Mentionsy

Szkic Kryminalny
06.04.2023 17:00

Małopolskie cz. 2: Moim celem jest prawda (2020) - Ewa Żarska

Historia życia i tajemniczej śmierci dziennikarki śledczej - Ewy Żarskiej.

--------------------------

Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji  z ogólnodostępnych źródeł.

ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1m4mJUAruh4FlX9ZRhnaKHzUBTNvXbCiXNDx3AVd1k64/edit?usp=sharing

JEDNORAZOWE WSPARCIE MOJEJ TWÓRCZOŚCI: buycoffee.to/szkickryminalny

WSPARCIE W KRYZYSIE PSYCHICZNYM: https://centrumwsparcia.pl/

MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s

MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s

MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE

YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 675 wyników dla "Krajową Radę Radiofonii i Telewizji"

Akcja dzisiejszego odcinka nie rozgrywa się w województwie małopolskim, jak sugeruje tytuł, a w różnych miejscach w Polsce.

Umieściłam w tytule małopolskie, ponieważ w poprzednim odcinku dotyczącym właśnie tego województwa wspominałam już o sprawie, którą zaraz omówię.

Jest to druga część poprzedniej historii i żeby wszystko było spójne pozostawiłam taki sam człon tytułu.

Jeżeli ktoś jeszcze nie słuchał poprzedniego odcinka, to rekomenduję to zrobić, bo obie historie łączy co prawda tylko jeden wątek, ale lepiej przesłuchać całość od początku, żeby mieć pełen obraz.

Z kwestii formalnych to tyle, więc przechodzimy do dzisiejszej sprawy.

Długo zastanawiałam się, jak ją przedstawić, ponieważ informacje o życiu prywatnym głównej bohaterki są mocno okrojone.

O niej samej najwięcej mówi się w kontekście reportaży, jakie przygotowała i zdecydowałam, że również pójdę w taką narrację.

Bo w końcu jak przedstawić dziennikarkę śledczą, jak nie poprzez opowiedzenie o sprawach, które rozwiązała.

Dzięki temu zobaczycie, jakim kalibrem spraw się zajmowała, co według niektórych może mieć związek z jej nagłą śmiercią.

Słowem wstępu to tyle, więc teraz zapraszam Was do wysłuchania odcinka pod tytułem Moim celem jest prawda.

Ewa Żarska urodziła się 8 października 1975 roku w Piotrkowie Trybunalskim, czyli w średniej wielkości mieście leżącym w województwie łódzkim.

Nie wiadomo czy miała rodzeństwo, ale na pewno dorastała w domu, gdzie mogła liczyć na wsparcie obojga rodziców.

Przez całe dzieciństwo mieszkała w Piotrkowie i to tam chodziła do szkoły podstawowej.

Po ukończeniu podstawówki naukę kontynuowała w II Liceum Ogólnokształcącym, również mieszczącym się w jej rodzinnym mieście.

Gdy Ewa ma zaledwie 13 lat, w jej najbliższym otoczeniu dochodzi do wydarzeń, które w przyszłości będą mieć duży wpływ na wybraną przez nią ścieżkę zawodową.

Jest przełom lipca i sierpnia 1988 roku, trwają wakacje, a nastoletnia Ewa wraz z rodzicami odpoczywa nad morzem w Dziwnowie.

Jest to ich rodzinna tradycja i na wakacje do tej miejscowości jeżdżą właściwie co roku.

Nagle ich spokój przerywa komunikat nadawany w radiu.

Speaker informuje, że w lesie znaleziono ciała trzech brutalnie zamordowanych chłopców, co już samo w sobie jest makabryczne, ale rodzinę dodatkowo uderza fakt, że to nie w byle jakim lesie, a tym mieszczącym się w Piotrkowie Trybunalskim.

Wiek chłopców określono na od 11 do 12 lat, czyli zasadniczo są to rówieśnicy Ewy, którzy można powiedzieć bawili się na sąsiednich podwórkach.

Mama i tata Ewy są przerażeni, a to przerażenie nasila się jeszcze bardziej, gdy wracają do domu.

Atmosfera panująca w Piotrkowie to mówiąc wprost paraliżujący strach.

Staje się właściwie niemożliwe, aby spotkać na ulicach samotnie idące dziecko.

Rodzice nie odstępują swoich pociech na krok, nie ma mowy o samodzielnych zabawach na podwórku czy innych wyjściach.

Zatrzymywanie dzieci w domu w momencie, gdy trwają wakacje nie jest aż tak trudnym zadaniem, ale perspektywa zbliżającego się roku szkolnego, kiedy to siłą rzeczy zostawia się podopiecznych na kilka godzin poza domem, powoduje u rodziców wręcz panika.

W Piotrkowie huczy od plotek, domniemań i kolejnych teorii na temat tego, co mogło się stać.

Końcówka lat 80. nie jest jeszcze szczytem tzw.

satanik-panik, ale zjawisko powoli zaczyna kiełkować w polskiej kulturze, więc jedną z często powtarzanych wersji jest to, że chłopcy zginęli z rąk satanistów.

Atmosfera niepewności trwa blisko dwa tygodnie, bo 11 sierpnia następuje przełom.

Milicjanci zatrzymują 26-letniego Mariusza Trynkiewicza, który w toku śledztwa przyznaje się nie tylko do zarzucanych mu czynów, ale także do czwartego morderstwa popełnionego prawie miesiąc wcześniej.

Stwierdzenie, że atmosfera niepewności trwa jedynie dwa tygodnie jest właściwie błędne, bo nawet po zatrzymaniu Trynkiewicza rodzice są bardzo ostrożni na wszelki wypadek.

Gdy zaczyna się rok szkolny, codziennie odprowadzają i przyprowadzają dzieci ze szkoły.

Nadal kontrolują i ograniczają ich wyjścia do niezbędnego minimum, ponieważ zwyczajnie się boją.

Musi minąć jeszcze wiele miesięcy, zanim w Piotrkowie znów zapanuje spokój.

Ewa, która w tamtym czasie jest jeszcze bardzo młoda i podatna na wszelkie wpływy z otoczenia i której osobowość dopiero się rozwija, wyraźnie zapamięta te wydarzenia już na zawsze.

Nawet po wyprowadzce z rodzinnego miasta, gdy tylko przywoła w pamięci sprawę Mariusza Trynkiewicza, wywołuje to u niej lęk, ponieważ właśnie z tym uczuciem najbardziej kojarzą jej się wydarzenia z lata 1988 roku.

Jak wielu przyszłych studentów w 1994 roku Ewa wyprowadza się z Piotrkowa Trybunalskiego i zamieszkuje w sumie niedaleko, bo w oddalonej o jakieś 40 kilometrów Łodzi.

Rozpoczyna naukę w Wyższej Szkole Pedagogicznej, gdzie studiuje jednocześnie aż dwa kierunki, to jest dziennikarstwo i filologię polską.

Jeżeli dobrze liczę, to w 1999 roku kończy naukę i odbiera dyplom.

W kontekście historii dokładny opis jej pierwszych prac nie ma dużego znaczenia, więc tylko krótko streszczę, czym zajmowała się tuż po studiach.

Zdecydowanie ciągnęło ją wtedy do dziennikarstwa, dlatego zaczynając od podstaw, znalazła pracę w lokalnych mediach.

Najpierw pracuje w radiu i gazecie, później udaje jej się dostać do telewizji.

Przełom w jej życiu zawodowym następuje w 2001 roku, czyli gdy Ewa ma 26 lat.

To wtedy rozpoczyna pracę w ogólnopolskim medium, a dokładnie zostaje korespondentką telewizji Polsat.

Po pięciu latach pracy na tym stanowisku uznaje, że chce spróbować czegoś nowego.

Jest otwarta na nowe doświadczenia zawodowe, pewnie chcąc sprawdzić, czy dziennikarstwo to jest na pewno to, czy może jest coś, w czym będzie odnajdywać się jeszcze lepiej.

W związku z tym porzuca telewizję i rozpoczyna pracę jako rzeczniczka prasowa Centrum Handlowego.

Zakres obowiązków jest zupełnie inny od tego, czym zajmowała się dotychczas i finalnie niecałe dwa lata na stanowisku rzeczniczki pokazują, że dużo lepiej czuje się w roli reporterki.

Przede wszystkim dlatego, że lubi być cały czas w ruchu i mieć stały kontakt z ludźmi, czego w pracy biurowej trochę jej brakuje.

Szczęście jej sprzyja, bo w 2007 roku telewizja Polsat, starając się nadążyć za konkurencją, planuje wprowadzić do ramówki własny działający całodobowo serwis informacyjny.

Polsat News, bo tak ma nazywać się program, potrzebuje doświadczonej ekipy, która przekłuje pomysł w działanie.

Idealną kandydatką wydaje się być wtedy 32-letnia Ewa, która przyjmuje propozycję i tym samym wraca do korzeni.

7 czerwca 2008 roku to pierwszy dzień działalności Polsat News, a przez kolejne lata Ewę regularnie można oglądać na łamach programu, gdzie relacjonuje ważne wydarzenia z województwa łódzkiego, ale nie tylko.

Nie zajmuje się jeszcze dziennikarstwem śledczym, a bardziej skupia się na jakichś lokalnych wydarzeniach, wypadkach, imprezach itd.

I to właśnie na jednym z dużych społecznych wydarzeń w 2011 roku dochodzi do nie wiem czy pierwszego, ale na pewno pierwszego komentowanego w mediach wydarzenia o przykrych skutkach, które spotkało Ewę w trakcie wykonywania obowiązków służbowych.

Jest 10 lipca 2011 roku, a na Jasnej Górze odbywa się finał pielgrzymki organizowanej przez Radio Maryja.

W związku z tym, że głównym organizatorem pielgrzymki jest duże i cenione przez wielu katolików medium, to na jej finał przybywają tłumy.

Oprócz samych pielgrzymów oraz dyrektora Radia Maryja, Tadeusza Rydzyka, w finale uczestniczą również politycy, więc jest to wydarzenie medialne.

Wydawałoby się oczywiste, że wobec tego na wydarzenie przyjadą dziennikarze różnych stacji, bo już pomijając czy to finał pielgrzymki czy cokolwiek innego, jeżeli gdzieś mają przemawiać powiedzmy czołowi polscy politycy, no to media też tam jadą i transmitują te wypowiedzi, każdy ze swoim komentarzem.

Nic nowego.

Natomiast wtedy na Jasnej Górze między pielgrzymami zaczynają pojawiać się pogłoski, że część stacji, w tym Polsat, nie ma zezwolenia na transmisję.

Nie za bardzo rozumiem jakiego zezwolenia, skoro chodzi o nagranie ogólnodostępnego wydarzenia odbywającego się w miejscu publicznym, ale przejdźmy dalej.

Według dziennikarzy w trakcie uroczystości dyrektor Radia Maryja miał powiedzieć z głównego ołtarza, że są wśród nich niepożądane media i w tym momencie na którymś z telebimów pokazano wóz transmisyjny Polsatu.

Po tych słowach w tłumie zaczęło rodzić się, mówiąc delikatnie, wrogie nastawienie.

Pomiędzy uczestnikami finału pielgrzymki stała m.in.

Ewa wraz ze swoim nieodłącznym operatorem kamery.

Jeden z mężczyzn, jak się potem okazuje 55-letni Andrzej z Katowic, zaczął wykrzykiwać do nich pytania, czy mają zezwolenia.

Nie wiem, czy Ewa zdążyła coś odpowiedzieć, ale Andrzej wyrwał jej mikrofon, a następnie uderzył w twarz.

Przytoczę teraz dwa cytaty ze strony press.pl, które opisują całą sytuację.

Obrażali nas oraz uniemożliwiali nam filmowanie, popychali, poszturchiwali oraz uderzali w operatora kijem od flagi.

W tym czasie podbiegł mężczyzna, który wyszarpał mi mikrofon i uderzył ręką w twarz.

Uciekając, uderzył operatora trzy-czterokrotnie łokciem, pięścią oraz mikrofonem w kamerę.

Operator w obronie przed agresją kopnął go w pośladek.

I drugi cytat.

Jest to oczywiście opis przedstawiony przez Ewę, natomiast druga strona przedstawia trochę inną wersję zdarzeń.

Gdy w źródłach pojawiają się rozbieżne informacje, to przedstawiam Wam zawsze obie wersje, żebyście sami mogli ocenić, co brzmi dla Was bardziej prawdopodobnie.

