Mentionsy
Opolskie: Tragedia na niedzielnym obiedzie (2024) | Rodzina K. z Namysłowa + Rodzina Heluszków
W Namysłowie mieszka rodzina K. Sytuacja w domu zmienia się, gdy do Polski wraca jeden z synów.
--------------------------
Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji z ogólnodostępnych źródeł. | ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1T6X1ZVT3yI8S9PmyNQQ7N8zjFP--qukk0V5GLXFN9z0/edit?usp=sharing
JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: buycoffee.to/szkickryminalny
KONTAKT: [email protected]
MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s
MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s
MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE
YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg
Szukaj w treści odcinka
Dzień dobry słuchacze, witam w nowym odcinku i nowym województwie.
Tym razem przenosimy się do Opolskiego.
Opowiem Wam dziś o bardzo świeżych wydarzeniach, które miały miejsce zaledwie kilka miesięcy temu i zazwyczaj takich tematów nie poruszam, bo jeśli coś wydarzyło się niedawno, to znaczy, że pewnie jeszcze będzie proces, na jaw mogą wyjść nowe fakty itd., ale w tym wypadku trudno liczyć na dalszy rozwój.
Sprawa jest wyjaśniona, zamknięta, procesu nie będzie, a dlaczego, tego dowiecie się z odcinka.
Przy okazji dla kontrastu wrócimy też do bardzo starej sprawy z tej samej okolicy, którą media chętnie przypominały przy opisywaniu tych wydarzeń z zeszłego roku i nie bez powodu, bo obie te sprawy łączy wręcz uderzające podobieństwo.
Więcej nie zdradzam, po prostu zapraszam do wysłuchania odcinka.
Dziś przenosimy się do Namysłowa, czyli zgodnie z tematem odcinka miasta leżącego w województwie opolskim, jakieś 60 km od Opola.
Odnośnie odległości do większych miast, to podobny dystans jak do Opola trzeba pokonać, aby dojechać do Wrocławia, bo Namysłów leży właśnie mniej więcej między tymi dwoma miastami.
Namysłów zamieszkuje trochę ponad 16 tysięcy osób, więc według polskiej klasyfikacji jest to małe miasto.
W jego centrum znajduje się rynek, jest też zamek i ogólnie na pierwszy rzut oka to jest takie przyjemne, spokojne miasteczko.
Gdyby mieszkaniec Namysłowa chciał pojechać na wycieczkę do Czech, to powinien się skierować na południowy zachód i wyjechać na drogę krajową numer 39.
Jeszcze w granicach miasta, na samych obrzeżach, fragment tej 39 stanowi ulica Brzeska, która pozostaje nie bez znaczenia dla dzisiejszej historii.
Jak to zazwyczaj bywa na takich ulicach powiedzmy obrzeżnych, główną zabudowę na Brzeskiej stanowią domki jednorodzinne, ale to po jednej stronie ulicy, z kolei po drugiej stronie ciągną się pola uprawne.
I właśnie w takiej ładnej scenerii mieszka rodzina, której dotyczy dzisiejsza sprawa, mianowicie rodzina K.
Chociaż obrzeża cały czas się rozbudowują, a większość sąsiadów wprowadziła się tam relatywnie niedawno, to rodzina K przy Brzeskiej mieszka już od wielu, wielu lat.
Okolica jest bardzo spokojna, a ich dom zdaje się idealnie wpasowywać w ten klimat, bo jest to taki ładny, żółty domek z drewnianym balkonem, ogródkiem...
ogrodzony wysokim żywopłotem i siatką, pewnie żeby zachować trochę prywatności, bo jednak tuż obok znajduje się dość ruchliwa ulica.
Widać, że właściciele bardzo dbają o swój ogród, bo poza żywopłotem przed domem można znaleźć dużo kwiatów, a także liczne oznaki obecności dzieci, m.in.
małe rowerki oraz hulajnogi.
Do domu prowadzi aż troje drzwi, a to dlatego, że nie ma on takiego standardowego kształtu.
Nie jest w takiej samej formie, w jakiej pierwotnie go zbudowano, bo na przestrzeni lat rodzina dorobiła dwie dobudówki, z których każda ma osobne wejście, aby wszyscy mogli się pomieścić.
Tym samym przechodzimy już do poszczególnych członków rodziny K, a zaczniemy od rodziców, czyli od Małgorzaty i Janusza.
W 2024 roku, kiedy to rozgrywają się kluczowe wydarzenia, oni są już w wieku emerytalnym.
Dobijają do siedemdziesiątki, ale zanim dojdziemy do ich zajęć na emeryturze, to najpierw słowo o nich samych i o wcześniejszych latach ich życia.
Jeżeli chodzi o charakterystykę, to Gosia, bo tak ją wszyscy nazywają, jest bardzo ciepłą i życzliwą osobą, która zawsze jest uśmiechnięta, pomocna, a jak trzeba to służy dobrą radą.
Janusz też uchodzi za sympatycznego, aczkolwiek dużo bardziej zamkniętego niż jego żona.
Na pewno nie można o nim powiedzieć, że jest wylewny i o Gosi może też nie, ale ona czasem dzieli się ze znajomymi różnymi historiami rodzinnymi, opowiada o dzieciach, wnukach, natomiast Janusz nie ma tego w zwyczaju.
Jest zamknięty, mało rozmowny, czasem konfliktowy i apodyktyczny, co widać m.in.
Jest to czterech synów, którzy są chlubą Gosi.
Jest z nich bardzo dumna i tak idąc stereotypowo, jako matka ma do nich bardziej miękkie podejście, natomiast Janusz, jak to się mówi, trzyma ich krótko.
Nie zostały podane żadne przykłady, ale pewnie wymaga przestrzegania jakichś określonych zasad, tego żeby synowie bezwzględnie go słuchali i mówiąc kolokwialnie nie wchodzili mu na głowę, co oczywiście ma jakieś swoje plusy, ale też minusy.
Pierwszy syn w 2024 kończy 40 lat, na świat przyszedł więc w 1984, a rodzice dali mu na imię Michał.
Ich sytuacja mieszkaniowa tuż po narodzinach Michała była trochę inna niż teraz po latach, bo jedna z sąsiadek wspomina, że kiedyś rodzina K. miała w tym domu tak jakby dwa osobne mieszkania.
Mieszkali wtedy razem z dwiema babciami, to znaczy z mamą Gosi oraz z mamą Janusza i dopiero z czasem połączyli wszystko w całość i zaczęli rozbudowywać dom.
Wraz z upływem lat obie babcie odeszły, ale członków rodziny przybywało, bo na świat przychodzili kolejni synowie.
Trzy lata po Michale w 1987 roku urodził się Marek, natomiast kolejne dwa lata później Krzysztof.
Mniej więcej dwa lata po narodzinach Krzysztofa, korzystając z możliwości jakie dawał okres transformacji, Janusz podjął decyzję o otwarciu własnego biznesu i tak na lokalnym targowisku powstał jego sklep z ubraniami.
Na pierwszy rzut oka to taka mała, zwyczajna budka stojąca w rzędzie innych podobnych, jak to na targowisku, ale pomysł przyjmuje się na tyle dobrze, że Janusz prowadzi ten sklep przez następnych 30 lat.
Nawet w 2024, kiedy już teoretycznie mógłby być na emeryturze, nie zamyka biznesu.
Jakub, bo tak ma na imię, rodzi się w 2002 roku, więc między nim a starszymi braćmi jest różnica wieku od 13 do aż 18 lat.
Nie ma informacji, jak w związku z tym układają się ich kontakty i ogólnie jak wygląda relacja nie tylko Jakuba z braćmi, ale też tej starszej trójki ze sobą, aczkolwiek wydaje się, że są to relacje co najmniej poprawne.
Brakuje też danych na temat tego, jak bracia przeszli przez okres dorastania, z małym wyjątkiem, bo jest krótka wzmianka na temat Krzysztofa, czyli tego syna trzeciego w kolejności.
Jako nastolatek był on bardzo wycofany i nieśmiały.
Miał problemy w szkole, które szczególnie nasiliły się w gimnazjum, bo przez to, że trochę odstawał swoim zachowaniem od innych, nie był akceptowany przez rówieśników.
Nie miał żadnych bliskich przyjaciół, co pewnie też rzutowało jakoś na problemy z samooceną, w związku z czym Gosia, chcąc pomóc synowi, zapisała go na spotkania z psychologiem, na które on przez jakiś czas uczęszczał.
