Mentionsy

Szkic Kryminalny
29.09.2024 15:17

Wielkopolskie: Zyta poszła na spacer (1994)

W niedzielę wielkanocną Zyta, która przyjechała odwiedzić dom rodzinny, wychodzi na spacer. Gdy po kilku godzinach nie wraca, rodzina zaczyna się niepokoić.

--------------------------

Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji  z ogólnodostępnych źródeł. | ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1XaIWOro0JaFrgOUj0O4j_HIdrhPmodma7qDOe4fV-WU/edit?usp=sharing JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: buycoffee.to/szkickryminalny LINK DO KSIĄŻKI "Morderstwo Menendezów - Historia Lyle’a i Erika":https://replika.eu/tytul/morderstwo-menendezow-historia-lylea-i-erika/ KONTAKT: [email protected] MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 520 wyników dla "Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu"

Dzień dobry słuchacze, zanim przejdziemy do sprawy, to ćwiczenie na wyobraźnię.

Wyobraźcie sobie luksusowy dom w eleganckiej dzielnicy Beverly Hills, a w nim czteroosobową rodzinę.

Rodzice są około czterdziestki, ona zajmuje się domem, z kolei on jest dyrektorem generalnym w firmie dystrybuującej filmy w Hollywood.

Ich młodszy syn, osiemnastoletni Lyle, dopiero co skończył szkołę średnią, a jego brat, dwudziestojednoletni Eric, studiuje.

Chłopcy dorastają otoczeni bogactwem, wydaje się, że niczego im nie brakuje, a że akurat jest sierpień, no to korzystają z uroków beztroskich wakacji.

Niestety, nagle sprawy przybierają nieoczekiwany obrót, bo gdy bracia wracają z wieczornego wyjścia do kina, zastają swoich rodziców martwych.

Menendezowie, bo tak mają na nazwisko, zostali zastrzeleni we własnym domu.

Znalezienie sprawcy to nie lada wyzwanie, bo motyw mogło mieć wiele osób, ale mimo że kandydatów jest sporo, to w trakcie śledztwa policja zaczyna się coraz uważniej przyglądać ich synom.

Czy kluczem do rozwiązania zagadki mogą być mroczne tajemnice ukrywane przez tą, jak się wydawało, idealną rodzinę?

Trochę ponad tydzień temu na Netflixie pojawił się nowy serial twórców Damera pod tytułem Potwory, opisujący historię właśnie Erika i Laila Menendezów.

Może widzieliście, może nie, natomiast serial to serial, rządzi się swoimi prawami.

i ma być przede wszystkim atrakcyjny wizualnie.

Natomiast jeżeli ktoś szuka większej ilości detali i analizy różnych dysfunkcji rodzinnych, to zachęcam do zapoznania się z książką pod tytułem Morderstwo Menendezów.

Autor książki uczestniczył w procesie sądowym, więc wiedzę na temat sprawy ma ogromną, co skutecznie udało mu się oddać w bardzo dobrze napisanym reportażu.

Książka miała premierę kilka dni temu, więc już możecie jej szukać w księgarniach.

Dziś opowiem Wam o bardzo ciekawej sprawie, bo to jedna z tych rozwiązanych po wielu latach przez Archiwum X, gdzie już nikt nie miał nadziei i wszystkim wydawało się, że to bliżej do przedawnienia niż do sprawiedliwości, a tu proszę, nastąpił przełom.

Więcej nie zdradzam, po prostu zapraszam na odcinek.

Przenosimy się do Mikuszewa, czyli małej wsi leżącej jakieś 20 kilometrów od Wrześni.

Wrześnie pewnie większość z Was skojarzy chociażby z lekcji historii w szkole, bo to tam był ten słynny strajk dzieci przeciwko nauczaniu religii w języku niemieckim.

Natomiast jeżeli kogoś ten wątek ominął za czasów szkolnych, to dodam jeszcze, że Mikuszewo leży w gminie Miłosław, dokładnie tak jak to piwo, bo właśnie tam jest ono produkowane.

Natomiast jeżeli chodzi o odległość do stolicy województwa, to Poznań i Mikuszewo dzieli jakieś 60-70 kilometrów.

Nadal pozostajemy więc mniej więcej w centralnej części województwa wielkopolskiego, na terenie raczej małej wsi, bo Mikuszewo zamieszkuje trochę ponad 300 osób.

W kontekście zabudowy to w Mikuszewie można znaleźć takie obiekty jak remiza strażacka, sklep, jest nawet przedszkole, ale nie ma kościoła, dlatego też wierni na nabożeństwa chodzą do salki katechetycznej.

To znaczy teraz to już może nie chodzą, nie wiadomo.

Natomiast w latach 90., kiedy to rozgrywały się wydarzenia, o których dzisiaj Wam opowiem, taka praktyka jak najbardziej była.

W Mikuszewie mieszkają państwo Michalscy, Irena oraz Waldemar.

Oboje są w średnim wieku, mają dwie nastoletnie córki, a zawodowo zajmują się prowadzeniem gospodarstwa rolnego.

Posiadają spory kawałek ziemi, której znaczną część zajmuje sad, bo to właśnie produkcja jabłek jest takim głównym filarem ich działalności.

Michalscy mają w swoim dobytku kilkaset drzew, z czego najpotężniejsze dają nawet po 500 kg jabłek.

Poza tym małżeństwo zajmuje się też uprawą warzyw, ogólnie mówiąc włoszczyzny, więc gospodarstwo wymaga dużych nakładów ciężkiej pracy i sporo zachodu, ale daje to wymierne zyski finansowe.

W sezonie Waldemar praktycznie co noc pakuje do samochodu skrzynki wypełnione owocami i warzywami, aby od rana sprzedawać je na giełdzie w Poznaniu.

Dzięki temu udaje im się odłożyć trochę pieniędzy i stopniowo wykańczają piękny, przestronny dom,

który niewątpliwie stanowi wygodne miejsce do życia dla czteroosobowej rodziny.

Tym samym przechodząc już do córek, to starsza Zyta przyszła na świat w 1974 roku, więc w 1990, kiedy to wszystko się zaczyna, kończy 16 lat.

Jej młodsza siostra Justyna, nie wiadomo ile dokładnie jest młodsza, ale jest to różnica raczej kilku, a nie na przykład kilkunastu lat.

Z kontekstu da się wywnioskować, że chodzi może o dwa albo trzy lata różnicy, więc gdy Zyta rozpoczyna naukę w szkole średniej, to Justyna jest pewnie w siódmej albo ósmej klasie.

Tak czy inaczej nie ma to większego znaczenia dla historii, ponieważ i tak bardziej skupimy się na Zycia.

Jako, że w tak małych wsiach jak Mikuszewo zazwyczaj nie ma szkół średnich, to Zyta wybierając, gdzie będzie kontynuować edukację, brała pod uwagę różne pobliskie miejscowości i ostatecznie zdecydowała się na liceum ogólnokształcące we wrześniu.

Uczęszcza do klasy o profilu biologiczno-chemicznym, po którym często uczniowie decydują się na studiowanie jakichś kierunków medycznych, ale ona nie ma takich planów.

Zyta tak właściwie w ogóle nie ma jeszcze jasno sprecyzowanego planu, nie wie co chce robić w życiu, ale to co jest pewne to, że jest taką artystyczną duszą, sama robi sobie biżuterię, różne korale, bransoletki, dzierga swetry, czapki i różne tego typu rzeczy.

Znajomi określają ją więc jako osobę o bardzo kolorowym stylu, poza tym charakteryzującą się radosnym usposobieniem, taką, która wręcz emanuje pozytywną energią i zarażaniem innych.

W związku z tym ludzie po prostu lubią przebyww jej towarzystwie i znajomych Zyta ma sporo.

Jeżeli chodzi o jej wygląd, to jest ładną dziewczyną, ma ciemnobrązowe oczy i włosy w tym samym kolorze, lekko kręcone, chociaż akurat kolor jej włosów to chyba kwestia zmienna, co widać po zdjęciach, bo raz jest blondynką, raz szatynką.

W szkole jest przeciętną uczennicą, nie ma problemu z przechodzeniem przez kolejne etapy edukacji, aczkolwiek nie ma też jakichś wybitnych ocen.

Szkoła to dla niej nie tylko miejsce nauki, ale też przede wszystkim miejsce spełniające potrzeby towarzyskie.

Lubi swoją klasę, lubi spędzać czas z kolegami i koleżankami nie tylko na szkolnych korytarzach, ale i poza nimi, przykładowo na wycieczkach.

Czy to takich organizowanych przez szkołę, czy na własną rękę.

No bo właśnie piesze wędrówki to jest ogromna pasja Zyty.

Bardzo lubi chodzić z plecakiem po górach, a na każdej z takich wycieczek robi sporo zdjęć, które drukuje i przechowuje w rodzinnych albumach.

W fotograficznej kolekcji Michalskich można znaleźć niezliczone zdjęcia Zyty na różnych szlakach górskich, na wycieczkach pod namiotem i ogólnie mówiąc pokazujące jak aktywnie spędza czas na świeżym powietrzu.

Te wycieczki to taka nieodłączna część jej życia.

Jeździ na nie w miarę możliwości dosyć często, z każdej pewnie przywozi jakieś dobre wspomnienia, każda jest na swój sposób wyjątkowa, ale to właśnie jedna z wycieczek organizowana w 1990 roku okazuje się być tą przełomową, albo może dużo ważniejszą od innych, w każdym razie ważną w kontekście życia uczuciowego Zyty.

W tym 90 roku w jej szkole organizowany jest letni obóz, na który mogą jechać uczniowie różnych klas, a celem wycieczki są Bieszczady.

Zyta jest oczywiście taką opcją jak najbardziej zainteresowana, jedzie na ten obóz, a w trakcie poznaje o rok starszego Macieja.

Początkowo są tylko znajomymi, ale z czasem ich relacja zaczyna ewoluować i zostają parą.