Tak samo i tym razem, wyłącznie z poczucia obowiązku, omówię opis tej sytuacji ze źródła, co do którego byłam przekonana, że nie pojawi się nigdy w tym podcaście.

Ale jak mówi pewne znane powiedzenie, nigdy nie mów nigdy.

Na stronie Radia Maryja artykuł z opisem sytuacji zatytułowano Prowokacja Polsatu, więc jak się można domyśleć, narracja jest zupełnie przeciwna do poprzedniej.

Według artykułu to dziennikarze Polsatu mieli prowokować, ponieważ w trakcie mszy śmiali się i zachowywali lekceważąco.

Uczestnicy pielgrzymki nie reagowali, więc dziennikarze, jak to zostało ładnie określone, sfingowali przepychankę.

Andrzej z Katowic opowiedział, że to on został zaatakowany i jedynie się bronił.

Ponadto według jego słów operator zachowywał się natrętnie, podchodził za blisko, a jak ktoś trzymał nad głową parasolkę, to wkładał kamerę nawet pod nią.

Przytoczę teraz dwa cytaty ze strony radiomaria.pl.

Jest to opis zdarzenia przedstawiony przez pana Andrzeja.

Wówczas podszedłem do operatora bliżej i zasłoniłem pielgrzymów swoją flagą.

On mnie zaczepił, że mu zasłaniam i zdecydowanie odtrącił ręką drzewce mojej flagi.

Wtedy zasłoniłem obiektyw palcami, po czym ten operator pchnął mnie bardzo mocno.

Zachwiałem się i poleciałem w bok, po czym ten mężczyzna podbiegł do mnie agresywnie.

Potem opisał jeszcze, że operator go kopnął.

Teraz drugi cytat dotyczący już samej Ewy.

Po wymierzeniu mi kopniaka, ten operator też się potknął i widziałem przez ramię, jak przez chwilę kamera poszła mu w dół.

Kiedy łapałem równowagę, przede mną pojawiła się nagle jakaś pani.

Po chwili zauważyłem, że miała ukryty mikrofon i tylko czekała, aż z mojej strony polecą pod adresem operatora jakieś wulgaryzmy, bądź też się na niego rzucę.

Nic takiego się jednak nie stało.

Postanowiłem tylko oddalić od siebie ten mikrofon, bo gdy ją prosiłem, żeby mnie nie nagrywała, to nie reagowała.

Gdy odsunąłem mikrofon od siebie, nagle ta pani powiedziała Pan mnie uderzył.

Zapytałem, jak to możliwe, po czym ona odpowiedziała Mam to nagrane.

Dziennikarze Polsatu zaprzeczyli później, aby mieli kogokolwiek prowokować albo zachowywać się niestosownie.

O zajściu szybko została powiadomiona policja, a Andrzeja aresztowano lub zatrzymano na przesłuchanie.

Tu też pojawiają się rozbieżności.

W każdym razie został przewieziony na komisariat w Częstochowie i co ciekawe część pielgrzymów pojechała tam za nim.

Całą grupą ustawili się przed posterunkiem policji, a następnie domagali się wypuszczenia Andrzeja na wolność.

Zdarzenie zostało skomentowane nie tylko przez strony w nim uczestniczące, ale też m.in.

przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, która wydała stanowisko na ten temat.

W tym stanowisku po pierwsze wyraziła zaniepokojenie, że dziennikarze nie mogli wykonywać swoich obowiązków, bo jest to sprzeczne z panującymi w Polsce standardami, a po drugie podkreśliła, że wszystkie media mają prawo relacjonować ogólnodostępne wydarzenia dotyczące różnych spraw społecznych odbywające się w przestrzeni publicznej.

Trudno się nie zgodzić.

Poza tym Rada jasno określiła za niedopuszczalne dzielenie mediów na dobre i złe, a w tym na takie, które mogą i takie, które nie mogą relacjonować różnych wydarzeń publicznych.

Odbiorca każdej stacji ma prawo zostać poinformowany o tym, że jakieś wydarzenie miało miejsce.

Ostatecznie Andrzej zostaje oskarżony o uszkodzenie kamery oraz naruszenie nietykalności osobistej Ewy Żarskiej oraz narażenie telewizji Polsat na straty wycenione przez nich na 25 tysięcy złotych.

Oskarżenie opiera się też o artykuł 43 prawa prasowego, zgodnie z którym osobie używającej przemocy lub groźby w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania publikacji materiału prasowego grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.

Wyrok zapada prawie półtora roku po zdarzeniu, w grudniu 2012 roku, przed sądem okręgowym w Częstochowie.

Na podstawie zgromadzonego materiału dowodowego sąd uznaje Andrzeja winnego uniemożliwiania pracy dziennikarzom Polsat News i użycia przemocy wobec Ewy Żarskiej.

W związku z tym skazuje go na pół roku więzienia w zawieszeniu na trzy lata, zapłacenie 6 tysięcy złotych grzywny oraz pokrycie kosztów zakupu nowego mikrofonu, czyli jest to kwota rzędu kilkuset złotych.

Sąd uznaje również, że kamery dotykało zbyt wiele osób i nie da się jednoznacznie określić, czy to Andrzej odpowiada za jej uszkodzenie, więc nie może indywidualnie ponosić za to odpowiedzialności.

Nie znalazłam informacji, czy wyrok uprawomocnił się w takiej formie, czy może strony składały jeszcze apelacje.

Po zakończeniu procesu, który na pewno był w jakiś sposób obciążający, Ewa decyduje, że chce zmienić otoczenie i wyjechać z Polski.

W 2013 roku przeprowadza się do Londynu, jednak nie zrywa współpracy z Polsatem, bo nadal pracuje jako ich teraz zagraniczna korespondentka.

Prawdopodobnie podejmuje też pracę w londyńskiej telewizji, co okazuje się być cennym doświadczeniem zawodowym, ponieważ może podpatrzeć jak pracują media światowe.

Później przenosi to na polski grunt i mimo, że już wcześniej wyróżniała się na tle koleżanek i kolegów po fachu, to po powrocie z Londynu, gdzie ostatecznie spędziła dwa lata, jej styl pracy jeszcze bardziej wybija się na tle innych.

Może to nie tylko kwestia nabytego doświadczenia, a również osobowości, ale Ewa definitywnie jest osobą bezkompromisową, docieklii kreatywną.

Tam, gdzie inni nie chcą lub boją się wejść z kamerą, ona zawsze chętnie pójdzie i przygotuje materiał.

Nigdy nie porzuca spraw, które uzna za ważne społecznie, a brnie w temat tak długo, aż dojdzie do sedna problemu.

Jest konkretna, liczą się dla niej fakty, a gdy omawia jakiś problem na antenie, to nigdy się nie rozwleka, a zawsze opowiada bardzo zwięźle.

Te cechy w połączeniu z jej empatyczną naturą składają się na to, że Ewa w końcu odkrywa swoje powołanie.

Jej żywiołem okazuje się być dziennikarstwo śledcze, gdzie może wykazać się wszystkimi umiejętnościami interpersonalnymi i wrodzoną przenikliwością, tak aby odkryć prawdę.

Po powrocie z Wielkiej Brytanii w 2015 roku zatrzymuje się w Warszawie, jednak rok później w wieku 41 lat powraca w rodzinne strony i na stałe zamieszkuje w Łodzi.

Prawdopodobnie mieszka sama, ale wkrótce pod jej opiekę trafiają dwa koty rasy Sphinx.

Poza pracą, która jest jej ogromną pasją, Ewa kocha również sport.

Nie wiem, czy trenuje od dzieciństwa, ale na pewno w dorosłym życiu aktywność fizyczna jest stałym punktem w jej planie dnia.

Najbardziej lubi biegać, ale nie zamyka się tylko na tą formę aktywności, bo często uczęszcza też na siłownię, a jeżeli ma więcej wolnego czasu, wyjeżdża w góry.

W Zakopanem ma znajomych, więc to najczęściej tam, jak sama mówi, jeździ ładować akumulatory.

Wędrówki górskie ją uspokajają i pozwalają oczyścić umysł przed realizacją kolejnych reportaży.

Czasami potrzebuje odskoczni, tym bardziej, że tematy, jakie podejmuje, stają się coraz trudniejsze.

Ewa z lokalnych newsów i wydarzeń przerzuca się na tematy kradzieży danych osobowych, dopalaczy, a nawet pedofili, co szerzej omówię zaraz.

W związku z tym, że w końcu zatrzymała się w jednym miejscu, zaczyna bardziej integrować się i zacieśniać więzi z kolegami i koleżankami z telewizji.

Znajomi nazywają ją Żarówka, co naturalnie pochodzi od nazwiska Żarska, ale ma też metaforyczne znaczenie.

Gdy Ewa wchodzi do pomieszczenia, to można powiedzieć, że rozświetla je swoją energią.

Przezwisko odnosi się też do jej procesu twórczego, bo gdy zabiera się za jakąś sprawę, to zawsze jasno przyświeca jej cel, jaki chce osiągnąć i to na nim przede wszystkim się koncentruje.

Prywatnie jest osobą, która pierwsza inicjuje wyjścia po pracy na kawę albo wino, tak żeby po prostu pogadać niekoniecznie o sprawach służbowych.

Gdy wchodzi rano do biura i widzi, że nic się jeszcze nie dzieje, to zawsze proponuje wspólne śniadania.

Czas ze znajomymi z pracy jest dla niej bardzo ważny.

Po pierwsze dlatego, że jest ekstrawertyczką i po prostu potrzebuje towarzystwa, a po drugie dobre relacje ukształtowane poza pracą pozytywnie wpływają na atmosferę w studiu.

Ma to jednak też swoją ciemną stronę, bo dla Ewy zaciera się granica pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym.

Znaczna część jej znajomych to po prostu osoby z pracy, z którymi najpierw spędza czas w trakcie wykonywania obowiązków służbowych, a później gdzieś poza biurem, gdzie siłą rzeczy w rozmowach też przewijają się tematy zawodowe.

Nawet jeśli akurat jest w domu, to znajomi często się z nią kontaktują, bo ma opinię osoby, do której zawsze można zadzwonić, która zawsze służy dobrą radą, uspokoi i powie, że wszystko będzie dobrze.

Oprócz wrażliwości na uczucia innych ludzi, Ewa ma w sobie również wrażliwość na sztukę, a szczególnie na teatr, który bardzo ceni i można mieć pewność, że jak zrobi jej się prezent w postaci biletów na jakiś spektakl, to będzie zachwycona.

Na temat relacji rodzinnych są jedynie wzmianki o kontaktach z rodzicami, których Ewa bardzo kocha i stara się nimi opiekować.

Co kilka dni jeździ do Piotrukowa Trybunalskiego, aby zrobić im zakupy, czasem coś ugotować, a czasem po prostu posiedzieć razem.

W jednej z rozmów wspomina, że rodzice są już starsi i niezbyt zaawansowani technologicznie, więc gdy wyjeżdża za granicę, to zawsze do siebie dzwonią, przez co wydaje sporo na połączenia.

Oczywiście nie mówi tego, żeby ponarzekać, a bardziej w formie anegdoty, na podstawie której można się domyśleć, że była bardzo związana z mamą i tatą.

Mając trochę dokładniejszy obraz Ewy, przechodzimy do jej najgłośniejszego i najbardziej znanego reportażu.

Jest lipiec 2016 roku, a Ewa niedawno przeprowadziła się z Warszawy do Łodzi.

Rozpoczyna właśnie nowy etap w karierze, ponieważ dołącza do ekipy programu Państwo w Państwie.

Szuka tematu na swój debiutancki reportaż, który finalnie znajduje albo sama, albo ktoś jej go podsyła.

W każdym razie do Ewy trafiają zapisy rozmów pomiędzy grupą pedofili, którzy między sobą wymieniają się doświadczeniami.

W reportażu widać fragmenty tych rozmów, ale nie będę ich przytaczać, bo są serio skrajnie obrzydliwe.

Nie jest to jakaś świeża sprawa, bo zaczęła się aż 10 lat wcześniej, jednak nadal nie została rozwiązana, więc Ewa decyduje się zbadać temat.

Wszystko zaczęło się od tego, że w 2006 roku śledczy próbowali rozpracować siatkę osób wymieniającą się pornografią z udziałem dzieci.