Mijają lata, z czasem każdy z synów dorasta, więc skupmy się teraz na tym, jak potoczyły się ich losy już po osiągnięciu dorosłości.
Zaczynamy od najstarszego, czyli od Michała, który wyprowadził się z Namysłowa i zamieszkał w zupełnie innym regionie Polski, bo w Szczecinie.
Nie wiadomo czemu tak, ale wiadomo, że się ożenił, więc może jego żona pochodziła z tamtych okolic.
Razem z nią wychowuje dwójkę dzieci, a poza tym prowadzi własną firmę, w której specjalizuje się w montowaniu nowoczesnych elektronicznych zabezpieczeń, np.
Jedyny minus to, że mieszka daleko od swojej rodziny, ale odwiedza ich tak często jak może.
Drugi w kolejności, czyli Marek, w przeciwieństwie do brata został w Namysłowie i co więcej nadal mieszka z rodzicami, z tym, że w jednej z tych dobudówek, więc ma coś na kształt osobnej przestrzeni.
W tej dobudówce nie mieszka sam, a ze swoją partnerką, Malwiną, z którą doczekał się dwójki dzieci, są to dwie dziewczynki w wieku 5 i 7 lat.
Marek, podobnie jak brat, posiada swój własny biznes, ale działa w zupełnie innej branży niż Michał, bo prowadzi lokal gastronomiczny.
Ten lokal w Namysłowie jest określany jako wręcz kultowy.
Jak podają źródła, żywi się tam połowa miasta, chociaż to nie tylko restauracja, a też klub, więc grupa docelowa jest dość szeroka.
Miejsce znane jest pod dwoma nazwami, klub retro albo restauracja Kura i Wół, dlatego też można tam wpaść zarówno na koncerty, po tańcówki, wypić piwo, pograć w planszówki czy po prostu przyjść z rodziną na obiad.
Malwina prowadzi ten lokal razem z Markiem, a skoro cieszy się on taką popularnością, to też oboje są doskonale znani w Namysłowie i też mocno związani z lokalną społecznością.
W pewnym momencie Marek wstępuje nawet do Towarzystwa Przyjaciół Namysłowa oraz Ziemi Namysłowskiej, dzięki czemu członkowie stowarzyszenia zyskują nowe miejsce spotkań, bo najczęściej umawiają się właśnie w jego lokalu.
Organizują tam nie tylko spotkania dla siebie, ale też wydarzenia ogólnodostępne, m.in.
rozgrywki bilardowe, imprezy muzyczne, a także wykłady poświęcone historii ich miasta.
Marek jest jedynym synem, który został na miejscu, bo ci dwaj najmłodsi, czyli Krzysztof i Jakub, podobnie jak ten najstarszy, wyjechali, chociaż u nich z założenia to nie była taka wyprowadzka na stałe jak u Michała, który po prostu zaczął sobie układać życie w nowym mieście, a coś bardziej czasowego, bo Krzysztof wyjechał do Anglii do pracy, z kolei Jakub do Wrocławia na studia.
Nie wiadomo na jakim dokładnie kierunku studiuje, ale jest to coś związanego z elektryką i ogólnie ten motyw mocno się u nich przewija, bo raz, że Michał ma firmę, w której montuje elektroniczne zabezpieczenia, dwa, Jakub podjął takie, a nie inne studia, a trzy, Krzysztof w Anglii też zajmuje się czymś może niepodobnym, ale pokrewnym, bo montuje systemy elektryczne w domach.
Jest cenionym specjalistą, a na swoich profilach w mediach społecznościowych chętnie dzieli się efektami prac, więc widać jest dumny z tego, co robi.
Skoro synowie są już odchowani, rodzice mogą skupić się na sobie.
Tak jak wspominałam, nadal prowadzą ten sklep z ubraniami, poza tym dbają o grudek, jeżdżą na działkę, a dodatkowo pomagają Markowi oraz Malwinie w opiece nad ich córkami.
Sąsiedzi nieraz ich widzą, gdy razem z wnuczkami spacerują po okolicy, odbierają ze szkoły czy przedszkola i ogólnie mówiąc organizują im czas, bo jednak prowadzenie lokalu gastronomicznego jest czasochłonnym zajęciem, więc bez ich wsparcia synowi na pewno byłoby trudniej to wszystko zorganizować.
Sąsiadami, mimo że większość z nich mieszka tam od niedawna, żyją w dobrych relacjach, szczególnie Gosia, która lubi odwiedzać sąsiadki, a w trakcie tych wizyt wymienia się z nimi albo przepisami, albo jakimiś sadzonkami do ogrodu.
Jedna z kobiet mieszkających w okolicy wspomina nawet, że to dzięki Gosi nauczyła się swego czasu piec chleb, a zwyczaj ten kontynuuje do dzisiaj.
W 2023 roku dotychczasowy układ domowników ulega zmianie, bo chęć powrotu do Polski deklaruje Krzysztof.
Nie wiadomo z jakiego powodu, ale nie chce już dłużej mieszkać w Anglii.
Nie ma też pomysłu co będzie robić w Polsce, aczkolwiek ma spore oszczędności, więc na pierwsze miesiące życia powinno wystarczyć.
Zmiany szykują się również u Marka, który wraz z Malwiną buduje dom niedaleko rodziców.
Budowa powoli zbliża się ku końcowi, więc niedługo planują się przeprowadzić.
Mogłoby się zdawać, że po tym jak do domu przy Brzeskiej z powrotem wprowadzi się Krzysztof, zrobi się ciasno, ale dzięki tym dobudówkom nie jest aż tak źle.
Każdy z braci ma swoją część, a rodzice swoją, tą największą, no bo u nich są też pokoje Jakuba i Michała, którzy odwiedzają ich okazjonalnie, ale Małgorzacie i Januszowi zależy na tym, aby mimo wszystko każdy miał swój pokój i takie poczucie, że ma dokąd wracać.
Ten podział domu na trzy sektory widać nawet z zewnątrz, bo przed furtką zamontowane są trzy dzwonki, a nad nimi wypisane imiona domowników, tak żeby goście od razu mogli dzwonić do odpowiedniej części.
Mijają kolejne miesiące wspólnego mieszkania, po których Malwina, Marek oraz ich córki wyprowadzają się, ale jeszcze nie do własnego domu, a do mieszkania w bloku.
Nie został podany powód, ale być może po prostu trafiła im się taka możliwość, a w osobnym mieszkaniu, nawet jeśli nie jest za duże, na pewno jest wygodniej niż w przydomowej dobudówce.
Mimo wyprowadzki oni nadal bardzo często widują się z pozostałymi członkami rodziny, minimum raz w tygodniu, bo w każdą sobotę dziewczynki zostają na noc u Gosi i Janusza.
Sobota to dzień, kiedy w lokalu zawsze dużo się dzieje, więc najlepiej, żeby zarówno Marek, jak i Malwina byli na miejscu, gdzie pracują do późna, dlatego też ich córki zostają pod opieką dziadków od sobotniego do niedzielnego popołudnia.
Wtedy rodzice je odbierają i zazwyczaj przy okazji zostają jeszcze na niedzielny obiad.
Wracając do Krzysztofa, to tak jak Wam wcześniej wspominałam, on w okresie dorastania miał różne problemy z akceptacją ze strony rówieśników, przez to bardzo się alienował, no i niestety, mimo że minęły lata, on dorósł, to te problemy w mniejszym lub większym nasileniu pozostały.
Zdaje się nawet, że nagła zmiana otoczenia jeszcze je pogłębiła, bo po powrocie do kraju Krzyśkowi trudno się odnaleźć.
Bardzo rzadko wychodzi do ludzi, nie nawiązuje żadnych nowych relacji, czy to romantycznych, czy nawet koleżeńskich.
Po prostu przez większość czasu siedzi zamknięty w czterech ścianach.
Żyje z oszczędności, nie ma pracy i nikomu nic nie wiadomo, żeby szukał nowego zajęcia.
Jedna z koleżanek wspomina rozmowę, którą odbyła z Gosią w wakacje 2024 roku, czyli dobrych kilka miesięcy po powrocie Krzyśka do Polski.
Tego dnia Gosia zastępowała męża w sklepie, a znajoma przyszła ją odwiedzić, niby żeby coś kupić, ale też jak to w takich budkach na straganie, na ploteczki.
Po chwili rozmowy zapytała, jak tam się wiedzie Krzyśkowi, na co Gosia trochę się speszyła i powiedziała tylko, że Krzysiek nie ma na siebie pomysłu.