Maciej jako, że chodzi do tej samej szkoły, no to jak się łatwo domyślić pochodzi z okolic, ale nie z Mikuszewa, bo wtedy pewnie poznaliby się już wcześniej, a z jakiejś innej pobliskiej wsi.

Ich relacja to nie jest tylko krótkotrwałe nastoletnie zauroczenie, bo chodzą ze sobą przez kolejne lata.

Często bywają u siebie w domach, poznają swoje rodziny, spotykają się w szkole, po szkole, w weekendy i tak ich związek z biegiem lat się rozwija.

Ogólnie mówiąc są ze sobą szczęśliwi, chociaż nie da się nie zauważyć, że z ich dwójki to Zyta jest tą osobą, która ma znacznie mocniejszy charakter.

Maciej jest w niej bardzo zakochany, jest ona jego pierwszą dziewczyną i wiele jest w stanie dla niej zrobić.

Kłócą się bardzo rzadko, zdarzają się jakieś drobne konflikty, ale zazwyczaj rozwiązują je szybko i pokojowo, chociaż być może przez to, że Maciej trochę jej ulega, no ale może też mają oboje dobrze rozwinięte umiejętności komunikacyjne.

A patrząc za to z innej perspektywy, dokładnie z perspektywy znajomych, to jedna z koleżanek zauważa, że Zyta często wydaje Maciejowi polecenia, np.

przynieś coś, podaj coś, a on bez dyskusji je wykonuje.

Poza tym Zyta ma też jakieś opory odnośnie wypowiadania się na temat ich związku.

Niechętnie mówi o swoim chłopaku w towarzystwie, ale właściwie nie wiadomo czemu.

Powody tego mogą być różne, niekoniecznie jakkolwiek negatywne.

Tym bardziej, że z drugiej strony w źródłach przewijają się informacje na temat tego, że dziewczyna nieraz deklarowała chęć pozostania w tym związku już na stałe,

Czasami rozmawiają z Maciejem o planach na przyszłość, o wspólnym zamieszkaniu, a także o ślubie.

To szczególnie Zycie zależało na związku małżeńskim.

Maciejowi pewnie też, ale jeszcze nie w tym momencie.

Każdorazowo odpowiada jej, że najpierw chciałby skończyć studia, co Zyty może nie zachwyca, ale rozumie tę perspektywę.

W 1992 roku Maciej zdaje maturę.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami chce iść na studia, a jego wybór pada ostatecznie na leżący relatywnie blisko Poznań.

Od października 1992 roku rozpoczyna studia na Politechnice Poznańskiej i w związku z tym zamieszkuje w należącym do uczelni akademiku.

Przyprowadzka jest konieczna, no bo jednak dojeżdżać codziennie 60 czy 70 kilometrów w jedną stronę to jest duże utrudnienie, ale jednocześnie ten dystans jest na tyle krótki, że bez problemu Maciej może odwiedzać dom rodzinny nawet co weekend, co oczywiście jest mu na rękę, bo zycie pozostał jeszcze rok nauki w liceum.

Pozostają więc w związku na odległość, widują się w weekendy i święta, ale że ta częstotliwość spotkań nadal jest dość duża, to jakoś udaje im się przetrwać kolejny rok.

W 1993 roku do matury podchodzi Zyta, zdaje ją i skoro w Mikuszewie nic już jej nie trzyma, to nie ma wątpliwości, że chce się też przeprowadzić do Poznania.

Maciej póki co planuje zostać w akademiku, bo to jednak bardziej budżetowa opcja niż wynajęcie mieszkania, dlatego ona dogaduje się z ciocią mieszkającą na poznańskim Łazarzu, że wprowadzi się do niej.

Ciocia ma dodatkowy pokój, więc dla nich obu spokojnie starcza miejsca.

Mimo wszystko nawet mieszkając osobno mają szansę widywać się dużo częściej, bo mogą codziennie umawiać się po zajęciach, a nie jak do tej pory jedynie w weekendy.

Zyta póki co może dostosowywać się do grafiku Macieja, ponieważ sama nie ma żadnego stałego zajęcia.

Jest chyba trochę zagubiona, zresztą jak wiele osób tuż po skończeniu liceum.

Ukończenie szkoły i wyprowadzka od rodziców to przeskok w taką diametralnie inną sytuację życiową, co jest tym trudniejsze, jeżeli nie ma się żadnego planu na siebie, a Zyta niestety nadal nie ma.

Jej rodzice nie naciskają, uznają, że skoro córka potrzebuje czasu na decyzję, to widać, wie co mówi, a na wybór studiów jeszcze przyjdzie pora.

Z perspektywy całego życia nie robi dużej różnicy, czy rozpocznie się studia w wieku 19, czy 20 lat, czy nawet później, ale jednak ona widzi, że wszystko dookoła się zmienia, osoby z jej najbliższego otoczenia sprawiają wrażenie, jakby doskonale wiedziały, co chcą robić, tylko ona nie wie i czuje się w tym może trochę osamotniona.

Maciej wybrał już kierunek i zdaje się, że jest go pewny.

Znajomi też podostawali się na różne uczelnie, przez co mają dla niej mniej czasu.

Siostra poszła do technikum rolniczego, więc może w przyszłości będzie chciała się zająć gospodarstwem po rodzicach, ale dla porównania zyty to kompletnie nie kręci.

Jej podoba się w dużym mieście, nie chce wracać na wieś, chociaż nie da się ukryć, że to duże miasto to coś zupełnie innego niż mała miejscowość, w której żyła do tej pory.

Próbuje się jakoś w nim odnaleźć, chciałaby mieć pracę, ale nie wie jak się zabrać za szukanie i tak pozostaje w stagnacji.

Ostatecznie póki co rezygnuje z szukania pracy i stawia na dalszą edukację, bo wymyśla, że zanim pójdzie na studia, to dokształci się trochę przy pomocy różnych kursów.

Maciej cierpliwie wysłuchuje coraz to nowszych pomysłów dotyczących tego, czym Zyta chciałaby się zajmować i czego nauczyć.

Są to dla przykładu takie dziedziny jak architektura wnętrz, później mówi o kursie krawiectwa, później ogrodnictwa, ale ostatecznie decyduje się na coś dużo bardziej uniwersalnego, mianowicie na intensywny kurs języka angielskiego.

Pomysł wydaje się być dobry, no bo język zawsze się przyda, więc Zyta uczy się przez następne miesiące, ale jednocześnie wymyśla czym jeszcze mogłaby się zajmować.

Pierwotnie po skończeniu kursu językowego chciała iść na kurs komputerowy, ale ostatecznie w jej głowie zakotwicza się inny pomysł, taki w sumie najbardziej oczywisty biorąc pod uwagę jej zdolności artystyczne, bo chciałaby studiować na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu.

Tylko, że idąc takim zwykłym trybem będzie to możliwe dopiero od października 1994 roku, w związku z czym musi minąć jeszcze kilka miesięcy, w trakcie których Zyta tylko utwierdza się w tym pomyśle.

A przechodząc już na inny temat, to w trakcie tych miesięcy pomiędzy podjęciem decyzji o studiach na UAP-ie, a nadejściem października, kiedy te studia faktycznie mogłaby podjąć,

Wypadają święta wielkanocne, które Zyta spędza w domu rodzinnym.

W 1994 roku niedziela wielkanocna przypada 3 kwietnia, ale Zyta do Mikuszewa przyjeżdża już kilka dni wcześniej.

Chce pomóc w przygotowaniach i spędzić trochę więcej czasu z rodziną, bo odkąd się wyprowadziła, to nie widują się już aż tak często.

Kolejne dni upływają im w przyjemnej, rodzinnej atmosferze, aż w końcu nadchodzi ta wyczekiwana niedziela.

Michalscy zasiadają rano do świątecznego śniadania, później spędzają czas w domu, skąd wychodzą chwilę przed godziną 13.

O 13 w salce katechetycznej odprawiana jest msza, w której uczestniczą, a po niej od razu wracają do domu, gdzie każdy oddaje się jakimś swoim zajęciom.

Mama i Justyna idą się zdrzemnąć, a tata mówi, że wychodzi do ogrodu zająć się sadzonkami.

W ogrodzie mają taki foliowy tunel, do którego Waldemar wchodzi i przez następne godziny tam pracuje.

Z kolei Zyta, kiedy członkowie rodziny widzą ją po raz ostatni, siedzi w pokoju i rozwiązuje krzyżówki.

Jakieś dwie godziny później, około 16, do drzwi domu Michalskich puka Maciej.

Jest tego dnia umówiony z Zytą, ponieważ mają razem jechać w odwiedziny do kolegi, który w poniedziałek wyjeżdża do Niemiec.

Chcą się z nim pożegnać, a żeby nie jechać osobno, to Maciej zaoferował, że wpadnie po Zytę i przy okazji złoży życzenia świąteczne jej rodzinie.

Drzwi otwiera mu Justyna, która akurat przed chwilą się obudziła.

Okazuje się jednak, że Zyty tam nie ma, ani tam, ani w ogóle w domu, więc Justyna mówi, że widać siostra wyszła się gdzieś przejść, gdy ona spała.

Wcześniej wspominała coś o tym, że chce nazbierać polnych kwiatów, więc zapewne poszła gdzieś w stronę lasu.

Szybkie oględziny domu potwierdzają tę wersję, bo jak się okazuje nigdzie nie ma brązowych butów Zyty, takich, które ona zawsze zakładała właśnie na leśne spacery, a także zielonej kurtki oraz dużej kolorowej czapki, które ze sobą przywiozła i które nosiła wcześniej tego dnia.

Zarówno Maciej jak i Justyna dobrze znają jej trasy spacerowe, więc którejś z nich proponuję, że może wyjdą jej naprzeciw.

Jak mówią, tak robią.

Po wyjściu kierują się w stronę lasu, podążają leśną dróżką, którą Zyta zawsze chodzi, ale nigdzie po drodze jej nie widać.