Było to łącznie około 40 osób, zarówno mężczyźni jak i kobiety.

Grupa nie była zróżnicowana jedynie pod względem płci, ale również pod każdym innym.

Były to osoby z różnym statusem społecznym i w różnym wieku, zaczynając od studentów i pracowników zajmujących wysokie stanowiska, przez osoby bezrobotne kończąc na emerytach.

Z oczywistych względów grupa była bardzo hermetyczna i się nie powiększała.

Wszyscy nawzajem dysponowali hasłami do swoich skrzynek mailowych, skąd pobierali różne treści.

Z tych 40 osób śledczym udało się zatrzymać zaledwie kilka, reszta pozostała bezkarna.

Wśród osób niezidentyfikowanych pozostaje jeden wyjątkowo aktywny użytkownik, który w rozmowach odznaczał się bardzo brutalnymi i szczegółowymi opisami.

Jego nickname to Piotr, a jak wynika z zapisu rozmów, najczęściej kontaktował się z dwoma innymi użytkownikami o nikach Ona i Włodek.

Policjantom udało się namierzyć użytkownika o niku Ona, który okazał się być mężczyzną.

W 2006 roku postawiono mu zarzuty i zakończył już odsiadywanie wyroku.

Głównie dlatego, że był to niski wyrok.

Po pierwsze, dotyczący jedynie działalności internetowej i rozpowszechniania nielegalnych treści.

Nie udowodniono, aby ona miał dopuszczać się czynów pedofilnych w prawdziwym życiu.

I po drugie, wyrok był dodatkowo obniżony, ponieważ mężczyzna zdecydował się na współpracę z policją i został ich informatorem.

Jego zadaniem było przede wszystkim prowadzenie rozmów z Piotrem i dostarczanie śledczym informacji na jego temat.

Okazało się, że Piotr mieszka w Rosji, a dokładnie w Petersburgu.

Przynajmniej takie informacje przekazywał w rozmowach.

Kilkukrotnie opisywał, że wykorzystywał seksualnie dziewczynki, które znajdował na ulicy.

Niektóre zaczepii same z nim szły, inne porywał, a po fakcie porzucał.

Po kilku miesiącach Piotr, który już chyba zaufał informatorowi, powiedział mu, że poszedł o krok dalej i wykorzystał sześcioletnią dziewczynkę, a następnie ją zamordował.

Całe zdarzenie opisuje bardzo dokładnie z uwzględnieniem nawet najmniejszych szczegółów.

Ona na bieżąco przekazuje wszystko policji i teraz uwaga, zaczyna się z plot absurdów.

Polscy policjanci kontaktują się ze służbami w Rosji i proszą o pomoc.

Opisują, kogo szukają, a także informują, że prawdopodobnie osoba ta przebywa w Petersburgu.

Załączają treści rozmów, które przekazał im informator, a w których Piotr m.in.

przyznaje się do morderstwa.

Chyba nie zaprzeczycie, że brzmi to dość poważnie, na tyle poważnie, że wypadałoby sprawdzić, czy może uda się namierzyć taką osobę.

Rosyjska policja jednak w ogóle nie reaguje na zgłoszenie, więc też prawdopodobnie nie podejmuje żadnych działań i sprawa staje w martwym punkcie.

W 2008 roku Piotr jedzie w podróż służbową do Skandynawii.

W trakcie pobytu loguje się na swoje konto i jak zwykle prowadzi rozmowy z informatorem.

Wtedy dochodzi do przełomu, ponieważ namierza go policja skandynawska, która odkrywa, że Piotr to tak naprawdę 51-letni Krzysztof P., pochodzący z Pabianic.

Mimo polskiego pochodzenia, prawdą jest, że obecnie mieszka w Rosji, a w Pabianicach zostawił żonę oraz córkę.

Pabianice, jeżeli ktoś nie wie, to miasto prawie że sąsiadujące z Łodzią, leżące na tyle blisko, że z Łodzi można tam dojechać autobusem miejskim.

Krzysztof nie wie, że został namierzony, a w rozmowach z informatorem opisuje, że planuje podróż do Polski, gdzie dokona kolejnego porwania, tym razem w Łodzi.

Ona przekazuje wszystkie szczegóły śledczym, którzy pozostają w gotowości, ale do porwania finalnie nie dochodzi i nie wiadomo, czy Krzysztof w ogóle przyjechał do Polski.

W międzyczasie śledczy znów wysyłają zapytanie do służb rosyjskich, ponownie zero reakcji.

Pojawia się hipoteza, że Krzysztof P. współpracuje ze służbami rosyjskimi albo ma jakieś znajomości i dlatego z ich strony nie ma żadnego odzewu.

Prawdopodobnie poszukiwany stara się o obywatelstwo rosyjskie, a jeżeli je dostanie, to sprawy jeszcze bardziej się skomplikują.

W 2009 roku policjanci z Wydziału Handlu Ludźmi ustalają rosyjski adres Krzysztofa, a także jego miejsce pracy i numer telefonu.

W tym samym czasie poszukiwany zaczyna chyba coś podejrzewać, bo kasuje wszystkie konta, a ona po kilku latach rozmów traci z nim kontakt.

Sprawa zostaje przekazana do prokuratury, jednak prokurator stawia Krzysztofowi zarzuty dopiero po dwóch latach, w 2011 roku, i to właściwie nie zarzuty, a jeden zarzut.

Rozpowszechniania pornografii z udziałem małoletnich poniżej 15 roku życia.

Pewnie zastanawiacie się dlaczego, przecież te rozmowy z informatorem świadczyły też o innych przewinieniach.

Tak świadczyły, tylko że prokurator z jakiegoś powodu w ogóle ich nie widział.

Policjanci nie przekazali kluczowego dowodu w sprawie, podobno dlatego, że bez pomocy Rosjan i rozmowy z Piotrem nie mogli go w pełni zweryfikować.

Po kolejnych dwóch latach w 2013 roku za Piotrem zostaje wydany list gończy, co bardzo sensowne, obowiązujący jedynie na terenie Polski.

Rosja to Rosja, dowiedzieliśmy się już jak wyglądał kontakt z nimi, ale za Krzysztofem, który wiadomo było, że czasami podróżuje również po Unii Europejskiej, nie wydano nawet europejskiego nakazu aresztowania.

Tłumaczono to tak, że ENA może być wydany dopiero po ustaleniu miejsca pobytu poszukiwanego, a policjanci właściwie nie wiedzą gdzie jest Krzysztof.

Może i miałoby to sens, gdyby nie fakt, że już 4 lata wcześniej śledczy z Wydziału Handlu Ludźmi ustalili jego adres.

Tylko, że ta informacja prawdopodobnie w tamtym wydziale pozostała i nie przekazano jej dalej.

Wracając do Ewy, to gdy w lipcu 2016 roku zaczyna interesować się sprawą Krzysztofa aka Piotra, poziom prowadzonego śledztwa pozostawia wiele do życzenia, bo w tamtym czasie śledztwo jest właściwie zawieszone.

Ewie Żarskiej udaje się skompletować wszystkie informacje niezbędne do odnalezienia podejrzanego w ciągu zaledwie kilkunastu dni.

Udaje jej się to dzięki temu, że jego imię i nazwisko wpisuje w Google.

Okazuje się, że Krzysztof jest w Rosji osobą publiczną i często występuje w mediach jako ekspert w sprawach budowlanych.

Nawet jeżeli jego dane ustalone przez Wydział Handlu ludźmi zaginęły, to nie wiem co stało na przeszkodzie, żeby ktoś ze śledczych sprawdził go po prostu w internecie, gdzie wszystko było podane na tacy.

Teraz przedstawię Wam informacje ustalone przez Ewę, której udało się nawet porozmawiać z Krzysztofem przez telefon.

Do Rosji przeprowadził się w 2001 roku i prawdą jest, że wcześniej mieszkał w Pabianicach, gdzie jeszcze wtedy miał rodzinę.

Nie wiadomo, co robił wcześniej, ale gdy zaczął być poszukiwany przez polskie służby, został dyrektorem biura projektów firmy deweloperskiej KB Vips z siedzibą w Petersburgu.

Gdy Ewa z nim rozmawia, nadal zajmuje to stanowisko.

Dorabia sobie też jako wykładowca na Petersburskim Uniwersytecie, gdzie prowadzi wykłady na temat budownictwa.

Często występuje w rosyjskich mediach, ale także bierze udziały w konferencjach międzynarodowych odbywających się na terenie całej Unii Europejskiej, w tym również w Polsce.

Po latach rozstał się z żoną i związał z nową kobietą pochodzącą z Petersburga.

Nie jest to sformalizowany związek, ale mieszkają razem i wspólnie wychowują dzieci kobiety z poprzedniego małżeństwa, córkę i syna.

Krzysztof w rozmowie nie przyznaje się do stawianych zarzutów i mówi, że pierwszy raz o nich słyszy.

Na potrzeby reportażu Ewa konsultuje sprawę z psychiatrą, której przedstawia treści rozmów, jakie Krzysztof prowadził z informatorem.

Według opinii lekarki nie jest to jedynie konfabulacja i opisywanie własnych fantazji.

Ilość detali w rozmowach wskazuje na to, że Krzysztof faktycznie dopuścił się morderstwa.

Praca nad reportażem trwa prawie pół roku, ale nawet po zebraniu wszystkich informacji na etapie montażu Ewa nadal nie jest spokojna.

Potrafi zadzwonić do szefa informacji Polsat News w środku nocy, tylko żeby spytać, czy nie zmienić w materiale jakiegoś zdania.

Na montażu potrafi się kłócić o każde ujęcie, najdrobniejszą wypowiedź, którą uważa za istotną, bo też ten reportaż ma dla niej ogromne znaczenie.

Finalnie reportaż ma swoją premierę w styczniu 2017 roku i zostaje opublikowany pod tytułem Mała prosiła, żeby jej nie zabijać.

Wraz z premierą Ewa przekazuje prokuraturze adres Krzysztofa, a prokurator generalny podejmuje decyzję o wznowieniu śledztwa.

Za zaangażowanie Ewa dostaje oficjalne podziękowania od Zbigniewa Ziobry, a także od ówczesnej premier Beaty Szydło.

Pół roku po premierze, 14 lipca 2017 roku, rosyjskie media publikują informację, że Krzysztof P. został zatrzymany w Centrum Biznesowym w Petersburgu, gdzie znajdowało się jego biuro.

O jego dalszych losach zadecydować ma Sąd Rosyjski, a w oczekiwaniu na decyzję Krzysztof przebywa w areszcie domowym.

Jeśli dojdzie do ekstradycji, to zostanie on przesłuchany przez polskich funkcjonariuszy i usłyszy zarzuty.

Dwa miesiące po jego zatrzymaniu, we wrześniu 2017 roku, w programie Państwo w Państwie ukazuje się druga część reportażu o Krzysztofie.

Tym razem materiał zatytułowano Zbrodnia bez kary.

Reportaż przygotowała Ewa, a w nim przedstawia więcej informacji na temat przeszłości Krzysztofa oraz rozważa, czy to możliwe, że jest on odpowiedzialny za jeszcze jedną zbrodnię, którą popełniono tym razem w Polsce w latach 70.

Chodzi o zabójstwo trzyletniego Wojtusia mieszkającego w Pabianicach.

Krzysztof miał wtedy 18 lat i są pewne poszlaki mogące świadczyć o tym, że Wojtek był jego pierwszą albo jedną z pierwszych ofiar.

Przenosimy się do roku 1976, kiedy to Krzysztof jest jeszcze nastolatkiem uczęszczającym do liceum nr 1 w Pabianicach.

Ma tam opinię bardzo dobrego ucznia, który wyróżnia się na tle innych swoją wiedzą, przede wszystkim wiedzą techniczną.

Bierze nawet udział w ogólnopolskiej olimpiadzie poświęconej tej dziedzinie, a zakres informacji, jakimi dysponuje, pozwala mu dojść aż do finału.

Mieszka na jednym z pabianickich osiedli, niedaleko szkoły, do której uczęszcza, w zwykłym czteropiętrowym bloku razem z młodszym bratem, mamą i tatą.

Wśród sąsiadów rodzice mają raczej neutralną opinię, uznawani są za ludzi spokojnych, nie utrzymujących bliskich kontaktów z mieszkańcami bloku, zachowujących jedynie kontakt grzecznościowy, czyli wymiana dzień dobry i dobry wieczór na klatce schodowej.