Ona niezmiennie była bardzo związana z synami, nie dawała na nich powiedzieć złego słowa, więc jakoś go usprawiedliwiła i znajoma nie drążyła.
Wg tej koleżanki, nawet jeśli Gosia wykazywała się tak wyrozumiałym podejściem, to znając Janusza, on tego nie podzielał.
Według niej, nawet jeśli Krzysiek dokładał się do domowego budżetu...
to Janusz zapewne i tak na niego naciskał, żeby już wziął się za jakąś robotę.
W końcu wszyscy pozostali bracia byli aktywni zawodowo, można powiedzieć, że odnosili sukcesy, więc na ich tle ten długi przestój u Krzyśka wypadał dość słabo.
Ostatecznie Krzysztof może pod wpływem otoczenia, a może z własnej inicjatywy podejmuje pierwszy krok w stronę powrotu na ścieżkę kariery, bo po wakacjach we wrześniu 2024 rejestruje działalność.
Wiadomo tylko tyle, że ma to być firma handlowa, ale co poza tym trudno powiedzieć.
Tym bardziej, że chyba na rejestracji póki co się kończy, bo nie widać, żeby podejmował jakieś kolejne działania.
Nie mówi też nikomu o żadnych planowanych transakcjach, projektach czy czymś podobnym.
Nadal bardzo rzadko wychodzi z domu, w związku z czym wśród sąsiadów dorabia się opinii od ludka.
Przeskakujemy teraz o dwa miesiące, jest 23 listopada i jest to dzień, który wypada w sobotę.
Tego dnia Janusz jak zwykle spędza czas na targowisku, a po zakończonym dniu pracy żegna się z sąsiadką ze stoiska obok słowami do poniedziałku.
Jak to on nic nie wspomina o swoich planach na weekend, mimo że takie plany ma, bo następnego dnia, w niedzielę, Gosia organizuje rodzinny obiad, na który pierwotnie mieli przyjechać wszyscy synowie.
Krzysiek w ostatnim czasie jakby odżył, namówił więc mamę, żeby zorganizowała taki uroczysty obiad, na którym wszyscy się spotkają, nie tylko on i Marek, jak to zwykle bywa, ale też Michał i Jakub, którzy przyjeżdżają raczej rzadko.
Gosia chętnie przystaje na ten pomysł, ozdabia nawet dom, przed którym w nawiązaniu do jesiennej pogody ustawia ozdobne donice oraz dynie, ale niestety w ostatniej chwili okazuje się, że obiad nie dojdzie do skutku.
To znaczy sam obiad może i tak, ale nie w takim gronie jak zakładano, bo Jakub dzwoni z informacją, że ma bardzo dużo nauki przed sesją i nie da rady wyrwać się na weekend,
Z kolei Michałowi też coś wypadło, więc tak jak zwykle, poza rodzicami i Krzyśkiem, będą tylko Marek z Malwiną i dziećmi.
Mimo wszystko, jak ustalają, obiad ma się odbyć, bo przecież mogą się spotkać w mniejszym gronie, a pozostali synowie po prostu przyjadą w innym terminie.
Przeskakujemy teraz o trochę ponad dobę, jest niedziela 24 listopada, godzina 21.
W jednym z domków jednorodzinnych w okolicach ulicy Brzeskiej pewna nastolatka, której rodzice gdzieś wyjechali, samotnie spędza wieczór.
Nagle słyszy dzwonek do drzwi, idzie więc sprawdzić kto to, a widok, który zastaje jest czymś, czego kompletnie się nie spodziewała.
Na progu stoi kobieta, która po pierwsze jest w bardzo silnych emocjach, przerażona próbuje coś chaotycznie wytłumaczyć, a po drugie jest naga, na ciele ma jedynie resztki jakiejś taśmy, którą wcześniej prawdopodobnie była skrępowana.
Dziewczyna jest kompletnie zdezorientowana i chyba równie przerażona co przybyszka, ale ostatecznie bierze się w garść, pozwala jej wejść do środka, gdzie udostępnia jej telefon, aby mogła zadzwonić na policję.
Operatorowi pod numerem alarmowym udaje się ustalić, że szwagier tej kobiety w trakcie rodzinnego obiadu wyciągnął broń, po czym zaczął strzelać do domowników.
A w domu razem z nim pozostały uwięzione dzieci, które z tego co na ten moment wiadomo żyją, ale mimo tego oczywiście trzeba się spieszyć, bo jako że są uwięzione z uzbrojonym napastnikiem, no to ich życie jest zagrożone.
Jak się już pewnie domyślacie, ta kobieta to nikt inny jak Malwina, a uwięzione dzieci to jej dwie córeczki.
Po tym jak policjanci przyjeżdżają na miejsce, Malvina mówi im, że Krzysztof prawdopodobnie zabił swoich rodziców, a także jej partnera, że ją uwięził, ale podczas chwili jego nieuwagi uciekła, aby wezwać pomoc.
Błaga też, żeby ratować jej dzieci, tylko że przy uzbrojonym napastniku to nie jest taka prosta sprawa.
Policja wzywa posiłki, na Brzeską docierają więc negocjatorzy oraz antyterroryści, zarówno z Opola, jak i z Wrocławia, a także Warszawy, co wydaje się niezbędne, bo policjanci obawiają się, że skoro Krzysztof dokonał takiego zamachu i dodatkowo jest fachowcem od elektryki, to poza strzelaniną mógł też umieścić w domu ładunek pirotechniczny, więc istnieje zagrożenie wybuchem.
Z uwagi na to funkcjonariusze ewakuują mieszkańców ze wszystkich pobliskich domów, po czym rozpoczynają negocjacje, które niestety nie przynoszą żadnych rezultatów, bo Krzysztof ani nie otwiera drzwi, ani w żaden sposób nie podejmuje rozmowy.
Co więcej, jakąś godzinę później, około 22, z domu dochodzi odgłos kolejnych strzałów, przez co stan psychiczny Malwiny znacznie się pogarsza, bo bardzo się boi, że tym razem szwagier wycelował do jej dzieci.
Nie jest już w stanie rzeczowo rozmawiać z policją i udzielać im potrzebnych informacji, ale na szczęście udaje się dodzwonić do Michała, który słysząc o tragedii deklaruje, że przyjedzie najszybciej jak się da.
Policjanci, żeby rozpocząć interwencję muszą poznać dokładny rozkład domu, więc na miejscu jest potrzebny ktoś, kto ten dom dobrze zna.
W czasie, gdy Michał jedzie do Namysłowa, funkcjonariusze obstawiają dom, ale jeszcze wstrzymują się z wejściem do środka.
Kolejne godziny nie przynoszą żadnego przełomu, Krzysztof nie reaguje na apele, w ogóle nie ma z nim kontaktu, więc wszyscy ze zniecierpliwieniem czekają na moment, kiedy policja wejdzie do domu.
W końcu po całonocnych oczekiwaniach około piątej nad ranem antyterroryści wybijają szybę i wchodzą do środka.
Szybko udaje im się namierzyć Krzysztofa, który jak się okazuje nie żyje.
Córki Malwiny z kolei znajdują się na poddaszu i szczęśliwy element tej tragicznej historii jest taki, że są całe i zdrowe.
Gdy policjanci je znaleźli po prostu spały, nie są ranne i z tego co udaje się ustalić nie słyszały strzału, więc też nie wiedziały, że wujek odebrał sobie życie.
Dziewczynki są jedynymi żywymi osobami znalezionymi w domu, bo poza Krzysztofem w pomieszczeniach na dole policjanci znajdują ciała Gosi, Janusza, a także Marka.
Do tego co działo się wcześniej jeszcze wrócimy, bo rekonstrukcję udaje się odtworzyć, ale dopiero po kilku tygodniach.
Jednymi świadkami, którzy mogą rzucić więcej światła na sprawę są Malvina oraz jej córki, dla których priorytetem na ten moment jest uzyskanie wsparcia psychologicznego, a nie składanie szczegółowych zeznań.
Przez następną dobę przy Brzeskiej cały czas kręcą się policjanci, a kiedyś spokojny, żółty domek teraz wygląda tak, że trudno go poznać.
Jedno okno jest wybite, drugie ma ślady po kulach, drzwi wejściowe są wyciągnięte z zawiasów, a na podwórku panuje kompletny chaos.
