Mentionsy
Stolica zbrodni: Pewna rodzina z Woli (2006 - 2008)
Mariusz mieszka z mamą, ojczymem i bratem w małej kawalerce na warszawskiej Woli. Gdy zaczyna służyć w kościele jako ministrant, poznaje pewne małżeństwo - Małgorzatę i Zbigniewa. --------------------------
Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji z ogólnodostępnych źródeł.
ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1Fo4qyDOSa5QZfvDvHo3Zz08FBcsjaNB4G66RDjMnEg8/edit?usp=sharing
JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: buycoffee.to/szkickryminalny
MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s
MUZYKA INTRO: Countdown Cinematic Trailer Background Music / Equalizer by Soundridemusic https://www.youtube.com/watch?v=dfrZ9ncSKc8
MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE
YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg
Szukaj w treści odcinka
Dzień dobry słuchacze, witam was po przerwie w drugim sezonie.
Motyw przewodni Warszawa, czyli miasto dużych kontrastów.
Jeżeli stolica kojarzy wam się tylko z wielkomiejskim klimatem i przepychem, to wyprowadzam z błędu.
Część dzielnic tak, a część wręcz przeciwnie.
Jedni przyjeżdżają tu z nadzieją na lepsze jutro, inni tą nadzieję już dawno stracili.
Mimo, że Warszawa jest dużym miastem, można sobie zorganizować życie właściwie w obrębie jednej dzielnicy i tym samym żyć jak na prowincji.
Przekrój społeczeństwa jest ogromny, więc w sezonie pojawią się sprawy dotyczące osób pochodzących z bardzo zróżnicowanych grup społecznych.
Co do samego odcinka, to zgodnie z Waszymi prośbami z okazji 10 tysięcy subskrypcji jest on dłuższy niż zazwyczaj.
Opowiem o sprawie złożonej i wyjaśnionej, ale mimo tego mającej w sobie wiele tajemniczych elementów.
Akcja zaczyna się w latach 80. poprzedniego wieku, a kończy w 2021 roku, więc szykujcie się na podróż w czasie trwającą blisko 40 lat.
Nie przedłużając, zapraszam Was do wysłuchania odcinka pod tytułem Pewna rodzina z woli.
Sprawa ma swój początek w latach 80.
Przenosimy się do Półtuska, miasta leżącego w województwie mazowieckim, jakieś 40 km od obrzeży Warszawy.
mieszkańców, co czyni go miastem, które według polskiej klasyfikacji można skategoryzować jako małe, ale bardzo niewiele brakuje mu do średniego.
Jest 10 października 1980 roku, a jedna z mieszkanek Pułtuska, nazwijmy ją Maria, rodzi syna.
Nieznane są pierwsze lata życia Mariusza, ale wiadomo, że jego rodzice albo od samego początku nie byli razem, albo rozeszli się, gdy chłopiec był jeszcze bardzo mały.
Na tyle mały, że nie pamięta relacji z ojcem ze wczesnego dzieciństwa i też nigdy później nie nawiązał z nim kontaktu.
Pani Maria zaczyna spotykać się z innym mężczyzną, więc Mariusz zyskuje ojczyma.
Poza nim w domu jest jeszcze młodszy brat.
Późniejsze losy rodziny toczą się już w samej Warszawie, więc w nieokreślonym momencie musieli się przeprowadzić.
Zamieszkali na Woli, dzielnicy leżącej po zachodniej stronie Wisły, relatywnie blisko centrum.
Wola graniczy m.in.
Rodzina być może miała jakieś nadzieje w związku z przeprowadzką do dużego miasta.
znaleźć lepszą pracę i podreperować domowy budżet.
W Warszawie żyją skromnie, a ich sytuacja mieszkaniowa kształtuje się tak, że mają do dyspozycji jedynie kawalerkę o powierzchni 18 m2.
Ojczym pracuje prawdopodobnie w warsztacie samochodowym, natomiast w źródłach jest określany jako Złota Rączka, więc trudno powiedzieć, czy jest mechanikiem, czy np.
Mariusz w dzieciństwie ma z nim dobre relacje.
Ojczym jest dla niego wzorem, więc chłopiec często mu powtarza, że kiedyś chce być taki jak on.
Wraz z upływem lat sytuacja materialna rodziny nie zmienia się na lepsze.
Gdy chłopcy wkraczają w wiek nastoletni, mieszkanie na tak małej powierzchni staje się jeszcze bardziej kłopotliwe.
Szczególnie dla starszego Mariusza stanowi to problem i stopniowo między nim a pozostałymi członkami rodziny zaczyna coraz częściej dochodzić do kłótni.
W dzisiejszej historii występuje kilkoro uczestników zdarzeń, których losy się przeplatają i wzajemnie na siebie wpływają.
Mimo, że na początku te osoby nie mają ze sobą styczności, będę opisywać, co się u nich dzieje w miarę jednocześnie, tak aby chociaż mniej więcej zachować chronologię zdarzeń.
Gdy Mariusz jest jeszcze dzieckiem, dokładnie gdy ma 5 lat, poznają się kolejni bohaterowie historii.
Jest rok 1985, a osiemnastoletnia Małgorzata i dziewiętnastoletni Zbigniew zaczynają się ze sobą umawiać na randki i powoli zaczyna między nimi kiełkować uczucie.
Po dwóch latach chodzenia ze sobą Małgorzata zachodzi w ciążę.
Z uwagi na to, mimo młodego wieku, para jest zmuszona rozpocząć dorosłe życie, ponieważ od teraz będą odpowiedzialni jeszcze za jedną osobę.
W 1987 roku biorą ślub, wcześniej raczej nieplanowane, bardziej było to tzw.
małżeństwo z rozsądku, czyli rozwiązanie bardzo popularne w dawnych czasach.
W 1988 roku rodzi im się córeczka, której dają na imię Aleksandra.
We trójkę zamieszkują w dwupokojowym mieszkaniu na Woli.
Żyją całkiem wygodnie, ale też nie jakoś przesadnie luksusowo.
Zbigniew ma własną działalność gospodarczą, w której zajmuje się sprzedażą biżuterii, ale nie złota czy srebra, a takimi tanimi błyskotkami z metali nieszlachetnych.
Mimo tego jego stoiska cieszą się dużym zainteresowaniem.
Czasy są ciężkie, więc nie każdy może sobie pozwolić na drogą biżuterię z wyższej półki, więc młody tata może bez problemu utrzymać całą rodzinę.
Oprócz sprzedaży przez jakiś czas zajmuje się też doradztwem kredytowym, ale jest to bardziej dodatek.
Głównie skupia się na handlu.
Na początku pomaga mu w tym Małgorzata, później jednak koncentruje się na wychowaniu dorastającej Oli, więc Zbigniew wykonuje obowiązki jedynie z pomocą zatrudnionych pracowników.
Charakteryzując małżeństwo tak poza aspektem zawodowym, to oboje są bardzo wierzący i mocno angażują się w życie kościoła katolickiego.
Razem biorą udział w różnych spotkaniach kościelnej społeczności, a Zbigniew, który ma piękny głos, dodatkowo śpiewa w chórze.
Małgorzata bardzo lubi go słuchać i nieraz odwiedza kościół również w trakcie prób, aby obejrzeć występy swojego męża.
Na temat podejścia rodziny Mariusza do wiary brakuje informacji.
Na pewno są wierzący, ale prawdopodobnie nie jakoś nad wyraz aktywni.
Po prostu chodzą do kościoła w niedzielę i święta.
W 1994 roku 14-letni Mariusz postanawia się jednak trochę bardziej zaangażować w życie kościoła i oznajmia rodzicom, że chce zostać ministrantem.
Wkrótce plan wdraża w życie i zaczyna służyć jako ministrant w parafii św.
Wojciecha na Woli.
W tym miejscu rozpoczyna się później kontynuowana sekwencja zbrodni.
W kościele Mariusz nawiązuje relacje z księdzem Piotrem.
Kapłan zajmuje się prowadzeniem mszy i spotkań dla młodzieży, a poza tym jest odpowiedzialny również za prowadzenie chóru.
Jako, że w parafii jest tym księdzem, mówiąc w skrócie działającym z młodzieżą, to najczęściej właśnie on zajmuje się również ministrantami, szczególnie tymi starszymi.
Osobowość księdza Piotra, który jest towarzyski i otwarty, stanowi całkowity kontrast względem charakteru Mariusza, który jest zamknięty w sobie i raczej nie wychodzi z inicjatywą nawiązywania nowych kontaktów.
Nie tylko to podejście odróżnia go od innych, bo z czasem daje się zaobserwować, że nastolatek stał się bardzo głęboko wierzący.
Można powiedzieć, że w kwestii wiary daje z siebie 110% i właściwie nie tylko w tej kwestii, bo ogólnie mówiąc Mariusz jest perfekcjonistą.
Narzuca sobie, że wszystko, czego się podejmuje albo co zostaje mu zlecone, musi być wykonane na jak najwyższym poziomie.
Poza tym jest zwyczajnym nastolatkiem, zagubionym, poszukującym swojej tożsamości, z dość trudną sytuacją w domu, gdzie ciągle dochodzi do kłótni.
W związku z tym odsuwa się trochę od reszty domowników, a jego powiernikiem zostaje właśnie ksiądz Piotr.
Dużo rozmawiają, nastolatek opowiada mu o swoich problemach i rozterkach, są ze sobą coraz bliżej, a Mariusz wyraźnie ufa kapłanowi.
Ksiądz dostrzega w nim talent muzyczny i po czasie namawia go, aby wstąpił do prowadzonego przez niego chóru.
Mężczyzna nadużywa zaufania Mariusza, coraz bardziej przekracza jego granice, aż w końcu zaczyna go molestować.
Młody ministrant jest całkowicie pod jego wpływem, robi to, co ksiądz mu każe, czasem zdarza się nawet, że u niego pomieszkuje.
To wtedy zauważa, że ksiądz ma problem z alkoholem, którego wyraźnie nadużywa.
Ponadto w swoim pokoju przechowuje zbiór czasopism o tematyce pornograficznej, notabene zbiór odkryty później przez młodzież w trakcie sprzątania pokoju księdza.
Na komputerze kapłan ma też pliki zawierające podobne treści, które również w późniejszym czasie odkryto.
W tym układzie Mariusz tkwi przez lata.
Nie opowiada o tym nikomu dorosłemu, bo raz, że w swojej ocenie nie ma komu, a dwa, uważa, że i tak Bóg kiedyś rozliczy księdza Piotra.
Jeden z jego kolegów, również ministrant, wie, że Mariusz czasem nocuje u księdza, więc ewentualnie jemu mógł coś sygnalizować, ale to nic pewnego.
Nawet jeśli kolega wiedział, to też nikomu nie zgłaszał problemu, albo zgłaszał, ale było to bagatelizowane.
W tym samym czasie w małżeństwie Małgorzaty i Zbigniewa układa się nie najlepiej.
Już po urodzeniu Oli Małgorzata zaczęła zauważać sygnały, których wcześniej nie dostrzegała.
Trudno ze stuprocentową pewnością stwierdzić, jakiej orientacji seksualnej jest Zbigniew.
Być może jest biseksualny, ale mimo wszystko jednak bardziej ciągnie go do mężczyzn.
Na początku wygląda to tak, jakby stały związek chciał tworzyć z kobietą, a z mężczyznami zależało mu jedynie na przygodnych relacjach, ale tu ważny jest kontekst czasowy.
Lata 90. to nie był czas na swobodne mówienie o swojej orientacji, jeżeli była ona inna niż heteroseksualna.
Z różnych względów bywa tak, że to nadal temat tabu, ale to już osobna kwestia.
W każdym razie pewnie to nieodosobniony przypadek chęci lub też konieczności znalezienia sobie, brzydko mówiąc, przykrywki.
Może Zbigniew na początku miał czysta intencja.
Później mógł zdać sobie sprawę, że związek z kobietą to nie to, ale niezależnie od powodu po prostu zdradzał Małgorzatę, o czym ona wiedziała.
Nie chciała od niego odchodzić, pewnie ze względu na uczucia, może stabilność finansową i też brak wiary, że poradzi sobie sama.
Mąż ma bardziej dominującą osobowość, więc Małgorzata jest mu podporządkowana i czuje się od niego zależna.
Z zewnątrz wyglądają na bardzo zgrane małżeństwo.
Nikt z osób, które znały ich jedynie powierzchownie nie powiedziałby, że w ich związku coś może nie grać.
Na początku Zbigniew spotyka się z kochankami poza domem, później zaczyna ich przyprowadzać do mieszkania jego i Małgorzaty.
Interesują go młodsi od niego partnerzy, często są to księża, a także inne osoby związane z kościołem, ale nie z tej parafii, do której on i Małgorzata należą.
W związku z tym w najbliższym kręgu znajomych preferencje i zdrady Zbigniewa pozostają tajemnicą.
Po czasie chce on spróbować czegoś więcej i namawia Małgorzatę na miłosne trójkąty.
Tak jak wcześniej w kontekście zdrady, brakuje informacji, czy ona się na to świadomie zgadza, czy może w jakiś sposób jest zmuszana.
Źródła podają w tym zakresie różne wersje.
Taki stan rzeczy trwa latami.
Zdarza się, że przygodni kochankowie odwiedzają Małgorzatę i Zbigniewa w ich domu, ale bywa też tak, że to małżeństwo jeździ w odwiedziny.
Nasuwa się pytanie, gdzie w tym wszystkim jest Ola i czy wie o dość niekonwencjonalnym podejściu rodziców do związku.
W tamtym czasie prawdopodobnie nie, natomiast sytuacja zmienia się w kolejnych latach.
W 1996 roku Ola ma 8 lat i niedługo ma iść do pierwszej komunii.
Przyjęcie odbędzie się w parafii św.
Wojciecha, a jednym z kapłanów przygotowujących dzieci do tej ceremonii jest znany nam już ksiądz Piotr.
Kapłan, jak to ma w zwyczaju, robi bardzo dobre wrażenie zarówno na Małgorzacie, jak i Zbigniewie.
Jest uśmiechnięty, otwarty, wzbudza zaufanie i sprawia wrażenie człowieka, który umie słuchać.
Małgorzata, która w tamtym czasie ma już dość nowatorskich pomysłów swojego męża, rozważa czy nie zwierzyć się ze wszystkiego księdzu Piotrowi.
Ostatecznie wycofuje się z tego pomysłu, ale między małżeństwem a księdzem nawiązuje się pewna relacja, tym razem nieerotyczna.
Przynajmniej w źródłach jest mowa jedynie o przyjaźni.
Przed pierwszą komunią Ola musi uczęszczać na nauki przygotowujące ją do tego wydarzenia, które odbywają się w kościele.
Na spotkania rodzice odprowadzają ją na zmianę, jednak częściej to zadanie przypada Zbigniewowi.
Właśnie w trakcie jednego ze spotkań następuje połączenie losów wszystkich bohaterów, ponieważ ksiądz Piotr przedstawia Zbigniewowi 16-letniego Mariusza.
Doprecyzowując kwestię wieku, to Zbigniew ma wtedy 30 lat, więc jest starszy od Mariusza o 14 lat, natomiast Małgorzata jest starsza od nastolatka o 13 lat.
Mariusz wyrósł na wysokiego, postawnego blondyna.
Sprawia wrażenie bystrego i kulturalnego.
Przy pierwszym kontakcie uwagę zdecydowanie zwracają jego oczy.
Jest w nich coś dziwnego, można powiedzieć, że ma taki nieprzenikniony wzrok.
Pojawia się też określenie świdrujące spojrzenie.
Po ukończeniu podstawówki Mariusz, tak jak zapowiadał, poszedł w ślady ojczyma i rozpoczął naukę w technikum samochodowym.
Żeby już później nie wracać do tego wątku, to powiem od razu, że ukończył tą szkołę i tym samym zyskał tytuł technika mechanika.
Po chwili rozmowy okazuje się, że Zbigniew i Mariusz mają wspólne tematy.
Jednym z nich jest naturalnie śpiew, bo obaj działają w przykościelnych chórach.
Mariusz namawia Zbigniewa, aby przeszedł do chóru w parafii św.