Dróżka prowadzi do myśliwskiej ambony, ale nie idą do końca, bo za amboną jest już otwarta przestrzeń.

Gdyby Zyta tam szła, to już z daleka byłoby ją widać, a nie widać.

Poza tym jest już zimno, powoli robi się szaro, więc zawracają.

Uznają, że ona pewnie w międzyczasie wróciła i gdzieś musieli się minąć, ale niestety po powrocie do domu okazuje się, że jej nie ma.

Gdy ich nie było, mama zdążyła wstać, a tata skończył pracę w ogrodzie, więc pytają co się dzieje.

Maciej dzwoni więc tam i pyta, ale odpowiedź jest odmowna.

Rodzice zaczynają się więc trochę martwić.

wią, że w takim razie oni pójdą jej poszukać, a Justyna z Maciejem niech zostaną w domu.

Wraz z upływem kolejnych minut na dworze robi się coraz ciemniej, ale oni i tak nie zamierzają chodzić po lesie, tylko przejść się po sąsiadach, bo może ta po prostu poszła do kogoś w odwiedziny i teraz siedzi u tej osoby, a może ktoś chociaż widział w jakim kierunku poszła.

Pomysł okazuje się być strzałem w dziesiątkę, bo już jedna z pierwszych sąsiadek, mieszkająca tuż obok Michalskich, przyznaje, że owszem widziała ZT po południu.

Było to około piętnastej i dziewczyna z tego co zaobserwowała szła dość szybkim tempem w kierunku lasu.

Mimo, że szła dość żwawo, to wydawała się spokojna.

Nie miała ze sobą żadnej torby ani plecaka, więc wyglądało to tak, jakby po prostu szła się przejść.

Rodzice, podobnie jak wcześniej Justyna i Maciej, zahaczają więc o las, ale widoczność jest już naprawdę słaba.

Przez chwilę wołają córkę, ale że nikt im nie odpowiada, nigdzie nie natrafiają też na żaden ślad, no to wracają do domu.

Po tym jeszcze we czwórkę, znów z Justyną i Maciejem, chodzą do dalszych domów w Mikuszewie, zahaczają też o inne, pobliskie wsie, ale niestety nikt poza tą jedną sąsiadką nie ma nic do powiedzenia.

Poszukiwania trwają aż do nocy, bo dopiero około drugiej Michalscy zrezygnowani wracają do domu.

Mają jeszcze nadzieję, że może Zyta jest u kogoś znajomego, może na przykład pokłóciła się z Maciejem i teraz go unika, a następnego dnia rano zapuka do drzwi cała i zdrowa, ale niestety nic takiego się nie dzieje.

W poniedziałek wielkanocny Waldemar wcześnie rano wychodzi z domu.

Zamierza dalej na własną rękę szukać córki, a że jest już jasno, to ponownie kieruje się w stronę lasu.

Po drodze widzi w zaroślach jakiegoś mężczyznę, który zachowuje się, mówiąc wprost, dziwnie.

Leży na ziemi, a gdy zauważa Waldemara, który mu się przypatruje, gwałtownie się zrywa i ucieka.

To wtedy ojca uderza taka myśl, że ZT przecież ktoś mógł skrzywdzić i dlatego ona tyle czasu nie wraca.

Może to właśnie ten mężczyzna, dlatego teraz tak się spłoszył, ale niestety nie ma już szans, żeby go samodzielnie dogonił, aczkolwiek może policji uda się go namierzyć.

Ta myśl powoduje, że Waldemar zawraca z leśnej ścieżki i kieruje się na najbliższy komisariat, gdzie zgłasza zaginięcie.

Policjanci po przyjeździe do Mikuszewa od razu zabierają się za przeszukiwanie terenu.

Do pomocy zgłasza się wielu ochotników, głównie okolicznych mieszkańców, którzy już od wczoraj byli dobrze poinformowani o zaginięciu.

Ochotników jest na tyle dużo, że formują się oni w rzędy i tak liniowo, idąc jeden obok drugiego, przeczesują tereny dookoła wsi, szczególnie koncentrując się na obszarach leśnych.

Około trzynastej, niedaleko Ambony, do której poprzedniego dnia prawie dotarli Maciej i Justyna, Mama Zyty dokonuje makabrycznego odkrycia.

Znajduje córkę, ale nie przynosi to żadnej ulgi, bo Zyta z całą pewnością nie żyje.

Leży w zaroślach, jest częściowo przykryta ściółką leśną, a także swoją kurtką, którą wcześniej zdjęła lub też ktoś jej zdjął, a następnie użył jej jako koca.

Po podejściu bliżej i odsunięciu kurtki okazuje się, że pod spodem Zyta jest częściowo rozebrana, ma rozpięte i opuszczone spodnie, a jej koszula, sweter i stanik są podwinięte pod szyję.

Ubrania nie są w żaden sposób uszkodzone, poza spodniami, które mają rozerwaną jedną szlufkę.

Później w trakcie przesłuchania mama mówi, że córka była bardzo pedantyczną osobą i nie wyszłaby z domu w uszkodzonych spodniach, więc szlówka musiała zostać rozerwana już po wyjściu, być może przez samego sprawcę.

To częściowe obnażenie nasuwa oczywiście bardzo jednoznaczne skojarzenia, aczkolwiek dolna część bielizny pozostaje na miejscu.

Nikt nie zdjął majtek, więc kwestia ewentualnego wykorzystania pozostaje do rozstrzygnięcia w trakcie sekcji.

Z innych obrażeń to gołym okiem widać, że Zyta ma na głowie sporo zaschniętej krwi, bo ktoś musiał jej tam zadać kilka uderzeń.

Ma też widoczny ślad na szyi, taką ciemną bruzdę jakby po jakiejś pętli.

Śledczy od razu rozpoczynają przeczesywanie terenu.

Pies policyjny doprowadzony na miejsce podejmuje jakiś trop, co daje nadzieję, ale niestety tylko na chwilę, bo gubi go na rozwidleniu dróg.

To, co udaje się od razu ustalić, to, że zaginęła czapka Zyty, którą ona na pewno zabrała ze sobą, a której nie ma ani na sobie, ani przy sobie.

W związku z tym pojawiają się spekulacje, że to być może zabójca ją zabrał, jako takie trofeum po popełnieniu zbrodni.

Rodzice są oczywiście załamani, mają wyrzuty sumienia, że nie sprawdzili lasu dokładnie już w niedzielę, bo być może gdyby znaleźli córkę szybciej, to jeszcze nie byłoby za późno na ratunek.

Zadręczają się tą myślą przez kilka dni, ale sekcja zwłok rozwiewa wątpliwości.

Nawet gdyby znaleźli ją o tej 17 czy 18, to i tak byłoby już za późno, bo Zyta zmarła znacznie wcześniej.

Tak naprawdę straciła życie niedługo po wyjściu z domu.

Co do domniemanego motywu seksualnego, to z całą pewnością nie doszło do samego aktu, natomiast na jej ciele są ślady mogące sugerować, że sprawca próbował coś zrobić, ale nie są to jednoznaczne ślady.

Chodzi prawdopodobnie o jakieś otarcia, które równie dobrze mogły powstać np.

w trakcie szamotaniny, gdy Zyta się broniła, a broniła się na pewno.

Z tego względu zostają jej obcięte paznokcie, bo jest wysoce prawdopodobne, że podrapała napastnika, więc może uda się wyodrębnić DNA.

Ma ślady walki, poza tym, tak jak wspominałam, obrażenia głowy.

Patomorfolog precyzuje, że sprawca musiał uderzyć minimum trzy razy twardym, tempo-krawędzistym narzędziem.

co po zestawieniu ze śladami z miejsca zbrodni daje wniosek, że uderzenia zadawane były jednym z kamieni, których kubka leżała na polanie, na której Zyta została zaatakowana.

I no właśnie, na polanie, bo Zyta nie zginęła w zaroślach, w których ostatecznie znaleziono jej ciało, a na terenie otwartym, jakieś 30 metrów dalej.

Sprawca już po walce przeciągnął ciało, co pośrednio spowodowało zgon.

Same ciosy nie były śmiertelne, ciągnięcie przez te 30 metrów samo w sobie też nie, bo przyczyną śmierci było uduszenie w tak zwanym niestandardowym mechanizmie.

Gdy sprawca przemieszczał ją z miejsca na miejsce, Zyta musiała być w takiej pozycji, że twarz miała skierowaną ku ziemi, do tego była nieprzytomna, miała w pół otwarte usta, dlatego w ruchu do dróg oddechowych dostały się ściółka oraz ziemia.

To one spowodowały zadławienie, którego efektem był zgon.

Bruzda widoczna na szyi powstała prawdopodobnie też w trakcie ciągnięcia.

Sprawca musiał ją trzymać za ubranie, może za kaptur kurtki albo za górne warstwy materiału, przez co kołnierz naciskał na szyję tak, że zrobiła się pręga.

Wniosków z oględzin jest więc całkiem sporo.

Dodatkowo, skoro narzędziem zbrodni był kamień znajdujący się obok, to można powiedzieć, że atak był spontaniczny.

Ale jaki był motyw?

Sprawca zaciągnął Zytę do lasu, aby ją tam wykorzystać, ale z jakiegoś powodu się wycofał.

Natomiast równie dobrze mogą to być tylko pozory.

Sprawca mógł też częściowo obnażyć zwłoki, aby upozorować motyw seksualny i zmylić śledczych, bo tak naprawdę zabił z zupełnie innego powodu.

Policja ma dwóch głównych podejrzanych.

Pierwszy to ten mężczyzna, który przestraszył się, gdy zobaczył tatę Zyty, a brano go pod uwagę z kilku powodów.

Znajdował się niedaleko miejsca zbrodni i jeszcze przed pogrzebem córki Michalscy otrzymali anonimowy telefon, w trakcie którego rozmówca sugerował, że to właśnie ten mężczyzna stoi za zabójstwem.