Chłopcy za to opinię mają gorszą, ponieważ sąsiedzi uważają ich za aroganckich i sprawiających wrażenie, jakby czuli się lepsi od innych.

Na tym samym osiedlu kilka bloków dalej w kierunku szkoły mieszka trzy i pół letni Wojtuś.

Upraszczając, te obiekty ułożone są tak, że pierwsze od lewej jest liceum, do którego chodzi Krzysztof, później jest kilka bloków, a wśród nich ten, w którym mieszka Wojtek i najbardziej po prawej blok Krzysztofa.

W związku z tym idąc do szkoły Krzysztof za każdym razem mija blok, w którym mieszka Wojtek.

Jest sobota 21 lutego, a Wojtek i jego siostra spędzają przedpołudnie z dziadkiem.

Przygotowują się do wyjścia na spacer, więc dziadek najpierw ubiera Wojtka, a później zajmuje się wnuczką.

Przygotowanie do wyjścia kilkulatków, jeszcze jak jest zima i tych ubrań trzeba założyć kilka warstw, zajmuje dłuższą chwilę, więc żeby Wojtek się za bardzo nie zgrzał, dziadek pozwala mu wyjść na klatkę schodową.

Chłopiec ma tam na nich poczekać, do czasu aż dziadek nie przygotuje do wyjścia jego siostry.

Wojtek najpierw stoi na klatce, a później schodzi na dół i staje na podwórku przed wejściem do bloku.

Całość trwa maksymalnie kilka minut, ale gdy dziadek w końcu schodzi na dół, chłopca nigdzie nie ma.

Sprawa zostaje zgłoszona milicji, a ci rozpoczynają poszukiwania.

Po kilku dniach Wojtek zostaje znaleziony, powieszony na szaliku w pustostanie naprzeciwko Parku Wolności.

To nie jest taki pustostan typu opuszczona rudera, tylko nowo budowany dom, gdzie przez weekend prawdopodobnie nie prowadzono prac remontowych.

Zapewne gdy pracownicy weszli tam w poniedziałek, znaleźli Wojtka.

Sekcja zwłok wykazuje, że chłopiec przed śmiercią został wykorzystany.

Kilka miesięcy po tej zbrodni w Łodzi dochodzi do bliźniaczo podobnego przestępstwa, a milicjantom udaje się znaleźć winnego, którym okazuje się być Marek, sąsiad ofiary.

Funkcjonariusze chcą mu przypisać również zbrodnię z Pabianic, więc dochodzi do jakże znamiennego w tamtych czasach procederu,

mianowicie wymuszania zeznań przemocą.

Później na wizji lokalnej taki oskarżony nawet nie wiedział, do którego mieszkania miał wejść i co dokładnie pokazywać.

W tym przypadku było dokładnie tak samo.

Ostatecznie Marka skazano chyba jedynie za zbrodnię w Łodzi, a zabójstwo z Pabianic pozostało nierozwiązane.

Gdy sprawą zaczyna zajmować się Ewa, postanawia sprawdzić ten trop i razem z operatorem przeprowadzają eksperyment.

W aktach znajdują opis drogi, którą rzekomo pokonał Marek w dzień zabójstwa i sami ruszają dokładnie taką samą trasą.

Droga jest dość skomplikowana, bo Marek miał wyjść ze swojego mieszkania w Łodzi około 8 rano, następnie przejść się po osiedlu i zrobić zakupy, później wrócić do domu, posiedzieć tam chwii dopiero po tym ruszyć do Pabianic.

Żeby tam dojechać z jego osiedla trzeba pojechać na obrzeża miasta tramwajem, a później przesiąść się na autobus.

W ogóle tak na marginesie to niby skąd miał wiedzieć, że akurat w Pabianicach o tej godzinie na jakimś przypadkowym osiedlu jakiś chłopiec będzie stał sam na chodniku.

Bardziej sensowne wydaje się szukanie podejrzanego w bliższym otoczeniu, wśród osób, które mogły zaobserwować jakieś zwyczaje rodziny i to, że np.

zdarza się, że dziecko chwilowo zostaje bez opieki.

Ale wracając do eksperymentu, to Ewa sprawdza tą drogę i ostatecznie pokonanie całej trasy zajmuje jej 3 godziny.

W kontekście eksperymentu trzeba to uznać za wariant optymistyczny, bo komunikacja miejska i podmiejska w latach 70., a w 2017 roku to są dwie zupełnie inne rzeczy.

W związku z tym Markowi ta droga zajęłaby prawdopodobnie więcej czasu, ale nawet jeśli uznamy, że tak jak Ewa pokonał ją dokładnie w trzy godziny, to niemożliwe jest, żeby to on był sprawcą.

Wyszedł z domu o ósmej, a Wojtka porwano już dwie godziny później, około dziesiątej.

Jego udział w sprawie jest więc z dużym prawdopodobieństwem do wykluczenia, ale dlaczego wobec tego Ewa podejrzewa, że winny jest Krzysztof?

Po pierwsze dlatego, że wiadomo jakie ma preferencje, mógł szukać sobie ofiar, a mieszkał bardzo blisko Wojtka, więc też mógł spokojnie przeprowadzić obserwacje.

Po drugie, w rozmowie z informatorem kilka razy wspominał, że wykorzystywał nieletnich jeszcze gdy sam był nastolatkiem.

Wyznania te, tak jak wszystkie inne, poparte były szczegółowymi opisami, więc można się domyśleć, że nie są to jedynie fantazje, a opisy czynów, które faktycznie miały miejsce.

Po trzecie Ewa dotarła chyba do Woźnego, który w tamtym czasie pracował w Pabianickiej 1 i potwierdził, że lekcje w tej szkole regularnie odbywały się w soboty.

W sobotę 21 lutego przed południem Krzysztof mógł więc iść do szkoły, jak zwykle mijając przy okazji blok Wojtka i tam natknąć się na chłopca.

I po czwarte, ten pustostan, w którym ukryto zwłoki, znajdował się naprzeciwko parku, do którego młodzież z pobliskiego liceum nr 1 często chodziła na wagary albo po prostu spotykała się po szkole.

Krzysztof nie był wyjątkiem, więc mógł zauważyć, że obok parku budowany jest dom i jednocześnie, że prace na działce trwają od poniedziałku do piątku, w weekendy nikogo tam nie ma.

Tym, co z kolei przeczy tej hipotezie jest fakt, że Krzysztof z zasady porywał wyłącznie dziewczynki.

Z drugiej strony kilkuletni chłopiec może być pomylony z dziewczynką, ze względu na to, że nie ma jeszcze wyraźnie wykształconych rysów twarzy.

Poza tym Wojtek miał założoną czapkę, co patrząc stereotypowo również utrudniło identyfikację płci, bo co do zasady chłopiec będzie mieć krótsze włosy niż dziewczynka.

Tak małe dzieci, dodatkowo ubrane w grube warstwy odzieży zimowej, można rozróżnić głównie właśnie po ubraniach, a Wojtek tamtego dnia był ubrany na czerwono, więc teoretycznie mógł zostać uznany za dziewczynkę.

Mimo wszystko są to jedynie poszlaki i to nie jakieś niepodważalne, więc ostatecznie Krzysztofa o to zabójstwo nie oskarżono.

Po ukończeniu liceum Krzysztof rozpoczął studia na Politechnice Łódzkiej.

Zakończył edukację na początku lat 80. i jeszcze przez wiele lat pracował w Polsce, a dopiero w 2001 roku wyjechał za granii dalszą część już znamy.

Ewa dotarła do rodziny Krzysztofa, to jest do jego mamy i do młodszego brata.

Mama nie chciała rozmawiać, ale poinformowała o tym spokojnie, powiedziała jedynie, że nie wierzy, że syn dopuścił się takich rzeczy.

Brat natomiast był agresywny i groził dziennikarzom.

W końcu jednak Ewa wykorzystując swoje zdolności interpersonalne trochę go uspokoiła i mężczyzna powiedziim, że nie ma z bratem kontaktu od blisko 30 lat, więc też nie ma za bardzo czego im opowiedzieć.

Niestety nie wiem jak potyczyły się dalej losy sprawcy, bo nie znalazłam na ten temat żadnych doniesień medialnych, więc być może proces odbył się po prostu w Rosji.

Jedyna kontynuacja, o jakiej wiem, dotyczy już bezpośrednio Ewy, na którą prokuratura nałożyła karę pieniężną.

Chodziło o to, że w toku śledztwa nie chciała im ujawnić danych informatora, który pomógł jej w przygotowaniu reportażu.

Najpierw prokuratura nałożyła na Ewę karę grzywny w kwocie 6 tys.

zł, potem ona się odwołała, ale w październiku 2017 roku łódzki sąd tę karę podtrzymał.

Do końca procesu była nieugięta i podtrzymywała stanowisko, że nie może złamać tajemnicy dziennikarskiej i ujawnić tych danych.

Uważa bowiem, że jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo informatora.

Dała mu słowo, a on w rozmowie mówił jej, że zależy mu na dyskrecji, ponieważ boi się o siebie i swoją rodzinę.

Trochę słabo, że gdyby nie ona, to nikt by pewnie nie ruszył z powrotem tego śledztwa, a i tak została jeszcze ukarana.

Ale jakby tego było mało, to również w tamtym czasie Ewa zaczyna czuć się zagrożona, ponieważ coraz częściej dostaje anonimowe telefony z groźbami.

Jednemu z redakcyjnych kolegów opowiada, że dzwoni do niej jakaś nieznana osoba, która grozi, że jeśli nie ujawni swojego źródła, to może przypadkiem wpaść pod samochód albo się powiesić.

We wrześniu 2017 roku Ewa zaczyna dodatkowo działać w mediach powiedzmy nowej generacji i zakłada kanał na YouTube.

Jako pierwszy dodaje oczywiście reportaż Mała prosiła, żeby jej nie zabijać.

Jeszcze pod koniec 2017 roku jej praca zostaje doceniona i dziennikarka odbiera nagrodę w konkursie Mediatory w kategorii Reformator.

Nagroda ta jest przyznawana dziennikarzom lub redakcjom, które przez wydawane publikacje albo zmieniają, albo tworzą warunki do zmiany życia społecznego.

Niewątpliwie reportaż, który przyczynił się do schwytania niebezpiecznego przestępcy, idealnie wpasowuje się w tę kategorię.

Przy odbiorze nagrody Ewa wygłasza według mnie bardzo mocną i spójną z całym jej wizerunkiem przemowę, gdzie padają m.in.

takie zdania jak tam, gdzie inni nie mogą się przebić, to my musimy uderzać głową w mur i dochodzić do prawdy, czy też później wielokrotnie cytowane moim celem jest prawda.

Poza tym za reportaż Ewa była nominowana do innych prestiżowych nagród, takich jak Grand Press czy Nagroda imienia Andrzeja Wojciechowskiego.

Nie są to jedyne nagrody i nominacje, jakie otrzymała, ale w kontekście historii nie ma potrzeby wymieniania wszystkich, więc skupiłam się na tych najważniejszych.

Następne miesiące Ewa poświęca na zbieranie materiałów do książki, której premiera finalnie przypada na lipiec 2018 roku.

Publikacja poświęcona jest sprawie Mariusza Trynkiewicza.

W jednym z wywiadów Ewa wspomina, że odkąd została dziennikarką, wiedziała, że w końcu zajmie się tą zbrodnią.

Sprawa jest dla niej wyjątkowo ważna, ponieważ rozgrywała się w jej rodzinnej miejscowości, gdy sama była w wieku zbliżonym do ofiar, co zresztą dokładnie omawiałam na początku.

Z uwagi na fakt, że sama pochodzi z Piotrkowa Trybunalskiego, to dysponuje informacjami z pierwszej ręki, a także miała możliwość poczynić własne obserwacje.

Bliscy zamordowanych chłopców nigdy się nie podnieśli po tej tragedii.

Pojawiły się u nich problemy z alkoholem, a niektóre rodziny zwyczajnie się rozpadły.

Jest to bardzo kontrastowe w stosunku do tego, jak powodziło im się wcześniej, bo były to rodziny z dobrą sytuacją majątkową i przede wszystkim szczęśliwe.

Gdy Ewa była nastolatką, wyobrażała sobie sprawcę jako potwora.