Wojciecha.
Mimo tego szybko okazuje się, że konwersacje na inne tematy przychodzą im równie łatwo.
Rozmawiają ze sobą zawsze, gdy nadarzy się okazja i w końcu rodzi się między nimi silna więź.
Mariusz często zwierza się Zbigniewowi ze swoich młodzieńczych rozterek, a także z problemów w domu.
Zbigniew ma zasoby finansowe, a chcąc pomóc, kupuje mu czasami ubrania albo jedzenie.
Na początku nie jest to relacja w żaden sposób romantyczna, po prostu się przyjaźnią.
Zdarza się, że obaj uczestniczą w wyjazdach organizowanych przez kościół, np.
do Częstochowy.
Okazjonalnie Zbigniew przyprowadza też Mariusza do domu.
Początkowo Małgorzata ma do tego obiekcję, ale gdy Mariusz bywa u nich częściej i lepiej go poznaje, zaczyna darzyć go sympatią.
Więź między małżeństwem a nastolatkiem zacieśnia się.
Ze względu na słabe warunki mieszkaniowe Mariusza, Małgorzata i Zbigniew oferują, że może on czasami u nich spać.
Ponadto Zbigniew daje mu pracę, nastolatek ma mu pomagać w obsłudze jego stoisk z biżuterią.
Po kilku bądź kilkunastu miesiącach Zbigniew proponuje Mariuszowi, aby się do nich wprowadził.
Argumentuje to chęcią poprawy jego warunków mieszkaniowych, ale to nie jedyny powód, bo zaczyna mu zależeć na czymś więcej niż tylko przyjaźni.
Chłopak ma rozważyć propozycję, co finalnie utrudnia fakt, że w międzyczasie między nim a Zbigniewem dochodzi do zbliżenia.
Z tego względu nie chce u nich mieszkać, bo boi się, że Zbigniew będzie oczekiwał czegoś w zamian, a to z kolei będzie ranić jego żonę.
Z drugiej strony chce się wyrwać z ciasnego mieszkania i zacząć żyć w trochę wygodniejszych warunkach.
Ostatecznie potrzeba wygody przeważa i Mariusz przeprowadza się do mieszkania małżeństwa.
Nie wspomniałam, ale już wcześniej, gdy zaczął się z nimi przyjaźnić, definitywnie zerwał z księdzem Piotrem.
Relacje Małgorzaty Zbigniewa i Piotra również się rozluźniły, przestali się przyjaźnić i spędzać ze sobą czas.
O tym, że nastolatek się do nich wprowadził, wie najbliższa rodzina, m.in.
mama Zbigniewa, pani Genowefa, której syn wyjaśnia to tak, że to biedny chłopak, którego przygarnęli pod swój dach, aby mu pomóc.
Sytuacja rozwija się trochę inaczej niż można by się spodziewać, ponieważ Mariusz jest wyraźnie zauroczony Małgorzatą, a ona to uczucie odwzajemnia.
Rozpoczyna się ich romans, o którym Zbigniew wie i nie ma nic przeciwko temu.
Na początku nawet mu się to podoba, później staje się chyba bardziej obojętny.
Na efekty romansu nie trzeba długo czekać, bo w 1998 roku okazuje się, że Małgorzata jest w ciąży.
Już w czwórkę w dwupokojowym mieszkaniu jest im trochę ciasno, a skoro rodzina ma się jeszcze powiększyć, zaczynają rozmawiać o przeprowadzce.
Zbigniew bierze kredyt i kupuje większe mieszkanie we wschodniej części Warszawy, dokładnie na osiedlu Stara Miłosna, które jest częścią dzielnicy Wesoła.
Jedenastoletnia Ola, mimo że nie przepada za Mariuszem, który już jakiś czas temu się do nich wprowadził, cieszy się, że będzie mieć młodsze rodzeństwo.
Na badaniu USG okazuje się, że Małgorzata urodzi dziewczynkę, dla której od razu wybiera imię.
Wiktoria, bo kojarzy się ze zwycięstwem.
Ola często dotyka brzucha Małgorzaty, aby sprawdzić, czy czuć już ruchy młodszej siostry i generalnie bardzo jej wyczekuje.
Wiktoria rodzi się już po przeprowadzce w 1999 roku.
Otrzymuje nazwisko po Zbigniewie i też on zostaje formalnie uznany za jej ojca.
W praktyce tym ojcem jest najpewniej Mariusz, chociaż nigdy nie wykonano oficjalnych testów na ojcostwo.
W związku z tym w domu coraz częściej dochodzi do kłótni, ale konflikt między Zbigniewem i Mariuszem zaczął się tak naprawdę znacznie wcześniej.
Można dywagować, czy ten ich układ był w ogóle etyczny, skoro Mariusz wszedł w niego dobrowolnie, ale w relatywnie młodym wieku.
Natomiast etyczny czy nie był na pewno niekonwencjonalny i z założenia mogący rodzić wiele problemów.
Pomimo tego przez lata żyło im się właściwie dobrze i spokojnie.
Sytuacja zmieniła się, gdy Małgorzata zaszła w ciążę.
To wtedy Mariusz, który osiągnął już dorosłość i spodziewa się, że zostanie ojcem, zaczyna powoli mieć dosyć wspólnego mieszkania.
Marzy o normalnej rodzinie, samodzielnym wychowaniu dziecka i zamieszkaniu tylko z Małgorzatą, bez Zbigniewa obok.
To jest najczęstszy pretekst do kłótni, ale sytuacji nie poprawia fakt, że w ogólnym rozrachunku Zbigniew jest chyba trochę zły, że to on sprowadził Mariusza do domu.
Pierwszy obdarzył go uczuciem, a on ostatecznie zakochał się w jego żonie i chce odejść.
Mariusz zaczyna rozglądać się za własnym mieszkaniem, choć jednocześnie trudno mu się wyprowadzić, bo mieszkając na Starej Miłosnej jest blisko Małgorzaty i Wiktorii.
Po wyprowadzce nie wiadomo jak ułożą się ich stosunki.
Wiktorią zajmuje się bardzo często, traktuje ją jak swoją córkę, którą zresztą z dużym prawdopodobieństwem jest.
Oli prawie w ogóle nie poświęca uwagi i działa to w dwie strony, bo tak jak wspominałam, dziewczynka również nie przepada za Mariuszem.
Za przyprowadzką przemawia też fakt, że Mariusz już po zamieszkaniu u Małgorzaty i Zbigniewa zauważył, że małżeństwo ma sporo problemów.
Teoretycznie układ był za obopólną zgodą, ale przez te wszystkie lata, mimo swoich uczuć do Małgorzaty, zastanawiał się, czy to przypadkiem nie on jest źródłem tych problemów.
Ostatecznie wytrzymują pod jednym dachem jeszcze trzy lata.
Są to trzy lata wypełnione nieustannymi awanturami.
W międzyczasie Mariusz zapisuje się do kolejki oczekujących na lokal komunalny, który zostaje mu przydzielony w 2002 roku.
Jest to dla niego ostateczny bodziec popychający do wyprowadzki, więc w końcu podejmuje tę przełomową decyzję,
Namawia Małgorzatę, aby wprowadziła się do niego razem z Wiktorią, ale ona nie chce.
Poza tym, niezależnie od chęci, mieszkanie, które dostał Mariusz, to kawalerka, więc we trójkę byłoby im tam trochę ciasno.
Wyprowadzka zbiega się z pewnymi trudnymi wydarzeniami w życiu jego bliskiego kuzyna Krzysztofa.
Bliski odnosi się pewnie do bliskiego pokrewieństwa, czyli Krzysiek to np.
syn siostry albo brata mamy Mariusza, ale też faktem jest, że kuzyni są ze sobą bardzo związani.
Krzysztof jest o 6 lat młodszy od Mariusza, czyli w 2002 roku ma 16 lat.
Jego trudna sytuacja polega na tym, że rodzice się rozwodzą, a w domu panuje napięta atmosfera, czyli doświadcza podobnych problemów jak w przeszłości Mariusz.
W związku z tym starszy kuzyn chce mu pomóc i wspiera go finansowo, a także pomaga szukać pracy, aby Krzysztof się trochę uniezależnił.
Dodatkowo udziela mu wsparcia psychicznego, dużo rozmawiają i ostatecznie skoro z Małgorzatą nie wyszło, to Krzysiek wprowadza się do Mariusza.
Na pożegnanie Mariusz mówi Małgorzacie, że zawsze będzie kochał ją i Wiktorię oraz, że zawsze będzie dla niej podporą.
Zapewnia też, że wszystko się ułoży, a on i Krzysiek może otworzą jakiś wspólny biznes.
Za to ze Zbigniewem rozstają się w gniewie.
Mężczyzna mówi Mariuszowi na odchodne, że nie chce go nigdy więcej widzieć.
W momencie jego wyprowadzki Ola ma 14 lat, a Wiktoria 3.
Jak się okazuje, wykonywanie testów na ojcostwo powoli robi się zbędne, bo Wiktoria wraz z wiekiem zaczyna być coraz bardziej podobna do Mariusza.
Mimo wcześniejszych zapewnień życie weryfikuje plany i relacje między byłymi kochankami trochę się rozluźniają.
Małgorzata poświęca czas córkom, a Mariusz koncentruje się na rozwoju swojej kariery oraz edukacji.
Idzie na studia zaoczne na Wyższej Szkole Psychologii Społecznej w Warszawie.
Tam wybiera kierunek psychologia kliniczna, natomiast jego głównymi obszarami zainteresowań nie są diagnozowanie pacjentów czy prowadzenie terapii, a to jak wpływać na ludzi oraz jak nimi manipulować.
Żeby zamknąć tutaj wątek studiów, od razu powiem, że w przyszłości Mariusz ich nie ukończył.
Skoro studiuje zaocznie, to może pracować na pełen etat, więc znajduje pracę w dużej korporacji.
Nazwy nie będę podawać, ale według Google to dostawca drukarek cyfrowych, podobno jeden z największych na świecie.
Na początku pracuję jako przedstawiciel handlowy i z tego tytułu dostaję służbowy samochód Renault Kangoo oraz telefon.
Bardzo dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków służbowych, bo jak już wiemy jest profesjonalistą, który wytrwale dąży do celu.
Poza tym jest ambitny i ogólnie mówiąc ogarnięty, mimo trudnego startu w życiu.
Wszystkie te cechy skutkują tym, że Mariusz szybko awansuje i zostaje kierownikiem projektu.
Po wyprowadzce Mariusza Zbigniew zaczyna okazjonalnie wyjeżdżać zawodowo, również za granicę.
Nadłużej zatrzymuje się we Włoszech, gdzie finalnie spędza kilka miesięcy.
Po powrocie okazuje się, że na wyjeździe złapał chorobę weneryczną, co przelewa czarę goryczy i wskutek czego Małgorzata decyduje, że odchodzi od męża.
Pakuje siebie i córki, a ich rzeczy stopniowo przenosi do swojej mamy, gdzie wszystkie docelowo mają zamieszkać.
O przeprowadzce informuje byłego kochanka, który oferuje, że może jej pomóc przewieźć rzeczy, aby załatwić to za jednym razem.
znów spędzają ze sobą więcej czasu, czego efektem jest odbudowanie dawnego uczucia.
Para ponownie zaczyna się spotykać, a sytuacja tym razem wydaje się bardziej klarowna, bo przecież Małgorzata odeszła od męża i zamieszkała osobno.
Ze Zbigniewem nadal utrzymuje kontakt, ale sporadyczny i to tylko dlatego, że zaoferował jej pomoc finansową.
więc co miesiąc przelewa żonie pieniądze na utrzymanie jej oraz córek.
W międzyczasie Ola kończy gimnazjum i rozpoczyna naukę w liceum plastycznym.
Wyrosła na bardzo ładną nastolatkę.
Jest średniego wzrostu, ma szczupłą budowę ciała, ciemne włosy, które najczęściej nosi spięte i przyciągające uwagę duże jasno-niebieskie oczy.
W związku ze zmianą szkoły w jej życiu sporo się dzieje i potrzebuje uwagi, a także zainteresowania ze strony mamy.
Niestety Małgorzata nigdy nie ma dla niej czasu i nie za bardzo interesuje się tym, co u niej, więc Ola czuje się zaniedbana i odrzucona.
W nowej szkole znajduje dwie bliskie przyjaciółki, którym często się zwierza i opowiada o trudnej sytuacji w domu.
Nieraz mówi dziewczynom, że według niej przeszkodą do jej dobrych relacji z mamą jest Mariusz.
Niby nie mieszkają już razem, ale on często do nich przychodzi i kieruje całą uwagę Małgorzaty na siebie.
Tym bardziej, że między parą bardzo często dochodzi do kłótni, według Oli kłócą się wręcz bez przerwy, więc Małgorzata jest całkowicie zaabsorbowana tą relacją.
Dużo bardziej troskliwy okazuje się być Zbigniew, z którym Ola od zawsze dogadywała się lepiej.
Ojciec interesuje się tym, jak jej idzie w szkole, chodzi na zebrania dla rodziców, czego Małgorzata nie robi i generalnie stara się nią opiekować.
Gdy córka staje się trochę starsza, oprócz relacji typowo rodzicielskiej, zaczynają się też przyjaźnić i czasem wychodzą gdzieś razem na piwo albo do klubu.
Na jednym z takich wyjść Ola poznaje swojego przyszłego chłopaka Piotra.
Atmosfera w domu jest dla niej nadal nie do zniesienia, więc zaczyna myśleć o wyprowadzce.
Z uwagi na to, że Zbigniewa często nie ma w domu, pyta jego mamę, a swoją babcię, panią Genowefę, czy mogłaby zamieszkać u niej.
Babcia się zgadza, więc wnuczka wkrótce przewozi do niej swoje rzeczy i w końcu wszystko zaczyna się układać.
Po wyprowadzce kontakt z matką ogranicza do niezbędnego minimum.
Chciałaby się odciąć całkowicie, ale z Małgorzatą została jej młodsza siostra, na której Oli bardzo zależy.
Siłą rzeczy nie spędzają ze sobą tyle czasu co dawniej, ale Ola na wszelki wypadek chce mieć Wiktorię na oku.
Nie martwi się o nią aż tak, bo widzi, że to jedyna osoba, którą Mariusz dobrze traktuje i wobec której jest naprawdę opiekuńczy, po prostu co jakiś czas sprawdza, czy u siostry wszystko w porządku.
Wkrótce miejsce zamieszkania zmienia również Małgorzata, która namawia Zbigniewa, aby wynajął osobne mieszkanie dla niej i Wiktorii.
Mąż się zgadza i znajduje dla nich mieszkanie przy ulicy Dzielnej na warszawskiej Woli.
Po krótkim czasie wprowadza się do nich również Mariusz, który wydaje się, że osiągnął swój cel, bo w końcu on, Małgorzata i Wiktoria mogą zamieszkać razem i stworzyć względnie normalną rodzinę.
Względnie, bo pozostaje jeszcze kwestia tego, że Małgorzata nadal jest mężatką, jej mąż opłaca im mieszkanie, a Wiktoria oficjalnie uznawana jest za jego córkę.
Podsumowując sytuację mieszkaniową, która będzie się utrzymywać w niezmienionej formie przez kolejne lata, to Ola mieszka u swojej babci Genowefy, Zbigniew mieszka prawdopodobnie sam w dużym mieszkaniu kupionym na kredyt na osiedlu Stara Miłosna, Małgorzata, Wiktoria i Mariusz mieszkają we trójkę w wynajmowanym lokum na ulicy Dzielnej, a Krzysztof sam zajmuje kawalerkę należącą do jego kuzyna.
Przez blisko dwa lata nic nowego się nie dzieje, ale pod koniec 2005 roku nadchodzi przełom.
To wtedy Zbigniew jako pierwszy wyciąga rękę na zgodę i w okolicach Bożego Narodzenia odwiedza byłą żonę i jej partnera w ich mieszkaniu.
Zbigniewowi zależy na ociepleniu relacji i w jego opinii cel zostaje osiągnięty.