Na bieżąco przyjeżdżają nowi policjanci po to, żeby zebrać jak najwięcej śladów i tak na miejscu znaleziono dwie sztuki broni, skorpiona, z którego jak udaje się odtworzyć po wynikach sekcji Krzysztof strzelał do bliskich, oraz glocka, z którego strzelił do siebie.
Obie sztuki broni należały do Krzysztofa, miał na nie pozwolenie i ten fakt rzuca trochę inne światło na sprawę.
Bo nawet bez znajomości szczegółów sytuacja typu ktoś pozbawia życia kilkoryga członków rodziny, a potem siebie, czyli tak zwane samobójstwo rozszerzone, chociaż średnie jest to określenie, kojarzy się raczej z działaniem w afekcie.
Coś się stało, może jakaś kłótnia, ktoś w emocjach zabił, po chwili zdał sobie sprawę, że nie da rady żyć z takim ciężarem, więc odebrał życie także sobie.
Natomiast tutaj wygląda na to, że raczej była to skrupulatnie zaplanowana zbrodnia, ale mimo tego sprawca mógł na przykład uznać, że konsekwencje przerastają go bardziej niż wydawało mu się w fazie planowania.
A co przemawia za tym, że to wszystko było zaplanowane?
Przede wszystkim fakt, że Krzysiek zdobył pozwolenie na broń relatywnie niedawno, tak jakby właśnie się przygotowywał i w momencie, kiedy tą broń uzyskał, zaatakował.
Od sierpnia 2024 roku starał się o pozwolenie, a we wniosku podał, że broń będzie mu służyła do celów sportowych.
W takiej sytuacji obowiązują specyficzne wymogi, m.in.
trzeba być członkiem klubu i on faktycznie się do takiego klubu zapisał, należał do Polskiego Związku Strzeleckiego, ale to nie wszystko, bo trzeba też startować w zawodach.
Jeżeli się nie startuje, to pozwolenie może zostać odebrane, a Krzysiek nie wystartował ani razu, aczkolwiek nie miał na to zbyt dużo czasu, bo pozwolenie dostał zaledwie kilka tygodni przed atakiem, 29 października.
Po otrzymaniu pozwolenia dochodzi jeszcze czas na znalezienie odpowiedniej broni, zamówienie jej, czy odebranie, czy pójście do sklepu.
Nie wiem jak to się dokładnie odbywa.
W każdym razie są to dodatkowe dni, więc można założyć, że on tą broń dostał do ręki bardzo krótko przed atakiem.
Oczywiście niezależnie od celu posiadania broni trzeba przejść przez liczne procedury, zdobyć patent, licencję strzelecką, zdać egzamin państwowy, a także przejść badania lekarskie, psychologiczne i psychiatryczne.
które on, skoro miał pozwolenie, widać przeszedł zadowalająco.
Jednym z punktów do odhaczenia jest również wywiad przeprowadzony przez dzielnicowego w miejscu zamieszkania, ale mimo tego, że taki wywiad był prowadzony, rodzina jakimś cudem nic nie wiedziała o tym, że Krzysztof ubiega się o pozwolenie.
Finalnie otrzymał pozwolenie na dwie jednostki broni i tyle kupił, jak już wiemy, Glocka oraz Skorpiona.
Mieszkańcy Namysłowa są bardzo poruszani całą sprawą.
Regularnie stawiają znicze nie tylko pod domem rodziny K, ale też pod restauracją Marka oraz sklepikiem na targowisku prowadzonym przez Janusza.
Michał i Jakub, co zrozumiałe w tej sytuacji, odmawiają odebrania zwłok brata, a także zorganizowania pogrzebu, w związku z czym obowiązek ten przechodzi na gminę.
Cała ta sprawa wzbudza ogromne emocje, więc szczegóły dotyczące pogrzebu Krzysztofa nie zostają podane do wiadomości publicznej.
Prawdopodobnie zostaje on pochowany wieczorem lub w nocy, tak żeby nie przyciągać uwagi i nie ryzykować, że grób zostanie zdewastowany, a co do samej płyty nagrobnej, to gmina chowa go w grobie anonimowym.
To jest dość częsta procedura w przypadku pochówków organizowanych w ten sposób, no bo wiadomo, jak się nie robi osobnej, spersonalizowanej płyty, to koszt jest niższy, a gminie zapewne zależy na obniżaniu tych kosztów.
W takiej sytuacji zmarli są najczęściej paleni, znajdują się więc w urnach, które później trafiają do zbiorowej mogiły.
W przeciwieństwie do Krzysztofa dane dotyczące pogrzebu Małgorzaty, Janusza i Marka przedostają się do mediów, skąd wiadomo, że cała trójka zostaje pochowana dopiero dwa tygodnie po tragedii w sobotę 7 grudnia.
Z jakiegoś powodu pogrzeb zostaje podzielony na dwie części, a zmarli zostają pochowani na dwóch osobnych cmentarzach.
Z kolei Małgorzata i Marek zostają pochowani dwie godziny później, w południe i spoczywają we wspólnym grobie na cmentarzu przy ulicy Oławskiej.
W końcu po czasie swoje zeznania jest w stanie złożyć Malvina, a po zestawieniu tych zeznań z relacją przedstawioną przez jej córki udaje się mniej więcej odtworzyć przebieg zdarzeń.
A więc co tak naprawdę się stało w trakcie tego niedzielnego obiadu?
Malwina z Markiem pojawili się na obiedzie o ustalonej porze, zresztą podobnie jak Krzysztof, więc wszystko zaczęło się około godziny piętnastej.
Dorośli usiedli w jadalni na parterze, natomiast dziewczynki siedziały na poddaszu, gdzie oglądały bajki.
Nagle Krzysztof wstał od stołu, wyszedł z pokoju, a po chwili wrócił z bronią w ręce.
Powiedział, za bardzo świeci słońce, po czym podszedł do okna i zasłonił rolety, tak, że z zewnątrz nie było już nic widać.
Po zasłonięciu okien padł pierwszy strzał, strzelił najpierw do ojca, a następnie do Marka.
Strzelał naprzemiennie, do każdego z nich oddał po około 10 strzałów, a po tym jak już nie żyli przywiązał ich sznurami do krzeseł, a następnie, tak jakby zupełnie nic się nie stało, zaczął jeść obiad.
Nie wiadomo jak na to wszystko zareagowały Malwina oraz Gosia, to znaczy na pewno były sparaliżowane przez strach, żadna z nich nawet nie krzyknęła,
I zapewne myśląc o dzieciach znajdujących się na poddaszu, nie chciały wykonywać żadnych nieprzemyślanych kroków.
Krzysztof, gdy zjadł, rozdzielił je i zamknął w osobnych pomieszczeniach, tak aby nie mogły się ze sobą kontaktować.
Malwinie kazał rozebrać się do naga, na nadgarstki założył jej kajdanki, a dodatkowo skrępował ją taśmą.
W jednym artykule pojawia się też taka informacja, że według świadków Krzysztof w dniu zabójstwa zażył kilka opakowań środka na potencję, takiego, który jest ogólnodostępny w aptece bez recepty.
Gdy już zapanował nad dorosłymi, skierował się na poddasze, gdzie siedziały dziewczynki.
Ciężko tu mówić o jakkolwiek dobrych intencjach, ale starał się o nie zatroszczyć najbardziej jak się dało w tej sytuacji.
One widziały, że ma broń, ale nie miały świadomości, co się stało na dole, bo też Krzysztof nie pozwolił im tam schodzić.
Wyjaśnił, że to po prostu taka zabawa.
Jest taka wzmianka, że przed tym jak zamknął Malwinę i kazał jej się rozebrać, to polecił, żeby związała córki i przywiązała je do filara na poddaszu, co ona zrobiła, ale ten moment uwięzienia nie trwał długo.
Krzysztof szybko je rozwiązał, a potem podtrzymywał tą iluzję zabawy, więc mimo, że to wszystko rozgrywało się w ciągu aż kilkunastu godzin, one przez cały ten czas nie wiedziały, co się dzieje.
W międzyczasie oczywiście chciały jeść, pić, więc on przynosił im zarówno przekąski, jak i napoje.
Przed godziną 21.00 obie zaczęły powtarzać, że koniecznie muszą do toalety, co wymagało zejścia spod dasza, więc Krzysztof zaprowadził je osobiście do łazienki.
Naturalnie prowadził je tak, żeby nic nie widziały i to właśnie wtedy, korzystając z okazji, że on jest w łazience, a nie kręci się gdzieś po domu, Malwinie udało się wymknąć.
