dyplom ukończenia studiów z higieny na Uniwersytecie Johns Hopkinsa w Baltimore w Stanach Zjednoczonych Ameryki.

Rok ukończenia studiów to czerwiec 1929.

W efekcie zdobytego doświadczenia otrzymał tytuł Master of Public Health, czyli mistrza zdrowia publicznego.

To zaowocowało zresztą dalszą jego działalność w najbliższym okresie po powrocie, z tego względu, że na dwa lata został oddelegowany do Lwowa celem utworzenia placówki przeciwgruźliczej.

Od razu wykorzystano te umiejętności, które nabył właśnie będąc w Baltimore.

W tym Lwowie zresztą intensywnie pracował, bo był nie tylko w przychodni przeciwgruźliczej, ale równocześnie prowadził, a właściwie organizował pierwszy ośrodek zdrowia dla ludności wiejskiej.

Od podstaw organizował.

Potem został już wojewódzkim lekarzem w Tarnopolu, to duże miasto.

A w 30 roku z Tarnopola przyjechał do Lublina i tu już do wojny był naczelnym lekarzem wojewódzkim w Lublinie oraz szefem Polskiego Czerwonego Krzyża.

No i naukowcem.

W czasie wojny był delegatem rządu londyńskiego od spraw służby zdrowia, pseudonim Lech.

I równocześnie pełnił właśnie rolę wakan.

W biografii doktora jest aresztowanie przez Niemców i pobyt w więzieniu na Zamku Lubelskim, a także aresztowanie przez NKWD i zsyłka do łagru.

Także siedział krótko na zamku, ale pomagał Czerwony Krzyż Międzynarodowy.

On jako jedyny z tych przedwojennych polsko-czerwonokrzyżoww kontynuował działalność po wkroczeniu Niemców pod nazwą Polski Czerwony Krzyż.

ale miał szczery zamiar, bo to wiem, zejść, że tak powiem, z polskim Czerwonym Krzyżem do podziemia.

Choć Niemcy najdłużej jeszcze tolerowali polski Czerwony Krzyż, ale nie wytrzymali.

Rozgonili całe bractwo, ale nie chcieli zrywać kontaktów i do końca nie zerwali międzynarodowym Czerwonym Krzyżem.

W związku z tym stworzyli coś takiego, co się nazywało Rada Opiekuńcza.

To była namiastka Czerwonego Krzyża, ale żeby już nie było Polski.

I zaproponowano wtedy, i dziadek się zgodził firmować ten Czerwony Krzyż.

Mam takie zdjęcia nawet z oficerami niemieckimi.

I dziadek miał możliwość opiekowania się na przykład rannymi żołnierzami polskimi.

Po wojnie jako delegat rządu londyńskiego, nim jeszcze Rosjanie weszli i się dobrze rozeznali w pierwszych dniach, to już oni zawiązali pierwszy nieformalny komitet rządowy.

Nawet wybrali siedzibę na ulicy Chopina.

i już chcieli obradować.

Dziadek miał być ministrem zdrowia w tym rządzie i w tym momencie Rosjanie się połapali, że uj, to niedobrze, ale żeby zachowywać pozory, bardzo grzecznie zaprosili całe towarzystwo na rozmowy, jak to się ukonstytuować.

I cóż, tam już ich skuto, zawieziono do Świdnika, ze Świdnika do Moskwy, Łubianka i to był ten słynny proces szesnastu.

16 w końcu ich zostało, ale tam ich więcej wzięto.

Babcia tutaj dęba stanęła, a że miała koneksje jeszcze przedwojenne bardzo duże, uderzyła do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i na tyle to było skuteczne, że oddzielili go od tego procesu 16, natomiast zesłali ciupasem od razu Riazań, Charków i tak dalej, wszystkie obozy przeszedł.

A pokażę... To jest ciekawostka, która dopiero czeka i... Przepraszam, że ja tak ważę, ale inaczej się nie da.

Prawdopodobnie to będą eksponaty muzealne.

To są rzeczy bezcenne właściwie.

To właśnie, ponieważ ja to sprzątam, to oczywiście jest zakurzone.

To są rzeczy robione w podzięce dla mojego dziadka, który jako lekarz tam więźniów leczył.

To jest deszczółeczka, na której jest stylizowany orzeł, robiony przez więźniów z kawałka deski i taka intakcja.

To w Charkowie ci więźniowie, którzy tam... To zrobił mój dziadek, proszę, Riazań, 15, 5, 47 rok, wyrzeźbił dla żony swojej.

To jest też OPWP, Charków 45.

I to jest, proszę, wydłubane ręcznie pudełeczko na jakieś drobne rzeczy panu doktorowi Danielskiemu, którego tam nazywano Anielski, w dowód pamięci.