Opowiada o wszystkim swoim znajomym i wyraża nadzieję, że to dobry początek na odnowienie kontaktów.
Nie wie jednak, że wraz z jego pojawieniem Mariusz zaczął odczuwać lęk.
Poczuł się zagrożony, ponieważ w jego opinii Zbigniew może chcieć mu odebrać to, na co tyle czasu pracował – jego rodzinę.
I właśnie to poczucie lęku oraz chęci wyeliminowania rywala daje początek serii makabrycznych zdarzeń.
Jako pierwsza problem sygnalizuje Ola.
Zwierza się znajomym, że czuje strach, ponieważ regularnie jeździ za nią znajome auto, srebrny Opel Omega.
Chodzi o samochód Mariusza, który poza służbowym Renault ma także swojego Opla.
Sytuacja eskaluje na tyle, że Ola często prosi przyjaciół o podwiezienie jej do szkoły, bo nie chce sama chodzić po ulicach.
Opowiada też, że partner matki zastrasza ją i Zbigniewa, szantażuje ich i chce wyciągnąć od nich jakieś pieniądze, a w tych próbach szantażu robi się coraz bardziej zuchwały i agresywny.
Najchętniej wyjechałaby z Warszawy, bo ma już ukończone 18 lat, ale raz, że chce tu skończyć szkołę, a dwa, nie chce zostawiać Wiktorii samej w tak niepewnej sytuacji.
Uznaje więc, że jeszcze wytrzyma, ale ze względu na te niepokojące wydarzenia, razem z chłopakiem ustalają smsowy szyfr, którym w razie potrzeby Ola bez wzbudzania podejrzeń będzie mogła mu zasygnalizować, że coś się dzieje.
Jeżeli na pytanie jak tam odpowie OK, to znaczy, że faktycznie wszystko jest w porządku.
Jeżeli odpisze, że dobrze, to znaczy, że jest jakiś mały problem, natomiast jeśli odpowie super, to znaczy, że sytuacja jest bardzo trudna i potrzebuje pomocy.
Jest 5 kwietnia 2006 roku, godzina 2 w nocy, a Zbigniew dostaje od Małgorzaty smsa z prośbą o spotkanie u niej w domu za kilka godzin, tak około 11.
Razem z nim w samochodzie jest Ola.
Już przed blokiem widzą czekających na nich Mariusza i Krzysztofa.
Mężczyźni wydają się zdenerwowani, a gdy Ola i Zbigniew wysiadają z samochodu, opowiadają, że Małgorzatę zatrzymała policja i trzeba po nią koniecznie jechać na komisariat.
Zbigniew się zgadza i kieruje się w stronę samochodu, a wtedy Mariusz wyciąga pistolet i przykłada mu lufę do głowy.
Każe wsiąść do auta i wrócić do mieszkania na Starej Miłosnej.
Mają przewagę liczebną, a dodatkowo, mimo tego, że on i Zbigniew są podobnego wzrostu, to jednak Mariusz jest silniejszy.
Zbigniew jest szczupły i nie ma zbyt wiele siły.
Po tym, gdy wsiadł do samochodu, Mariusz i Krzysztof wsiadają za nim i auto odjeżdża, a zszokowana Ola zostaje na parkingu.
Po dotarciu na miejsce Mariusz każe Krzyśkowi iść do jednego z pokoi, a on zamyka się ze Zbigniewem w kolejnym.
Przy użyciu noża oraz broni próbuje wymusić trzy rzeczy.
Po pierwsze, aby Zbigniew rozwiódł się z Małgorzatą.
Po drugie, aby wykonał test na ojcostwo i zrzekł się praw rodzicielskich do Wiktorii.
I po trzecie, aby zabezpieczył Małgorzatę finansowo.
zł tytułem spłaty połowy wartości mieszkania, a także na zawarciu umowy ubezpieczenia.
Ubezpieczonym ma być sam Zbigniew na sumę łączną 2 mln zł, a w umowie jako osobę upoważnioną do otrzymania środków ma wskazać byłą żonę.
Gdy w pewnym momencie Krzysztof do nich wchodzi, Zbigniew ma opaskę na oczach i jest kompletnie roztrzęsiony.
Mariusz każe kuzynowi wyjść z mieszkania i iść do sklepu.
On spełnia jego polecenie, a gdy wraca, zastaje obraz zupełnie inny niż to, co działo się wcześniej.
W pokoju panuje spokojna atmosfera, jakby nic się wcześniej nie stało.
Zbigniew siedzi, rozmawia z Mariuszem i popija drinka.
Ta nagła zmiana wynika z tego, że ostatecznie zgodził się spełnić wszystkie roszczenia swojego oprawcy.
Uznaje, że Małgorzacie po tych wszystkich latach coś się należy, więc jest skłonny ją spłacić.
Co do ubezpieczenia, to przecież w razie czego będą to pieniądze również dla dziewczynek, a zależy mu na zabezpieczeniu córek, więc na to również może się zgodzić.
Aby zawrzeć umowę ubezpieczenia, Zbigniew dzwoni po agenta, który przyjeżdża do mieszkania.
Mariusz chce uiścić pierwszą składkę w kwocie 2400 zł, oczywiście nie ze swoich pieniędzy, wcześniej tą kwotę wziął od Zbigniewa.
Agent wyjaśnia im, że zawarcie umowy na tak dużą sumę nie może się odbyć tu i teraz.
Najpierw potrzebny jest audyt finansowy i przeprowadzenie badań lekarskich osoby, która ma zostać ubezpieczona.
To zupełnie niweluje wcześniejszy plan, więc Mariusz wraz z Krzysztofem opuszczają mieszkanie.
Wydaje się, że wszyscy rozstają się w zgodzie.
Następnego dnia kilkoro znajomych Zbigniewa dostaje od niego smsy o treści muszę wam coś powiedzieć z biurka wieczorem u Krzyśka i. Żeby nie było wątpliwości dodam, że Krzysiek i to oczywiście nie kuzyn Mariusza.
Przyjaciel Zbigniewa ma tak samo na imię i to nie jedyne imię, które się powtarza, bo jest również Piotr, chłopak Oli, a także ksiądz Piotr z początku historii, który zresztą jeszcze się pojawi.
Żeby nie było żadnych nieścisłości, to ustalimy, że w dalszej części, jeżeli będę mówić Krzysztof, to chodzi o kuzyna Mariusza, a jeżeli Krzysiek, to chodzi o przyjaciela Zbigniewa.
Wieczorem zgodnie z planem grupa zbiera się w umówionym miejscu.
Wszyscy znają się z kościoła, kiedyś wspólnie śpiewali w chórze i widywali się głównie na próbach, potem zaczęli spotykać się również poza nimi, jeździli razem na różne spotkania, a także oazy i w ten sposób więzi się zaciśniły.
Zbigniew na spotkanie przyprowadza Olę.
Opowiada wszystkim zgromadzonym, co przeszedł przez ostatnią dobę.
Mówi, że był przetrzymywany, pokazuje im ślad odciśniętej lufy na czole, a porównując jego zachowanie z tym, jaki jest zazwyczaj, to widać, że został zastraszony i zamknął się w sobie.
Skarży się na ból pleców, a na nadgarstkach ma ślady po krępowaniu.
Przyjaciele doradzają mu, aby więcej nie kontaktował się z Mariuszem, a sprawę natychmiast zgłosił policji.
On nie chce, ponieważ twierdzi, że Mariusz groził mu, że go zabije, jeżeli zgłosi porwanie.
Prosi wszystkich o dyskrecję i nie podejmowanie żadnych kroków na własną rękę.
Przyjaciele spełniają jego prośby i nikt nie zgłasza sprawy.
W źródłach pojawia się takie wyjaśnienie, że znajomi byli trochę uzależnieni od Zbigniewa, więc bez większych ogródek słuchali jego próśb.
To on z całej grupy najwięcej zarabiał, zdarzało się, że płacił za ich wspólne wyjścia, a jednej koleżance pomógł nawet sfinansować ślub w Australii.
Po zakończeniu spotkania Ola wysyła smsa do swojego chłopaka i pisze w nim Nie mogę ci wszystkiego mówić, ale miej oczy szeroko otwarte.
Kolejne dni upływają we względnie spokojnej atmosferze.
Trwają przygotowania do Wielkanocy, która wypada za trochę ponad tydzień.
W niedzielę palmową 9 kwietnia Zbigniew ponownie odbiera telefon od Mariusza.
Ten oznajmia, że skoro i tak już doszli do porozumienia, to może we trójkę, jeszcze z Małgorzatą, umówią się na jakiś pojednawczy obiad.
Zapewnia, że chce się pogodzić, a Zbigniew przystaje na tą propozycję.
Trudno powiedzieć, czemu się zgodził, czy naprawdę mu uwierzył i liczył, że ta akcja z porwaniem to był jakiś wybryk, czy jeszcze z innego powodu.
W każdym razie uznaje, że skoro ma to być obiad pojednawczy, to może zabierze ze sobą Olę.
Opowiada córce o otrzymanej propozycji, ale nie spotyka się z jej entuzjazmem.
Wyraźnie pamięta, co działo się kilka dni temu, boi się Mariusza i uznaje, że to może być kolejny podstęp.
Z drugiej strony, mimo tego, że ma ze Zbigniewem bardzo dobry kontakt, nadal pamięta, jak Małgorzata wielokrotnie powtarzała, że ojciec manipuluje i kłamie.
Nie jest więc do końca pewna, czy wszystko o czym opowiedział jej i grupie znajomych kilka dni temu było prawdą.
Ostatecznie stwierdza, że jeżeli było, to dla bezpieczeństwa Zbigniewa lepiej, żeby tam poszła, a żeby się zabezpieczyć, razem z koleżankami wymyśla plan awaryjny.
Dziewczyny na początku nie są zbyt chętne, aby obmyślać jakikolwiek plan, bo są zdania, że Ola powinna iść na policję, a nie na żaden obiad.
Ona jednak wyjaśnia, że to jeszcze nie czas, bo może faktycznie wszystko się ułoży.
Ma cień nadziei, że wszyscy będą mieć w końcu normalny kontakt, szczególnie ona i Wiktoria.
Podobno nawet kupuje dla siostry zajączka, którego chce jej dać na kolacji.
Tłumaczy to wszystko koleżankom, które ostatecznie decydują się pomóc jej w obmyśleniu i docelowo realizacji planu awaryjnego.
Ten plan polega na tym, że jeśli Ola powie którejś z nich przez telefon zdanie obiad jest u babci, to mają one niezwłocznie zadzwonić po policję i wezwać funkcjonariuszy do mieszkania na ulicy Dzielnej.
Swoim pomysłem dzieli się ze Zbigniewem i następnego dnia w poniedziałek 10 kwietnia pełni nadziei jadą do mieszkania Małgorzaty i Mariusza.
Ola na tę okazję zakłada błękitny dżinsowy komplet, a Zbigniew luźne spodnie bojówki.
W mieszkaniu nie ma Małgorzaty ani Wiktorii, są za to Mariusz i Krzysztof.
Mężczyźni są trochę zaskoczeni obecnością Oli, ale po krótkiej wymianie zdań szybko udaje im się obezwładnić zarówno ją, jak i Zbigniewa.
Bez zaskoczeń spotkanie ponownie okazało się pułapką.
Zmuszają ich do zejścia na dół i wejścia do samochodów.
Ola jedzie z Krzyśkiem, a Zbigniew z Mariuszem.
Wszystko dzieje się tak szybko, że nastolatce nie udaje się zrealizować wcześniej obmyślonego planu.
Nie wie dokąd jadą, więc nawet gdyby udało jej się połączyć z którąś z koleżanek, nie umiałaby opisać swojego położenia.
Porywacze wywożą ich w swoje rodzinne strony, czyli w okolice pół Tuska, a następnie wprowadzają do domku letniskowego numer 193, mieszczącego się na jednym z ogródków działkowych.
Działka ta należy do taty Krzysztofa, który kiedyś udostępnił synowi klucze, więc bez problemu się na nią dostają.
Wszystko, co będę teraz opisywać jest prawdopodobnym przebiegiem zdarzeń zrekonstruowanym na podstawie zeznań świadków oraz oskarżonych, a także ustaleń śledczych.
W domku letniskowym są dwa pomieszczenia.
Mariusz i Zbigniew są zamknięci w jednym, a Ola i Krzysztof w drugim.
Mariusz nadal chce rozmawiać o zabezpieczeniu finansowym Małgorzaty i ustalić jak najszybciej termin realizacji swoich roszczeń, ale Zbigniew nie ciągnie tematu, tylko cały czas prosi, aby porywacze wypuścili Olę.
W tle non-stop dzwoni jego komórka, ponieważ Krzysiek i, znając sytuację, próbuje się z nim skontaktować.
W końcu Mariusz pozwala mu odebrać, ale Zbigniew ma przeprowadzić rozmowę tak, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń i żeby kolega przypadkiem nie zaczął go szukać.
Odbiera więc i mówi wszystko w porządku, zaraz będę jechać.
Ale po jego tonie wyraźnie słychać, że coś jest nie tak.
Brzmi bardzo sztywno, wręcz jak robot, a to zupełnie nie w jego stylu.
W takim razie Krzysiek chce jeszcze porozmawiać z Olą i prosi Zbigniewa, aby przekazał jej słuchawkę.
Słyszy, że w tym momencie przyjaciel zaczyna płakać, a połączenie nagle zostaje przerwane.
W międzyczasie Ola siedzi w drugim pokoju pod obserwacją Krzysztofa i smsuje ze swoim chłopakiem.
Wcześniej próbowała krzyczeć i wzywać pomocy, ale na daremno, bo na działkach dookoła nikogo nie ma.
Nagle Ola zauważa, że jakby sytuacja była jeszcze niewystarczająco trudna, to dodatkowo właśnie dostała okres.
Mówi o tym Krzysztofowi, na co on nie wie jak ma zareagować i jest bardzo zakłopotany.
Dziewczyna powtarza mu kilka razy, że potrzebuje podpaski, a jak nie, to przynajmniej chce się iść umyć.
On każdorazowo odmawia, ale Ola jest nieustępliwa.
Finalnie około drugiej w nocy, Krzysztof nie wiedząc kompletnie co ma zrobić, informuje o sytuacji Mariusza.
Po zaskoczeniu wszystkich zebranych, Mariusz zgadza się odwieźć Olę do domu, ale nie do domu babci, tylko do mieszkania jej chłopaka.
Stawia warunek, że ma nikomu nic nie mówić, a następnego dnia musi z nim wrócić na działkę.
Podobno dla Mariusza była to chwila słabości, w której po licznych błaganiach Zbigniewa zgodził się ustąpić, ponieważ wyobraził sobie Wiktorię i siebie w analogicznej sytuacji.
Uznał, że bezgraniczna miłość do córek to jedyne, co łączy jego i Zbigniewa.
Przed godziną trzecią nad ranem odwozi Olę pod dom Piotra.
Dziewczyna wchodzi do środka, jest przerażona i cały czas płacze, natomiast dotrzymuje obietnicy i mimo licznych próśb chłopaka nie chce opowiedzieć, co się stało.
Odzwania do Krzyśka I, który wcześniej puścił jej kilka sygnałów.
On pyta, czy nadal są na kolacji, na co Ola odpowiada Wierzysz w to, że jakby byli obok, to bym z tobą rozmawiała?
Jemu również nie udziela żadnych informacji na temat wydarzeń z poprzednich godzin.
Przed wyjściem z samochodu Mariusz powiedział jej, że jeśli policja się o czymś dowie, to Zbigniewowi coś się stanie.
Jedynym sposobem, w jaki może go uratować, jest jej powrót na działkę następnego dnia.
Co więcej, ona znając historię poprzedniego porwania, mogła założyć, że tata i Mariusz znów będą rozmawiać o pieniądzach, ale do niczego więcej nie dojdzie, jakoś się dogadają.
Liczyła, że jeśli spełni narzucone jej warunki, wszystko dobrze się zakończy.
We wtorek 11 kwietnia koło południa Piotr na życzenie Oli odwozi ją pod blok na Dzielnej.