Jej pierwszym pomysłem było udanie się do sąsiadów po pomoc, bo zwyczajnie nie miała czasu szukać swojego telefonu, a jeszcze po drodze wplątała się w siatkę, którą Krzysztof rozłożył wokół ogrodzenia.
To zresztą kolejny argument za tym, że do wszystkiego się przygotowywał.
W każdym razie Malwinie na szczęście udało się z tej siatki wydostać.
Gdy on zorientował się, że bratowa uciekła, było już za późno, żeby ją gonić.
Zabarykadował się więc w domu wraz z siostrzenicami i Gosią, wtedy jeszcze żyjącą, ale już niedługo, bo te strzały, które było słychać około 22, oddał właśnie w stronę matki.
Biegły znalazł na jej ciele dwie rany postrzałowe, a dodatkowo ona jako jedyna miała też inne obrażenia, bo syn poza strzałami wbił jej również nóż w szyję.
Pozostaje pytanie, jaki tak naprawdę był motyw i niestety z odpowiedzią na nie jest problem, bo Malwina poza tym, że ta sytuacja spowodowała u niej oczywiście ogromną traumę, to też wywołała niemałe zaskoczenie.
Mówi policjantom, że zarówno ona jak i Marek pozostawali z Krzyśkiem w co najmniej poprawnych stosunkach, więc nie ma pojęcia dlaczego ich zaatakowało.
W kontrze są teorie na temat tego, że relacje panujące w rodzinie wcale nie były tak dobre, ale ciężko powiedzieć, czy to prawda, bo w źródłach jest jedynie podane, że tak mówili świadkowie, bez sprecyzowania jacy, więc trudno stwierdzić, czy to były osoby, które w ogóle mogły mieć na ten temat jakiekolwiek pojęcia.
W każdym razie ci świadkowie mówili, że powodem ataku miało być faworyzowanie niektórych dzieci, a dokładnie mówiąc wszystkich poza Krzyśkiem.
Nie wiadomo jednak pod jakim względem faworyzowanie, czy tu chodzi o jakieś wsparcie finansowe, czy może kwestie uczuciowe.
W jednym ze źródeł pojawia się takie doprecyzowanie, że Krzysztof był po prostu pomijany przy podejmowaniu decyzji rodzinnych.
Ale według sąsiadów w podejściu Gosi i Janusza nie było widać, aby traktowali któregoś syna lepiej, a któregoś gorzej.
A skoro nie taki powód, to oczywiście bliscy znajomi rodziny szukają innego wytłumaczenia i tłumaczą to sobie tak, że Krzysztof na pewno brał jakieś środki odurzające albo miał problemy psychiczne, ale czy to prawda?
Na temat tej sprawy to właściwie wszystko, ale opisując ją trudno nie wspomnieć o innym, bardzo podobnym zabójstwie, które miało miejsce zaledwie 5 kilometrów od domu rodziny K i którego ofiarami również padło kilkoro członków jednej rodziny.
Przy okazji opisywania sprawy Krzysztofa media wspominają tamte tragiczne wydarzenia, które śmiało można powiedzieć, że są niezwykłe, bo mimo, że miały miejsce blisko 70 lat temu, to nadal są bardzo aktualnym tematem wśród mieszkańców Namysłowa i okolic.
a aktualnym nie tylko przez to, że ta historia jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, ale w okolicy można też znaleźć namacalne pamiątki związane z tamtymi wydarzeniami.
Te wydarzenia miały miejsce w 1957 roku, kiedy to nikt z rodziny K. jeszcze nie mieszkał przy Brzeskiej, bo zarówno Małgorzata jak i Janusz przyszli na świat dopiero rok później, czyli w 1958.
Tuż za Brzeską rozciąga się wieś o nazwie Smarchowice Wielkie, ale nas bardziej interesują Smarchowice Małe, które też graniczą z Namysłowem, ale od drugiej strony, stąd tak jak wspominałam odległość około 5 km od domu rodziny K.
To właśnie w Smarchowicach Małych mieszka rodzina Heluszków, której opis zaczniemy od rodziców, czyli od Stanisławy i Jana.
Ona w 57 roku ma 43 lata, on jest od niej o 15 lat starszy.
Nie wiadomo jak się poznali, ale wiadomo, że sporo razem przeszli.
Bo jeszcze przed wojną, gdy Stanisława była trochę po dwudziestce, a Jan trochę przed czterdziestką, razem wyemigrowali do Francji do pracy.
Pracowali tam bardzo ciężko, chcieli jak najwięcej odłożyć, ale niestety nie dorobili się majątku.
Pewnie też ze względu na to, że trafili akurat na bardzo burzliwy czas w historii, kiedy to mało komu dobrze się wiodło.
We Francji sytuacja nie była o wiele lepsza niż w Polsce, ale ostatecznie to właśnie tam przesiedzieli cały okres II wojny światowej.
Dwa lata po rozpoczęciu konfliktu w 1941 roku na świat przyszła ich pierwsza córka Genowefa, a cztery lata po niej w 1945 Władysława.
Po zakończeniu działań wojennych uznali, że czas wracać do Polski, gdzie jak liczyli w końcu zapanował spokój.
Przywiezione oszczędności nie starczyły im na wiele, bo jedynie na zakup małego domku oraz dwóch hektarów w Smarchowicach, ale wiadomo, lepszy taki start niż żaden.
Do Polski przyjechali tylko z tymi dwiema córkami, o których wspomniałam, natomiast szybko dorobili się kolejnych dzieci, łącznie piątki, bo trzy lata po Władysławie urodził się ich pierwszy syn Aleksander, dwa lata po nim kolejny, czyli Zygmunt i po kilkuletniej przerwie w kwietniu 57 roku najmłodsza córka, czyli Marysia.
Na co dzień zajmuje się domem, dziećmi oraz ich niewielkim gospodarstwem.
Z kolei Jan, jako że z tych dwóch hektarów ciężko utrzymać siedmioosobową rodzinę, pracuje na etacie.
Jest robotnikiem, zajmuje się budową dróg publicznych, a oprócz tego, gdy zachodzi potrzeba, pomaga żonie na gospodarstwie.
Dzięki dwóm źródłom dochodu powoli wychodzą na prostą, regularnie udaje im się odkładać małe kwoty, które później inwestują tak, aby systematycznie powiększać swój majątek.
W sierpniu 57 roku ich sytuacja kształtuje się tak, że poza ziemią mają kilka zwierząt hodowlanych, dokładnie dwie krowy, dwie świnie i trzy owce.
W tamtym okresie udaje im się też sprzedać żyto oraz łubin, za które dostają całkiem sporą sumę jak na tamte czasy, więc ich sytuacja zaczyna wyglądać coraz lepiej.
Stanisława ma siostrę, ale ta siostra mieszka spory kawałek od niej, bo w koniec polu, czyli na terenie obecnie województwa śląskiego i w związku z tym dzieli je jakieś 160 kilometrów.
Siostra ma syna, chłopak nazywa się Edmund Słaby, ale wszyscy wołają na niego Mundek.
Mundek w 57 roku kończy 19 lat, a to co można powiedzieć na temat jego wyglądu, to przede wszystkim, że ma taką poczciwą twarz, jasne włosy, niebieskie oczy, wręcz anielska uroda.
Niestety ta niewinność kończy się na samej aparycji, bo jeżeli chodzi o zachowanie, to Edmund mimo młodego wieku zdążył już zaznać problemów z prawem.
Zaczynając od początku, to ukończył on jedynie pięć klas szkoły podstawowej i to chyba jeszcze z opóźnieniem, ale rodzicom było to nawet na rękę, że syn nie chce się dłużej uczyć, dlatego że w domu żyli bardzo biednie i w teorii więcej pożytku powinno być z posłania Edmunda do pracy zamiast do szkoły.
Powinno, ale nie jest, bo jak się okazuje, problem jest taki, że syn nigdzie nie potrafił zagrzać miejsca na dłużej.
Co chwilę zmienia zajęcia, tłumacząc coraz bardziej załamanej matce, że nie opłaca mu się pracować za jakieś marne pieniądze, marzy mu się lepsze życie, drogie ubrania, a tymczasem nie ma nawet na garnitur, w którym mógłby iść na wiejską zabawę, żeby poznać jakąś dziewczynę.
Nienawidzi swojego życia, nienawidzi spodni po ojcu, które musi nosić, pocerowanych skarpet, a także chleba z margaryną, który mama codziennie pakuje mu do pracy.