W bardzo krótkim czasie udaje się ustalić jego tożsamość.

Okazuje się, że jest to mieszkaniec pobliskich okolic, który nadal mieszka z rodzicami, ponieważ potrzebuje stałej opieki.

Jest niepełnosprawny umysłowo.

Rodzice go bronią, on sam nie może, bo nawet za bardzo nie mówi, ale oni twierdzą, że syn nikogo by nie skrzywdził.

Faktem jednak jest, że wcześniej zdarzało mu się zaczepiać kobiety, mieszkanki okolicy trochę się go boją, więc policjanci uważnie mu się przyglądają.

W jego rzeczach znajdują linkę, która teoretycznie mogłaby być narzędziem zbrodni, ale po przebadaniu wykluczono tę wersję.

Nie znaleziono też żadnych innych dowodów, a rodzice zapewnili synowi alibi na czas zabójstwa, więc ostatecznie ten wątek porzucono.

Drugim podejrzanym jest nikt inny jak Maciej, no bo wiadomo, bliska osoba, wieloletni chłopak, może im się nie układało.

Poza tym był tego dnia na miejscu, mógł teoretycznie najpierw spotkać się z Zytą, zabić ją, a później przyjechać do niej do domu jak gdyby nigdy nic.

Taką wersję oczywiście też trzeba sprawdzić.

Był w domu do ostatniej chwili, to znaczy według zeznań krewnych wyszedł na tyle późno, że do Mikuszewa zdążyłby dojechać akurat na tą 16.

Nie ma szans, żeby dotarł tam o tyle wcześniej, żeby mieć czas na dokonanie zabójstwa, później zatarcie ewentualnych śladów i dotarcie przed dom Michalskich na 16.

Śledczy w teorii przyjmują taką wersję, ale w praktyce jeszcze przez kilka miesięcy przyglądają się Maciejowi, bo mimo, że ma on alibi, to jednak od rodziny, czyli od osób teoretycznie skorych do kłamstwa, aby go chronić.

Sytuacji nie poprawia fakt, że wersja o rzekomej winie Macieja jest szeroko komentowana wśród mieszkańców Mikuszewa.

Ludzie plotkują, że to pewnie on, a zabił, bo, uwaga, chciał się związać z Justyną.

Takie plotki wzięły się stąd, że po śmierci Zyty Maciej jeszcze wielokrotnie pojawiał się w domu Michalskich, co na moje oko nie jest niczym dziwnym.

Dziwniejsze byłoby chyba jakby nagle się odciął.

W końcu był z Zytą przez te kilka lat, więc jej rodzina stała się też poniekąd jego rodziną i trudne chwile być może łatwiej było im przechodzić razem.

Sam fakt odwiedzin to jednak nie wszystko, bo pewnego razu Waldemar i Irena proszą go, żeby porozmawiał z Justyną o tym, co się stało, ponieważ młodsza córka była bardzo związana z Zytą, mocno przeżywa jej śmierć i boją się, że coś sobie zrobi.

Maciej ma jej udzielać wsparcia, dlatego co jakiś czas chodzą razem na spacery.

w trakcie których rozmawiają i wspominają Zytę.

Oboje trochę liczą na to, że jeśli będą o niej otwarcie rozmawiać, wspominać ją, a także różne historie z nią związane, to ona wyraźniej zapisze się w ich pamięci i tym sposobem może łatwiej będzie im przejść przez żałobę.

Ludzie jednak dorabiają sobie swoje teorie, bo widzą ich razem kilka czy kilkanaście razy na spacerach, krótko po śmierci Zyty, więc dopowiadają sobie, że na pewno się spotykają w takim kontekście romantycznym.

Później wątek Justyny jakoś cichnie, ale Maciej nadal jest na celowniku.

Śledczy sprawdzają, czy nie zabił na przykład z zazdrości, bo dajmy na to Zyta spotykała się z kimś innym.

W końcu była towarzyska, miała wielu znajomych, więc może zakochała się w którymś z nich.

Na taki trop naprowadza ich pocztówka, którą wysłała do swojej przyjaciółki krótko przed śmiercią, a napisała w niej, nie uwierzysz co mi się przytrafiło.

Co szczerze mówiąc, dla mnie brzmi, jakby przytrafiło jej się cokolwiek.

Nawet, nie wiem, mogła znaleźć 100 zł na chodniku.

Ale policjanci uznają, że może ekscytowała się jakąś nowo poznaną osobą.

Żadne detale tej historii nie są znane, bo więcej miała przekazać koleżance na żywo, ale niestety nie zdążyły się już umówić.

W toku śledztwa nie udaje się więc ustalić o co chodziło, ale nikt ze znajomych ani rodziny nie potwierdza, aby Zyta utrzymywała z kimkolwiek poza Maciejem relację romantyczną, więc ostatecznie motyw zdrady wykluczono.

Wyszła jednak na jaw inna tajemnica, choć dużo mniejszego kalibru niż zdrada, mianowicie okazało się, że Zyta zrezygnowała z tego kursu z angielskiego tuż po zakończeniu pierwszego semestru.

Semestr zakończył się pewnie w grudniu albo w styczniu, my mówimy o wydarzeniach z kwietnia, więc przez te kilka miesięcy utrzymywała to w tajemnicy.

Maciej czuje się tym dotknięty i zaczyna wątpić, ile dla niej znaczyła ich relacja, bo rozumie, że nie chciała mówić o tym rodzicom, bo jeszcze kazaliby jej wrócić na wieś, ale jemu?

Dlaczego miałaby to trzymać w tajemnicy?

Być może faktycznie nie ufała mu na tyle, żeby się ze wszystkiego zwierzać, może nie była pewna, czy nie będzie jej oceniał, ale równie dobrze, może nie trzeba się w tym doszukiwać aż tak głębokiego sensu.

Wiemy, że Zyta szukała swojej drogi, była zagubiona, próbowała różnych rzeczy, więc mogła też się na przykład wstydzić, że coś jej nie wyszło, nie zaangażowała się w jakiś swój kolejny projekt, a Maciej cały czas miał stały plan i się go trzymał.

Idąc dalej ścieżką hipotez, to rozważano też, czy np.

nie była świadkiem jakiegoś przestępstwa.

W końcu lata 90. w pełni, więc nasuwają się gangi, mafia, porachunki i tego typu klimaty, ale ta teoria chyba równie szybko jak się pojawiła, tak samo szybko zniknęła.

Sposób, w jaki odebrano jej życie, nie wygląda raczej jak taka chłodna egzekucja, tylko coś bardziej osobistego.

Raz, że uderzenia były zadawane spontanicznie, przypadkowym narzędziem, a dwa, mafia raczej nie bawiłaby się w jakieś pozorowanie motywów.

Śledczy złapali się więc w końcu znów tego motywu seksualnego i zaczęli sprawdzać okolicznych mężczyzn.

Na miejscu zbrodni udokumentowano odciski butów, ślad roweru oraz ślady samochodu.

Jak ustalono musiał to być Fiat 126P, dlatego też w trakcie rozmów z mężczyznami skupiano się przede wszystkim na kwestii alibi, jakie mają na 3 kwietnia godzinę 15.00,

oraz na tym, czy przypadkiem nie są właścicielami malucha, albo czy nie mają swobodnego dostępu do takiego auta, bo np.

Brzmi to jak szukanie dosłownie igły w stogu siana, ale policjanci liczą, że metodą prób i błędów uda im się wyodrębnić jakiegoś podejrzanego.

Wykonują naprawdę kawał roboty, bo sprawdzają około 100 mężczyzn, ale niestety nikt nie pasuje.

Mimo tego osiągają mały sukces, bo w trakcie tych poszukiwań udaje się zatrzymać mężczyznę, który od kilku miesięcy napadał na kobiety i wykorzystywał je seksualnie.

Bo postawiony w krzyżowy ogień pytań właściwie sam się wysypał, więc naturalnie został aresztowany, ale niestety nie jest to osoba, która mogła też stać za zabójstwem Zyty.

Mężczyzna ma niepodważalne alibi na czas jej śmierci, więc trzeba szukać dalej, tylko że już nie za bardzo jest gdzie.

Z paznokci nie udaje się wyodrębnić żadnego DNA, próbka jest zbyt mała, więc eksperci boją się, że ją zniszczą i to samo tyczy się śladów z ubrań.

Zyta miała na ubraniach krew, nie tylko swoją, ale też obcej osoby, ale znów jest to tak śladowa ilość, że nie da się tego dokładnie przebadać.

Śledztwo staje więc w martwym punkcie, a w związku z tym, że brakuje pomysłów na kolejne kroki i hipotezy, to w maju 1995 roku, czyli trochę ponad rok po zbrodni, prokurator umarza postępowanie z powodu niewykrycia sprawcy.

Dla rodziców Zyty jest to ogromny cios, bo jak mówią, stracić córkę to jedno, ale świadomość, że człowiek, który odebrał jej życie nadal pozostaje bezkarny, to drugie.

Trzech policjantów z poznańskiego Archiwum X przegląda akta nierozwiązanych spraw, które jeszcze nie uległy przedawnieniu.

Szukają czegoś, co można by ponownie ruszyć, z potencjałem na rozwiązanie i tak trafiają na akta zbrodni sprzed 25 lat, czyli zabójstwo Zyty z Mikuszewa.

W ich ręce trafia pięć teczek, widocznie naznaczonych już znakiem czasu.

Teczki są zbutwiałe, a w środku znajduje się kilkaset pożółkłych kartek, zapełnionych w większości odręcznym, mało czytelnym pismem.

Z aktami powiązane są dowody rzeczowe, zakrwawione ubrania oraz paznokcie, które policjanci uznają za obiecujące, bo może dałoby się to dokładniej przebadać i coś jeszcze z tego wyciągnąć.

W końcu przez te ponad 20 lat nauka znacznie poszła do przodu, więc jak nie w latach 90., to może teraz uda się wyodrębnić DNA sprawcy.