Widzi jak dziewczyna podchodzi do domofonu, przez chwilę z kimś rozmawia, a następnie wchodzi do klatki.
W mieszkaniu są Mariusz, Małgorzata i Wiktoria.
Najpierw przez chwilę siedzą razem i rozmawiają, później Małgorzata zaczyna przygotowywać się do wyjścia, ponieważ ma iść z młodszą córką do kina.
Mariusz oznajmia, że on w takim razie odwiezie Olę do domu, natomiast plan, jak się łatwo domyślić, jest zupełnie inny.
Mają wspólnie wrócić do Półtuska.
Ola znów smsuje z Piotrem, ale nie używa żadnego z elementów ich tajnego szyfru, to jest okej, dobrze, super, więc chłopak uznaje, że najwidoczniej wszystko jest w porządku.
Trochę po godzinie trzynastej docierają z powrotem na działkę.
Mariusz każe Oli zostać w samochodzie, Krzysztof stoi na czatach, a on sam wchodzi do domku, aby kontynuować rozmowę ze Zbigniewem.
Wtedy dochodzi do tragedii.
Po chwili rozmowy Mariusz rzuca się na byłego przyjaciela i zaczyna go dusić.
Po tym wychodzi zdenerwowany na zewnątrz i woła Olę.
Każe jej wejść do środka i porozmawiać z ojcem, bo jak to argumentuje, może ona się z nim dogada.
Krzysztof nie widział, co się stało ze Zbigniewem, ale założył, że kuzyn go pobił.
Nie interweniował, bo był całkowicie podporządkowany Mariuszowi i zawsze spełniał jego polecenia.
Poza tym trochę nawet to rozumiał, bo uznał, że w końcu Zbigniew wykorzystał jego kuzyna, gdy ten był jeszcze młody.
Potem odebrał mu córkę i był przeszkodą w związku z Małgorzatą.
Wtedy dochodzi do kolejnego morderstwa, ponieważ spotykają taki sam los, jak przed chwilą jej ojca.
Dziewczyna traci życie w wieku zaledwie 18 lat, natomiast Zbigniew w momencie śmierci ma ukończony 40 rok życia.
Gdy Mariusz ponownie wychodzi na zewnątrz, wygląda na znacznie spokojniejszego.
Wydaje Krzysztofowi polecenie, aby pojechał gdziekolwiek na dwie godziny, a potem po niego wrócił.
Gdy na posesji zostaje sam, poza zasięgiem wzroku jakiegokolwiek świadka, pozbywa się obu ciał.
To w jaki sposób to robi jest niewyjaśnionym elementem tej sprawy, ale do możliwych hipotez jeszcze wrócimy.
Jedną z możliwych opcji jest przewiezienie gdzieś zwłok, do czego Mariusz miał użyć samochodu marki Renault Scenic.
Nie wiadomo, czyj to był samochód, ponieważ w źródłach jest informacja, że należał on do ojca Mariusza, ale on nie miał kontaktu ze swoim ojcem, więc auto mogło należeć co najwyżej do ojczyma.
Ewentualnie może to być błąd i Renault, podobnie jak działka, należał do ojca Krzysztofa.
Obojętnie, która z wersji nie byłaby prawdziwa, auto zaginęło i nigdy go nie odnaleziono.
Jeżeli więc ta hipoteza byłaby zgodna z prawdą, to Mariusz musiał się go pozbyć wraz ze zwłokami.
Gdy po dwóch godzinach Krzysztof wraca na działkę, kuzyn informuje go, że Ola i Zbigniew wrócili do Warszawy.
Każe mu przyjechać do Półtuska ponownie następnego dnia, to jest 12 kwietnia, i dokładnie posprzątać domek, tak aby jego ojciec niczego nie zauważył.
Odnośnie tego, czy Krzysztof wiedział, co tak naprawdę się stało, są różne wersje.
W magazynie Polityka pojawia się następujący cytat z jego zeznań.
Ja mu powiedziałem, że nie jestem w stanie tego zrobić, to Mariusz powiedział, że zrobi to sam.
Można więc wywnioskować, że się domyślał, znał plany kuzyna, ale bezpośrednio nie brał udziału w samym akcie odebrania życia.
Po powrocie do Warszawy Mariusz pozbywa się stojącego nadal pod ich blokiem samochodu Zbigniewa.
Nie wiadomo co zrobił z autem, to kolejna kwestia, której do dziś nie wyjaśniono.
W domu mówi Małgorzacie, że odwiózł Olę na pętlę autobusową na Brudnie.
Twierdzi, że dziewczyna nie chciała, aby ją odwoził pod sam dom, bo jeszcze się z kimś umówiła.
Tego samego dnia wieczorem o godzinie 22.41 Piotr dostaje od Oli smsa o treści spotkamy się u ciebie o północy.
Nie on jeden, bo z telefonu tragicznie zmarłej nastolatki zostają wysłane wiadomości również do jej przyjaciółek.
Wszystkie bez ustalonych wcześniej haseł.
Natomiast z telefonu Zbigniewa zostaje wysłany SMS do Krzyśka I. Nie znalazłam jego treści, ale zapewne była to wiadomość z informacją, że wszystko w porządku, ma się nie martwić, nie szukać go itd.
Telefonami zmarłych dysponuje oczywiście Mariusz, a wysyłając te wiadomości kontynuuje swoją grę pozorów.
Dodatkowo zapewnia sobie alibi, ponieważ z telefonu Oli wysyła smsy również na swój oficjalny numer.
Wywiązuje się między nimi następująca rozmowa.
Mariusz, zostawiłaś u mnie torbę.
Mariusz, okej, my jesteśmy w domu.
Następnego dnia, czyli w środę 12 kwietnia, Małgorzata zaczyna szukać starszej córki.
W pierwszej kolejności dzwoni do Piotra, który odpowiada, że przecież odwiózł ją poprzedniego dnia pod ich dom, a ostatni kontakt smsowy mieli wieczorem.
Ola miała do niego przyjechać, ale się nie zjawiła, sam nie wie gdzie teraz jest.
Sugeruje, że dziewczyna mogła zostać wywieziona i jest gdzieś przetrzymywana, a odpowiedzialność za to ponosi nikt inny jak Mariusz.
Ola bardzo pobieżnie wspominała mu o jakiejś działce, więc pyta Małgorzatę, czy może wie o co chodzi i gdzie ta działka się znajduje.
Ona nie wie i brzmi tak, jakby te wszystkie informacje nie zrobiły na niej wrażenia.
Właściwie po wykonaniu kilku telefonów kończy poszukiwania córki i byłego męża.
Piotrowi wydaje się dziwne tak lekceważące podejście do tematu zaginięcia, ale decyduje, że w takim razie zacznie szukać dziewczyny na własną rękę.
Prosi o pomoc ich wspólnych znajomych, a swoją drogą wielu z nich również zachowanie samego Piotra określa jako zastanawiające.
Po pierwsze dlatego, że dopiero po kilku dniach ujawnił, że Ola nocowała u niego tuż przed zaginięciem, a po drugie dlatego, że pozwolił jej wyjść i co więcej sam odwiózł ją do domu Mariusza, chociaż wiedział, że boi się ona partnera matki, a także widział, że jest w wyraźnie złym stanie psychicznym.
To jeszcze można jakoś tłumaczyć, może Ola była zdeterminowana, żeby wrócić, bo zależało jej na uratowaniu ojca i nie przyjmowała żadnych logicznych wyjaśnień.
Natomiast zachowanie Piotra w trakcie samych poszukiwań budzi jeszcze więcej wątpliwości.
Sprawia wrażenie zastraszonego i kilka razy sugeruje, że to pewnie jednak nie Mariusz porwał Olę, a ktoś zupełnie inny.
Nie potrafi jednak wskazać, kto by to mógł być.
Wspomina również, że Mariusza może lepiej zostawić w spokoju, bo jest on ściśle powiązany ze światem przestępczym i tak naprawdę jest znanym gangsterem o pseudonimie Bolo.
W piątek 14 kwietnia Mariusz wraz z Krzysztofem i jego dziewczyną jadą posprzątać domek w Półtusku.
Wstępnie plan był taki, że zrobią to już 12 kwietnia, ale widać z jakiegoś powodu im nie wyszło.
Dziewczyna Krzysztofa jest trochę zaskoczona całą sytuacją, bo nie pamięta, aby w domku był bałagan, ale gdy chłopak prosi ją o pomoc, po prostu się zgadza.
Nie ma pojęcia, że w ten sposób przyczynia się do zatarcia śladów zbrodni.
Dzień przed Wielkanocą, w sobotę 15 kwietnia, na komendzie zjawia się Krzysiek I, który od kilku dni nie może skontaktować się ze Zbigniewem.
Chce złożyć zawiadomienie o zaginięciu jego i Oli.
Dzieli się z policjantami swoimi przypuszczeniami, że być może poszukiwani są gdzieś uwięzieni.
Opowiada, że już wcześniej Mariusz pozbawił Zbigniewa wolności, aby wymusić na nim spełnienie swoich żądań.
W trakcie wizyty na policji Krzyśkowi towarzyszy jeszcze jeden kolega, wspólny znajomy jego i Zbigniewa.
On z kolei opisuje, że 10 kwietnia spotkał Zbigniewa w sklepie, chwilę rozmawiali i kolega powiedział mu, że właśnie wybiera się na kolację do Małgorzaty i Mariusza.
Znajomy znał szczegóły ich skomplikowanej relacji i słyszał o wcześniejszym porwaniu, więc próbował odwieźć go od tego pomysłu.
Jednak Zbigniew był bardzo uparty i odpowiedział tylko, że pójdzie, bo musi.
Na tym rozmowa się zakończyła.
Finalnie na komendzie stawia się również Piotr.
Być może zostaje wezwany tam w charakterze świadka, a może idzie dobrowolnie, aby zgłosić zaginięcie, bo poszukiwania nie przynoszą rezultatów.
Tuż przed złożeniem zeznań dzwoni jego telefon.
Wyświetla się numer Małgorzaty, ale po odebraniu okazuje się, że po drugiej stronie jest Mariusz.
Rozmówca jest zły na Piotra, że kontaktował się z jego partnerką, insynuował coś na jego temat i ogólnie o niego wypytywał.
Piotr nic mu nie odpowiada, rozłącza się i opisuje całą rozmowę policjantom.
Ci sprawdzają, czy Mariusz faktycznie jest gangsterem o podanym przez Piotra pseudonimie, ale okazuje się, że to nieprawda.
Później weryfikują logowania na profile Oli na portalach społecznościowych.
Wychodzi na jaw, że po jej zaginięciu logowań było kilka i co ciekawe, za każdym razem były to logowania z komputera Piotra.
W zeznaniach świadków przewijają się cały czas te same osoby, więc w poniedziałek wielkanocny 17 kwietnia policjanci zatrzymują Mariusza i Krzysztofa.
Konfrontują ich z zeznaniami świadków, ale oni kategorycznie zaprzeczają, aby mieli cokolwiek wspólnego z zaginięciem ojca i córki.
Zacytuję teraz, jak Mariusz odniósł się do informacji przekazanych przez znajomych zaginionych, bo też ta wypowiedź dobrze obrazuje całą jego linię obrony.
Cytat pochodzi z portalu Wprost.
D to oczywiście pierwsza litera nazwiska poszukiwanych.
Nie można wierzyć w to, co mówi D., a zwłaszcza jego córka.
Odkąd dorosła, gotowa jest ślepo wykonywać polecenia ojca, gdyż liczy na jego kasę.
Stąd pobłażliwość dla wszystkich głupstw tatusia.
Kolejnym krokiem w śledztwie jest sprawdzenie logowań telefonów komórkowych, zarówno tych należących do Oli i Zbigniewa, jak i tych, których właścicielami są domniemani porywacze.
Najpierw na podstawie logowań telefonów odtworzono drogę ojca i córki do mieszkania na Dzielnej.
Co ciekawe, do odbiornika w okolicach mieszkania przez cały czas logował się też telefon Małgorzaty, mimo że nie było jej wtedy w domu.
Ustalono, że z jej telefonu zresztą nie pierwszy raz korzystał Mariusz.
Gdy cała czwórka opuszczała mieszkanie, Mariusz i Krzysztof zostawili tam swoje komórki, aby odsunąć od siebie podejrzenia.
W zamian zorganizowali sobie dwa inne telefony na kartę, które Krzysztof kupił od kolegi prowadzącego komis.
Uruchomili je przy pomocy dwóch kupionych w kiosku starterów, których numery różniły się zaledwie jedną cyfrą.
Na podstawie drogi pokonanej przez telefony Oli i Zbigniewa ustalono, że zatrzymali się oni gdzieś w okolicach Półtuska.
Śledczy z całego morza numerów logujących się do tamtejszej stacji BTS wyławiają dwa podobne do siebie numery prepaid.
Udaje im się ustalić, do jakich telefonów owe numery są przypisane i jakie jest pochodzenie tych urządzeń.
Tak po czasie trafiają do komisu prowadzonego przez kolegę Krzysztofa, który pamięta owe telefony, a także to, komu je sprzedał.
Właściwie mają sporo szczęścia, bo dzięki temu, że właściciel przekazał telefony znajomemu, dokładnie zapamiętał całą sytuację.
Gdyby Krzysiek był dla niego kimś obcym, jednym z wielu klientów przewijających się przez komis, pewnie zapomniałby go z chwilą zakończenia transakcji.
Przez resztę śledztwa prokurator nazywa te dwa telefony komórkami bojowymi.
Poza kwestią logowań udaje się ustalić, że Zbigniew krótko przed zaginięciem próbował zawrzeć umowę z ubezpieczycielem.
Na komendę zostaje wezwany agent, z którym umówił się na spotkanie w mieszkaniu na Starej Miłosnej.
Mężczyzna opowiada policjantom, jakie wstępnie miały być warunki ubezpieczenia.
Wstępnie, bo umowa ostatecznie nie została zawarta.
Mówi też, że na spotkaniu poza nim i Zbigniewem byli obecni Mariusz i Krzysztof.
Ten pierwszy w trakcie ustalania warunków rzucał jakieś dziwne komentarze, że Kat jeszcze się wzbogaca, bo dostaje pieniądze za śmierć ofiary.
Wskutek braku jakiejkolwiek reakcji ze strony współtowarzyszy wyjaśniał później, że to miał być taki żart, którego najwidoczniej nie zrozumieli.
Wobec takiego obrotu sprawy funkcjonariusze ponownie przesłuchują zatrzymanych porywaczy.
Z Krzysztofem trudno im się porozumieć, bo przez większość czasu po prostu milczy.
Za to Mariusz jest z kory do rozmowy i wyjaśnia przesłuchującym go policjantom, że zawarcie umowy ubezpieczenia to był pomysł Zbigniewa.
Chciał to zrobić dobrowolnie, bez żadnej presji czy namawiania przez kogokolwiek.
Podobnie sytuacja wyglądała z rozmowami na temat rozwodu i zabezpieczenia finansowego Małgorzaty, o których wspominali świadkowie.
Według Mariusza to wszystko było inicjatywą wywodzącą się od Zbigniewa.
Śledczy nie odpuszczają i po czasie trafiają na wspominaną w zeznaniach działkę pod Pułtuskiem.
Przeszukują domek letniskowy, a w środku znajdują m.in.
taśmę klejącą, kołdrę i śpiwór.
Czyli w sumie nic podejrzanego.
Nie ma żadnych śladów zbrodni, technicy stwierdzają, że przeszukiwana powierzchnia jest czysta.
Z uwagi na brak dowodów potwierdzających wcześniej postawioną hipotezę śledczą, Mariusz i Krzysztof zostają wypuszczeni na wolność.
Mija trochę ponad tydzień, odkąd Ola i Zbigniew zostali zamordowani.
Małgorzata i Mariusz widać uznają, że wygodniej im będzie mieszkać na większym metrażu, więc przewożą rzeczy z wynajmowanego mieszkania na Dzielnej do lokum na osiedlu Stara Miłosna.
Małgorzata powtarza wszystkim dookoła, że były mąż z całą pewnością zabrał córkę, wyjechali razem za granicę i prędko nie wrócą.