W pewnym momencie Edmund znajduje zatrudnienie gdzieś w pobliskim mieście, jak wszędzie nie zabawia tam zbyt długo, natomiast ma okazję trochę poobcować z miejskim stylem życia.
To doświadczenie jeszcze bardziej wzmaga jego chęć na więcej i jednocześnie wzmaga niechęć do tego, jak żyje obecnie.
Każdego dnia, gdy po pracy idzie przez rynek, przez okno zagląda do jednej z restauracji, gdzie przesiaduje lokalna śmietanka towarzyska.
Edmund zazdrości zgromadzonym tam mężczyznom pieniędzy, drogich ubrań przemyconych z zachodu i zainteresowania pięknych kobiet, które im towarzyszą.
Z każdym dniem jego frustracja narasta coraz bardziej i właśnie tak wpada na pomysł, który w teorii ma mu pomóc się szybko wzbogacić.
Dochodzi do wniosku, że lepsze od działania w pojedynkę będzie wzięcie ze sobą jakiegoś towarzysza, więc do realizacji tego pomysłu zaprasza kolegę.
Plan polega na tym, że razem mają włamać się do stojącego na bocznicy wagonu, w którym, jak twierdzi Edmund, na pewno znajdą coś cennego.
W każdym razie obaj są tak nakręceni tym pomysłem, że dopinają swego.
Niestety po tym jak już dostają się do wagonu przeżywają spore rozczarowanie, bo jedyne co tam znajdują to instrumenty muzyczne.
które może jakoś udałoby się sprzedać, ale ciężko je wynieść w większej ilości, więc właściwie to wszystko na nic.
Zdesperowany Edmund zabiera jedynie trąbkę i klarnet, w związku z czym nie można powiedzieć, żeby się jakoś szczególnie obłowił, ale to nawet nie jest takim problemem jak konsekwencje, które bardzo szybko nadchodzą.
Milicja po niedługim czasie dociera do personaliów sprawców, więc Mundek i jego kolega muszą stanąć przed sądem, gdzie plus jest taki, że odpowiadają z wolnej stopy, ale gdy wyrok się uprawomocnia, już nie ma wątpliwości, obaj muszą odsiedzieć kilkumiesięczny wyrok.
Kolega stawia się w areszcie, ale Edmund zaczyna panikować.
Na co ona proponuje, że może pojechałby odwiedzić swoją ciotkę w Smarchowicach.
Milicja przecież nie będzie go szukać w nieskończoność.
W końcu sprawa ucichnie, a on tam przeczeka.
Może w międzyczasie znajdzie jakąś pracę na miejscu i uda mu się coś odłożyć.
Z braku innych pomysłów on postanawia skorzystać z tej opcji i w ten sposób Edmund ląduje w Smarchowicach.
Przed domem Heluszków zjawia się 19 sierpnia 1957 roku i zarówno Stasi jak i Janowi przedstawia dość okrojoną wersję swojej historii, to znaczy mówi wprost, że chciałby u nich pomieszkać przez dłuższy czas, natomiast nie dlatego, że ma problemy z prawem, a z pracą.
Jak tłumaczy, u nich na wsi o pracę ciężko, więc chciałby spróbować szczęścia tutaj.
Poza tym zachowuje się bardzo kulturalnie, od razu robi dobre wrażenie, a że u Heluszków sytuacja finansowa ostatnio zaczęła się poprawiać, toteż nie mają większego problemu z przyjęciem nowego domownika.
Pewnie nawet po cichu liczą, że może jak zacznie pracować, to też będzie się trochę dokładał do domowego budżetu, więc ogólnie rozwiązanie im pasuje.
Ciotka radzi mu, żeby w pierwszej kolejności udał się do pobliskiego PGR-u w sąsiednim Krzykowie, bo tam na pewno szukają rąk do pracy.
Okazuje się, że miała rację, bo w Krzykowie praca faktycznie jest, tylko że przy zatrudnieniu trzeba pokazać dokumenty, czego Edmund bardzo nie chce robić.
Boi się, że jeśli ujawni swoje dane pracodawcy, to mimo sporej odległości szybko zostanie namierzony i tyle będzie z jego misternego planu ucieczki.
Wraca więc do domu z niczym, a ciotce wyjaśnia, że nie może się zatrudnić, bo nie ma ubrania roboczego, a także dokumentów, ale napisze do matki, żeby mu przysłała.
To kłamstwo zdaje się wystarczać na jakiś czas, a wobec takiego obrotu sprawy Heluszkowie proponują, aby w międzyczasie popracował u nich, na co on się zgadza, więc od teraz do jego codziennych obowiązków należy m.in.
przenoszenie wody, wypasanie krów, a także rąbanie drewna.
Po okolicy szybko roznosi się wieść o tym, że u Heluszków zamieszkał jakiś młody chłopak, ale zanim informacja dochodzi do wszystkich, to Edmundem zaczyna interesować się dzielnicowy.
Widzi go na łące, gdy on akurat przyprowadza krowy, a skoro to obcy, to jak uznaje, trzeba go wylegitymować.
Na szczęście dla Edmunda sytuację tą widzi Jan, który natychmiast interweniuje, tłumacząc dzielnicowemu, że to siostrzeniec Stasi niedawno się przeprowadził, on za niego ręczy, więc legitymować go nie trzeba.
Przeskoczymy teraz o kilka dni, jest sobota, 31 sierpnia.
Pewien chłopiec, Tadeusz Simlat, razem ze swoją starszą siostrą pasie krowy na łące niedaleko domu Heluszków.
Nie mówiłam wcześniej, ale Heluszkowie ogólnie cieszą się bardzo dobrą opinią w okolicy, są otwarci na ludzi, a Tadeusz i jego siostra mieszkają z nimi po sąsiedzku, więc wszyscy dobrze się znają i wzajemnie sobie pomagają.
Mimo wszystko państwo Simlat, chcąc się jakoś odwdzięczyć, często dzielili się z Heluszkami różnymi produktami spożywczymi, czasem ziemniakami, czasem mąką, a czasem świeżo upieczonym chlebem, więc można powiedzieć, że obie rodziny żyły w takiej dobrej komitywie.
Ta sobota jest bardzo upalnym dniem, a Tadeuszowi i jego siostrze coraz bardziej doskwiera pragnienie, więc w końcu siostra proponuje, żeby on poszedł zorganizować im jakąś wodę do picia, a ona na ten czas zostanie z krowami.
Tadeusz uznaje, że bliżej niż do nich do domu będzie do Heluszków, więc rusza w stronę domu sąsiadów, gdzie ku jego zaskoczeniu okazuje się, że nikogo nie ma.
Drzwi są zamknięte, nikt nie odpowiada na jego nawoływania, po podwórku co prawda chodzą zwierzęta, ale poza nimi nie ma śladu żywej duszy.
Po chwili wraca więc do siostry, mówi jej, że nikogo nie zastał, co ona kwituje słowami, że to niemożliwe, przecież nie ma opcji, żeby wszyscy nagle wyjechali i idzie sama sprawdzić, ale faktycznie okazuje się, że brat nie kłamał.
W związku z tym, że nie zdobyli picia, a pragnienie jest już nie do wytrzymania, to przed czasem zabierają krowy i kierują się w stronę domu.
Po drodze zagaduje ich jeszcze sąsiad, któremu mówią, że Heluszkowie gdzieś zniknęli, na co on zaskoczony, podobnie jak wcześniej siostra Tadeusza, mówi, że niemożliwe, przecież w domu mają malutkie dziecko, kilkumiesięczną Marysię, więc niby gdzie mieliby z nią tak spontanicznie wyjeżdżać.
Dzieci nie wiedzą, co na to odpowiedzieć, wracają więc po prostu do siebie, ale sąsiada to tajemnicze zniknięcie nurtuje na tyle, że sam postanawia podjechać i sprawdzić.
Gdy dociera pod dom Heluszków, na pierwszy rzut oka wszystko wygląda normalnie.
Po obejściu kręcą się zwierzęta, które gdyby wyjeżdżali, to najpewniej zamknęliby w chlewiku.
Ten chlewik jest zresztą otwarty na oścież, więc to właśnie w jego stronę sąsiad się kieruje, bo uznaje, że może Jan albo Stasia zajęci pracą nie usłyszeli, że ktoś przyjechał.