Jednak po zagłębieniu się w temat zauważyła, że tak naprawdę mógł on stwarzać pozory całkiem normalnego mężczyzny i chyba to jest najbardziej przerażające.

Był nauczycielem i sprawiał wrażenie osoby, która dobrze odnajduje się wśród lokalnej społeczności.

W swojej książce Ewa próbuje więc znaleźć odpowiedź na pytania o to, jak kształtuje się osobowość mordercy, jakiego klucza używa do wybierania ofiar i w jaki sposób się maskuje, tak aby niczym się nie wyróżnii w spokoju móc zagłębiać się w świat swoich chorych fantazji.

Jak sama podkreśla, w książce stara się unikać słów piętnujących sprawcę, np.

bestia albo potwór, bo nie chce narzucać czytelnikowi swojego zdania, a zależy jej jedynie na przedstawieniu faktów.

Wychodzi z założenia, że odbiorca sam powinien dokonać interpretacji i ocenę.

Trynkiewicz wydaje jej się być inteligentnym człowiekiem, któremu udało się perfekcyjnie zmanipulować śledczych.

Ewa ma spore wątpliwości co do tego, czy działał w pojedynkę i czy powinien być jedynym skazanym w tej sprawie.

Książka nosi tytuł Łowca.

Sprawa Trynkiewicza, gdyby ktoś chciał się dokładniej zapoznać.

Po jej wydaniu Ewa zajmuje się oczywiście promocją i bierze udział w kolejnych spotkaniach autorskich.

Nie spoczywa jednak na laurach, bo też w ogóle nie leży to w jej naturze i wpada w wir dalszej pracy.

Poza reportażami dla Polsatu planuje kolejną książkę, ale ten wątek dokładniej omówię później.

Najpierw zatrzymamy się nad kolejnym głośnym reportażem Ewy pod tytułem Czekałem na Was, którego premiera przypada na maj 2019 roku.

Wydarzenia, których reportaż dotyczy, rozegrały się znacznie wcześniej, ale Ewa prawdopodobnie chciała poczekać z publikacją do wyroku.

Wszystko zaczęło się dwa lata wcześniej, w piątek 25 sierpnia 2017 roku.

Jak wiemy, Ewa zajmowała się wtedy sprawą Krzysztofa i zbierała materiały do drugiej części reportażu na jego temat.

Naturalnie nie koncentrowała się wyłącznie na jednej sprawie, więc w międzyczasie realizowała też inne śledztwa.

I właśnie w tamten sierpniowy piątek, przeglądając Facebooka, już kolejny raz zauważa ogłoszenie o zaginięciu 20-letniej Kai.

Dziewczyny szukają bliscy, którzy boją się, że została porwana i wywieziona do Niemiec.

Zaginiona okazuje się również pochodzi z województwa łódzkiego, dokładnie ze Zduńskiej Woli, więc informacja o tym, że zaginęła jest najbardziej rozpowszechniana właśnie wśród ludzi z najbliższej okolicy.

Sprawa wydaje się Ewie ciekawa, więc postanawia zrobić małe śledztwo i sprawdzić, czy to na pewno aktualne, bo według ogłoszenia Kaja zaginęła ponad 10 dni temu, a jeżeli jest aktualne, to może będzie trzeba to nagłośnić.

W pierwszej kolejności kontaktuje się z posterunkiem policji w Zduńskiej Woli i pyta jakie są postępy w sprawie i czy coś już ustalono.

Po jej zaskoczeniu postępy są żadne, a policjanci chyba nie do końca są zainteresowani rozwiązaniem sprawy.

Jeden z nich wspomina tylko, że Kaja miała chłopaka i pewnie to z nim uciekła.

Wobec tych dość ograniczonych informacji Ewa dzwoni pod numer podany w ogłoszeniu.

Odbiera mężczyzna, przedstawia się jako Damian i mówi, że jest starszym bratem Kaji.

Gdy Ewa informuje go, że jest dziennikarką Polsatu, Damian przybiera sceptyczny ton i tłumaczy, że nie chce nagłaśniać sprawy w mediach ogólnopolskich.

Ewa jednak nie daje za wygraną.

Mówi, że przecież materiał Polsatu trafi do większej grupy odbiorców niż post na Facebooku, a jak zamieszczą w nim dodatkowo zdjęcie Kai, to jest duża szansa, że ktoś ją rozpozna.

W końcu Damian się zgadza i ustalają, że trzeba działać szybko, więc Ewa, która do Zduńskiej Woli ma blisko, proponuje, że przyjedzie już następnego dnia w sobotę.

Damianowi, mimo że mieszka na co dzień w Warszawie, termin pasuje i obiecuje, że następnego dnia zjawi się na nagraniach.

Ewa, korzystając z okazji, że i tak będzie na miejscu, chce dodatkowo umówić spotkanie z rzecznikiem prasowym tamtejszej policji, żeby ten przed kamerą powiedział coś więcej na temat prowadzonego śledztwa.

Rzecznik odpowiada jednak, że nie może, bo to sobota i będzie zajęty swoimi prywatnymi sprawami.

Następnego dnia, czyli 26 sierpnia, zgodnie z ustaleniem Ewa i operator zjawiają się w Zduńskiej Woli.

Spotykają się z Damianem, który przyprowadza też młodszą siostrę jego i Kaji, Malwinę.

Malwina jest jeszcze w wieku nastoletnim, ale chyba ma już skończone 18 lat i to ona jako ostatnia widziała się z Kają.

Damian wyjaśnia, że są najbliższą rodziną Kaji, bo ich rodzice nie żyją od wielu lat.

Z informacji medialnych wynika, że Kaja miała trudne dzieciństwo, a jego znaczną część spędziła w ośrodkach socjoterapii.

Mimo młodego wieku jest już mamą, bo gdy miała 18 lat zaszła w ciążę i urodziła syna.

Synek w momencie jej zaginięcia ma dwa latka i Kaja wychowuje go sama, ewentualnie z pomocą ojca dziecka, z którym jednak nie pozostaje już w związku.

Po jej zaginięciu dzieckiem zajęła się Malwina, ale do chronologii wydarzeń przejdę zaraz.

Najpierw jeszcze kwestia chłopaka, o którym w rozmowie z Ewą wspomniał jeden z policjantów.

Od kilku tygodni, tak od miesiąca, maksymalnie od półtora, Kaja spotyka się z Arturem.

Była to miłość od pierwszego wejrzenia, a poznali się właściwie przypadkiem, gdy Artur niespodziewanie jej pomógł.

Pewnego razu Kaja szła ulii zaczepili ją jacyś mężczyźni.

Nie chciała z nimi rozmawiać, ale oni byli strasznie natrętni i nie chcieli się odczepić.

Akurat w tym samym czasie obok przechodził Artur i stanął w jej obronie, a po tym od słowa do słowa umówili się na pierwszą randkę.

Niestety Artur nie jest tak kryształową postacią, za jaką uważa go Kaja, która raczej nie wie, że jej chłopak był dwukrotnie karany.

Oba procesy odbyły się poza granicami Polski, pierwszy w Wielkiej Brytanii, gdzie Artur został skazany za brutalny gwałt, a drugi w Niemczech, gdzie skazano go za uszkodzenie ciała.

Kaja jest nim tak bardzo zauroczona, że krótko po rozpoczęciu znajomości zamieszkują razem.

Wraz z dzieckiem Kaja wprowadza się do mieszkania Artura, znajdującego się we wieżowcu przy ulicy Rojnej na łódzkim Teofilowie.

Naturalnie Artur już wcześniej poznał jej syna i nawiązał z nim chyba całkiem dobry kontakt.

Często opiekuje się chłopcem, gdy Kaja wychodzi, kupuje mu prezenty i wymyśla różne zabawy.

To mieszkanie w Łodzi ma być tylko na chwilę, bo w tamtym czasie Kaja urządza swoje nowe mieszkanie w Zduńskiej Woli i to tam docelowo mają we trójkę zamieszkać.

Rodzeństwo potwierdza, że policja przyjęła hipotezę o dobrowolnej ucieczce, ale oni są pewni, że nawet jeśli Kaja wpadłaby na taki pomysł i nic im o tym nie powiedziała, to z całą pewnością zabrałaby syna ze sobą, a nie zostawiała go Malwinie.

Wracając do samego początku, to wszystko zaczęło się 12 dni wcześniej, czyli w poniedziałek 14 sierpnia.

Kaja przyjechała wtedy z Łodzi do Zduńskiej Woli, żeby zobaczyć się z Malwii może też sprawdzić, jak wyglądają sprawy w mieszkaniu, do którego wkrótce ma się wprowadzić.

Przyjechała tylko na jeden dzień, więc nie zabierała ze sobą syna, który w tym czasie został pod opieką Artura.

W trakcie spotkania powiedziała Malwinie, że następnego dnia też będzie w Zduńskiej Woli.

Tym razem przyjadą we trójkę, bo do nowego mieszkania trzeba przywieźć meble, a następnie je poustawiać.

Rozmawiali na ten temat z Arturem i ustalili, że zrobią to razem, żeby Kaja sama nie musiała ich dźwigać.

Po spotkaniu wychodzi i kieruje się na dworzec, z którego ma ruszyć w drogę powrotną do Łodzi.

To wtedy Malwina widzi ją po raz ostatni.

Tego dnia już nie rozmawia z siostrą i następnego również nie.

Może nie miała w zwyczaju sprawdzać za każdym razem, czy Kaja dojechała do domu.

Po prostu założyła, że tam dotarła, skoro po drodze nie pisała jej o żadnych komplikacjach.

Mimo, że we wtorek Malwina nie dzwoni, to z Kają próbuje się skontaktować inna osoba i jej przyjaciółka.

Telefon odbiera wtedy Artur i przekazuje, że Kaja nie może rozmawiać, bo źle się czuje, wzięła leki przeciwbólowe i zasnęła.

Powiedział też, że może coś przekazać, ale przyjaciółka nic już nie chciała i zakończyła rozmowę.

Była zaskoczona, bo nigdy nie zdarzało się, żeby Kaja od niej nie odebrała, a jeżeli nawet, to po prostu sama oddzwaniała.

Nie dawała nikomu do dyspozycji swojego telefonu.

Artur zresztą też nie miał wcześniej w nawyku, aby ten telefon samodzielnie odbierać.

Następnego dnia, w środę, do Kaji dzwoni Malwina.

Wie, że siostra miała być dzień wcześniej w Zduńskiej Woli, a w ogóle się do niej nie odezwała.

Tym razem też odbiera Artur i wyjaśnia, że nie przyjechali wczoraj, bo Kaja się źle czuła i zresztą ten stan nadal się utrzymuje, więc dziś przyjechał sam.

Kaja została w Łodzi, a on zabrał dziecko, żeby nie musiała się nim zajmować.

Wie jednak, że nie będzie w stanie poświęcić chłopcu 100% uwagi przez cały dzień, ponieważ musi poustawiać meble, co wcześniej było planowane.

Pyta więc, czy Malwina mogłaby podjechać i na kilka godzin przejąć nad nim opiekę.

Ona się zgadza i jedzie odebrać siostrzeńca, po czym wraca z nim do siebie do mieszkania.

Artur wyjaśnia jej jeszcze, że przypadkiem zabrał telefon Kai, więc jak będzie coś chciała, to na razie ma kontaktować się z nim, a on później wszystko przekaże.

Wieczorem Artur w ogóle nie odbiera telefonu i nie przyjeżdża po chłopca, a kolejnego dnia, w czwartek, numer Kai przestaje być aktywny.

Malwina zawiadamia Damiana o tej dziwnej sytuacji i wspólnie decydują, że trzeba zgłosić policji zaginięcie.

Siostra jedzie więc na komisariat i opisuje policjantom całą sytuację, a oni w pierwszej kolejności udają się do mieszkania na Roinej.

Po powrocie informują rodzeństwo, że wszystko jest w porządku, ale Kai tam nie było i będą kontynuować poszukiwania.

Malwina i Damian nie wiedzą jeszcze, że już następnego dnia, w piątek o godzinie 8.45, naczelnik Wydziału Kryminalnego wydał swoim podwładnym polecenie, aby przerwali czynności w sprawie poszukiwań.

Sprawę prawdopodobnie uznał za mało istotną i taką, która wkrótce rozwiąże się sama.