W związku z tym, poza wprowadzeniem się do jego domu, likwiduje też wszystkie prowadzone przez niego stoiska z biżuterią.
Kobieta zdaje się być w ogóle niewzruszona tym, że jej córka zaginęła, za to przyjaciółki Oli wręcz przeciwnie.
Jest to dla nich kompletnie nie do przyjęcia, że Ola dobrowolnie mogłaby nie poinformować ani ich, ani swojego chłopaka, że gdzieś wyjeżdża.
Skoro mijają kolejne tygodnie, a ona się nie odzywa, to znaczy, że coś musiało się stać.
Regularnie przychodzą więc do dawnego mieszkania Zbigniewa i wypytują Małgorzatę, czy wiadomo coś nowego i czy są jakieś postępy w śledztwie.
W trakcie tych wizyt ona zazwyczaj wydaje się smutna, często łamie jej się głos i jak mantrę powtarza, że Zbigniew miał długi i ponoć nawet wcześniej był za to w jakiś sposób karany.
Widać chciał uciec od problemów i zaszył się gdzieś za granicą, a że Ola była z nim mocno związana, to też wyjechała.
Dziewczyny jej nie wierzą i poza tym uznają, że Małgorzata być może świadomie kryje Mariusza, ponieważ wie, że jej partner ma swój udział w tajemniczym zaginięciu.
O swoich podejrzeniach opowiadają śledczym, jednak ci wykluczają hipotezę o ewentualnym udziale Małgorzaty w sprawie.
Szukają jedynie dowodów potwierdzających winę Mariusza.
Kwestia udziału Małgorzaty w zbrodni to nie jedyna hipoteza odrzucona już na wczesnym etapie śledztwa.
Okazuje się, że te spekulacje o rzekomej ucieczce za granicę są kompletnie bezzasadne, ponieważ w domu zostały paszporty Oli i Zbigniewa.
Bez nich nie mogliby wyjechać, bo przypomnę w 2006 roku granice pozostawały zamknięte.
Polska wstąpiła do strefy Schengen dopiero w 2007 roku.
Mijają kolejne dwa miesiące.
Śledztwo otoczy się swoim tempem, natomiast my wrócimy na chwilę do antybohatera z początku historii, czyli do księdza Piotra.
W czerwcu 2006 roku w jego życiu następuje duża zmiana, ponieważ w końcu ktoś zauważa i, co ważne, zgłasza, że kapłan przekracza granicę w kontaktach z młodzieżą.
Efekt tego jest dokładnie taki, jak można się spodziewać, mianowicie ksiądz zostaje przeniesiony do innej parafii.
To nie jedyne przeniesienie w jego karierze, aczkolwiek jest ono tym pierwszym przełomowym, które zapoczątkowało sekwencję kolejnych.
Można się więc przynajmniej łudzić, że po zgłoszeniu problemu przełożeni duchownego zaczęli mu trochę bardziej patrzeć na ręce.
Po zmianie parafii ksiądz Piotr nadal utrzymuje nienaganny wizerunek.
Prowadzi jakąś fundację, często organizuje konkursy muzyczne o tematyce religijnej i patriotycznej, zawsze uśmiechnięty, z poczuciem humoru, tak jak przed laty.
Duchowny ma widoczny problem z alkoholem, którego zdecydowanie nadużywa.
Poza tym ma dominującą osobowość, co skutkuje częstym wydawaniem się w konflikty z przełożonymi.
Jednak co z tego wszystkiego najgorsze, pojawiają się kolejne skargi związane z niestosownym zachowaniem księdza w kontaktach z nieletnimi.
Prawdopodobnie każdorazowo jedyną konsekwencją z tego tytułu jest zmiana miejsca pełnienia posługi.
Do księdza jeszcze wrócimy, ale w kolejnych latach.
Natomiast zamykając temat wydarzeń z 2006 roku, jeszcze dwie kwestie.
Po pierwsze, 27 września zawieszono postępowanie, ale trudno powiedzieć postępowanie w sprawie czego, bo cytując za TVN24, zawieszono je do czasu uzyskania informacji o miejscu przebywania zaginionych.
Jeżeli zawieszono poszukiwania do czasu, aż poszukiwani się znajdą, to brzmi to trochę absurdalnie.
Po drugie, pod koniec roku, dokładnie 28 grudnia, pewna jednostka straży pożarnej otrzymuje zgłoszenie o pożarze.
Rozmówca informuje, że pali się gdzieś w obrębie ogródków działkowych niedaleko Półtuska.
Po dotarciu na miejsce strażacy zauważają, że ogień całkowicie zajął domek znajdujący się na posesji numer 193.
Dom pali się od środka, więc tam musiało być źródło ognia.
Wiadomo, że nie było żadnych śladów włamania, a właściciel działki, czyli ojciec Krzysztofa, wskazał, że poza nim dostęp do domku miał m.in.
Możemy się jedynie domyślać, czy to on podłożył ogień, czy zapalenie nastąpiło samoistnie, ale pewne jest, że jeżeli w domku pozostały jakiekolwiek nieodkryte wcześniej ślady, to zostały one bezpowrotnie zniszczone.
Jeżeli zastanawiacie się co u sprawców, to bez zmian.
Koleżanki Oli, które są chyba najbardziej zainteresowane rozwiązaniem sprawy, nic nie wskurały.
Policjanci nie dysponują wystarczającym materiałem dowodowym, aby ponownie zatrzymać Mariusza czy Krzysztofa, więc mogli oni spokojnie wrócić do swoich obowiązków dnia codziennego.
Co do Małgorzaty, to już od jakiegoś czasu realizuje nowe hobby, ponieważ zaczęła uczęszczać na zajęcia taneczne.
Taniec właściwie od zawsze sprawiał jej ogromną radość, więc Mariusz namówił ją, aby zapisała się do jakiejś szkoły, gdzie będzie mogła rozwijać umiejętności w profesjonalnym środowisku.
Ona na początku się wahała, ale później zdecydowała, że może faktycznie spróbuje.
Tym bardziej, że te rozważania zbiegły się w czasie z zaleceniami od lekarza na temat większej ilości ruchu.
Małgorzata w przeszłości doznała urazu kręgosłupa i teoretycznie udało jej się już uporać z problemem.
Natomiast na jednej z wizyt kontrolnych lekarz powiedział, że przykładowo te zajęcia taneczne, skoro ten rodzaj ruchu lubi, mogłyby być dobrą formą rehabilitacji.
Stylem tańca, który szczególnie ją fascynuje jest tango, więc gdy sprawdza dostępną ofertę szkół, jej uwagę od razu przyciąga klub Złota Milonga, czyli szkoła tanga argentyńskiego mieszcząca się w Śródmieściu.
Zapisuje się na pierwsze zajęcia i właśnie tam poznaje Henryka S. Mężczyzna jest od niej o 15 lat starszy, Małgorzata ma wtedy 40 lat, a on 55, natomiast wygląda na mniej.
Głównie dlatego, że bardzo dba o swój wygląd i wizerunek.
Przede wszystkim jest wysportowany, poza tańcem trenuje również na siłowni.
Zdarza mu się odwiedzać solaria, a przy doborze ubrań zawsze koncentruje się na tym, aby wyglądać elegancko i stylowo.
Taniec w życiu Henryka odgrywa szczególną rolę.
Dzieciństwo i okres nastoletni spędził na małej wsi, a jego rodzice nie byli zbyt zamożni.
Nigdy nie przypuszczał, że uda mu się osiągnąć tak wiele, ale los mu sprzyjał.
Przełomowym wydarzeniem było wyrwanie się z małej miejscowości i przeprowadzka do stolicy, gdzie miał rozpocząć studia.
Taniec fascynował go tak naprawdę od dziecka, ale na wsi nie mógł rozwijać swojej pasji.
Nie miał gdzie trenować, w okolicy nie było żadnej salki tanecznej, ani tym bardziej zorganizowanych zajęć, na których mógłby szlifować swoje umiejętności.
Warszawa, w której zdecydował się zamieszkać, to był inny świat, który stwarzał zupełnie nowe możliwości.
W trakcie studiów zapisał się do swojej pierwszej grupy tanecznej.
Był tak dobry, że bez przeszkód mógł zmieniać zespoły, w których występował, bo wszyscy przyjmowali go z otwartymi ramionami.
Po ukończeniu studiów zajął się projektowaniem linii energetycznych i to zajęcie praktykuje nadal w 2007 roku.
Uchodzi za świetnego fachowca w swojej dziedzinie, co ważne fachowca posiadającego nie tak często występujący w tamtych czasach zakres kompetencji.
To, że ma jakieś unikatowe zdolności mocno odbija się na jego zarobkach.
W związku z tym, że kiedyś nie miał nic, a dzięki swojej ciężkiej pracy osiągnął duży sukces, lubi pokazywać innym ile ma pieniędzy.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jakkolwiek negatywnie, po prostu jak ktoś ma duże środki do spożytkowania co miesiąc, to jedni będą je przeznaczać bardziej na swoją wygodę czy jakieś nowe doświadczenia, ale niekoniecznie będzie im zależeć, żeby inni wiedzieli, że są zamożni.
Natomiast niektórzy mogą chcieć sprawiać takie wrażenie, chcieć pokazać, że noszą na przykład zegarek za kilka tysięcy albo jakieś inne drogie dodatki.
No i Henryk był właśnie w tej drugiej grupie, więc ogólnie wśród jego znajomych było wiadomo, że jest człowiekiem, który ma spore zasoby finansowe.
Mimo tego w jego towarzystwie nie czuło się, że mężczyzna w jakiś sposób się wywyższa.
Jest bardzo szarmancki i empatyczny, a gdy zachodzi taka potrzeba, zawsze wyciąga pomocną dłoń.
W międzyczasie założył rodzinę, ma żonę i dwie córki w wieku nastoletnim, ale chyba już tak bliżej dorosłości.
Młodsza Iwona na pewno nadal mieszka z rodzicami w ich mieszkaniu na Żoliborzu, na temat starszej brakuje informacji.
Co do ich wzajemnych relacji, w źródłach pojawiają się sugestie, że nie były one aż tak dobre.
Można powiedzieć, że były to relacje poprawne, ale jednocześnie czasami chłodne.
Henryk chyba bardziej koncentrował się na swojej pasji i pracy niż na rodzinie.
Co do pasji, to mimo upływu lat i okazjonalnych docinków ze strony znajomych, Henryk nie odpuszcza i gdy tylko ma wolną chwilę, chodzi na zajęcia i wieczorki taneczne,
A jeżeli tego czasu ma więcej, to zdarza się nawet, że wyjeżdża na zorganizowane obozy.
Gdy wybierał szkołę tańca, zdecydował się na pobliski klub Złota Milonga i w ten sposób losy jego i Małgorzaty połączyły się.
Nie wiem, jak to się odbywa w takich szkołach, czy parę dobiera się samodzielnie, czy ktoś to narzuca.
W każdym razie po krótkim czasie Małgorzata i Henryk zaczynają trenować i występować właśnie jako para.
Okazuje się, że taki wybór był strzałem w dziesiątkę, bo są ze sobą bardzo zgrani i idealnie się dopełniają.
Występy idą im tak dobrze, że nie tylko razem trenują, ale zaczynają wspólnie wyjeżdżać również na konkursy taneczne.
Małgorzata jest zafascynowana Henrykiem.
Na początku po prostu jej imponuje, mają sporo wspólnych tematów, więc zaprzyjaźniają się.
Jednak im więcej czasu ze sobą spędzają, tym bardziej zaczyna się jej podobać.
Często opowiada o nim Mariuszowi i to w takim tonie wyrażającym podziw.
Mówi, że Henryk dużo zarabia, jest przedsiębiorczy, często organizuje jakieś wystawne przyjęcia, bardzo o siebie dba itd.
Ogólnie ta fascynacja jest obustronna, ponieważ Henryk również uważa swoją taneczną partnerkę za atrakcyjną i często jej to okazuje.
Nie mają romansu w takim fizycznym znaczeniu, ale widać, że podobają się sobie i zdarza się, że ze sobą flirtują.
Mariusz jest zazdrosny o Małgorzatę i powoli zaczyna mieć dość słuchania o Henryku oraz o wszystkich jego zaletach.
Gdy partnerka cokolwiek o nim wspomina, wpada we wściekłość.
Czarę goryczy przelewa prezent, który Małgorzata dostaje od Henryka, mianowicie dość drogi zegarek.
Dla Henryka pewnie nie był to jakiś znaczący wydatek, ale obiektywnie patrząc był to kosztowny prezent, którego nie daje się raczej jakiejś przypadkowej osobie.
Jest środa 7 marca 2007 roku, godziny popołudniowe.
W ostatnich dniach musiał się przeziębić, ma już pierwsze objawy choroby i czuje, że dysponuje mniejszymi siłami niż zazwyczaj.
Idzie na wieczorek taneczny, który ma się odbyć w Domu Kultury przy ulicy Grujeckiej.
Najchętniej zostałby w domu, ale jak on się tam nie zjawi, to odbiera możliwość występu również swojej partnerce, czyli Małgorzacie.
Ze względu na nią decyduje, że da radę i późnym popołudniem wychodzi z domu.
Jest trochę rozkojarzony przez złe samopoczucie, więc zapomina zabrać ze sobą telefonu komórkowego.
Kieruje się na parking, wsiada do auta i jedzie w umówione miejsce spotkania.
Wydarzenie kończy się wieczorem, około godziny 22.30, a Henryk wychodzi z domu kultury w towarzystwie dwóch koleżanek, Małgorzaty i Joli.
Najpierw odprowadza Małgorzatę do jej samochodu, żegnają się, a ona odjeżdża w kierunku domu.
On razem z Jolą idzie do swojej Toyota Avensis, symbolu statusu w tamtych czasach, jak to zostało określone w jednym ze źródeł.
Obiecał Joli, że odwiezie ją do domu i z tej obietnicy się wywiązuje.
Po odwiezieniu koleżanki kieruje się do siebie na Żoliborz.
Chwilę przed godziną 23 samochód zostawia jak zawsze na strzeżonym parkingu, a kartę oddaje stróżowi.
Wymieniają kilka zdań, dobrze się znają, bo Henryk to stały klient, potem się żegnają, a on idzie w stronę bloku.
Zostaje mu do przejścia jakieś 150 metrów, w międzyczasie widzi go dwóch świadków, jednak co zaskakujące Henryk do domu nie dociera.
Żona i córki są bardzo zaniepokojone, więc następnego dnia w czwartek dzwonią do znajomych i przyjaciół Henryka, aby ustalić czy nie zatrzymał się u kogoś z nich.
Nikt jednak nie miał z nim kontaktu w ciągu ostatnich kilku godzin.
Ona odpowiada, że widziała się z Henrykiem wieczorem na zajęciach, ale rozstali się na parkingu przed Domem Kultury.
Po tym już się z nią nie kontaktował.
Kolejnego dnia w piątek na komórkę, którą Henryk zostawił w domu, przychodzi dziwny SMS.
Nadawcą jest jakiś obcy numer, a autor wiadomości zwraca się bezpośrednio do Iwony.
Cytat pochodzi z książki Opowiem Ci o zbrodni.
Iwonko, muszę załatwić pewne sprawy i nie będzie mnie przez około dwa tygodnie.
Nie martwcie się i nie gniewajcie, że odzywam się dopiero teraz.
Ten SMS nikogo nie uspokaja, wręcz przeciwnie.
Iwona jest pewna, że to nie jej tata jest nadawcą wiadomości.
Po pierwsze dlatego, że absolutnie nigdy nie nazywał jej Iwonką, a po drugie nie miał też w zwyczaju kończyć SMS-ów formami typu całuję tata.
Informuje o dziwnej wiadomości mamę, która stwierdza, że w takim razie trzeba zgłosić zaginięcie policji.
Jeszcze tego samego dnia jadą na komisariat i zaczynają prowadzić poszukiwania na pełną skalę.
Na ulicach Warszawy rozwieszają plakaty ze zdjęciem Henryka, a Iwona nagrywa wideo Apple, który publikuje w internecie.