Próbki odsyłają do laboratorium, a sami zabierają się za rozszyfrowywanie zapisków steczek.

Najpierw przepisują wszystko na komputer, a następnie rozpoczynają analizę.

Co już zostało ustalone, gdzie są ewentualne luki i co jeszcze dałoby się z tego wyciągnąć.

Materiały podsyłają też do profilera, który ma za zadanie sporządzić profil psychologiczny sprawcy.

Może w tym też znajdzie się jakaś nowa wskazówka.

Wyniki tych wszystkich czynności są następujące.

Po pierwsze, jeżeli chodzi o DNA, to pod paznokciami znajdował się materiał dwóch osób, kobiety i mężczyzny.

Ten pochodzący od kobiety z dużym prawdopodobieństwem należał do samej Zyty, a co do męskiego to w pierwszej kolejności porównano go z próbką pobraną od Waldemara.

Zyta, jak pamiętamy, mieszkała u rodziców przez kilka dni, więc policjanci chcieli wykluczyć, czy to na pewno nie materiał ojca, ale nie, pochodził od kogoś innego.

Poza tym materiał genetyczny tej samej osoby wyodrębniono z krwi znajdującej się na ubraniu, więc ogólnie strzał w dziesiątkę.

Już po jednym badaniu śledczy najpewniej dysponują DNA sprawcy.

Jeżeli tylko wytypują podejrzanego, mają gotowy materiał porównawczy, co może się okazać przełomowe.

Po drugie, jeżeli chodzi o profil psychologiczny, to sprawcą był prawdopodobnie dorosły mężczyzna, o, mówiąc ładnie, niewielkich możliwościach intelektualnych, charakteryzujący się przeciętną sprawnością fizyczną.

Na miejscu nie znalazł się z zamiarem pozbawienia życia, taką decyzję podjął spontanicznie w związku z następującym rozwojem wydarzeń.

Sam fakt, że ofiara zmarła w wyniku uduszenia zazwyczaj wskazuje na to, że sprawca kierował się motywem seksualnym, ponieważ nawet jeśli nie dochodzi do stosunku, to samo duszenie może dostarczyć mu wystarczającej satysfakcji.

Natomiast tu nie można tego brać za pewnik, bo Zyta zmarła w wyniku takiego niestandardowego uduszenia.

Zabójca mógł nawet nie wiedzieć, że ją dusi, mógł myśleć, że zmarła już wcześniej od samych uderzeń w głowę,

więc w tym przypadku jest to taka kwestia niepewna.

To, jak orientował się w terenie, wskazuje na to, że był to ktoś z lokalnych, a nie przyjezdny.

Potwierdza to też ukrycie ciała, bo takiego zabiegu dokonują zazwyczaj sprawcy, którzy znają teren, po pierwsze wiedzą, gdzie ukryć, a po drugie chcą wydłużyć czas ewentualnych poszukiwań, aby tym samym dać sobie czas na spokojne dotarcie do domu i wymyślenie logicznego alibi, gdyby ktoś pytał.

Z kolei przyjezdnym w takich sytuacjach zależy zazwyczaj na jak najszybszej ewakuacji z miejsca zdarzenia, nie dbają raczej o to, co zostawiają na miejscu zbrodni i czy ofiarę dobrze widać czy nie.

A idąc dalej, jeżeli to był mężczyzna z okolicy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w latach 90. był przesłuchiwany i tym samym jego nazwisko widnieje w aktach, teraz trzeba tylko określić, które to nazwisko.

Przed podjęciem bardziej złożonych kroków jeden z policjantów jedzie do Mikuszewa.

Liczy, że może na miejscu zyska jakieś nowe wskazówki, które naprowadzą go na rozwiązanie.

W pierwszej kolejności kieruje się oczywiście do domu rodzinnego Zyty.

Drzwi otwiera jej tata, który słysząc w jakiej sprawie mężczyzna przybywa nie ukrywa sceptycyzmu.

Po tylu latach stracił już nadzieję, że jeszcze da się cokolwiek zrobić.

Opowiada policjantowi, że człowiek, który zabił jego córkę, zniszczył całą jego rodzinę.

On i żona nigdy nie doszli do siebie po tej tragedii, tym bardziej, że ten rozdział cały czas zdaje się być otwarty przez to, że nikogo nie skazano.

Później w rozmowie z dziennikarzami wspomina też, że zabójstwo Zyty wpłynęło na niego i na Irenę tak bardzo, że nie byli w stanie zaoferować należytego wsparcia Justynie, czego z perspektywy czasu bardzo żałują.

Oczywiście przykro się tego słucha, ale policjant nie wie też co mógłby odpowiedzieć, bo jak pocieszyć ojca po takiej stracie.

Obiecuje więc tylko, że zrobi co w jego mocy i wychodzi.

Wbrew oczekiwaniom rozmowa nie dostarczyła żadnych nowych wskazówek, ale uznaje, że skoro już przyjechał na miejsce, to może warto podpytać kogoś jeszcze.

Kieruje się do pobliskiego domu, gdzie trafia na sąsiadkę, która jako ostatnia widziała Zytę żywą.

Jak się okazuje kobieta nadal jest wierna wersji, że to Maciej jest winny.

Dziwi się, że jeszcze go nie zatrzymano, bo w jej ocenie żadna inna wersja nie ma tyle sensu co ta.

Policjant nie podziela jej przekonania, wie, że Maciej był długo na celowniku, a koledzy po fachu dokładnie go sprawdzili, ale skoro nie ma innych tropów, to nie zaszkodzi skontaktować się również z nim.

Zaprasza go na przesłuchanie, na którym Maciej się stawia, ale nawet nie próbuje ukryć niezadowolenia.

Ze złością pyta, czy znów jest podejrzewany, wylicza, ile razy musiał się tłumaczyć, z jakim ostracyzmem się spotkał i co, teraz ma to przechodzić na nowo?

Podkreśla, że te oskarżenia były niedorzeczne, powtarza też to, co mówwcześniej, opowiada o związku z Zytą, o tym, że było im dobrze razem, ale też o wątpliwościach, jakie się u niego pojawiły, gdy okazało się, że okłamywała go w sprawie kursu.

Pyta policjanta, czy może ustalili, że jednak go zdradzała, ale on zgodnie z prawdą odpowiada, że nie.

Na tym przesłuchanie właściwie się kończy, więc kolejna ślepa uliczka, żadnych nowych tropów.

Po konsultacji z kolegami postanawiają, że spróbują w takim razie metodą eliminacji od drugiej strony.

Mają listę 92 podejrzanych sporządzoną w latach 90, a skoro teraz dysponują materiałem porównawczym, to trzeba od każdego z podejrzanych pobrać próbki i może trafi się zgodność.

W międzyczasie któryś z policjantów rzuca pomysł, że może warto podziałać na dwa fronty.

Te badania nadal mogą prowadzić, ale dobrze by było nagłośnić sprawę również w mediach.

Zawsze w takich przypadkach zgłasza się wielu zwolenników teorii spiskowych, którzy marnują ich czas, ale z drugiej strony może tym sposobem uda się dotrzeć do jakiegoś ważnego świadka.

Jak mówią, tak robią i w październiku 2020 roku na oficjalnej stronie policji pojawia się wpis.

Funkcjonariusze z poznańskiego Archiwum X poszukują świadków zbrodni, do której doszło w 1994 roku w Mikuszewie.

Zamordowana tam została 20-letnia Zyta Michalska.

Jeśli ktoś posiada jakiekolwiek informacje na temat tego zabójstwa, prosimy o kontakt.

We wpisie podane są oczywiście dane kontaktowe, a dodatkowo dołączone jest zdjęcie Zyty, to które teraz widzicie.

Z samej policyjnej strony pewnie zbyt wiele osób nie czyta, ale temat szybko podłapują media, więc zdjęcie Zyty na tle łąki pojawia się w kolejnych serwisach informacyjnych.

Portale internetowe przypominają sprawę zabójstwa, a także powielają prośbę o kontakt z policją i tak pętla powoli się zacieśnia.

Telefony rozdzwaniają się na dobre, praktycznie nie przestają dzwonić, ale niestety zgodnie z przypuszczeniami większość pochodzi od zwolenników teorii spiskowych.

W międzyczasie badania DNA są kontynuowane, choć nie idą jakoś sprawnie, bo dwa miesiące później śledczy są dopiero na numerze 6 z 92, jak na razie u wszystkich brak zgodności.

Jednak to właśnie gdy czekają na kolejne wyniki nadchodzi przełom.

Otrzymują telefon, który kompletnie odwraca bieg śledztwa, ponieważ rozmówca pewnym siebie głosem mówi, że wie kto stoi za zabójstwem Zyty.

To mieszkający w Pałczynie Waldemar B. Telefon jest anonimowy, rozmówca nie chce się przedstawić, a po przekazaniu informacji rozłącza się.

Mimo tego coś w tonie jego głosu mówi policjantom, że ten trop warto sprawdzić.

Tym bardziej, że wspomniany Waldemar znajduje się na liście podejrzanych, ale dopiero z numerem 22, więc jeszcze nie zdążyli pobrać od niego wymazu, choć oczywiście mają to w planach.

A kto to w ogóle jest ten Waldemar?

Można powiedzieć, że lokalny, bo Pałczyn, w którym mieszka, leży jakieś 9 kilometrów od Mikuszewa.

To co śledczym na szybko udaje się ustalić to, że ma 52 lata, mieszka razem z żoną i dwiema nastoletnimi córkami, a z zawodu jest malarzem konstrukcji stalowych.

Dojeżdża do pracy w Poznaniu i pracuje w takim systemie, że wyjeżdża w każdy poniedziałek rano, a wraca dopiero w piątek po południu, bo w ciągu tygodnia nocuje na terenie zakładu.

Jest jedynym żywicielem rodziny i ogólnie rodzinie się chyba nie przelewa, bo mieszkają w jakiejś piwnicy, ale mimo wszystko zdają się być ze sobą zżyci.