W związku z brakiem nowych informacji w sobotę 19 sierpnia Damian i Malwina sami jadą do mieszkania na Rojnej.

Nikt nie otwiera, a ich uwagę zwraca okropny smród wydobywający się z mieszkania.

Dzwonią po policjantów i strażaków, którzy przyjeżdżają na miejsce i na tym właściwie kończą się czynności wykonywane przez policję.

Żaden z nich nie sprawdza monitoringu ani nie puka nawet do mieszkań sąsiadów, żeby spytać, kiedy ostatnio widzieli Kaję.

Strażacy chcą wejść do mieszkania przez okno, więc jeden z nich pyta policjanta, czy zamierza im towarzyszyć.

On odpowiada tylko, że mają iść sami, a potem opisać, co zastali w środku.

Tak też się dzieje i po wyjściu strażacy opisują, że w mieszkaniu znajdują się dwie wersalki, ustawione jedna na drugiej, a na nich jeszcze fotel.

Ten fotel chyba zdjęli, potem podnieśli wieko wersalki na górze, a następnie tej na dole.

Jeżeli chodzi o wersalkę na dole, to jedynie ją uchylili, tyle na ile było to możliwe, bo nie zdjęli przed tym wersalki z góry, więc ona mocno ograniczała ruchy.

Na stoliku obok leżały tablet i telefon.

Jak się potem okazało, oba urządzenia należały do Kai.

Ostatecznie strażacy podsumowali to tak, że w mieszkaniu nie było niczego podejrzanego, a co do urządzeń elektrycznych, to zapytali policjantów, czy mają je zabezpieczyć, jednak oni odpowiedzieli, że nie ma takiej potrzeby.

Kwestię tego niezbyt przyjemnego zapachu strażacy wyjaśnili tak, że w mieszkaniu znajduje się niewyczyszczona kocia kuweta.

Poza tym wszystko jest w porządku, Kaja pewnie żyje i rodzina nie musi się martwić.

Taką wersję policjanci przekazali dalej prokuratorowi i w ten sposób temat został zamknięty.

Te słowa nie uspokoiły rodzeństwa, więc nie ustali w poszukiwaniach siostry przez następny tydzień, a w piątek, jak już wiemy, do Damiana zgłosiła się Ewa.

W Zduńskiej Woli razem z operatorem udało jej się nagrać wszystko, co potrzebne do przygotowania reportażu o zaginięciu i już następnego dnia materiał pojawia się w Polsat News.

Efekt zostaje osiągnięty, ponieważ śledczy w końcu podchodzą do poszukiwań trochę poważniej.

Po prawie dwóch tygodniach znów wchodzą do mieszkania na Roinej, tym razem samodzielnie i dokładnie je przeszukują.

Wynik tego przeszukania nie pozostawia Malwinie i Damianowi nawet cienia nadziei, że jeszcze kiedyś zobaczą Kaję żywą, bo okazuje się, że ich siostra została zamordowana.

Sprawca zawinął ciało w prześcieradło, a następnie ukrył je w wersalce, którą notabene sprawdzali wcześniej strażacy.

Poniekąd jestem w stanie zrozumieć, dlaczego to przeoczyli, bo skoro jedynie uchylili kanapę, nad którą stała inna, to mieli ograniczone pole widzenia.

Zobaczyli, że w środku są jakieś prześcieradła, czyli to, czego można się spodziewać w takim miejscu.

Z drugiej strony zwłoki mają bardzo charakterystyczny zapach, więc jak już tam weszli z podejrzeniem, że może znajdą ciało, to mogli dokładniej przeszukać mieszkanie i przynajmniej zdjąć jedną kanapę z drugiej.

Po odkryciu prawdy i zagłębieniu się w działania podejmowane przez policję, okazuje się, że funkcjonariusze sfałszowali notatki służbowe, w których napisali, że sami byli w mieszkaniu, sprawdzili je i wszystko było w porządku.

W związku z tym sześciu policjantów ma postępowanie dyscyplinarne, z czego dwóch odchodzi ze służby, a reszta zostaje zdegradowana i zostają na nich nałożone kary pieniężne.

Dodatkowo przez sześć miesięcy mają otrzymywać dodatki pomniejszone o 20%.

Od kary się odwołują, ale co znacznie ciekawsze, dwóm funkcjonariuszom, którym obniżono premię, przełożony zlecił, cóż za ironia, zrobienie filmu promocyjnego o pracy policji.

Za zrealizowanie projektu otrzymują bonus pieniężny, który wyrównuje wcześniej potrąconą kwotę.

Dodatkowo na odprawie ze strony przełożonego policjantów mają paść następujące słowa, tutaj cytuję.

Dajmy teraz coś tym chłopakom zarobić.

Wracając do sprawy, to podejrzany jest naturalnie jeden, Artur W., tylko że przez to całe zamieszanie i przeciąganie poszukiwań już dawno zdążył uciec i jak się potem okaże, zrobił sobie wycieczkę objazdową po całej Polsce.

Wydano za nim list gończy i wyznaczono nagrodę za ustalenie miejsca pobytu, czym Artur chyba się nie przejął, bo za bardzo się nie ukrywał, czas spędzał głównie w miejscach publicznych.

Szukano go przez kilka dni, w trakcie których został dwukrotnie zatrzymany przez policję, raz za drobną kradzież w Biedronce, a drugi raz za spanie na ławce.

Policjanci dawali mu tylko mandaty, a później puszczali wolno.

Najwidoczniej nie skojarzyli, że jest on podejrzewany o dokonanie morderstwa.

Finalnie Artura zatrzymano 29 sierpnia podczas spaceru w koszalinie.

Zauważył go i rozpoznał tamtejszy patrol policji.

W trakcie zatrzymania Artur nie stawiał oporu, był spokojny, może trochę zaskoczony, a gdy zobaczył, że policjanci do niego podchodzą, powiedział tylko, czekałem na was.

Po zatrzymaniu złożył zeznania, w których opisał wszystko, co działo się wieczorem 14 sierpnia.

Zaczęło się od tego, że gdy Kaja wróciła ze Zduńskiej Woli, pokłócili się.

Według Superekspresu Kaja była w ciąży, o czym tamtego wieczoru poinformowała Artura.

Sekcja zwłok tego nie potwierdziła, ale ciało było w zaawansowanym stanie rozkładu, więc można zakładać pewien margines błędu.

Poza tym, jeżeli faktycznie była w ciąży, to na bardzo wczesnym etapie, więc może patolog nie mógł jednoznacznie tego potwierdzić.

Informacja o ciąży miała pochodzić od Malwiny, której Kaja wcześniej się z tego zwierzyła.

Gdy śledczy zapytali o to Artura, on przyznał, że faktycznie Kaja wspominała, że jest w ciąży,

Ale on i tak jej nie uwierzył, bo nie pokazała mu ani testu, ani żadnych wyników badań.

Kłótnia mogła być więc równie dobrze o coś zupełnie innego, ale nie zostało to jasno określone w źródłach.

O co by nie była, to trwała przez kilka godzin, aż do drugiej w nocy, kiedy nastąpił tragiczny finał.

Artur zaatakował Kaję, udusił ją, a następnie zawinął ciało w prześcieradło i ukrył w wersalce.

W mieszkaniu przez cały czas był syn Kaji, ale Artur zeznał, że na pewno nic nie widział.

Opiekę nad chłopcem przejął jego biologiczny tata, który na rozprawie zeznał, że z jego obserwacji wynika, że syn musiał coś widzieć.

Jeżeli nie sam akt przemocy, to przynajmniej ciało.

Można to wywnioskować z jego późniejszego zachowania, np.

z wymyślonej przez chłopca zabawy o nazwie Nie żyję, która polega na tym, że kładzie się on na podłodze i leży bez ruchu.

Proces toczył się za zamkniętymi drzwiami i zakończył się w kwietniu 2019 roku, kiedy to Sąd Okręgowy w Łodzi skazał Artura na karę dożywotniego pozbawienia wolności.

Po tym wyroku Ewa opublikowała swój reportaż, natomiast sprawa toczyła się dalej.

Po apelacji wyrok został zmniejszony do 25 lat, a kasacja w Sądzie Najwyższym została odrzucona, więc ostatecznie wyrok zachował się właśnie w niższej formie.

Jak łatwo zauważyć, jest to kolejna sprawa, w której Ewa wykazała nieudolność w pracy policji.

W czerwcu 2019 roku, dwa miesiące po publikacji reportażu Czekałem na Was, Ewa zaczyna prowadzić konto na Instagramie.

Jest tam bardzo aktywna, a nowe zdjęcia wstawia praktycznie codziennie.

Od czasu do czasu zdarza jej się jedno albo dwudniowa przerwa, ale to rzadkość.

Najczęściej publikuje każdego dnia, a czasem nawet dwa razy dziennie.

Tematyka zdjęć jest bardzo zróżnicowana, ale uogólniając Ewa bardziej skupia się na pokazywaniu życia prywatnego.

Dodaje zdjęcia swoich kotów, czasem jedzenia, czasem treningów i sporadycznie relacje z planów zdjęciowych.

W październiku tego samego roku zaczyna prowadzić podcast o nazwie Ewa Żarska, Żarówka Rozmowy, w którym jak tytuł wskazuje prowadzi rozmowy głównie ze sławnymi osobami, chociaż zdarzają się też odstępstwa od tego kryterium.

Jakoś na przełomie 2019 i 2020 roku zaczyna interesować się sportami wodnymi, szczególnie windsurfingiem.

Pasją do tej dyscypliny zarażają kolega z pracy Przemysław Talkowski, czyli prowadzący programu Państwo w Państwie.

W styczniu 2020 roku Ewa wylatuje na zagraniczne wakacje.

Nie wiem do jakiego kraju, ale na pewno do takiego, gdzie jest cieplej niż w Polsce i gdzie warunki atmosferyczne w styczniu sprzyjają próbowaniu sił w windsurfingu.

Sport chyba bardzo przypada jej do gustu, bo po powrocie razem z Przemysławem Talkowskim zaczynają planować kolejny, tym razem wspólny wyjazd na deska do Zatoki Puckiej.

Mają świadomość, że trzeba będzie poczekać jeszcze kilka miesięcy, aż zrobi się cieplej, jednak ostatecznie ich plany zostają pokrzyżowane nie przez pogodę, a przez pojawiające się w mediach doniesienia o rozprzestrzeniającym się wirusie.

W marcu 2020 roku w Polsce zostaje odnotowany pierwszy przypadek koronawirusa, co w efekcie prowadzi do diametralnych zmian w codziennym funkcjonowaniu obywateli.

Rząd sekwencyjnie nakłada kolejne ograniczenia i teraz krótko przypomnę w jakiej kolejności wszystko się działo.

12 marca wprowadzono stan zagrożenia epidemicznego, w związku z czym zawieszono zajęcia w szkołach, przedszkolach i żłobkach.

Dzień później zamknięto restauracje, siłownie, baseny, kina, muzea itp.

Już sam wirus wywoływał strach albo nawet panikę, wnioskując po masowym wykupywaniu różnych produktów, a coraz to nowsze obostrzenia i konieczność izolacji dodatkowo podbijały niepokój w społeczeństwie.

24 marca wyszły zalecenia odnośnie ograniczenia przemieszczania się, a także wprowadzono zakaz zgromadzeń.

Mimo sytuacji dookoła Ewa nadal w miarę możliwości działała i realizowała kolejne śledztwa, a pod koniec marca ukończyła reportaż o sprawie Angeliki z poprzedniej części odcinka.

Zebranie informacji wymagało działania w terenie, bo pojechała aż do Wojnarowej, żeby spotkać się z rodziną dziewczyny i tam nagrać materiał.

Zakończyła realizację tematu dosłownie chwilę przed wprowadzeniem kolejnych restrykcji, czyli ograniczeń w sklepach, do trzech klientów na kasę oraz godzin dla seniora.

Ponadto pod koniec marca zamknięto hotele i salony kosmetyczne, a także wprowadzono całkowity zakaz poruszania się po plażach i terenach zielonych.

9 kwietnia rząd wprowadził nakaz noszenia maseczek i zostaje nam 16 kwietnia.

Proszę zapamiętać to, co teraz powiem, bo to istotna data w kontekście późniejszych wydarzeń.

16 kwietnia pomiędzy godziną 12 a 14 odbywa się konferencja, na której premier ogłasza pierwszy plan znoszenia restrykcji, który ma być wdrażany etapami.