Na nagraniu trzyma jeden z plakatów, mówi, że to jej tata i prosi o kontakt wszystkich, którzy widzieli go w ciągu ostatnich dwóch dni albo wiedzą, gdzie może przebywać.
Tak mija weekend, w sprawie nie pojawia się żadne nowe doniesienie, za to w poniedziałek 12 marca na wcześniej wspomnianą komórkę przychodzi kolejny SMS.
Nadawca informuje w nim, że pilnie potrzebuje pieniędzy, dokładnie chodzi o kwotę 50 tysięcy złotych.
Iwona próbuje połączyć się z numerem, z którego przychodzą wiadomości, ale nikt nie odbiera.
Razem z mamą przekazują nowe informacje policjantom, którzy mają spróbować namierzyć numer.
Ustalają, że pozostaną w kontakcie.
Gdyby pojawiły się jeszcze jakieś wiadomości, kobiety mają natychmiast to zgłaszać.
Trzecia i ostatnia wiadomość przychodzi już dzień później, we wtorek 13 marca.
Treść ponownie cytuję z wcześniej wspomnianej książki.
Jeśli ich nie będzie, to już nie będę mógł więcej się odzywać.
Proszę wpłaćcie je, już dłużej nie wytrzymam.
To po tym SMS-ie Iwona wpada na pomysł, aby zadać osobie po drugiej stronie pytanie kontrolne.
Żałuję, że nie zrobiła tego wcześniej, ale już nie cofnie czasu.
Czym prędzej bierze telefon i zadaje pytanie, na które tylko Henryk będzie znał odpowiedź, mianowicie ile mamy zwierząt w domu?
Pytanie jest podchwytliwe, bo powszechnie wiadomo, że rodzina ma kotka.
Natomiast krótko przed zniknięciem Henryka kotka urodziła małe i tylko domownicy są w stanie powiedzieć, ile dokładnie kotów mają w tym momencie w mieszkaniu.
Ostatecznie pytanie kontrolne pozostaje bez żadnej odpowiedzi, a telefonu, z którego wysłano tajemnicze smsy, nie udaje się namierzyć.
Policja i prokuratura działają dalej i przez kolejne miesiące przesłuchują świadków oraz zbierają wskazówki, mające doprowadzić ich do odpowiedzi na pytanie, co się stało z Henrykiem.
Śledczy uzyskują wyciągi z jego kont bankowych, a także informacje o działaniach wykonywanych jego kartami debatowymi i kredytowymi.
To daje pierwszy punkt zaczepienia, ponieważ okazuje się, że już jakieś trzy godziny po tym, jak Henryka widziano po raz ostatni, czyli 8 kwietnia około godziny drugiej w nocy, ktoś wypłacił z jego konta kwotę 3000 zł.
Transakcji dokonano przy użyciu bankomatu w Wyszkowie, to jest w mieście leżącym jakieś 40 kilometrów od obrzeży Warszawy.
Pojawia się więc pytanie, czy to Henryk pofatygował się taki kawał drogi tylko po to, żeby wypłacić pieniądze, czy ktoś mu tą kartę ukradł.
Jeżeli by uznać tą drugą wersję za prawdziwą, to rodzi się pytanie, skąd ktoś obcy znał PIN.
Śledczym już po raz drugi w tej sprawie szczęście sprzyja, bo okazuje się, że bankomat, o którym mowa, ma zainstalowany monitoring.
Uzyskują nagranie z interesującego ich przedziału czasowego i wnikliwie je oglądają.
O wskazanej godzinie do bankomatu podszedł wysoki, szczupły mężczyzna i przy użyciu karty wypłacił sporą sumę pieniędzy.
Niestety jest noc, ciemno, nagranie jest nie najlepszej jakości, a mężczyzna osłania twarz dłonią i na głowie ma kaptur.
Wobec tego wydawałoby się, że ten trop to ślepa uliczka, ale z tej samej godziny jest jeszcze jedno nagranie, na którym z kolei widać parking niedaleko bankomatu.
Wiadomo, jakim samochodem podjechał tajemniczy mężczyzna.
To Renault Kangoo, czyli jak już wiemy, dokładnie taki sam model, jakim jeździ Mariusz.
Kolejne próby wypłaty środków mają miejsce w następnych dniach i trwają do 14 marca, kiedy to tajemniczy sprawca się poddaje.
Poddaję się dlatego, że jedynie ta pierwsza próba zakończyła się sukcesem, pozostałe kilkanaście kończyło się komunikatem odmownym ze względu na brak środków na koncie, przekroczony limit karty kredytowej, a także finalnie zablokowanie wszystkich kart.
Jak to się mówi, po nitce do kłębka funkcjonariusze zbierają kolejne poszlaki i 15 czerwca 2007 roku, trochę ponad dwa miesiące po zaginięciu Henryka, zatrzymują domniemanych sprawców, czyli Mariusza i Krzysztofa.
Mariuszowi stawiają zarzuty uprowadzenia Henryka S. oraz próby wyłudzenia od jego żony kwoty 50 tysięcy złotych.
Jak się okazuje, do wysyłania SMS-ów Mariusz używał swojej komórki bojowej.
Na początku prawdopodobnie zależało mu, aby rodzina nie zaczęła zbyt szybko szukać mężczyzny, ale później pomyślał, że przy okazji może się przecież wzbogacić.
Krzysztof zostaje oskarżony o przywłaszczenie pieniędzy z konta uprowadzonego, bo jak się okazało wypłaty dokonywał właśnie on.
Robił to na polecenie Mariusza, który w jakiś sposób uzyskał PIN do kart.
Zapewne po uprowadzeniu Henryka zmusił go, aby podał mu odpowiednią kombinację cyfr.
W trakcie zatrzymania Mariusz bez przerwy wypytuje, czy chodzi o zaginięcie Zbyszka i Oli, ale policjanci szybko wyprowadzają go z błędu.
Auta są właściwie czyste, nie ma tam żadnych śladów wskazujących, aby Mariusz miał coś wspólnego z porwaniem.
Chociaż z drugiej strony wnętrze samochodów jest aż przesadnie czyste.
W obu wykładziny są bardzo dokładnie wyczyszczone.
W Oplu widać nawet, że wykładzina musiała być wymieniana na nową w niedalekiej przeszłości.
Oba auta są badane za pomocą odczynników, które mocno reagują na krew, ale też na inne ślady biologiczne.
W praktyce wygląda to tak, że właściwie w każdej użytkowanej przez człowieka przestrzeni coś się podświetli po użyciu takiego odczynnika, bo też każdy zostawia jakieś ślady.
Samo w sobie niekoniecznie świadczy to o popełnieniu zbrodni.
Zadaniem śledczych jest przebadanie powierzchni tak, aby ze wszystkich śladów wyodrębnić te dające się powiązać np.
z ofiarą albo ze sposobem popełnienia przestępstwa.
Problem z samochodami Mariusza jest taki, że tam nie podświetla się zupełnie nic.
Jakby ich wnętrza zostały bardzo dokładnie zdezynfekowane, a potem w ogóle ich nie używano.
Ten brak śladów to jedno, ale bardziej zastanawiające są przedmioty, które znaleziono w środku.
opaski zaciskowe, pałki teleskopowe, saperkę oraz atrapę broni.
Mariusz skonfrontowany z informacjami o tych ciekawych znaleziskach wyjaśnia, że to jego sprzęt do samoobrony, a saperkę wozi ze sobą, gdyby się gdzieś zakopał.
Z kolei opaski uciskowe były tam jedynie przez chwilę.
Planował je zabrać do domu, aby przy ich użyciu zamontować maty na balkonie.
Zebrany materiał dowodowy nie jest wystarczający, aby zatrzymanym przedłużyć areszt.
Wkrótce obaj wychodzą na wolność, natomiast zostają objęci dozorem.
Muszą meldować się trzy razy w tygodniu na komisariacie.
Najbardziej prawdopodobna rekonstrukcja zdarzeń przedstawiona przez śledczych na podstawie zebranego materiału dowodowego jest taka, że pod blokiem Henryka czekał na niego Mariusz.
Znali się z widzenia, bo zdarzało się, że odbierał on swoją partnerkę z zajęć tanecznych.
Ponownie użył Małgorzaty jako pretekstu, aby zwabić ofiarę do swojego samochodu.
Zaczął opowiadać Henrykowi, że jego partnerce coś się stało i potrzebuje jego pomocy, aby z kolei jej pomóc.
Henryk mu uwierzył i wsiadł do samochodu.
Ruszyli drogą w kierunku Płońska, ale po drodze zatrzymali się na uboczu, ponieważ Mariusz stwierdził, że z autem coś jest nie tak.
Zawołał Henryka, aby pomógł mu z rzekomą awarią koła.
Gdy ten wyszedł z samochodu, Mariusz go zaatakował, skrępował mu ręce i nogi, a następnie zaczął grozić.
to wtedy wymusił na nim podanie pinów do kart.
Gdy rywal nie był mu już do niczego potrzebny, udusił go, a następnie pozbył się ciała.
Mijają kolejne miesiące śledztwa.
Mariusz i Krzysztof niezmiennie muszą meldować się na komisariacie, co regularnie robią, ale poza tym sprawa zdaje się w ogóle nie posuwać do przodu.
Nadchodzi rok 2008, a Mariuszowi przypomina się ksiądz Piotr.
Przez kilka miesięcy próbuje się z nim skontaktować i umówić na spotkanie, jednak kapłan wyraźnie go unika.
Mariusz w swoich wiadomościach pisze mu, że ma depresję, że potrzebuje rozmowy, czuje się osaczony, bo policja go zatrzymała itp.
Ksiądz Piotr jest jednak nieustępliwy i konsekwentnie odmawia.
Trwa zwykły czwartkowy poranek, a ksiądz siedzi na plebanii przy parafii na warszawskiej Sadybie, gdzie obecnie pełni posługę.
Obiecał swojej siostrzenicy, że tego dnia podrzuci ją na uczelnię, jednak do wyjścia zostało mu jeszcze trochę czasu, więc po prostu odpoczywa.
Nagle w drzwiach staje nieproszony gość.
To Mariusz, którego duchowny od razu poznaje, mimo że ostatni raz widział go wiele lat temu.
Przyjmuje go bez entuzjazmu, chwilę rozmawiają, po czym gospodarz mówi, że musi wyjść.
Wyjaśnia, że obiecał już coś siostrzenicy i jej kuzynce, na co Mariusz odpowiada, że on w takim razie pojedzie z nim.
Jadą po dziewczyny, a następnie zgodnie z planem odwożą je na uczelnię.
Kuzynki zauważają, że między mężczyznami panuje napięta atmosfera.
Obaj są małomówni i zarówno sobie jak i im odpowiadają na wszystko bardzo lakonicznie.
Po ich odwiezieniu ksiądz oraz Mariusz wracają na plebanie.
Rozmawiają przez kilka kolejnych godzin, chociaż trafniejszym określeniem niż rozmowa byłby może jednostronny monolog, bo to głównie Mariusz zwierza się ze swoich problemów, a ksiądz tylko co jakiś czas wtrąca zdawkową odpowiedź.
Na pożegnanie duchowny rzuca, że muszą się kiedyś umówić na wódkę, ale to z założenia chyba miało być takie spotkanie, które niby się komuś proponuje, ale w głowie od razu ma się kilka wymówek, żeby na nie nie iść.
Dlatego gdy Mariusz dopytuje go kiedy, zarówno od razu jak i później w SMS-ach, on nie udziela żadnej konkretnej odpowiedzi.
Mija mniej więcej półtora miesiąca, jest 5 grudnia 2008 roku.
U księdza Piotra siedzi jego wcześniej wspomniana siostrzenica.
Rozmowę przerywa im dzwonek telefonu.
Ksiądz idzie odebrać, a dziewczyna zostaje sama w pokoju, ale słyszy dokładnie, co wujek mówi.
Wnioskuje, że umawia się z kimś na spotkanie następnego dnia.
Gdy ksiądz do niej wraca, nie wypytuje o żadne szczegóły, uznaje, że to jego sprawa, po prostu wracają do wcześniejszego tematu.
W rozmowie telefonicznej padło takie zdanie.
Jak to jest, że ja cię nie widzę, a ty mnie tak?
Można więc wywnioskować, że osoba, która dzwoniła, znajdowała się gdzieś w pobliżu.
chować się w krzakach gdzieś przed plemanią.
Następnego dnia, 6 grudnia w sobotę, około godziny 19, do księdza Piotra znów ktoś dzwoni.
Duchowny ma do odprawienia wieczorną mszę, na której widocznie się śpieszy i stara się wykonywać wszystkie czynności jak najszybciej.
Po mszy wsiada do swojej hondy akord i odjeżdża w nieznanym kierunku.
Przed wyjściem nie informuje nikogo, gdzie jedzie, ani czy zamierza się z kimś spotkać.
Wiadomo, że zabrał ze sobą swojego laptopa, dwie komórki oraz kilkaset złotych w gotówce.
Następnego dnia, 7 grudnia w niedzielę, ponownie ma odprawiać mszę.
W ogóle się na niej nie zjawia, ponieważ jak się okazuje nadal nie wrócił na plebanie.
Proboszcz przez cały dzień próbuje się do niego dodzwonić, ale bezskutecznie.
W związku z tym następnego dnia, w poniedziałek, zgłasza policji zaginięcie.
Z nikim się nie skontaktował, ani nie dał żadnego innego znaku życia.
Zupełnie niespodziewanie 4 miesiące po jego zaginięciu, dokładnie 17 kwietnia 2009 roku, policjanci dokonują przełomowego odkrycia.
Zaledwie 600 metrów od parafii, tuż obok jednego ze sklepów spożywczych, stoi Honda Accord należąca do księdza Piotra.
Samochód jest zamknięty, nie jest w żaden sposób zniszczony i wygląda jakby cały czas tam stał.
Wnętrze samochodu zostaje dokładnie przebadane.
Po duchownym w środku nie został nawet najmniejszy ślad, ale zachował się zapach i żeby było ciekawiej, nie jego.
Oczywiście zostaje on zabezpieczony, jednak póki co nie ma żadnego materiału do porównania próbki.
Na podstawie zeznań świadków udaje się ustalić, że w ostatnich miesiącach ksiądz miał kontakt z Mariuszem.
Jako, że jest on podejrzanym w innych sprawach dotyczących zaginięć, policjanci decydują się ponownie go przesłuchać.
Po przebadaniu próbki pobranej z auta i porównaniu jej z zapachem Mariusza, okazuje się, że to właśnie jego ślad zapachowy zachował się w samochodzie księdza Piotra.
On potwierdza, że to możliwe, bo ksiądz go gdzieś podwoził jeszcze przed zaginięciem.
Nie przewidział jednak tego, że po pierwsze ślad zachował się na siedzeniu kierowcy, a nie pasażera, a po drugie ślady osmologiczne mają bardzo krótką trwałość i utrzymują się zaledwie przez kilka dni, maksymalnie do tygodnia.
Wobec takiej argumentacji Mariusz odpowiada tylko, że najwidoczniej zapach podrzucono, bo ktoś chce go wrobić.
Tak jak w przypadku pozostałych, ciała księdza nigdy nie odnaleziono.
Możliwa rekonstrukcja nasuwa się właściwie sama.
Ksiądz podjechał gdzieś, gdzie umówił się z Mariuszem.
Tam po namowie przesiadł się do jego samochodu.
Być może Mariusz chciał z nim porozmawiać o przeszłości, może groził, że nagłośni sprawę, skoro ksiądz tak szybko do niego przyjechał, mimo wcześniejszego braku chęci.
Gdy duchowny wsiadł do jego samochodu, wywiózł go gdzieś, następnie obezwładnił i udusił.
Przed śmiercią ksiądz Piotr był kompletnie bezbronny, łatwa ofiara, zupełnie tak, jak kiedyś Mariusz.
Jeszcze nawiązując do tego wątku dodam, że zapach zachował się nie tylko na siedzeniu kierowcy, ale też na tylnych siedzeniach.
Prawdopodobne wytłumaczenie jest takie, że Mariusz przemieszczał się po całym samochodzie, aby dokładnie go wyczyścić.