Waldemar przez ostatnie lata nie wchodził w konflikty z prawem, ma opinię spokojnego, zero agresji, rodzina nie ma założonej niebieskiej karty, a on ostatni raz notowany był jako nastolatek.

Kiedyś odsiadywwyrok za kradzieże, ale to dawno temu, na etapie wczesnych lat dwudziestych, później był już spokój.

Sprawia wrażenie samotnika, nie ma znajomych, wobec czego koncentruje się przede wszystkim na rodzinie, nie jest uzależniony od alkoholu ani żadnych środków odurzających.

Wydaje się, że to taki zwykły, spokojny człowiek.

Policjanci rozpoczynają obserwacje.

Korzystają przy tym z tego, że Waldemar większość tygodnia spędza w Poznaniu, bo jednak w większym mieście, gdzie jest duży ruch, łatwiej kogoś obserwować nie wzbudzając podejrzeń niż w małej miejscowości.

Czekają na niego przed zakładem w czasie, kiedy zazwyczaj kończy pracę.

Już po chwili oczekiwania widzą grupę mężczyzn, którzy wychodzą jako pierwsi, a Waldemar idzie kawałek za nimi sam.

Zapala papierosa, wypala go, a niedopałek wyrzuca.

Gdy odchodzi kawałek dalej, jeden z policjantów podchodzi do śmietnika i wyciąga go z powrotem.

Tym samym zyskują materiał do porównania DNA.

Po chwili zdobywają jeszcze jedną próbkę, bo Waldemar wchodzi do Biedronki, tam kupuje sobie bułkę, którą zjada przed sklepem, a następnie scenariusz się powtarza.

Wypala papierosa, a wyrzucony niedopałek znów trafia w ręce policjantów.

Na tym ich obserwacja się kończy, zdobyte próbki przekazują do laboratorium i w napięciu oczekują na wyniki.

Gdy w końcu nadchodzą, nie mogą uwierzyć w tak szczęśliwy traf, bo jest zgodność.

Pozostaje więc pytanie, kim był ten anonim i skąd wiedział, ale finalnie nie udaje się tego ustalić, natomiast tata Zyty mówi w jednym z wywiadów, że słyszał kiedyś o człowieku, który chodził po knajpach i gdy trochę wypił, to lubił chwalić się, że wie kto zabił Zytę.

Ten człowiek już od dawna nie żyje, ale jakieś plotki widać krążyły i dotarły do anonima.

Ważne, że on przekazał je dalej i dzięki temu policja mogła ruszyć z miejsca.

14 grudnia 2020 roku, gdy na dworze jest jeszcze kompletnie ciemno, policjanci wchodzą do domu Waldemara.

Wyprowadzają go w kajdankach, czemu towarzyszy krzyk jego przerażonej żony.

On jest spokojny, mówi, że to widać jakieś nieporozumienie i wszystko wyjaśni.

Po dotarciu na komendę już oficjalnie zostaje od niego pobrana kolejna próbka DNA, która podobnie jak dwie poprzednie jest zgodna z materiałem zabezpieczonym pod paznokciami oraz na ubraniach Zyty.

Pytany o wydarzenia z 1994 wszystkiego się wypiera.

Prosi, aby jak najszybciej go wypuścić, bo ma rodzinę na utrzymaniu i nie może zostawić żony i córek, bo niedługo skończą im się środki do życia.

Policjant prowadzący przesłuchanie rozmawia z nim w miłym tonie, podłapuje temat córek, pyta jak mają na imię, ile mają lat, a po chwili rzuca, że w takim razie Zyta była zaledwie kilka lat starsza od jednej z córek, gdy zginęła.

Zapada chwila ciszy, policjant usilnia się w niego wpatruje, a Waldemar nagle zaczyna mówić.

Opowiada, że był na miejscu, że widział jak Zyta ginie, ale nie mógł nic zrobić.

Jechał rowerem i zobaczył, że klęczy nad nią dwóch mężczyzn.

Bili ją, szarpali, a on bał się im postawić.

Nie mógł ich też dogonić, bo po wszystkim uciekli maluchem.

Bał się iść z tym na policję, ponieważ był pewien, że zostanie oskarżony o nieudzielenie pomocy.

Dręczyło go to później przez lata, nie wie czemu wtedy uciekł i jej nie pomógł.

Tłumaczy to tylko i wyłącznie własnym tchórzostwem.

Policjant próbuje go podejść inaczej i mówi, Waldek, przecież wiesz, że tam nie było żadnego malucha.

Na co on odpowiada, że może to był inny mały samochód, już nie pamięta po tylu latach.

Policjant się nie poddaje i skoro wcześniej taktyka z córkami się sprawdziła, to może znów się uda.

Co gdyby je to spotkało, gdyby to one zostały zaatakowane w taki sposób?

Na to Waldek odpowiada, że jego córek to nie spotka, bo one są grzeczne.

I wtedy przesłuchiwany pęka.

Zaczyna krzyczeć, że Zyta, tutaj cytat, wyskoczyła na niego z ryjem, wyzywała go, a on chciał ją tylko uciszyć.

I teraz, żeby lepiej zrozumieć przebieg zdarzeń, przejdziemy przez tą historię jeszcze raz, ale tym razem z jego perspektywy.

Waldemar B. przychodzi na świat w 1968 roku, więc jest o 6 lat starszy od Zyty.

Dzieciństwo i młodość spędza w Bugaju, czyli wsi oddalonej od Mikuszewa o niecałe 5 kilometrów.

Waldemar mieszka z rodzicami, z bratem, którego imię nie jest znane, a także z dwiema siostrami, Ewą i Małgorzatą.

Jego dzieciństwo nie należy do najłatwiejszych, ponieważ rodzice, szczególnie matka, często stosują wobec niego przemoc.

Dodatkowo ojciec regularnie nadużywa alkoholu, więc sytuacja domowa rodziny B jest bardzo trudna.

Waldemar, jak twierdzi, często unika szkoły, bo na ciele ma widoczne siniaki i wie, że jeżeli pojawiłby się w takim stanie na lekcjach, to będą z tego kłopoty.

Co ciekawe, kilka źródeł podaje właśnie taki opis jego dzieciństwa, natomiast jego siostra Małgorzata w jednej z wypowiedzi kategorycznie temu zaprzecza.

Przemocy wobec mnie nie stosował.

Gdy zaczął chodzić do szkoły, bardzo częstym gościem w domu była policja.

Był posądzany o wszystko.

Trudno powiedzieć skąd taka rozbieżność, czy Waldemar wymyślił taką opowieść o swoim dzieciństwie, czy po prostu siostrze zależało na ochronie dobrego imienia już nieżyjących wtedy rodziców.

Nie wiadomo też jaka była między nimi różnica wieku, może Waldemar doświadczył ze strony rodziców czegoś, czego ona nie doświadczyła.

W każdym razie pewne jest, że przez opuszczanie lekcji, czy to z własnego wyboru, czy przez nieciekawą sytuację w domu, musiał on powtarzać siódmą klasę.

Po podstawówce idzie do zawodówki współpracującej z poznańskimi zakładami Cegielskiego i tam zdobywa zawód formierz-odlewnik.

Po szkole rozpoczyna pracę w zawodzie, ale nie zagrzewa tam miejsca zbyt długo, zaledwie kilka miesięcy, bo trafia do więzienia.

Tak jak wspominałam, zostaje skazany na karę pozbawienia wolności za włamania, a odsiadka trwa blisko dwa lata.

Potem z powrotem wraca do Bugaju i wpada na pomysł, że będzie się dalej edukował.

Zapisuje się do technikum, zapewne po to, aby zrobić maturę, ale brakuje mu motywacji, aby ukończyć szkołę, więc ostatecznie ją rzuca.

Mieszka wtedy już tylko z rodzicami i z bratem, ponieważ siostry w międzyczasie zdążyły się wyprowadzić.

Nie jest łatwo z nim żyć, bo Waldemar widocznie nie radzi sobie ze swoimi emocjami i miewa częste wybuchy agresji.

Mimo wyroku na koncie i trudnego charakteru udaje mu się jednak znaleźć zatrudnienie w pralni, gdzie pracuje jako prasowacz.

W czasie wolnym często przeszukuje okoliczne lasy, szuka tam poroży jeleni.

Nie wiem w jakim celu, ale zapewne po to, żeby jakoś na tym zarabiać.

W każdym razie po okolicznych terenach leśnych porusza się bardzo sprawnie, dobrze zna okolice, a zwiedzanie terenów ułatwia mu jego nieodłączny rower.

Gdy Waldemar ma 24 lata, umiera jego ojciec.

W domu rodzinnym pozostają więc tylko on, mama i brat.

Ich relacje rodzinne są, lekko mówiąc, chłodne, Waldek niezmiennie bywa agresywny, a poza tym, tak jak kiedyś ojciec, nadużywa alkoholu.

Gdy nadchodzi Wielkanoc 1994 roku, Waldemar jest 26-letnim mężczyzną z nadal tymi samymi problemami.

W domu Coruż są awantury, do których dochodzi najczęściej pomiędzy nim i jego mamą, natomiast okazjonalnie dołączają się też siostry, jeżeli akurat są na miejscu.

Niedzielne popołudnie 3 kwietnia spędza sam z mamą, bo brat już rano po śniadaniu pojechał na ryby.

Siostry zapowiedziały, że wpadną na świąteczny poczęstunek, ale dopiero później, więc póki co siedzą sami.

Niestety mimo świątecznej, zdawałoby się, rodzinnej atmosfery, znów dochodzi do zaciekłej wymiany zdań.

Po niej on wychodzi z domu, jest wściekły, zabiera rower, a następnie rusza w stronę pobliskiego lasu.

Gdy jedzie z górki, nieszczególnie skupia się na drodze, ręce ma oparte na kierownicy, ale jednocześnie pali papierosa, więc nie jest do końca skoncentrowany.