Stopniowo ma się zwiększać liczba osób mogących przebywać w sklepach wielkopowierzchniowych.

Zostaje zapowiedziane także zniesienie zakazu przemieszczania się w celach rekreacyjnych i odwiedzania terenów zielonych.

Od pierwszego przypadku zachorowania do 15 kwietnia włącznie było więc upraszczając coraz gorzej i stopniowo wchodziły kolejne restrykcje, a od 16 kwietnia zaczęto je trochę poluzowywać i wydawało się, że wszystko powoli zaczyna wracać do normy.

Zanim przejdziemy do dalszych wydarzeń z czwartku 16 kwietnia, cofniemy się o trzy dni, czyli do poniedziałku 13 kwietnia, kiedy to Ewa jest na zdjęciach do programu Państwo w Państwie.

Realizuje reportaż na temat nielegalnego składowiska niebezpiecznych odpadów znajdującego się we wsi Szołajdy w Wielkopolsce.

Szołajdy to bardzo mała wieś, leżąca w gminie Chodów, zamieszkiwana zaledwie przez trochę ponad 100 osób.

Jest to wieś z gatunku tych powiedzmy klasycznych, a nie sypialnych, czyli większość osób utrzymuje się z prowadzenia własnych gospodarstw, a nie z pracy, do której dojeżdża gdzieś dalej.

Przez lata nie za wiele się tam działo, wszyscy się znali i generalnie żyło się spokojnie.

Problemy zaczęły się, gdy pewne małżeństwo już zresztą w podeszłym wieku zmarło, a dom i ziemię odziedziczył ich wnuk, 35-letni Daniel.

Daniel chcąc zarobić, wymyślił sobie biznes mający polegać na utylizacji toksycznych odpadów, które przyjmował właśnie na posesji w Szołajdach.

Problem w tym, że tak naprawdę ich nie utylizował, a przynajmniej nie w taki sposób jak powinien.

Substancje przechowywał w beczkach albo wlewał do wykopanego wcześniej dołu i później je zakopywał.

Łącznie na posesji zgromadził 183 metry sześcienne niebezpiecznych substancji, wśród których znajdowały się m.in.

plastyfikatory, stabilizatory, rozpuszczalniki oraz odpady farb i lakieru.

Jak to określił tamtejszy wójt, Daniel na swojej posesji zebrał całą tablicę Mendelejewa.

Te praktyki doprowadziły do tego, że substancje przeniknęły do gleby, a wokół działki zaczął się unosić nieprzyjemny, chemiczny zapach.

Wiadomo, że im dalej tym stężenie oparów jest mniejsze, ale na negatywne skutki przebywania w okolicach składowiska skarżą się praktycznie wszyscy mieszkańcy wsi.

Wielu z nich ma spore problemy ze zdrowiem, ponieważ toksyczne opary szczególnie źle wpływają na drogi oddechowe.

Poza tym mieszkańcy wsi skarżą się na częste zapalenia spojówek i utrzymujący się dziwny metaliczny posmak w ustach.

W kwietniu temperatury nie są jeszcze jakoś zawrotnie wysokie, ale w następnych miesiącach już mogą być.

Wzrost temperatury powyżej 20 stopni spowoduje gwałtowny wzrost emisji toksyn do otoczenia.

Poza tym, że substancje są rakotwórcze, to stanowią również zagrożenie pożarowe, a w połączeniu z wysoką temperaturą może dojść do wybuchu.

W związku z coraz częściej pojawiającymi się skargami ze strony mieszkańców wsi, wójt zaczyna działać.

Kieruje zapytania do wyższych instancji, a urzędnicy przyjeżdżają na miejsce i z terenu posesji pobierają ponad 70 próbek do badań.

Finalnie wójt dostaje pisemny nakaz usunięcia składowiska.

Nakaz dotyczy oczywiście właściciela działki, czyli Daniela, tylko problem w tym, że z Danielem w ogóle nie można się skontaktować i poinformować go, że taki nakaz otrzymał.

W związku z tym wojewódzki inspektorat środowiska orzeka, że w drugiej kolejności do oczyszczania działki jest właśnie wójt.

On chce się tego podjąć, tylko że po zleceniu wyceny okazuje się, że koszt oczyszczenia posesji wyniesie 4 miliony złotych.

Gmina ma ograniczony i rozplanowany budżet, ale nawet jakby zrezygnować z przyszłych inwestycji to pieniędzy nie starczy.

Wójt sprawdza też możliwości dofinansowania, ale ani Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska, ani nawet ministerstwo nie mają nic do zaoferowania.

Stanowisko jest takie, że gmina musi sobie z tym poradzić sama, a jak nie mają pieniędzy, to odpady tam zostaną.

Chyba na nikim nie robi wrażenia, że występuje co najmniej zagrożenie zdrowia mieszkańców wsi.

Z uwagi na brak innych rozwiązań wójt rozważa przeprowadzenie ewakuacji.

Ewakuowane mają być oczywiście szołajdy, ale nie tylko, bo zagrożenie jest na tyle duże, że najlepiej byłoby przenieść mieszkańców jeszcze trzech innych pobliskich wsi.

Tylko to rozwiązanie ma co najmniej dwie wady.

Po pierwsze szołajdy są małe, ale w połączeniu z trzema innymi wsiami zbiera się duża grupa ludzi, których nie ma gdzie umieścić.

Wójt wspomina jedynie, że może zorganizować miejsca typu remiza, szkoła czy świetlica wiejska, ale są to lokale pobytu tymczasowego, więc nie wiadomo co dalej.

Po drugie, tak jak wspominałam na początku, te osoby w większości osiągają dochody z prowadzenia gospodarstw, więc dla nich ewakuacja jest równoznaczna z bezrobociem.

Ponadto, jak to bywa w gospodarstwie, większość nie uprawia jedynie roślin, a hoduje też zwierzęta, których w trakcie ewakuacji nie zabierze ze sobą do szkoły czy remizy, więc nie ma co z nimi zrobić.

Sytuacja jest praktycznie bez wyjścia, więc wójt podejmuje kontakt z mediami, licząc, że nagłośnienie sprawy w jakiś sposób pomoże.

Okazuje się, że do czasu nagrania reportażu nikt nie nałożył na Daniela nawet kary pieniężnej.

Mniej więcej miesiąc po publikacji materiału mężczyzna zostaje zatrzymany i składa zeznania.

Ponownie cel reportażu został osiągnięty, ponieważ zatrzymano winnego i cieszy mnie, że mamy w Polsce tak dobrych dziennikarzy śledczych,

Ale cały proces powinien z zasady działać tak samo dobrze bez nagłaśniania w mediach ogólnopolskich, więc jednocześnie jest to też trochę przykre.

Co do Daniela, to po przesłuchaniu wypuszczono go na wolność i poinformowano, że ma zakaz opuszczania miejsca zamieszkania.

Jednocześnie nie nałożono na niego żadnej formy dozoru, więc co było do przewidzenia, wyjechał z Polski.

Dopiero po 10 miesiącach w marcu 2021 roku policjanci zatrzymali go po raz drugi, tym razem w Niemczech i przywieźli do Polski.

W trakcie przesłuchania zeznał, że wyjechał, ponieważ bał się o siebie i swoją rodzinę.

Co dziwne, jest to kolejna sprawa, którą Ewa się zajmowała i która nie doczekała się swojej kontynuacji w mediach.

Ostatnia informacja, jaką znalazłam, dotyczy właśnie zatrzymania oraz tego, że sąd rejonowy podjął decyzję o aresztowaniu Daniela.

Wcześniej sprawa była bardzo medialna, bo nie tylko Ewa ją przedstawiała, ale również dziennikarze innych stacji.

Patrząc zupełnie pragmatycznie, to z kontynuacji dałoby się zrobić takie nagłówki, żeby się dobrze klikały i oglądały, więc ciekawe, że nikt nie pociągnął tego tematu dalej.

Wracając do Ewy, to w poniedziałek 13 kwietnia, być może we wtorek też, jest na nagraniach w Szołajdach.

W środę na pewno jest już w Łodzi i spotyka się z montażystami, żeby dać im ostatnie wskazówki, jak ma wyglądać materiał.

Wracamy znów do czwartku 16 kwietnia, kiedy to Ewa w godzinach porannych, około godziny 10 dodaje na Instagrama zdjęcie z nadmorza.

Na zdjęciu widać tylko ją, a w jednym ze źródeł znalazłam informację, że zrobiono je w jastarni.

Na fotografii Ewa przedstawiona jest z profilu.

Uśmiecha się, a podpis to tak mi się przypomniało.

Zdjęcie wydaje się jakich wiele.

Nie tylko ona marzyła w tamtym czasie o wyjeździe, a w dobie pandemii było to właściwie niemożliwe.

Natomiast chyba nikt się nie spodziewał, że będzie to ostatni post, jaki Ewa Żarska kiedykolwiek doda.

Post dodała po kilkudniowej przerwie, co w jej przypadku jest trochę dziwne, ale nie aż tak, bo w 2020 roku 12 i 13 kwietnia trwały święta wielkanocne.

Przed tym czwartkowym zdjęciem poprzednie dodała w niedzielę 12 kwietnia.

Na zdjęciu z niedzieli są jakieś ciasta, więc najpewniej świętowała Wielkanoc.

Może mimo obostrzeń udało jej się odwiedzić rodziców.

Mimo, że tamtej niedzieli na Instagrama dodała tylko to jedno zdjęcie, to na swój profil publiczny na Facebooku dodała też dwa inne.

Pierwsze to selfie w słuchawkach i sportowej bluzie, a drugie przedstawia las, więc prawdopodobnie zrobiła je, gdy wyszła pobiegać albo na spacer.

Następnego dnia w poniedziałek musiała jechać na nagrania, a później zajęła się obróbką materiału i najwidoczniej nie miała już przestrzeni na działanie w mediach społecznościowych.

W każdym razie w czwartek rano około dziesiątej dodaje to zdjęcie z nadmorza, a dwie godziny później odbywa się konferencja, na której premier ogłasza stopniowe znoszenie restrykcji.

Prawdopodobnie ucieszyła ją ta informacja, bo oznaczała, że wkrótce będzie mogła pojechać nad morze tak jak chciała.

Na razie jedynie na jeden dzień, bo hotele nadal pozostawały zamknięte, ale chodzenie po plaży znów było legalne.

Kilka godzin później wieczorem Ewa wymienia smsy ze swoją przyjaciółką, a ich treść jest co najmniej niepokojąca, bo dziennikarka pisze, że źle się czuje i sugeruje, że może coś sobie zrobić.

Kiedy Ewa przestaje odpisywać i nie odbiera telefonów, koleżanka decyduje, że pojedzie sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Prosi jeszcze jedną osobę, żeby z nią pojechała.

Być może boi się, że sobie nie poradzi, jeżeli Ewa będzie potrzebować pomocy.

Może nie ma klucza i zakłada, że trzeba będzie wyważyć drzwi albo jeszcze z innego powodu potrzebuje wsparcia.

Tak czy inaczej razem jadą do mieszkania Ewy i około 22 jakimś sposobem wchodzą do środka, gdzie zostają straszny widok.

Ewa nie żyje.

Zmarła w wieku 45 lat i odebrała sobie życie sama poprzez powieszanie się.

Przyjaciółka niezwłocznie dzwoni na numer alarmowy i wkrótce na miejsce przyjeżdżają policjanci i ratownicy, a następnie biegły oraz prokurator.

Funkcjonariusze prowadzą działania przez kilka godzin, do drugiej albo trzeciej w nocy.

Następnego dnia media obiega informacja o śmierci Ewy, a wraz z nią stanowisko wydane przez prokuraturę.

Rzecznik prasowy przekazał mediom, że na obecnym etapie śledztwa nie ma podstaw do stwierdzenia, że śmierć jest wynikiem działania osób trzecich, ale okoliczności nadal są wyjaśniane.

Wstępnie przyjęto hipotezę o samobójstwie ze względu na zabezpieczoną korespondencję.

Ta korespondencja to chyba smsy, które Ewa pisała, co według mnie jest takim sobie dowodem, bo nie da się z całą pewnością stwierdzić, czy smsy pisała samodzielnie.

W przypadku na przykład listu można zweryfikować charakter pisma, a smsa z cudzego telefonu właściwie każdy może wysłać.