Prawie mu się to udało, ponieważ poza zapachem niczego nie znaleziono.
Ustalono także, że numer, z którego ktoś dzwonił do duchownego przed zaginięciem, jest przypisany do telefonu mężczyzny, który kilka miesięcy wcześniej zgubił swoją komórkę.
Według późniejszych zeznań Krzysztofa, gdy pewnego razu szli z Mariuszem na komisariat, aby podpisać dozór, jego kuzyn znalazł jakiś telefon na stacji benzynowej i go sobie przywłaszczył.
Pętla wokół Krzysztofa i Mariusza się zacieśnia, bo jak mogliście usłyszeć występuje bardzo dużo tych wszystkich zbiegów okoliczności.
Ponadto w końcu dochodzi do ważnej organizacyjnej zmiany w sposobie prowadzenia śledztwa.
Do tej pory z uwagi na to, że sprawy dotyczyły zaginięć, zajmowała się nimi prokuratura rejonowa i to właściwie nie jedna jednostka, a aż trzy.
Każde zaginięcie zgłaszał ktoś inny, naturalnie oprócz pierwszego, bo Ola i Zbigniew zaginęli jednocześnie.
Natomiast i tak były to trzy osobne zgłoszenia, każde przyjęte na innym komisariacie, więc też skierowane później do trzech różnych prokuratur odpowiadających danemu rejonowi.
W końcu w 2009 roku ktoś dochodzi do wniosku, że przecież te trzy sprawy łączy jedna osoba, Mariusz B., i może warto byłoby na nie spojrzeć w sposób całościowy.
To wtedy zwierzchnictwo nad trzema śledztwami, od tej chwili połączonymi w jedno, przejmuje prokuratura okręgowa w Warszawie.
Śledczy na bieżąco monitorują, czy ktoś z poszukiwanych nie zgłosił się np.
do ZUS-u lub NFZ-u, aby coś załatwić, ale to ślepa uliczka, nic takiego nie miało miejsca.
Wiadomo też, że ważność paszportów, które Ola i Zbigniew zostawili w domu się zakończyła.
Prowadzący śledztwo liczą więc, że może ojciec i córka zgłoszą się do urzędu, aby wyrobić nowe dokumenty, ale z oczywistych względów nie mają takiej możliwości.
Finalnie jeszcze w tym samym roku, dokładnie 14 września, Mariusz i Krzysztof zostają ponownie zatrzymani.
Na razie pod zarzutem uprowadzenia i to jedynie Oli i Zbigniewa.
Łańcuch poszlak jest na tyle mocny, że z dużym prawdopodobieństwem kolejne miesiące spędzą w areszcie.
W trakcie zatrzymania podejrzani nie sprawiają żadnych problemów.
Krzysztof milczy, a Mariusz jest nad wyraz spokojny i opanowany.
Nie okazuje żadnych emocji, zachowuje się kulturalnie i jest w pełni kontaktowy.
Budzi to mieszany odbiór, ponieważ jeden z oficerów uznaje, że zatrzymany zachowuje się wręcz dostojnie.
Uśmiecha się, a w tym uśmiechu da się dostrzec ironię.
Zupełnie tak, jakby był bardzo dumny z siebie, a jednocześnie w ogóle nie czuł się zagrożony.
Jego zdanie podzielają również przesłuchujący Mariusza, ponieważ w trakcie składania zeznań zdecydowanie da się zauważyć, że zatrzymany jest z siebie zadowolony.
Pyta policjantów, czy mieli już kiedyś do czynienia z taką sprawą i nadmienia, że to pewnie ewenement w ich karierze.
Początkowo nie jest zbyt skory do współpracy i na każdym kroku podkreśla, że nic na niego nie mają.
Wypowiada też później cytowane wielokrotnie zdanie, nie ma ciał, nie ma sprawy.
Mijają kolejne godziny, a przesłuchiwany, postawiony w krzyżowy ogień pytań mięknie i przyznaje, że odebrał życie Oli i Zbigniewowi, a zwłoki ukrył gdzieś w lesie w okolicach Półtuska.
Około godziny 23.00 wraz z policyjną eskortą jedzie na wizję lokalną, na której ma jedno zadanie – wskazać miejsce ukrycia ciał.
Niestety warunki nie sprzyjają takim poszukiwaniom, jest kompletnie ciemno, a policjanci nie mają odpowiedniego sprzętu.
Po wielu godzinach nocnych poszukiwań wracają na komendę z niczym.
Jednak następnego dnia, 15 września, w godzinach porannych nadchodzi przełom, którego nikt się chyba nie spodziewał.
Na przesłuchaniu trwającym dokładnie 47 minut, od godziny 5.58 do 6.45, Mariusz, który w tamtej chwili nie śpi już od ponad doby, przyznaje się dołącznie czterech zabójstw.
Jest to o tyle szokujące, że póki co został zatrzymany jedynie za uprowadzenie dwóch osób.
Nikt nie spodziewał się, że przyzna się do czegokolwiek ponad to.
On jednak opisuje, że poza Olą i Zbigniewem zamordował Henryka, jego ciało ukrył w lesie w okolicach Mławy, a także księdza Piotra, którego potem pogrzebał na polanie niedaleko rzeki Narew.
Przesłuchanie odbywa się bez obecności prokuratora.
Policjanci nie zdążyli go wezwać, po tym jak zatrzymany zadeklarował chęć złożenia wyjaśnień.
Treść zeznań zostaje w całości zarejestrowana na nagraniu wideo.
Po ich złożeniu Mariusz rozrysowuje na mapie, gdzie dokładnie ukrył wszystkie ciała.
To daje kolejny punkt zaczepienia i nadzieję, że może jeszcze uda się znaleźć zmarłych, jednak jak się szybko okazuje, wszystko toczyło się wręcz zbyt łatwo.
Przesłuchiwany wkrótce stracił chęci do współpracy, a gdy policjanci próbują doprecyzować szczegóły, odpowiada, że nie wie, nie powie teraz, bo nie może itd.
Funkcjonariusze muszą więc opierać się na tym, co wcześniej udało im się od niego wyciągnąć i z ukierunkowaniem na te miejsca rozpoczynają poszukiwania.
Sprowadzają psy z jurajskiej grupy GOPR, specjalizujące się w poszukiwaniach zwłok.
Angażują też strażaków, którzy sprawdzają zbiorniki wodne, rzekę oraz jezioro w okolicach, o których wspominał Mariusz.
W wyznaczonych miejscach ekipa poszukiwawcza natrafia na wiele przeszkód, m.in.
gęste zarośla oraz zbiorowiska śmieci.
Mimo tego szukają dalej i podsumowując w ciągu kolejnych dni albo nawet tygodni, sprawdzają wskazane lokalizacje wzdłuż i wszerz.
Niczego tam nie znajdują, więc pojawiają się domniemania, że Mariusz ich okłamał.
Jest to o tyle prawdopodobne, że on zdaje się nie wychodzić z roli i nadal przekazuje jakieś sprzeczne wskazówki.
Na przykład gdy policjanci wiozą go na kolejne przesłuchanie, mówi im nagle, że teraz może pokazać prawdziwe miejsce ukrycia zwłok, tym samym sugerując, że wcześniej wprowadził ich w błąd.
Śledczy do jego kolejnych rewelacji podchodzą z dystansem, ale wszystko sprawdzają, niestety bez rezultatów.
Skupiam się bardziej na opisie Mariusza, bo Krzysztof w początkowej fazie przesłuchań milczy i nie przyznaje się do żadnego z zarzucanych mu czynów.
Dopiero po czasie śledczym udaje się z niego wyciągnąć jego wersję zdarzeń.
Skutkuje to tym, że w swoich zeznaniach Krzysztof całkowicie obciąża kuzyna.
Wkrótce okazuje się, że sytuacja jest bardziej dynamiczna niż można by się spodziewać.
Obaj zatrzymani wycofują złożone wcześniej wyjaśnienia i niezależnie od siebie oskarżają przesłuchujących ich policjantów o wymuszanie zeznań przemocą.
Dokładnie opisują zadawane im tortury, a przedstawione opisy brzmią tak poważnie i przekonująco, że prokuratura wszczyna w tej sprawie postępowanie.
Według Mariusza policjanci m.in.
Dowodem na to, że zeznawał pod presją i opisywał wszystko tak jak kazali mu funkcjonariusze, ma być fakt, że w swoich zeznaniach używał sformułowań, których wcześniej nie znał, np.
porwanie dla korzyści majątkowej.
Prokurator zasięga opinii biegłych, a także wnikliwie analizuje materiał wideo z kluczowego przesłuchania.
Jeżeli faktycznie policjanci stosowaliby przed nim takie formy przemocy, jakie opisali Mariusz i Krzysztof, to na samym przesłuchaniu mężczyźni powinni mieć liczne ślady na ciele.
Natomiast na nagraniu nie widać, aby na odkrytych częściach ciała mieli jakiekolwiek rany czy zasinienia.
To jest pierwszy sygnał, że podejrzani mogą mijać się z prawdą.
Druga kwestia to opinia biegłych psychologów, którzy stwierdzają, że treść złożonych wyjaśnień nie była efektem wywieranej presji.
Teoretycznie, jeżeli któryś z nich byłby zmuszany, aby przedstawić konkretną wersję zdarzeń, to raczej byłaby to wersja pełna, nie zawierająca żadnych luk, mogąca stanowić niepodważalny dowód dla sądu.
Natomiast w zeznaniach przedstawionych przykładowo przez Mariusza, mimo że przyznał się do winy, tych luk jest sporo.
Po pierwsze, w ogóle nie chciał odpowiadać na pytania dotyczące Krzysztofa, treść zeznań dotyczyła tylko jego.
Po drugie, na resztę pytań odpowiadał bardzo niedokładnie.
Na przykład, gdy policjant spytał go, czy chce pojechać na działkę, aby coś im pokazać, on odparł, że chce im pokazać pewne miejsce, ale gdy dopytywali jakie, mówił, że nie może teraz zdradzić.
Trochę to brzmi tak, jakby grał z nimi w jakąś grę.
Postępowanie o stosowanie przemocy względem zatrzymanych ma później kontynuację na sali sądowej.
Żeby przy opisie procesu nie mieszać i skupić się tylko na zabójstwach, opiszę wszystko co związane z tym wątkiem teraz.
Obrona za jeden z kluczowych argumentów przemawiających za prawdomównością podejrzanych podała fakt, że Mariusz i Krzysztof niezależnie od siebie poinformowali prokuratora o zachowaniu policjantów.
Przez cały czas byli od siebie odizolowani i nie mogli ustalić wspólnej wersji.
Według sądu natomiast od uprowadzenia Oli i Zbigniewa do ostatecznego zatrzymania podejrzanych minęły ponad trzy lata, więc Mariusz i Krzysztof mieli bardzo dużo czasu, żeby ustalić wspólnie plan awaryjny w razie wpadki.
To, że nie zrobili tego w trakcie pobytu w areszcie, nie znaczy, że nie pomyśleli o tym wcześniej.
Co więcej, Krzysztof miał powiedzieć jednemu z policjantów już po fakcie, że do złożenia zeznań obciążających funkcjonariuszy namówił go jego adwokat.
Adwokat, który reprezentował również Mariusza, więc wiedział, że przyjął on taką samą linię obrony.
Jeszcze przed procesem Mariusz zostaje przebadany wariografem, a wyniki tego badania są bardzo wymowne.
Przesłuchiwany mocno reaguje na pytania dotyczące zabójstwa i miejsca ukrycia zwłok.
Wyniki badania to jedynie poszlaka, aczkolwiek skoro tutaj mamy do czynienia i tak z procesem poszlakowym, to wszystko może się przydać na dalszych etapach.
Ze względu na to, że początkowo sprawa była prowadzona przez trzy różne prokuratury, występuje problem ze sformułowaniem aktu oskarżenia.
Finalnie do sądu zostają skierowane dwa akty, więc sprawa jest rozbita na dwa procesy.
Skutkuje to tym, że od daty rozpoczęcia pierwszej z wielu rozpraw do końcowego wyroku Sądu Najwyższego upływa blisko 10 lat.
Pierwszy akt oskarżenia trafia do sądu 17 sierpnia 2010 roku.
Dotyczy on wyłącznie pozbawienia wolności Zbigniewa i grożenia mu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej.
Jak wiemy, żadne z roszczeń nie zostało ostatecznie spełnione, więc zarzuty obejmują jedynie usiłowanie.
Krzysztof i Mariusz odpowiadają z wolnej stopy, ponieważ wcześniej sąd nie przedłużył im aresztu.
Ciekawe, bo było to już po tym, jak Mariusz przyznał się do czterokrotnego zabójstwa.
Widać prokuratura nadal gromadziła potrzebny materiał dowodowy, a to co zdobyli do tej pory nie było wystarczające, aby trzymać podejrzanych w zamknięciu.
W każdym razie pomimo wyjścia na wolność są pod całodobową obserwacją.
Pominę teraz chronologię, aby najpierw opisać ten proces w całości, a później przejdziemy do tego dotyczącego zabójstw.
Pierwszy wyrok zapada przed Sądem Okręgowym Praga Południe trochę ponad rok później, czyli 14 października 2011 roku.
Mariusz jako inicjator porwania zostaje skazany na 5 lat pozbawienia wolności, natomiast Krzysztof jako pomocnik na 3 lata i 8 miesięcy.
Po tym wyroku były jeszcze apelacje, sprawa była cofana do ponownego rozpatrzenia i miała swój finał dopiero 5 lat później.
4 listopada 2016 roku sąd apelacyjny w Warszawie zmniejszył pierwotny wyrok i skazał Mariusza na 4 lata więzienia, a Krzysztofa na 2.
Nie znalazłam informacji na temat procesu kasacyjnego, więc albo po prostu go nie było, albo nie komentowano go w mediach.
Kończąc już ten wątek, to w czasie gdy zapada pierwszy wyrok w sprawie, prokurator zbiera materiał dowodowy dotyczący zabójstw i tym samym przesłuchuje różnych świadków, m.in.
Kobieta zawzięcie twierdzi, że zna swojego syna i jest pewna, że nikogo by nie zabił, ale to jak wiadomo klasyczne podejście wśród bliskich sprawców.
Ale dodatkowo mama Mariusza w rozmowie z mediami opowiada, że też została pobita przez policjanta, zupełnie tak jak wcześniej jej syn.
Policjant miał również powiedzieć o Mariuszu winny czy niewinny i tak go wsadza.
Dwa miesiące po tym, jak zapadł pierwszy wyrok, czyli 15 grudnia 2011 roku, prokurator kieruje do sądu drugi akt oskarżenia.
Mariuszowi stawia zarzuty czterokrotnego zabójstwa, próby wyłudzenia pieniędzy od rodziny Henryka, a także przywłaszczenia sobie pieniędzy wybranych z jego konta.
Łącznie grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Krzysztofa oskarża o pozbawienie wolności Oli i Zbigniewa, zacieranie śladów i również przywłaszczenie pieniędzy z konta Henryka.
Jemu grozi kara 10 lat więzienia.
Na materiał dowodowy składają się m.in.
zeznania oskarżonych, zeznania bliskich ofiar, analiza bilingów telefonicznych oraz ślady zapachowe.
Na sali rozpraw każdorazowo pojawia się mama Zbigniewa, pani Genowefa.
Reaguje bardzo emocjonalnie na to, co dzieje się dookoła, ale mimo tego przychodzi na wszystkie rozprawy, ponieważ liczy, że Mariusz w końcu wyjawi, gdzie ukrył ciała.
Najbardziej boli ją to, że nie może pochować syna ani wnuczki.
W rozmowie z interwencją mówi, że chciałaby odzyskać chociaż po jednej ich kostce, aby wyprawić uroczystości pogrzebowe.
Na rozprawach pojawiają się też m.in.
matka Małgorzaty oraz wcześniej wspomniana matka Mariusza.
Widać, że kobiety są ze sobą w bardzo dobrych stosunkach, minimum koleżeńskich.
Sam Mariusz w trakcie procesu zachowuje stoicki spokój, ma ze sobą notes oraz długopis i zapisuje każde słowo, jakie pada na sali sądowej.