Nazywano go doktor Anielski, bo ratował tam więźniów.

W pewnym momencie moja mama, która należała do rodziny Riazańskiej, otrzymała zaproszenie na uroczystość Riazańczyków, bo takie się odbywały, z tekstem apelu, który każdorazowo jest odczytywany.

Delegaci Krajowi Podziemnego Państwa Polskiego.

To jest dowód właśnie, jak bardzo ten przydomek utkww sercach ludzi.

Jestem w posiadaniu jego notatek, gdzie on właśnie notuje dezenteria, pobyt w Lazarecie.

Zaczął bardzo ciężko chorować na serce.

W każdym razie babcia go summa summarum wyreklamowała, to znaczy stosunkowo wcześnie, bo już w 1947 roku pojechał w 1944, a już w 1947 się znalazł tu w Lublinie.

Z tym, że oczywiście musiał wiele po powrocie przeszkód.

i prawie że upokorzeń, zwłaszcza na początku po powrocie z zesłania.

To był ten taki gorący okres stalinowski, gdzie powiedzmy nie pozwalano mu rozwinąć skrzydeł na początku.

Czasy były takie, że podejrzanych politycznie powracających z zesłania ze Związku Radzieckiego lekarzy nie witano z otwartymi rękami, z drugiej strony lekarzy brakło.

To zresztą nie tyczyło tylko mojego dziadka, ale i innych lekarzy o wysokich naprawdę kwalifikacjach, o dużym dorobku naukowym.

Proponowano im lekarzowi higieniście, tak jak mojemu dziadkowi, w szpitalu psychiatrycznym jakieś tam godziny.

Jego znajomość problematyki gruźlicy zaowocowała tym, że po jakimś czasie pozwolono mu powrócić na stanowisko kierownika przychodni poradni przeciwgruźliczej na ulicy Górnej.

Chodziłem do niego, taka mała była poradnia zdrowia.

Trzeba powiedzieć, że w Lublinie było od początku wieku Towarzystwo Przeciwgruźlicze, Lubelskie Towarzystwo Przeciwgruźlicze, czym Lublin się na tle innych miast dosyć wyróżniał.

I w czasie wojny miasto przejęło przychodnię, tą na Górnej i tam.

Dziadek mój i jego dobra znajoma i powojenna, która zresztą u nas w domu była, którą poznałem, profesor Mysakowska, prowadzili tą poradnię przeciwgruźliczą w czasie wojny.

Dziadek nigdy na ten temat się nie wypowiadał, ale w tej poradni przeciwgruźliczej uratowano życie wielu Żydom.

Z tego względu, że Niemcy bali się jak ognia wszelkich chorób zakaźnych, w tym gruźlicy.

Bo mój dziadzio był w Komitecie Pomocy Więźniom Majdanka.

On współpracował z panią Grygową, dostarczając leki poprzez panią Grygową.

Po wojnie, po kościele, bo mieszkaliśmy na Narutowicze, a pani Grygowa miała ciaskarnię na Orlej.

Natomiast sklep cukierniczy miała na rogu ulicy Konopnickiej i Narutowicza.

I tam po kościele u wizytek chodziliśmy na czacha.

Agnieszka Konstankiewicz, zastępczyni dyrektora Archiwum Państwowego w Lublinie.

To są akta, które były wytworzone w ramach działalności Towarzystwa do walki z Gruźlicą, czyli zasadniczo wszystkie protokoły, ale też zachowała się teczka, która jest przechowywana w Urzędzie Wojewódzkim Lubelskim z okresu międzywojennego, poświęcona w działalności Towarzystwa, ponieważ Towarzystwo też musiało się sprawozdawać Urzędowi Wojewódzkiemu jako temu nadzorującemu.

działalność również towarzystw i Towarzystwo Przeciwgruzicza sprawozdawało się regularnie, tym bardziej, że te więzi pomiędzy Urzędem Wojewódzkim a Towarzystwem były dość ścisłe, bo Jan Danielski, który był przewodniczącym już w latach 30. okresu międzywojennego, był równocześnie kierownikiem Wydziału Zdrowia przy Urzędzie Wojewódzkim.

W związku z tym rzeczywiście było to dobrze połączone, że jednocześnie on prowadził tą profilaktykę

I wiedział, co też można od województwa uzyskać.

Bardzo szybko dostrzeżono, że owszem, działania w mieście Lublinie są bardzo ważne, ale nie mogą być podejmowane tylko i wyłącznie w Lublinie.

Powinny być rozszerzone na inne ośrodki powiatowe.

I tutaj bardzo szybko powiaty zaczęły się włączać, tam gdzie były szpitale.