Niespodziewanie z krzaków wychodzi dziewczyna, Zyta, chociaż on naturalnie nie wie, że tak ma na imię.

Wchodzi centralnie pod jego rower, on skręca, ale nie może utrzymać równowagi, więc przewraca się, zresztą podobnie jak Zyta, bo ona również, kompletnie zdezorientowana tym, co się dzieje, upada do tyłu.

Oboje się wystraszyli, ale u Zyty ten strach szybko przemienia się w złość.

Zaczyna krzyczeć, co on robi, czy nie wie, jak się jeździ, czemu nie patrzy na drogę i czemu teraz w ogóle się nie odzywa.

W emocjach podobno uderza go otwartą ręką w twarz, po czym on oddaje jej z dużo większą siłą, w wyniku czego ona znów się przewraca.

Waldemar w tym momencie jest już naprawwściekły, nie umie wyjaśnić skąd aż takie emocje, ale miał w życiu kilka takich sytuacji, kiedy dosłownie dostawał białej gorączki i to jest jedna z nich.

W tym momencie siedzi już na Zycie, jest agresywny, więc zaczyna ją atakować.

Zyta próbuje się bronić, znów uderza go w twarz, a później chwyta jakiś kij, którym zaczyna go okładać.

Kiedy Waldemar nad nią klęczy, ona usilnie próbuje go z siebie zepchnąć, ale niestety on ma więcej siły.

Dotkliwie drapie go po twarzy, a wtedy on, widząc, że nie jest w stanie jej obezwładnić, sięga po kamień leżący tuż obok nich, a następnie uderza Nimzytę z dużą siłą, jak mówi w trakcie składania zeznań, raz, choć wiemy, że ona miała ślady po minimum trzech takich uderzeniach.

Po ciosach kamieniem Zyta przestaje się szamotać, a z jej skroni zaczyna lecieć krew.

Waldemar jest pewny, że ją zabił, więc widząc co zrobił, chce jak najszybciej ukryć ciało.

Uznaje, że może jeśli upozoruje motyw seksualny, to przekieruje śledztwo na inne tory i tym sposobem będzie trudniej go namierzyć.

Policjanci zaczną wtedy szukać sprawcy wśród osób np.

mających na koncie jakieś wyroki za napaści, a że on takiego wyroku nie ma, no to odsunęłoby od niego podejrzenia.

Przeciąga ZF krzaki, ona tak jak zakładano jest zwrócona wtedy twarzą do ziemi, on ciągnie ją za kaptur kurtki i wiemy co się dzieje.

Już gdy są w ukryciu rozcina nożem, który ma przy sobie pasek oraz szlufkę, a także gumkę rajstop, a następnie opuszcza jej spodnie i podciąga do góry górne części garderoby.

Po wszystkim przykrywa ją kurtką, która została obok, po czym wsiada na rower i najszybciej jak umie wraca do domu, gdzie w międzyczasie zdążyła już dojechać jego siostra, Małgorzata.

Po dotarciu na miejsce wjeżdża do garażu, wyciera się z krwi, a po wejściu do domu zmienia koszulę.

Potem wita się z siostrą, która na jego widok przeżywa niemałe zaskoczenie, bo Waldek ma całą podrapaną twarz.

Pyta co się stało, czy miał jakiś wypadek, na co on odpowiada, że nic wielkiego.

Jechał rowerem, przewrócił się i wpadł w wieżyny.

Małgorzata nie zdążyła zapytać go o nic więcej, bo znów rozlega się dzwonek do drzwi.

Tym razem to Ewa, która również od razu pyta co się stało.

Słysząc historię o jeżynach, śmieje się, że brat jest taki nieuważny, potem zaczynają rozmawiać o czymś innym i tak temat cichnie, przynajmniej do następnego dnia.

Bo w poniedziałek wielkanocny w okolicy robi się głośno o zaginięciu Zyty, a wieści docierają też naturalnie do domu rodziny B. Gdy mama Zyty około południa znajduje jej ciało, o sprawie robi się jeszcze głośniej.

To wtedy Waldemar dowiaduje się, jak nazywa się jego ofiara.

Nie zamierza się przyznawać do winy, liczy, że dobrze zmylił trop i wszystko ujdzie mu na sucho, natomiast ma jakąś nieodpartą chęć, aby znów pojechać na miejsce zdarzenia.

Może liczy, że czegoś się dowie, a może z innego powodu?

Tak czy inaczej, gdy dojeżdża na polanę, widzi tam sporo ludzi, ale Zyty już nie ma.

Ciało zostało w międzyczasie przewiezione do zakładu medycyny sądowej, ale na miejscu nadal pracują technicy.

Waldemar podjeżdża tam dosłownie na chwilę, później zawraca i jedzie z powrotem do siebie.

Pół roku później, we wrześniu 1994 roku, do drzwi jego domu pukają policjanci, którzy po kolei sprawdzają kolejnych mężczyzn ze swojej listy.

Wiedzą, że nikt w rodzinie Waldemara nie posiada Fiata 126P, na którym to się skupiają, więc ten element odpada, ale mimo wszystko pytają go o alibi na 3 kwietnia.

Odnośnie pierwszego dnia świąt wielkanocnych podaje, że spędziłem je w domu wraz z matką.

Z domu, jeżeli wyszedłem, to na ogródek przydomowy.

O potwierdzenie tej wersji pytają siostrę, która akurat również jest w domu, tylko że nieszczęśliwym drafem jest to Ewa, która, jak może pamiętacie, tamtego dnia przyjechała później.

Pytana o niedzielę wielkanocną odpowiada, że przyjechała po południu w odwiedziny i owszem, gdy przyszła, brat był w domu.

Pewnie gdyby on jeden był podejrzanym, to sprawdzonoby to wszystko dokładniej, ale że był jednym z prawie stu, to odhaczyli to alibi jako wystarczające.

Minęło pół roku, Ewa pewnie nie była w stanie podać dokładnej godziny przyjazdu, pewnie powiedziała, że było to po południu, jakoś w 15-16, a wszystkie detale rozbijają się tutaj tak naprawdę o minuty.

O zadrapaniach na twarzy też nie wspomina, zapewne w ogóle nie uznaje tego za istotne i na tym rozmowa się kończy.

Być może gdyby w domu była akurat mama i to z nią policjanci by rozmawiali, to usłyszeliby, że tamtego dnia syn na chwilę wyszedł, że po powrocie poszedł najpierw do garażu i że po wejściu do domu się przebierał.

Być może gdyby była tam chociaż Małgorzata, to ona powiedziałaby, że brat wrócił chwilę po niej i to, co od razu zwróciło jej uwagę, to zadrapania na twarzy.

Tym bardziej, że jak mówi po latach, ona cały czas o nich pamiętała, ale nie powiązała faktów.

Być może policjanci powiązaliby to za nią, gdyby tylko o tym powiedziała.

Z mamą jeszcze dodam, że był taki wątek, że po latach któraś z sióstr opowiedziała, że po tych świętach wielkanocnych ona miała bardzo obniżony nastrój.

Gdy dopytywała ją, co się stało, to mama odpowiedziała, że zadrapania na twarzy Waldka pojawiły się tego samego dnia, kiedy ktoś zabił Zytę.

Nie powiedziała tego wprost, ale chyba podejrzewała, że to mógł być on.

Istnieje też prawdopodobieństwo, że widziała syna może przez okno, jeszcze przed wejściem do garażu, zanim się trochę ogarnął i widziała ślady krwi np.

na jego twarzy czy na rękach.

To już trudno powiedzieć.

Mimo ich nienajlepszych relacji, może wygrały jakieś matczyne uczucia i chęć ochrony swojego dziecka, mimo wszystko.

Może też w związku z tym, jaki czasem potrafił być agresywny, bała się jak zareaguje, gdy go wyda, a może zależało jej po prostu na ochronie swojego imienia.

W każdym razie temat jakoś rozszedł po kościach, bo kilka miesięcy później prokurator zamyka śledztwo.

Mniej więcej w tym samym czasie Waldemar zaczyna się spotykać ze swoją przyszłą żoną, o 6 lat młodszą Dorotą.

Dorota to jego koleżanka z pracy, znają się już od jakiegoś czasu, ale dopiero gdy lądują na jednej wspólnej dyskotece, coś zaczyna się między nimi dziać.

Umawiają się na kolejne randki i tak powoli uczucie się rozwija.

Dorota jest rówieśniczką Zyty, pochodzi z tych samych okolic, więc chodziły do jednej podstawówki, ale nie znały się osobiście, jedynie z widzenia.

Ona i Waldemar nigdy nie poruszają tematu zabójstwa, ani wtedy na początku znajomości, ani tym bardziej w trakcie kolejnych lat, kiedy to wydarzenia zaczynają się już trochę zacierać.

Trzy lata później, w 1998 roku, Waldemar i Dorota biorą ślub.

Po ślubie zamieszkują w jego domu rodzinnym, gdzie prawdopodobnie została już tylko jego mama, bo brat też zdążył się wyprowadzić.

Niestety wprowadzka nowej synowej nie poprawia relacji Waldemara i jego mamy, wręcz przeciwnie.

Małgorzata wspomina to tak, tutaj znów cytuję.

Relacje mamy z moim bratem, a przede wszystkim z synową, nie były dobre.

Miałam wrażenie, że mama im przeszkadza.

Źle ją traktowali, leżeli w pokoju na kanapie, a mama siedziała w kuchni na taburecie.

Widziałam, że jest smutna.

Gdy kilka lat później na świat przychodzi ich pierwsza córka, sytuacja jeszcze się pogarsza.

Relacje między członkami rodziny są już tak napięte, że dosłownie w każdym momencie awantura wisi na włosku.

Sytuacji nie poprawia fakt, że mama mocno podupada na zdrowiu i przez cukrzycę, z którą zmaga się od kilku lat, traci wzrok, więc też wymaga stałej opieki.