Notatki planuje wykorzystać w swojej mowie końcowej przed ogłoszeniem wyroku.
Mariusz jest więc bardzo czujny i skoncentrowany, aby niczego nie pominąć, natomiast drugi oskarżony wręcz przeciwnie.
Krzysztof zachowuje się tak, jakby cała sprawa w ogóle go nie dotyczyła.
Sprawia wrażenie, jakby zaraz miał zasnąć.
mają za zadanie określić, jakie motywacje mogły kierować oskarżonymi.
Jego pierwszą ofiarą był Zbigniew i w tym przypadku motywacja była złożona.
W przeszłości byli razem w nieszablonowym układzie, do którego nie wszystkie strony wstąpiły za pełną i świadomą zgodą.
Właściwie wszyscy realizowali fantazję Zbigniewa.
Małgorzata była pod jego wpływem i możliwe, że została do wszystkiego zmuszona.
Z kolei Mariusz był bardzo młody, oczywiście powyżej wieku zgody, ale można rozważać czy był w pełni świadomy na co się decyduje i jakie mogą być tego konsekwencje.
Poza tym z kontekstu wynika, że w tej złożonej relacji nie mieli ustalonych żadnych zasad ani granic.
Szczególnie po urodzeniu Wiktorii te granice, o ile kiedykolwiek były, całkowicie się zatarły.
Można więc mówić o odwecie, po pierwsze za wykorzystanie w młodości, a po drugie za odebranie możliwości wychowywania własnej córki.
Poza tym dochodzi jeszcze kwestia chorobliwej zazdrości o Małgorzatę, a także aspekt finansowy.
Przy odbieraniu życia Oli kluczowym motywem była chęć wyeliminowania świadka.
Mariusz nie spodziewał się, że Zbigniew zabierze na spotkanie swoją córkę.
Doszło do tego, że dziewczyna za dużo wiedziała i mogła go obciążyć swoimi zeznaniami.
Biegli wskazują też, że Ola była jedyną osobą łączącą Małgorzatę ze Zbigniewem.
czyli też ze starymi czasami, a Mariuszowi zależało na tym, aby zarówno on, jak i jego partnerka odcięli się od przeszłości.
Motywacja do zabicia Henryka jest dość jasna, zazdrość i postrzeganie go jako ewentualnej przeszkody na drodze do szczęśliwego, rodzinnego życia.
Na końcu zginął ksiądz Piotr, a motywem, jakim kierował się Mariusz, był odwet.
Duchowny kiedyś go skrzywdził, więc on postanowił zrobić to samo.
Prawdopodobnie rozważał odebranie mu życia już wcześniej, ale miał w sobie pewnego rodzaju blokadę.
Gdy zabił swoją pierwszą ofiarę, granica została przekroczona i przestał mieć jakiekolwiek skrupuły.
Mariusz powiedział też, że traktował kiedyś księdza jak mentora i bardzo go zezłościła jego postawa, gdy chciał podzielić się z nim swoimi problemami.
Duchowny nie wykazał żadnego zainteresowania i starał się go spławić, co spowodowało, że on poczuł się zlekceważony.
Biegli stwierdzają u Mariusza zaburzenia osobowości o charakterze psychopatycznym.
Ma też niektóre cechy charakterystyczne dla seryjnych morderców typu zorganizowanego, m.in.
Jest ponadprzeciętnie inteligentny, a także ma wysoką samoocenę.
Mimo tego nieustannie potrzebuje aprobaty ze strony otoczenia i lubi podkreślać swoją wartość przed innymi.
Jest zrównoważony i zachowuje zimną krew w sytuacjach kryzysowych.
Przyznanie się do winy, a później wycofanie wszystkich zezdań było dla niego chwilą słabości.
Chwilą słabości mającą swoje źródło być może w czymś zupełnie przyziemnym, np.
w zmęczeniu, a może wynikającą z chęci pochwalenia się tym, czego dokonał.
Mogło mu zależeć na wywarciu jakiegoś wrażenia na przesłuchujących i zyskaniu ich podziwu.
Zresztą wcześniej dopytywał, czy mieli taki przypadek w swojej karierze, tak jakby szczycił się tym, co zrobił.
Reasumując, nasuwa się bardzo przykry wniosek.
Mariusz przez te wszystkie lata mocno zakorzenił w sobie przekonanie, mam prawo krzywdzić innych, bo sam zostałem skrzywdzony.
Młodszy o 6 lat Krzysztof był mu całkowicie podporządkowany.
Biegli zauważyli, że mężczyzna ma niską samoocenę, a jego iloraz inteligencji pozostaje na poziomie przeciętnym.
Charakteryzuje go wzmożona potrzeba akceptacji, a także bycia docenionym.
W kryzysowej sytuacji Mariusz wyciągnął do niego pomocną dłoń.
Mógł u niego mieszkać właściwie za darmo, jedyną zapłatą było okazjonalne wykonywanie drobnych prac domowych.
Poza tym kuzyn go wspierał i był wobec niego opiekuńczy.
Nawet w trakcie przesłuchań starał się go chronić i o nic go nie oskarżał.
W Krzysztofie przez lata wytworzyło się poczucie zależności od Mariusza.
Stosował psychiczną formę gniewu.
Wiedziałem, że muszę to zrobić.
Bałem się, że stracę więzi z nim, że każe mi się wynosić, że zostanę sam.
Mieliśmy taką relację, że jak czegoś nie wiem, to nie zadaję pytań.
Mimo początkowego uzależnienia, już po zatrzymaniu, Krzysztof świadomie przestał idealizować Mariusza.
Zaczął dostrzegać jego wady oraz że ta relacja wpływa na niego destrukcyjnie.
Powoli zaczął wydostawać się spod jego wpływu, a finalnie złożył wyjaśnienia, w których całkowicie go obciążył.
Pierwszy wyrok zapada przed Sądem Okręgowym w Warszawie, dwa i pół roku po skierowaniu aktu oskarżenia.
Przewodniczącym składu sędziowskiego jest sędzia Marek Celej, a data ogłoszenia wyroku jest symboliczna, bo 11 kwietnia 2014 roku to ósma rocznica śmierci Oli i Zbigniewa.
Mariusz nie traci rezonu, na salę wchodzi uśmiechnięty i entuzjastycznie wita się z obrońcą.
Za usiłowanie wyłudzenia pieniędzy od rodziny Henryka, a także przywłaszczenie sobie środków z jego konta, zostaje skazany na 3 lata pozbawienia wolności.
Za zabójstwo na dożywocie.
Niestety nie znalazłam informacji po ilu latach może się ubiegać o zwolnienie warunkowe.
Krzysztof zostaje skazany łącznie na 9 lat więzienia za uprowadzenie, przetrzymywanie, zacieranie śladów, a także wypłatę pieniędzy z konta Henryka.
Nie ma dowodów, aby brał udział w kolejnych porwaniach.
Mecenas Jan Woźniak, reprezentujący obu oskarżonych, w rozmowie z mediami tuż po rozprawie mówi, że jeśli uzasadnienie pisemne wyroku będzie takie jak ustne, to nie będzie problemu ze sporządzeniem prawidłowej apelacji.
Widać, jego kryterium zostało spełnione, ponieważ apelacja zgodnie z zapowiedzią zostaje złożona.
Drugi wyrok zapada 26 stycznia 2016 roku przed sądem apelacyjnym w Warszawie.
Przewodniczącym składu sędziowskiego jest sędzia Paweł Ryciński.
W trakcie procesu zeznaje m.in.
Małgorzata, która zaczyna gubić się w zeznaniach.
Raz przedstawia jedną wersję, raz inną, ale ostatecznie z jej wypowiedzi wynika, że daje Mariuszowi alibi.
Zastanawiające, bo Małgorzata oprócz tego, że występuje w procesie jako świadek, to jest też oskarżycielką posiłkową.
Oskarżyciele posiłkowi zawsze domagają się kary i to najwyższego wymiaru, tutaj jest wręcz przeciwnie.
Małgorzata nie zmienia swojego stosunku do Mariusza i nieustannie wysyła listy do aresztu, w których wyznaje mu miłość.
Sędzia zleca prokuratorowi wszczęcie postępowania przeciwko niej ze względu na składanie fałszywych zeznań.
Niestety brakuje informacji, jak to postępowanie się zakończyło.
Co do procesu o zabójstwo, to finalnie sąd kieruje sprawę do ponownego rozpatrzenia.
W trakcie toczącego się śledztwa i oczekiwania na proces, sytuacja ukształtowała się tak, że Krzysztof i Mariusz stanęli po dwóch stronach barykady.
Mariusz odwołał swoje zeznania i nie przyznawał się do zarzucanych mu czynów, a Krzysztof chcąc uniknąć kary za utrudnianie śledztwa, zeznawał przeciwko kuzynowi, jednocześnie umniejszając swoją rolę.
Mieli więc rozbieżne interesy wymagające osobnych linii obrony i niedopuszczalne jest, aby w takiej sytuacji reprezentował ich jeden obrońca, a tak przez cały czas było.
Wracamy do Sądu Okręgowego w Warszawie, gdzie 26 czerwca 2017 roku zapada trzeci wyrok w sprawie.
Przewodniczącym składu sędziowskiego jest sędzia Igor Tuleja.
Sąd uznaje, że w przypadku Mariusza nie ma żadnych okoliczności łagodzących.
Oskarżony do tej pory nie okazał skruchy ani nie przeprosił bliskich ofiar za swoje postępowanie.
Według sądu, mimo braku ciał, to nie jest proces poszlakowy, ponieważ poszlaka to słabszy dowód i musi być ściśle powiązana z innymi poszlakami, aby na ich podstawie kogoś oskarżyć.
W tej sprawie zebrano bardzo mocny materiał dowodowy, a kluczowym dowodem jest nie ciało, a zeznania Mariusza, który przyznał się do winy.
Cytując za Onetem, ale nie tylko, bo tą wypowiedź sędziego Tulei przytaczało wiele innych źródeł, zdaniem sądu cena, jaką się płaci za czyjeś życie, może być tylko jedna – dożywocie.
Zgodnie z tym sąd wymierza Mariuszowi karę czterokrotnego dożywocia z możliwością ubiegania się o zwolnienie warunkowe po odbyciu 40 lat kary.
Oskarżony zostaje pozbawiony praw publicznych na okres 10 lat, a także musi zapłacić odszkodowanie bliskim ofiar dla każdej z osób po 25 tysięcy złotych.
Krzysztof zostaje skazany na 6 lat pozbawienia wolności.
Trudno się doliczyć, ile czasu wcześniej spędził w areszcie, ale gdy zapada wyrok, co najmniej większość kary ma już za sobą.
Obroncy, jak to mają w zwyczaju, składają apelacje.
Przedostatni wyrok zapada 19 października 2018 roku.
Sąd apelacyjny podtrzymuje wcześniejszy wymiar kary.
Jedyną osobą na sali sądowej, która jest wręcz zrozpaczona słysząc wyrok, jest wtedy 19-letnia Wiktoria.
Bardzo przeżywa, że ojciec prawomocnie zostaje skazany na karę dożywocia.
Obrona trzyma się argumentacji, że kluczowy dowód w sprawie, czyli zeznania oskarżonego, nie powinny być brane pod uwagę ze względu na zarzuty, którymi obciążył on później policjantów.
Sąd Najwyższy rozpoznaje sprawę 24 lutego 2021 roku, a ogłoszenie wyroku zapowiada na 3 marca.
Termin nie zostaje dotrzymany, ponieważ 3 marca sędzia Antoni Bojańczyk ogłasza, że sąd podjął decyzję o ponownym otwarciu przewodu kasacyjnego.
Dopiero po kilku miesiącach, 7 lipca 2021 roku ogłoszono, że kasacja jest odrzucona, a kwestia stosowania przemocy na przesłuchaniu została dokładnie przebadana już w poprzednich postępowaniach.
Stało się więc pewne, że Mariusz będzie odsiadywał karę we wcześniej zasądzonym wymiarze.
Na temat procesu sądowego to tyle.
Wspólnie przeszliśmy przez te 10 lat.
Teraz zapraszam Was jeszcze do wysłuchania dodatkowych informacji dotyczących m.in.
dwóch największych zagadek tej sprawy.
Chyba najbardziej nurtującym pytaniem jest to, co Mariusz zrobił z ciałami swoich ofiar.
W trakcie jednego z przeszukań śledczy sprawdzali jego mieszkanie.
Znaleźli tam pojemnik z sodą kaustyczną, czyli substancją o silnym odczynie zasadowym.
W historii zdarzały się już przypadki sprawców, którzy za pomocą właśnie tej substancji pozbywali się ciał, ponieważ można w niej rozpuścić zarówno tkanki miękkie, jak i kostne.
Gdy policjanci zapytali biegłych, jak można rozpoznać miejsce, gdzie rozpuszczono zwłoki, oni odpowiedzieli, że będzie tam jedynie podwyższona zasadowość gleby.
Mówiłam Wam, że jeszcze w tym samym roku, gdy Zbigniew i Ola zostali zamordowani, spłonął domek w Półtusku.
Strażacy przeszukując teren działki natrafili na wannę.
Wanna nie była w żaden sposób uszkodzona, pożar wybuchł w środku, a ona stała na zewnątrz.
Wanna do dość wysokiego poziomu była wypełniona odchodami gołębi.
W takiej ilości raczej nie.
Według biegłych odchody gołębi i soda mają taki sam odczyn.
Przez to po przebadaniu zawartości wanny, nawet jeśli zostały tam jakieś resztki żrącej substancji, nie można ich było zidentyfikować i użyć jako dowodu w sprawie.
Ola podobno nigdy nie wspominała Małgorzacie, że Mariusz zastrasza ją i Zbigniewa.
Być może ze względu na ich słabe stosunki bała się, że matka i tak jej nie uwierzy.
Jednak czy to możliwe, aby Małgorzata faktycznie nic nie wiedziała i niczego nie zauważyła?
W zakresie dwóch ostatnich morderstw może i tak wszystko mogło się dziać gdzieś poza nią.
Natomiast w zakresie morderstwa byłego męża i córki, tu w niektórych źródłach pojawiają się wątpliwości.
Jako motyw podawany jest przede wszystkim żal do Zbigniewa za to, jak ją traktował, gdy byli małżeństwem.
Z kolei na Olę mogła być zła, ponieważ córka się od niej odwróciła i nigdy nie zaakceptowała Mariusza.
Poza tym mogło jej zależeć na pieniądzach albo była pod tak dużym wpływem nowego partnera, że przestała dbać o kogokolwiek innego.
Można by pewnie prowadzić długie rozważania na ten temat, jednak w ostateczności Małgorzacie niczego nie udowodniono, a w świetle prowadzonego postępowania jest niewinna.
Henryk oraz ksiądz Piotr po latach zostali oficjalnie uznani za zmarłych, natomiast Zbigniewa i Olę do dnia dzisiejszego można znaleźć w policyjnej bazie osób zaginionych.
Jeżeli doceniasz moją pracę i chcesz wesprzeć dalszą podcastową działalność, możesz postawić mi kawę na BuyCoffee2.
Link znajduje się w opisie.
Ostatnie odcinki
-
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta ...
21.01.2026 19:10
-
6 najgłośniejszych Polskich spraw kryminalnych ...
12.01.2026 19:50
-
U mnie zawsze jest do dna | Elżbieta W. Marek G...
13.12.2025 18:00
-
Chciał ją ukarać | Anna F., Daniel R.
06.12.2025 19:00
-
Zniknął w trakcie rejsu ekskluzywnym wycieczkow...
29.11.2025 18:00
-
Gdzie zniknęła matka i dwóch synów? | Władysław...
21.11.2025 19:15
-
Wszyscy zostali zmanipulowani | Renata i Tomasz N.
07.11.2025 19:00
-
Sąsiad z klubu Mensa - co było w butelce Coca-c...
24.10.2025 18:20
-
Była jedną z kilkudziesięciu ofiar? Ciało ukrył...
17.10.2025 19:07
-
Skazano go mimo braku dowodów | Piotr Mikołajcz...
10.10.2025 20:00