I lekarze, którzy włączyli się w tą działalność społeczną, ponieważ to była dodatkowa działalność, rzeczywiście pomagała podnieść stan zdrowia w danym powiecie.

Wiązało się to z ogromną pracą promocyjną, można by powiedzieć, w dzisiejszych czasach, bo rzeczywiście Towarzystwo wydawało w czasopismach i w mediach lokalnych bardzo dużo ulotek, takich artykułów informujących, czym jest choroba, jak można się ustrzec i zapobiegać tej chorobie.

To była bardzo ciężka praca, można powiedzieć, u podstaw.

Tu chciałem pokazać taki artykuł, którego się dowiedziałem, nawet nie wiedziałem, znam różne odznaczenia i tytuły mojego dziadzia, ale znalazłem wycinek z prasy z III Krajowej Konferencji Lekarzy Wiejskich i pozwolę sobie przeczytać dosłownie dwa zdania z tego.

W drugim dniu obradom przewodniczył docent dr Jan Danielski, któremu uczestnicy konferencji jednogłośnie postanowili za jego wielkie zasługi w pracy nad podniesieniem zdrowotności mieszkańców wsi przyznać tytuł Lekarz Wiejski Honoris Causa.

Jest to pierwsze tego rodzaju wyróżnienie w Polsce.

Nadanie go docentowi Danielskiemu jest nie tylko wyrazem uznania dla jego 40-letniej pracy na tym polu, ale równocześnie świadczy o tym, jak wysoko ceni się piękny, ale trudny i wymagający wyrzeczeń oraz ogromnej ofiarności zawód lekarza wiejskiego.

Jeśli chodzi o, tam padło docenta, otóż z niezbyt przychylnym powitaniem z zesłania mój dziadzio się spotkał, czego obrazem było to, że już w 50. roku, a pracoww czasie wojny na tym, złożył pracę habilitacyjną przez koła naukowe fantastycznie przyjętą.

I nie chciano mu przyznać tytułu, to znaczy wstrzymywano się.

Co ciekawe, sama Rada Wydziału Akademii Medycznej jest taka furtka.

Decyzją przydała mu prawo bez tytułu doktora habilitowanego, prawo prowadzenia wykładów i zajęć ze studentami.

I używania tytułu docenta.

To z łaciny nazywa się venia legendi.

I dopiero jak nastąpiła delikatna odwilż, to w 1954 roku wreszcie dostał tą habilitację oficjalną.

I tutaj mam ciekawą rzecz.

Własnoręczny życiorys dziadka, który musiał napisać do pracy na uczelni.

Jego własną ręką sporządzono.

włącznie z jego osobistym podpisem na dole.

Urodziłem się 14.11.1892 roku w Krutochorbach, Ukraina, jako syn Henryka i Konstancji z Tarnowskiej i Danielskiej.

W 1912 roku byłem aresztowany i od tego czasu byłem prześladowany przez rząd carski.

I tu jest bardzo ciekawe, jak sprawy zesłania się obawiało wtedy.

Bo on to pisał w 1956 roku.

Przebywałem na terenie Związku Radzieckiego, ZSRR, w związku z warunkami okresu wojennego, pracując w ambulatoriach lekarskich.

Proszę zauważyć, jak omija zupełnie sprawy narodowościowe, niepodległe zesłania i tak dalej.

Od początku 1954 kieruje katedrą i zakładem higieny Akademii Medycznej, a od 1952 roku kieruje też zakładem higieny wsi Instytutu Medycyny Pracy i Higieny Wsi.

Choćko wyraźnie chciał, żeby on po nim został szefem całego Instytutu Medycyny Wsi, ale na to nie zgodziły się władze.

Natomiast wiem, że byli bardzo związani, jeżeli chodzi o tę stronę zawodową, bo Choćko to był wizjoner.

On rzucał pomysł, on miał duże możliwości załatwiania różnych spraw.

To była sława przedwojenna, to był człowiek, który umiał się znaleźć w każdym ostroju.

Natomiast mój dziadzio był tym człowiekiem, który jak gdyby rozpracowywał to, jeżeli chodzi o konkretne zadania, organizacje, tego wszystkiego, co potrzebne było do działania tego Instytutu Medycyny Wsi.

Co prawda w Instytucie Medycyny Wsi jest aula imienia profesora Danielskiego.

Zawsze mówi się Instytut Profesora Choćki.

Natomiast trzeba uczciwie przyznać wielu prac, które tutaj czytałem.

To oni właśnie byli współtwórcami.

Tymi, którzy dobierali sobie kadrę równie zaangażowanych.

Ja osobiście odbieram go jako pana bardzo poważnego.