Syn i synowa jej takiej opieki nie zapewniają, przez co dochodzi do ostrego konfliktu między nimi a Ewą i Małgorzatą.

Siostry nieraz próbują namówić mamę, aby przeprowadziła się po prostu do którejś z nich, tak będzie o wiele łatwiej, ale ona nie chce o tym słyszeć.

Tłumaczy, że już od tylu lat mieszka w Bugaju, w swoim domu i na starość nie zamierza zmieniać miejsca zamieszkania.

Sytuacja jest więc patowa i ostatecznie doprowadza do tego, że siostry tracą cierpliwość.

Każą Waldemarowi zabrać rodzinę i się wyprowadzić, na co on się zgadza, chociaż nie bez obiekcji, ale i tak nie ma za bardzo wyboru.

Bugaj opuszczają w 2002 roku.

Jeszcze przed wyprowadzką on podobno demoluje łazienkę, natomiast brakuje informacji odnośnie tego, co dzieje się bezpośrednio po wyprowadzce, to znaczy gdzie się zatrzymują od razu potem.

W każdym razie wiadomo, że niedługo później mama trafia do szpitala, a w ciągu kolejnych kilku miesięcy umiera.

Przed śmiercią wymeldowuje jeszcze syna z domu rodzinnego, więc ich relacje zdecydowanie nie ulegają poprawie.

Przez te miesiące Waldemar odwiedza mamę w szpitalu tylko raz, a na pogrzebie w ogóle się nie zjawia.

Ma do niej żal i chowa urazę przez następne lata, zresztą nie tylko do niej, bo też do sióstr, za to, że wyrzuciły z domu nie tylko jego i Dorotę, ale też, co najgorsze, ich kilkumiesięczną córkę.

Po pogrzebie ich kontakt zupełnie się urywa, więc przez następne 20 lat Dorota i Ewa nie mają pojęcia, co się dzieje z ich bratem.

Wspomnienia o nim odżywają na nowo, dopiero wtedy, gdy zostają wezwane na przesłuchanie.

Rodzina Waldemara ostatecznie osiada w Pałczynie, gdzie na świat przychodzi druga córka.

Pałczyn to taka niewielka wieś.

W jednym artykule jest nawet wzmianka, że wygląda jakby czas się w niej zatrzymał.

Tak jak 20 lat wcześniej są przystanki PKS, wspólne skrzynki na listy, a nie ma chociażby sklepu.

Widać przy 300 mieszkańcach jest to nieopłacalne.

Społeczność wydaje się tam ze sobą zżyta, wszyscy jak im się wydaje dobrze się znają, dlatego zatrzymanie Waldemara powoduje niemałe poruszenie.

Mieszkańcy wsi kojarzą go jako spokojnego i zamkniętego w sobie człowieka, takiego, który gdy szedł ulicą to starał się nie zwracać na siebie uwagi, nigdy nie patrzył przed siebie, tylko zawsze gdzieś w ziemię.

Do nielicznych docierały jakieś sygnały o jego przyszłości, że niby zdarzało mu się zaczepiać kobiety, albo że ojciec traktował go bardzo oschle, bo był problematycznym dzieckiem, ale wszyscy traktowali to jako takie pogłoski, którym nie warto poświęcać większej uwagi.

Dla większości on jest po prostu takim zwykłym sąsiadem, jak mówią, ma fajne dzieci, fajną żonę i niezbyt fajną sytuację finansową.

Tak jak wspominałam, rodzina utrzymuje się tylko z jego pensji.

Nieraz sąsiedzi widzą go, jak jeździ na rowerze po okolicy w poszukiwaniu złomu, więc pewnie ten budżet nie był wystarczający i próbował go jakoś podreperować.

Widać to też po ich warunkach mieszkalnych, które nie prezentują się najlepiej, bo we czwórkę mieszkają w piwnicy pewnego domu rodzinnego, która została przerobiona na mieszkanie.

Córki nie mają własnych pokoi, w piwnicy jest jedynie niewielka kuchnia, łazienka i jeden wspólny pokój ogrzewany piecem węglowym.

Po zatrzymaniu Waldemara inspekcję w jego domu odbywa kurator, a po wizycie zapisuje w notatkach mieszkanie zawilgocone i zaniedbane, brudne.

Poza obserwacjami otoczenia przeprowadza też wywiad z Dorotą, która o mężu wypowiada się bardzo pozytywnie.

Spokojny, uczestniczył aktywnie w życiu rodzinnym, pomagał córkom w odrabianiu lekcji, nie przejawiał zachowań agresywnych.

W tej poznańskiej firmie, w której pracuje jako malarz konstrukcji stalowych, jest zatrudniony od 2010 roku.

W 2016 roku z kolei spadł z wysokości, przez co przez następny rok przebywał na zasiłku, ale wrócił do pracy.

Dwa lata po tym wypadku w 2018 miał zawał, co ponownie na jakiś czas wyjęło go z obowiązków zawodowych, a po powrocie nie został już na długo, bo jak wiemy w kolejnym roku, czyli w 2019 został aresztowany.

Proces przed sądem okręgowym w Poznaniu rozpoczyna się w maju 2021 roku.

Waldemar tak jak wcześniej współpracował i dokładnie opisał cały przebieg wydarzeń, tak teraz ze wszystkiego się wycofuje.

wi, że on uderzył ZT tylko raz i nic poza tym.

W trakcie jednej z rozpraw zeznaje Dorota, która mimo upływu czasu nadal nie może uwierzyć w to, co się stało.

Podkreśla, że jest w szoku, bo mąż nigdy nie był agresywny ani w stosunku do niej, ani do dzieci.

Odpowiadając na pytania zadawane przez strony, mówi, że cały czas korzysta ze wsparcia psychologa, podobnie jak córki, które są zdruzgotane tym, co wyszło na jaw.

Rodzina nadal utrzymuje ze sobą kontakt, nie ma co prawda żadnej wzmianki o widzeniach, ale wiadomo, że Waldemar wymienia listy z żoną i córkami.

Prokurator w akcie oskarżenia wnioskuje o karę 25 lat pozbawienia wolności, a także nawiązkę dla pokrzywdzonych po 200 tysięcy dla każdego z rodziców.

25 lat to maksimum, na jakie on może zostać skazany, bo w 1994 roku właśnie taka była najwyższa kara za zabójstwo.

Gdy przychodzi czas na mowy końcowe, obrońca Waldemara podkreśla, że brakuje dowodów na to, aby jego klient miał zamiar wykorzystać ZT seksualnie, a odnosi się do tego, bo ta kwestia w trakcie procesu była szczegółowo badana.

Pojawiły się wątpliwości odnośnie jego intencji, ale ostatecznie, tak jak obrońca powiedział, nie było dowodów.

W związku z tym w ocenie obrońcy Waldemar powinien odpowiadać tylko za odebranie życia, ale nie w ramach zabójstwa, a nieszczęśliwego wypadku.

Tym samym kwalifikacja według niego powinna zostać zmieniona na spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Tylko, że haczyk w tym jest taki, że ten czyn już dawno uległ przedawnieniu, więc tak naprawdę nie poniósłby żadnej kary, gdyby tą klasyfikację faktycznie zmieniono.

Waldemar w swojej mowie końcowej przeprasza rodzinę Zyty i prosi o wybaczenie.

wi też, że przez te 25 lat cały czas o tym myślał.

Bywały dni, kiedy miał dość i chciał się zgłosić na policję, ale jak wiadomo ostatecznie tego nie zrobił.

Po wysłuchaniu mów końcowych sąd udaje się na naradę, po czym ogłasza tak długo wyczekiwany przez wielu wyrok.

Sędzia dodała też, że nie może być okolicznością łagodzącą to, że przez te wszystkie lata Waldemar nie był notowany.

Ciężko premiować kogoś za to, że przez ponad 20 lat wymykał się wymiarowi sprawiedliwości.

No i też dodatkowo oburzająca jest ta kwestia motywu, bo w sumie co takiego się stało?

Zyta weszła mu pod koła roweru, bo jechał nieuważnie i on mógł pewnie jechać uważniej i pewnie ona mogła się rozejrzeć jak wchodziła na ścieżkę, ale czy to jest powód do zabójstwa?

Żaden motyw, żeby odbierać komuś życie nie jest dobry, ale to jest kolejna sprawa powstała z tak błahej motywacji, że nie wiem nawet jak to skomentować.

Sędzia z kolei podsumowuje to tak, że dla niej intencje oskarżonego były jasne, bo człowiek, który uderza drugiego z całej siły kamieniem w głowę, nie robi tego, żeby ten drugi się odczepił i sobie poszedł.

Sąd zobowiązuje też Waldemara do zapłacenia nawiązki na rzecz rodziców, tylko że tu mam problem z kwotą, bo ze względu na te ciągłe odniesienia do czasu, kiedy zbrodnia została dokonana, to znaczy często jest przywoływany wtedy obowiązujący kodeks karny, bo zgodnie z nim Waldemar musiał być sądzony, no to też sąd podaje kwotę nawiązki w złotych przed denominacją i jest to kwota po 2,5 miliona dla każdego z rodziców.

Tylko, że według źródeł internetowych wychodzi, że to jest 250 obecnych złotych, co brzmi trochę dziwnie, ale jeśli to prawda, to jest to najbardziej absurdalna kwota nawiązki, o jakiej słyszałam przy sprawach zabójstw.

Od wyroku odwołuje się mecenas oskarżonego, więc sprawa trafia do sądu apelacyjnego, ale tam wyrok zostaje podtrzymany i tym samym staje się prawomocny.

Jeżeli doceniasz moją pracę, możesz postawić mi kawę na BuyCoffee2.

Serwis nie wymaga rejestracji, można płacić blikiem, więc nie trzeba podawać żadnych danych i link jest w opisie.

Za wszystkie dotychczasowe kawy bardzo, bardzo dziękuję i do usłyszenia.

0:00
0:00