Listu pożegnalnego nie było, co oczywiście jeszcze nie przeczy temu, że Ewa popełniła samobójstwo, ponieważ list zostawia jedynie 1 trzecia osób decydujących się na ten krok.

Ciało zostało przewiezione do Zakładu Medycyny Sądowej, ale sekcję zwłok wykonano dopiero po trzech dniach w poniedziałek.

Opóźnienie miało być spowodowane ograniczeniami związanymi z pandemią, a informacji na temat wyniku sekcji nie znalazłam.

Wiadomo, że policja zabezpieczyła znajdujący się w jej mieszkaniu nośnik danych.

Nie wiem jaki dokładnie, ale domyślam się, że pewnie dysk zewnętrzny albo pendrive.

Na nośniku miały znajdować się rzeczy związane z działalnością zawodową Ewy.

Po przejrzeniu zawartości śledczy uznali, że praca nie miała związku z jej śmiercią, a powodem podjęcia decyzji o zakończeniu życia były problemy osobiste.

Być może nie można tego w 100% wykluczyć, bo mało wiemy o życiu prywatnym Ewy, ale jej bliscy też nie są przekonani do tej wersji.

Jak to bywa w przypadku tajemniczych spraw z lat współczesnych, nie obyło się bez internetowego śledztwa.

W komentarzach wielokrotnie wskazywano, że 4 miesiące przed śmiercią, pod koniec grudnia 2019 roku, Ewa opublikowała odcinek podcastu, w którym rozmawiała z psychiatrą dr Anną Szefer-Nowakowską.

W odcinku poruszyła temat depresji, co według niektórych sygnalizuje, że sama zmagała się z tą chorobą.

Z dr Szefer-Nowakowską skontaktował się portal Wprost.

Lekarka powiedziała, że gdy się spotkały, Ewa nie miała objawów depresji, była pogodna, pełna energii i gotowa do działania.

Odcinek miał na celu zwiększyć świadomość na temat choroby, a Ewa zdecydowała się go nagrać, gdy dowiedziała się, jak ogromna jest skala depresji i ile osób na nią choruje.

Brzmi to przekonująco, bo Ewa była osobą, która podejmowała tematy ważne i trudne, ale ważne i trudne ogólnie dla społeczeństwa.

Niekoniecznie musiały one dotykać jej bezpośrednio.

Naturalnie to, że nie miała objawów choroby w grudniu, nie znaczy, że nie mogła zachorować kilka miesięcy później, szczególnie, że sytuacja dookoła się zmieniła i była dość stresująca.

Tylko, że później również nie zdradzała żadnych objawów albo przynajmniej nikt tego nie zauważył.

Koleżanka, która ją znalazła w dzień śmierci, powiedziała, że rozmawiały kilka dni wcześniej i Ewa była w dobrym humorze.

Dużo żartowały i umówiły się na weekendowy spacer.

To nie był jedyny plan Ewy na weekend od 17 do 18 kwietnia, bo innemu znajomemu powiedziała, że zamierza się wtedy wybrać nad morze.

Znajomy doradził, żeby poczekała jeszcze tydzień, bo rząd pewnie niedługo zniesie ograniczenia, co ostatecznie, jak wiemy, stało się już 16 kwietnia.

Należy pamiętać, że depresja ma różne oblicza i nie zawsze jest tak, że chory nie ma sił do podejmowania jakichkolwiek czynności.

Niektórzy są w stanie robić to co wcześniej, tylko bardziej mechanicznie, nie czerpiąc z tego takiej radości jak dotychczas.

Przy dobrze dobranych lekach można wrócić do normalnego funkcjonowania, a jeżeli chory szybko rozpozna objawy, zostanie zdiagnozowany i zacznie przyjmować leki, to możliwe, że otoczenie nie odnotuje dużej zmiany.

Poza tym trwał lockdown, nie wiem jak telewizja organizowała sobie pracę w tamtym czasie, bo dziennikarze musieli pojawiać się w studiu, ale może dzielili się na jakieś zmiany?

Nie wszyscy widzieli się ze sobą z taką częstotliwością jak wcześniej, więc współpracownicy mogli przeoczyć drobne zmiany w zachowaniu Ewy.

Wracając do lockdownu, dla osoby, która uwielbiała spędzać czas z innymi i z tego czerpała energię, na pewno było przykre, że nie może żyć tak jak do tej pory.

W tamtym czasie krążyło też dużo teorii spiskowych i fake newsów, więc nawet jak ktoś był odporny na tego typu rewelacje, to mógł czuć się przytłoczony.

W środowisku medialnym tych w cudzysłowie przecieków było zapewne jeszcze więcej, więc Ewę mogło to w jakiś sposób dotknąć.

Ale czy aż tak, żeby nie chciała dłużej żyć?

To już bardzo indywidualna kwestia, być może ta cała otoczka w połączeniu z depresją spowodowała, że tak.

Może były jeszcze inne, potencjalne przyczyny takiej decyzji, których nie poruszono w mediach.

Opierając się jednak na informacjach ogólnodostępnych, nie pasują mi dwie rzeczy.

To, co teraz powiem, to moja opinia, a nie fakty.

Po pierwsze, jeżeli bodźcem, który popchnął ją do samobójstwa była izolacja, to dlaczego popełniła je w dzień, w którym ogłoszono, że restrykcje będą znoszone?

Wydaje się to być najmniej logicznym momentem.

Teoretycznie mogła nie wiedzieć o ustaleniach z konferencji, ale pracując w programie informacyjnym raczej niemożliwe, żeby taka wiadomość ją ominęła.

Po drugie, analizując wszystkie informacje na jej temat, wydaje mi się, że nawet jeśli rozważałaby odebranie sobie życia...

to z uwagi na jej empatyczną naturę powstrzymywałaby ją świadomość, że w przypadku jej śmierci rodzice zostaną sami.

Pod opieką miała też koty, ale mogła uznać, że akurat nimi ktoś się zajmie.

Tym bardziej, że pisała koleżance o swoich zamiarach, więc pewnie zakładała, że ona od razu przyjedzie i zwierzęta nie będą zbyt długo bez opieki.

Za to rodzice, z którymi miała przecież dobry kontakt i którymi się opiekowała, polegali właściwie tylko na niej.

Chyba, że miała rodzeństwo, czego nie można wykluczyć, ale takich wzmianek w mediach nie ma.

To jest ogólnie temat rzeka.

Wiem, że w chwilach załamania ciężko myśleć logicznie, ale uogólniając samobójstwa rzadko są efektem impulsu.

Przynajmniej mówiąc o osobach dorosłych, bo w przypadku nastolatków to może wyglądać inaczej.

Natomiast u dorosłych w większości jest to zdarzenie planowane, poprzedzone walką o to, żeby poczuć się lepiej oraz rozważeniem wszystkich za i przeciw.

Jeżeli Ewa faktycznie miała taki plan, to jej przeciw według mnie w większości byłyby podyktowane troską o innych.

Wracamy do kolejnych wątków i hipotez przedstawionych w mediach.

W poniedziałek 27 kwietnia 2020 roku, czyli 11 dni po śmierci Ewy, odbywa się uroczystość pogrzebowa.

O 11.30 uczestnicy pogrzebu spotykają się w kaplicy cmentarnej w Piotrkowie Trybunalskim, a następnie idą na Stary Cmentarz Rzymskokatolicki.

Ewę przychodzą pożegnać przyjaciele, rodzina i sąsiedzi, a także współpracownicy oraz koledzy i koleżanki ze szkoły.

Jeszcze przed pogrzebem Super Express jako pierwszy informuje, że Ewa pracowała nad tajemniczą książką, a z mieszkania zniknęły notatki dotyczące zjawiska pedofilii wśród osób publicznych.

Informacja, jak podano bez konkretów, miała pochodzić z mediów społecznościowych.

Na początku wyglądała trochę jak fake news, bo inne portale o niczym podobnym nie wspominały, a prokuratura takich informacji nie potwierdziła.

Później portal wprost postanowił zbadać temat i skontaktował się z wydawnictwem, które docelowo miało wydać książkę.

Wydawnictwo potwierdziło, że Ewa pracowała nad nową publikacją, która pierwotnie miała dotyczyć zabójstwa i oskurowania krakowskiej studentki, której ciało wyłowiono z Wisły pod koniec lat 90.

Jak się można domyśleć, chodzi o sprawę Kasi Zowady.

Pomysł nie został zrealizowany, ponieważ jak wiemy w zeszłym roku sprawcę skazano, a wyrok był poprzedzony wieloma miesiącami śledztwa oraz oczekiwania na proces.

Archiwum X wróciło do sprawy w listopadzie 2019 roku, więc zbieranie informacji do książki w trakcie trwającego śledztwa było utrudnione ze względów prawnych.

Ewa znalazła więc inny temat.

Cytując za portalem Wprost, według wydawnictwa miały być w tej powieści wątki ze spraw, którymi Ewa się zajmowała.

Najgłośniejsza sprawa, jaką Ewa się zajmowała, to niewątpliwie sprawa Krzysztofa P., w której głównym motywem była pedofilia, co może potwierdzać wersję Superekspresu.

Potwierdza to dodatkowo informator wprostu, ponownie cytuję.

Wciąż badała sprawę Krzysztofa P., która jej zdaniem nie jest zakończona i wyjaśniona jak należy.

Szukała też wszystkiego, co dotyczyło systemu pieczy zastępczej, a najbardziej interesowały ją luki.

Czy osoby o skłonnościach pedofilskich mogą wniknąć w system rodzin zastępczych i adopcji dzieci?

I czy możliwy jest handel dziećmi poprzez jednostki publiczne?

Dalej jest wzmianka, że głównie zależało jej na zbadaniu tematu adopcji przez osoby wpływowe.

Przyjaciółka Ewy również potwierdziła informację, że pracowała ona nad kolejną książką i była już na zaawansowanym etapie prac, aczkolwiek wydawnictwo nie zdążyło podpisać z nią umowy.

Kto wie, może ta książka faktycznie się komuś nie spodobała, może nawet nie jej treść, która do końca pozostawała tajemnicą, a sama idea, która potencjalnie mogła zaszkodzić reputacji znanych osób.

Na podstawie reportaży przygotowanych przez Ewę, które wcześniej opisałam, można wywnioskować, że jeśli chciała zdemaskować jakąś ułomność systemu albo osobę, to po prostu to robiła.

Moją uwagę zwróciło to, że przyczyna jej śmierci

Już dwa razy przewinęła się w tej historii.

Raz w kontekście śmierci Wojtka, a drugi w kontekście gruźb, jakie Ewa otrzymywała.

Z drugiej strony może być to czysty przypadek, bo patrząc na statystyki, powieszenie się to metoda najczęściej wybierana przez osoby chcące odebrać sobie życie.

Ostatnie informacje na temat Ewy pochodzą z sierpnia 2020 roku.

Po czterech miesiącach prokuratura nadal prowadziła śledztwo.

Wydaje się to być dość długim dochodzeniem, jak na to, że przyjęto jedynie hipotezę o samobójstwie.

Chyba, że były jeszcze inne hipotezy, ale śledczy nie znaleźli dowodów na ich potwierdzenie, więc też nie były one komentowane w mediach.

Za kilkanaście dni miną dokładnie trzy lata od śmierci Ewy, a temat nigdzie się nie pojawił na nowo, więc albo sprawa ucichła, albo nowe ustalenia nie są podawane do wiadomości publicznej.

Podobna zależność jak w przypadku spraw prowadzonych przez Ewę, które wcześniej opisałam w odcinku.

Jeżeli przechodzisz przez trudny czas i potrzebujesz wsparcia, zadzwoń pod numer 800 702 222.

Jest to bezpłatny numer do Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym.

Numer jest czynny całodobowo przez 7 dni w tygodniu.

Jeżeli preferujesz kontakt online, możesz też porozmawiać ze specjalistą na czacie lub wysłać maila.

Link do strony znajduje się w opisie.

Możesz również zadzwonić pod numer 116 123.

Infolinia jest przeznaczona dla osób w kryzysie emocjonalnym, a także dla ofiar przestępstw, w szczególności tych doświadczających przemocy domowej.

Dyżury na infolinii pełnią psychologowie oraz prawnicy.

Ten numer również jest czynny całodobowo przez 7 dni w tygodniu.

0:00
0:00