Po wejściu do środka wszystko wygląda zwyczajnie, oprócz tego, że z całą pewnością nikt nie pracuje, chlewik zdaje się być pusty, ale gdy sąsiad ma już wychodzić, zerka jeszcze na górkę słomy, z której dopiero teraz widzi, że wystaje but.
Podchodzi bliżej i wtedy zauważa, że to nie sam but, a noga, a nawet dwie, bo w tej kubce leży przysypany Jan, który nie daje żadnych oznak życia, a kawałek dalej za nim leży malutka Marysia, która również bez żadnych wątpliwości nie żyje.
Podobny los spotkał siedmioletniego Zygmunta oraz dziewięcioletniego Aleksandra, którzy również leżą przykryci słomą.
Sąsiad wszczy na alarm, a o zdarzeniu szybko zostaje zawiadomiona milicja i tak tajemnicze zniknięcie okazuje się wcale nie być zniknięciem, a morderstwem i to całej rodziny.
Poza tą czwórką znalezioną w chlewiku w domu leżą też dwunastoletnia Władysława oraz szesnastoletnia Genowefa.
Ciało pani domu, czyli Stanisławy znajduje się z kolei w składziku na węgiel.
To ich rozproszenie po całym domu sugeruje, że każde z nich musiało oddawać się jakimś swoim zajęciom, niczego się nie spodziewając, więc zabójca musiał zaatakować z nienacka.
Milicja przy pomocy sąsiadów szybko dochodzi do tego, że głównym podejrzanym w tej sprawie jest Edmund, bo kto inny mógłby z taką swobodą poruszać się po domu, nie wzbudzając podejrzeń, jeśli nie domownik?
Edmund zostaje namierzony po zaledwie kilku dniach, milicjanci zatrzymują go na dworcu kolejowym w oddalonej o blisko 100 kilometrów Piławie Górnej, skąd planował uciekać dalej na zachód, ale jego plany zostały udaremnione.
On właściwie od razu przyznaje się do winy, a dopytywany przez milicjantów opisuje cały przebieg zdarzeń oraz motywacje, które nim kierowały.
Decyzję o tym, że zabije ciotkę oraz wuja podjął już dwa dni po przyjeździe, bo to właśnie wtedy podsłuchał ich rozmowę, w której omawiali pewną transakcję, jaką zamierzali wykonać w najbliższym czasie.
Mianowicie mówili o tym, że chcą kupić konia oraz wóz.
Edmund zrobił sobie szybką kalkulację.
Uznał, że krewni muszą mieć w takim razie sporo gotówki i że wobec tego los zsyła mu kolejną szansę na to, aby się wzbogacić.
Pierwotnie nie chciał popełniać tak krwawego morderstwa,
Uznał, że najlepiej będzie ich otruć, bo raz, że nie ubrudzi sobie rąk, a dwa, może uda się to nawet zrobić tak, żeby nie wzbudzać podejrzeń.
Pierwszą próbę podjął w środę, 28 sierpnia, kiedy to do gotującej się zupy wsypał trutkę na szczury znalezioną wcześniej w domu.
Sam wykręcił się od jedzenia, powiedział ciotce, że boli go brzuch, po czym odszedł od stołu i w napięciu czekał na pierwsze efekty.
Ku jego zaskoczeniu nic się nie stało, nikt nie dostał spazmów jak się spodziewał, jedynie najmłodsze dzieci po upływie kilku godzin zaczęły narzekać na dolegliwości żołądkowe, ale na tym się skończyło.
Wszyscy poza Mundkiem w spokoju poszli więc spać, a on analizując sytuację doszedł do wniosku, że trucizna musiała być zwietrzała i w takim razie czas na bardziej radykalne działania.
Gdy wszyscy spali, on po cichu przygotował trzy pętle z drutu, który wcześniej znalazł na terenie gospodarstwa.
Potem też się położył, ale następnego dnia, w czwartek 29 sierpnia, obudził się już bardzo wcześnie, przed wszystkimi, jeszcze przed wschodem słońca i w napięciu oczekiwał, aż domownicy wstaną.
Uznał, że dzieci mają najmniejsze szanse na obronę, więc najpierw trzeba pozbyć się tych najsilniejszych, czyli cioci i wujka.
Gdy usłyszał, że w domu zaczyna się robić ruch, a domownicy powoli zabierają się do swoich codziennych obowiązków, spakował przygotowane wcześniej pętle do kieszeni, po czym wyszedł na podwórko.
Pętlę miał tylko trzy, więc zaczął się rozglądać za innym narzędziem.
Przy pieńku leżała siekiera, którą chwycił, a następnie skierował się do chlewiku, gdzie wcześniej, jak widział, wchodził Jan.
Zakradł się na tyle cicho, że wuj go nie słyszał.
Edmund znienacka uderzył go siekierą w tył głowy, a gdy on już leżał na ziemi, zadał mu jeszcze trzy dodatkowe ciosy.
Po tym przykrył go słomą i poszedł czaić się na ciotkę.
Stanisława akurat schodziła po węgiel.
W momencie, gdy podeszła bliżej, on wyciągnął zza pleców siekierę, zamachnął się kilka razy, a Stanisława wskutek zadanych ran bezwładnie opadła na schody.
Edmund rzucił siekierę obok niej, zamknął drzwi do składziku i ponownie skierował się na zewnątrz, za dom, gdzie akurat bawili się Zygmunt i Aleksander.
Najpierw przywołał do siebie starszego, czyli dziewięcioletniego Aleksandra.
Poprosił, żeby chłopiec poszedł z nim za stodołę, bo chce mu coś pokazać.
Gdy już znaleźli się poza zasięgiem wzroku Zygmunta, powiedział – spójrz tam, na niebie, a gdy kuzyn podniósł głowę do góry, zacisnął mu pętlę na szyi.
Po tym jak uznał, że starszy z braci nie żyje, zawołał młodszego, którego zabił w dokładnie taki sam sposób.
Ze stodoły było bardzo blisko do chlewiku, więc Edmund od razu przeniósł tam chłopców, położył ich obok martwego ojca, a na końcu przykrył sianem.
Zostały mu tylko trzy siostry, które nadal przebywały w domu.
Gdy wszedł do środka, 16-letnia Genowefa kucała przy piecu kuchennym, gdzie starała się rozpalić ogień.
Znienacka popchnął ją na ziemię, zatkał usta ręcznikiem, a następnie udusił gołymi rękami.
W pokoju obok 12-letnia Władysława siedziała na łóżku i próbowała założyć bucik na nogę wiercącej się w wózku Marysi.
Edmund wyjął z kieszeni ostatnią pętlę, którą zacisnął na szyi Władysławy, po czym podszedł do Marysi i udusił ją jedną ręką.
Najmłodszą dziewczynkę również wyniósł do chlewiku, ale dwóch starszych sióstr już nie dał rady, więc tylko przykrył je kocem.
Po wszystkim zaczął plądrować dom, gdzie w starym, nieużywanym piecu znalazł pieniądze, ale kwota go rozczarowała, bo było to zaledwie 4,5 tysiąca.
Spodziewał się kilkunastu, było też co prawda kilka srebrnych monet, ale nawet one nie wyrównały wartości znaleziska do tej oczekiwanej.
Próbował szukać jeszcze jakichś innych cennych łupów, ale nic z tego.
Z wieszaka zabrał jedynie skórzaną kurtkę Jana, po czym opuścił dom.
Na odchodne otworzył jeszcze na oścież drzwi do chlewiku, bo uznał, że jeśli na obejściu będą zwierzęta, to wszystko będzie wyglądać bardziej naturalnie.
I faktycznie miał rację, bo jak już wiemy, sąsiedzi odkryli nieobecność heluszków dopiero po następnych dwóch dniach.
Cała akcja zajęła mu jakieś 45 minut.
Po wszystkim na skradzionym rowerze dojechał na dworzec kolejowy w Namysłowie, skąd ruszył w dalszą podróż.
Dojechał do oddalonej o niecałe 40 kilometrów Oławy, gdzie udał się na zakupy, podczas których kupił sobie nowe, eleganckie ubrania oraz zegarek, w którym swoją drogą później go zatrzymano.
Bo na zdjęciu z zatrzymania Edmund nie wygląda tak, jak wcześniej go opisywałam.
Nie ma już starych spodni czy pocerowanych skarpet, wręcz przeciwnie, prezentuje się bardzo szykownie.
Ma na sobie marynarkę w kratę, modne szerokie spodnie, a także ówczesny symbol luksusu, czyli zegarek Delbena, na który wydał spory procent skradzionej kwoty, bo jak mówi kosztował on aż 1750 zł.