To nie był brat łata, to był bardzo uprzejmy, bardzo elegancko się zawsze nosił, niezwykle przystojny, taka wojskowa postawa, wyprostowany z angielskim wąsem, z tym, że nie był jakoś bardzo wylewny.

Zresztą u nas w domu jeszcze był ten zwyczaj, że pamiętam po wspólnym obiedzie, na przykład zwłaszcza w dni świątecznej spotkaliśmy się w pokoju jadalnym, bo był pokój jadalny, to na zakończenie obiadu dziadzia się całowało w rękę.

Taki zwyczaj jeszcze u nas panował.

Babcia zawsze mówi, taki smutny tutaj Janeczek, ona Janeczek.

Im więcej miał lat, tym grubsze okulary nosił.

Być może, ja go zawsze pamiętam w okularach, ale on nie miał bardzo grubych okularów.

bo on był krótkowidzem.

To jest akurat moja dziedzina, bo ja jestem typowo pedagog z wykształcenia, czyli zajmuję się niewidomymi i niedowidzącymi.

Proszę zobaczyć, jak się spojrzy tutaj pomiędzy okularami i tym, widać, że ta część twarzy jest jakby węższa, a to jest typowe dla szkieł dla krótkowidzów.

Zresztą krótkowidzowie na starość mają coraz cieńsze okulary.

Tak samo jak i ja w tej chwili.

Rehabilitowali go w 1956 roku.

Został potem szefem międzynarodowych różnych organizacji higienistów i polskich.

Jednym słowem zrobił się sława, w Polsce mało co siedział.

Także ja, pamiętając postać mojego dziadka, to zawsze przy biurku, zawsze piszącego, zawsze pracującego, no i bardzo często nieobecnego.

A największa frajda była, jak wracał i przywoził zabawki, to takie zabawki, nie drewniane koniki, jakie wtedy były u nas w sprzedaży i w użyciu, tylko jakieś, pamiętam, takie z ziejącym ogniem smoki, samobieżne samochodziki i tak dalej.

Ale summa summarum my dostaliśmy bardzo duże 168 metrów mieszkanie.

Salon, dwie sypialnie, pokój dla kuchty, pokój dla służącej, jadalny.

A w piątki dziadkowie spotkania brydżowe urządzali.

I wtedy cała elita Lublina przychodziła.

Pamiętam profesora Sztajna, Mysakowską, tych wszystkich przedwojennych, doktora Lerkama, Scholza.

Pamiętam tych pisarzy wszystkich, no powiedzmy Konrada Bielskiego.

W salonie się rozstawiało dwa stoły do brydża.

Specjalne mieli stoły dziadkowie, zielonym suknem pokryte.

Korytarz był olbrzymi, więc panowie wychodzili na papierosa do korytarza.

W takim domu się chowałem, rowerkiem jeździłem, a w jadalnym rozstawialiśmy komplety mebli gdańskich.

Jak się stół rozciągnęło, to pełnowymiarowy do ping-ponga był i graliśmy.

Ja w takim domu się chowałem.

Dziadek młody umarł 66 lat w 1958 roku.

W Warszawie międzynarodowy zjazd higienistów był przewodniczącym.

Otworzył.

Dwa dni prowadził.

Wszedł na Młownicę w ostatnim dniu podsumować.

Powiedział dziękuję.

Na schodach przewrócił się.

Pogrzeb zmienił się dosłownie w manifestację.

Pogrzeb był oczywiście przez cały Lublin, od Bernardynów, przez Osterwy, Krakowskie, do Lipowej.

Jak ja, bardzo dumny, bo szedłem zaraz za trumną, była potem w Instytucie Medycyny Wsi, wtedy to się nazywało Higieny Wsi.

To ono się mieściło teraz, gdzie jest fundusz na czwartku.

Były uroczystości wielkie, przemowy, to, tamto.

Myśmy siedzieli jako rodzina zaproczona oczywiście.

Miała przepiękne siwe włosy.

Bawiła moje dzieci przecież.

Profesor Danielski był tak znaną postacią w świecie medycznym.

Nie tylko zresztą polskim, jako że był członkiem różnych gremiów zagranicznych i amerykańskich, i rosyjskich, a właściwie radzieckich w tamtym czasie.

Wszędzie.

Gdziekolwiek, jakiekolwiek wspomnienia są, wspominają go jako człowieka niesłychanie dobrego, uczynnego, znajdującego wspólny język z młodzieżą, ponieważ zwłaszcza w okresie powojennym wykształciły całą rzeszę higienistów młodych i podkreślają właśnie jego ciepły stosunek do młodzieży, w ogóle dobroć serca i tak dalej.

0:00
0:00