Tak wystrojony z oławy pojechał do podwrocławskiego Bierutowa, gdzie odwiedził swojego kolegę, a następnie chciał ruszyć gdzieś za granicę, ale jak już wiemy jego plany zostały pokrzyżowane przez milicję.
Proces Edmunda budzi ogromne emocje, a na korytarzach sądowych najbardziej agresywne są kobiety, które zachowują się jakby dosłownie chciały go rozerwać na strzępy za to, że odebrał życie czteromiesięcznemu dziecku.
Swoją drogą, takiemu działaniu dziwi się nawet sam prokurator, który, pomijając samo okrucieństwo, nie może zrozumieć, po co Edmund w ogóle to zrobił.
Przecież Marysia była za mała, żeby na niego donieść i żeby go rozpoznać, ale on, jak tłumaczy, nie zabił jej jako potencjalnego świadka, tylko z litości.
Spodziewał się, że Heluszkowie zostaną znalezieni po dłuższym czasie, więc dziewczynka w męczarniach umierałaby z głodu i pragnienia, a tak odebrał jej życie szybko, bez zbędnego cierpienia.
Na sali sądowej, podobnie jak wcześniej, przyznaje się do winy, ale jednocześnie próbuje przechytrzyć sędziego i symuluje chorobę psychiczną.
wchodzi na salę, składa ręce tak jakby w pistolet i udaje, że do wszystkich strzela, ale chyba mimo wszystko nie gra wystarczająco przekonująco, bo nikt nie daje się nabrać.
Powołany biegły jest przekonany, że Edmund symuluje.
Dodatkowo jego koledzy z celi zeznają, że chwalił im się, że tutaj cytat robi wariatów z sędziów, a w tych symulacjach miała mu pomagać lektura przygód dobrego wojaka szwejka.
Poza stwierdzeniem, że Edmund udaje chorobę psychiczną biegły, dodaje też, że jest on pozbawiony uczuć wyższych, ale z całą pewnością był poczytalny i doskonale wiedział, co robi, więc może ponieść odpowiedzialność za swoje czyny.
Ta odpowiedzialność okazuje się największa z możliwych, bo po apelacjach i ostatecznym wyroku Sądu Najwyższego Edmund zostaje prawomocnie skazany na karę śmierci.
Egzekucja zostaje przeprowadzona blisko dwa lata po zbrodni, bo 9 września 1959 roku, a skazany umiera w wyniku powieszenia.
Jest to ostatnia kara śmierci wykonana na terenie województwa opolskiego.
Później jeszcze przez lata taka kara funkcjonowała, ale skazanych wywożono na egzekucję do innych województw.
Ciało Edmunda wydano rodzinie, która, co ciekawe, pochowała go nie w rodzinnych stronach, a w Opolu, na cmentarzu przy ulicy Wrocławskiej.
W źródłach podano nawet dokładną lokalizację.
Była to kwatera IJ, rząd 8, grób 5, ale jakby ktoś chciał szukać na własną rękę, to tego grobu już nie ma.
Pewnie w związku z tym, że nikt go nie opłacał, został usunięty.
Przez jakiś czas to miejsce było puste, porastała je trawa, a teraz nie wiadomo, może już ktoś je wykupił.
Zupełnie inaczej ma się sytuacja z grobem rodziny Heluszków, pochowanych na cmentarzu w Namysłowie przy ulicy Jana Pawła II, czyli tam, gdzie pochowano Janusza z poprzedniej sprawy, bo ich grób nie tylko nadal istnieje, ale jest też licznie odwiedzany.
W szczególności dba o niego Tadeusz, ten sam, który jako chłopiec był ich sąsiadem, natomiast teraz jako już starszy mężczyzna nadal czuje więź z tą rodziną.
Każdorazowo, gdy przychodzi na cmentarz, zahacza ogrób heluszków, sprząta i zapala lampkę, bo w tych rejonach rodzina nie miała zbyt wielu krewnych.
Po tym jak cała rodzina padła ofiarą mordercy, ich dom dorobił się złej sławy, tym bardziej, że w kolejnej rodzinie, która tam zamieszkała, również doszło do tragedii.
Mianowicie mieszkająca tam kobieta utonęła w studni.
Na temat tej historii krążą różne pogłoski, jedni mówią, że sama tam wpadła, inni, że ktoś ją popchnął, ale jakby nie było, to ten drugi raz, jak uznają lokalni mieszkańcy, to zbyt duży zbieg okoliczności, więc do domu nikt nie chciał wchodzić, nie chciał go kupić i ostatecznie nie udało się znaleźć kolejnych lokatorów.
Na temat domu mówiło się wprost, że był przeklęty, dlatego po latach został zburzony, a na jego miejscu nie powstało nic nowego.
Jest tam po prostu puste pole, na którym wiele lat później mieszkańcy ustawili taki pomnik.
Jest to głaz z tabliczką upamiętniającą rodzinę i można tam przeczytać Dnia 30 sierpnia 1957 roku wymordowano w tym miejscu siedmioosobową rodzinę Heluszków.
Tyle lat minęło, że w którymś miejscu mogła się wkraść pomyłka.
Ten głaz to nie jedyna pamiątka, bo tak jak wspominałam jest też grób,
który z uwagi na upływ czasu popadł w pewnym momencie w ruinę, ale mieszkańcy Smarchowic, jak się okazało, są na tyle związani z Heluszkami, że zorganizowali środki na nowy pomnik.
W sprawę mocno zaangażował się sam Tadeusz, który skontaktował się z jakimś lokalnym radnym i z jego pomocą zorganizował zbiórkę funduszy.
Dzięki temu w 2017 roku powstał nowy pomnik i to nie taki zbiorczy, tylko każdy z członków rodziny ma własną płytę ze swoim imieniem, a także z datą urodzenia.
Grób nigdy nie stoi pusty, bo mieszkańcy Namysłowa i okolic regularnie go odwiedzają, kładą tam kwiaty, zapalają lampki, a tragiczną historię rodziny przekazują kolejnym pokoleniom.
Obie sprawy łączy naprawdę sporo podobieństw, tak jakby ta sama historia wydarzyła się na nowo, ale w innych warunkach społecznych z uwagi na upływ lat.
Na szybko znalazłam 8 punktów wspólnych, ale jakby ktoś chciał dopowiedzieć coś jeszcze, to zapraszam do komentarzy.
Po pierwsze, w obu przypadkach sprawcy na końcu umierają.
Po drugie, obaj w jakimś stopniu okazali litość dzieciom.
Po czwarte w obu sprawach zginęło kilkoro członków rodziny z rąk innego członka rodziny.
Po piąte w obu sprawach pojawił się wątek broni, Krzysztof użył jej bezpośrednio, natomiast Edmund udawał, że używa jej w trakcie procesu.
Po szóste obaj sprawcy mieli problemy z pracą, po siódme wydarzenia toczyły się w tej samej okolicy i po ósme obaj mieli niespełnione aspiracje, Edmund do lepszego życia, a Krzysztof prawdopodobnie na tyle rodzinnym.
Jeżeli materiał Ci się spodobał, możesz wesprzeć moją dalszą podcastową działalność stawiając mi kawę na BuyCoffee2.
Serwis nie wymaga rejestracji, można płacić blikiem, link jest w opisie.
Jak zawsze nie trzeba podawać żadnych danych i za wszystkie dotychczasowe kawy bardzo, bardzo dziękuję i do usłyszenia.
Ostatnie odcinki
-
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta ...
21.01.2026 19:10
-
6 najgłośniejszych Polskich spraw kryminalnych ...
12.01.2026 19:50
-
U mnie zawsze jest do dna | Elżbieta W. Marek G...
13.12.2025 18:00
-
Chciał ją ukarać | Anna F., Daniel R.
06.12.2025 19:00
-
Zniknął w trakcie rejsu ekskluzywnym wycieczkow...
29.11.2025 18:00
-
Gdzie zniknęła matka i dwóch synów? | Władysław...
21.11.2025 19:15
-
Wszyscy zostali zmanipulowani | Renata i Tomasz N.
07.11.2025 19:00
-
Sąsiad z klubu Mensa - co było w butelce Coca-c...
24.10.2025 18:20
-
Była jedną z kilkudziesięciu ofiar? Ciało ukrył...
17.10.2025 19:07
-
Skazano go mimo braku dowodów | Piotr Mikołajcz...
10.10.2025 20:00