Mentionsy
Lubelskie: Trzy razy wyrok (Lublin, 2006)
W mieszkaniu na jednym z lubelskich osiedli rodzina znajduje ciała dwóch kobiet. Komu mogło zależeć na ich śmierci?
--------------------------
Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji z ogólnodostępnych źródeł.
ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/10g-AcDtqOfpASntAWP0AdgC9ETQnXL7_j6UiZgBxNqM/edit?usp=sharing
MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s
MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s
MUZYKA POCZĄTEK & KONIEC: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE
YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg
Szukaj w treści odcinka
Dziś opowiem Wam o sprawie bardzo złożonej i wielowątkowej, przez co dla mnie też bardzo ciekawej.
Mimo to mam pewien niedosyt informacyjny, ponieważ źródła skupiają się głównie na procesie sądowym, który jak się zaraz przekonacie był wyjątkowy.
Tym samym niestety jest bardzo mało informacji o ofiarach i o sprawcy, więc w historii pozostaje wiele niewiadomych.
Generalnie sprawa jest kontrowersyjna, ponieważ do samego końca procesu pojawiały się podejrzenia, że na ławie oskarżonych siedzi niewłaściwa osoba,
a kolejno zapadające wyroki były dalekie od jednogłośnych.
Nie przedłużając, zapraszam Was do wysłuchania historii podwójnego zabójstwa z województwa lubelskiego pod tytułem Trzy razy wyrok.
Przenosimy się na wschód Polski, a dokładnie do stolicy województwa lubelskiego, czyli do Lublina.
Trwają lata 70., a w polskim rolnictwie można zaobserwować coraz szybciej postępujący proces mechanizacji.
Intensywnie rośnie zapotrzebowanie na maszyny rolnicze oraz samochody ciężarowe, a co za tym idzie w coraz większej ilości potrzebne są surowce używane do produkcji maszyn i samochodów.
Władze państwa w odpowiedzi na rosnący popyt rozpoczynają tworzenie planu budowy nowoczesnej odlewni żeliwa.
Odlewnia ma powstać właśnie w Lublinie ze względu na dostępną tam siłę roboczą, a ściślej mówiąc przydatne kompetencje tamtejszych pracowników, bo w Lublinie prężnie działa już fabryka samochodów ciężarowych, która zatrudnia grupę doświadczonych odlewników.
Plan jest taki, że po wybudowaniu odlewni to właśnie ci pracownicy będą po pierwsze nadzorować pracę wykorzystując posiadane umiejętności, a po drugie będą wdrażać nowych pracowników.
Budowa trwa aż 11 lat, ale efekt jest naprawdę imponujący.
W 1983 roku do użytku zostaje oddana nowoczesna odlewnia żeliwa Ursus.
Cały kompleks jest ogromny, a do jego poprawnego funkcjonowania niezbędne jest zatrudnienie kilku tysięcy pracowników.
Na budowę odlewni zaciągnięto ogromny dług, ale na początku inwestycja się zwraca.
W latach 90. zaczyna być jednak widoczne, że odlewnia ma czasy świetności już za sobą i powstaje coraz większe zadłużenie, a nieopłacanie rachunków za prąd skutkuje cyklicznymi przerwami w dostawach energii elektrycznej, a tym samym odlewnia nie może w pełni funkcjonować i wykorzystywać swojego potencjału.
W 1999 roku odlewnie kupuje firma Centro Stal i próbuje reanimować biznes niestety bez większych efektów.
Jeszcze w tym samym roku rozpoczynają się zwolnienia pracowników, a odlewnia zostaje postawiona w stan likwidacji.
Wyposażenie fabryki powoli wywożone jest na złom, a władze miasta tworzą nowy plan zagospodarowania przestrzeni na terenach Ursusa, mianowicie chcą tam stworzyć lubelski park przemysłowy.
Plany te jednak nie dochodzą do skutku, bo w 2004 roku Centro Stal odsprzedaje swoje udziały nie miastu, a prywatnemu przedsiębiorcy Piotrowi Baduchowskiemu.
Firma nie posiadała wszystkich udziałów, część należała jeszcze do dwóch indywidualnych przedsiębiorców, pana Grzyba i pana Sztuczkowskiego.
Natomiast Piotr odkupił udziały również od nich i tym samym stał się jedynym właścicielem Ursusa.
Za całość zapłacił tylko 300 tysięcy złotych i mówię tylko, bo kilka lat wcześniej firma Centrostal odkupiła udziały też już zadłużonego przedsiębiorstwa za 8 milionów złotych.
Po zakupie Piotr zleca likwidację kolejnych elementów wyposażenia i sprzedaje wszystko na złom.
Są to ogromne ilości metalu, które codziennie wywozi od kilku do kilkunastu ciężarówek.
Niestety dochód ze sprzedaży złomu nie wiąże się ze spłacaniem wcześniej powstałych długów.
Jednym z wierzycieli jest Urząd Miasta, gdzie dwóch radnych zauważa to, że Piotr spłaca naprawdę symboliczne kwoty, mimo że ma dość duże wpływy.
Zaczynają podejrzewać, że nowy właściciel chce sprzedać z odlewni wszystko, co tylko się da, zabrać pieniądze dla siebie i uniknąć spłaty zobowiązań.
Składają więc zawiadomienie do prokuratury, jednak Piotr tłumaczy, że nie płaci miastu, bo ponosi wysokie koszty likwidacji, a także spłaca zadłużenia, które pozostawił poprzedni likwidator.
Mimo to radni nie odpuszczają, sprawa toczy się dalej i swój finał ma na sali sądowej, gdzie prawomocnym wyrokiem sądu Piotr dostaje zakaz rozbiórki hali głównej odlewni.
Do sądu wpływa też wniosek o ogłoszenie upadłości przedsiębiorstwa złożony przez wierzycieli, którym zależy na tym, by spłatą wszystkich zobowiązań zajął się syndyk, a nie sam Piotr.
Tak też się dzieje i w marcu 2005 roku wszystkie formalności przejmuje syndyk Dariusz Warda.
W trakcie procesu likwidacji ginie kilka pojemników z kobaltem, który jest substancją promieniotwórczą.
Kobalt powinien być odpowiednio zutylizowany, tylko że nie można tego zrobić, bo pojemników z substancją zwyczajnie nigdzie nie ma.
W związku z tym, że kobalt ma dość szerokie zastosowanie, pojawia się podejrzenie, że ktoś je ukradł, a sprawę zaczyna badać policja i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Kończy się jednak na umorzeniu postępowania, a także oświadczeniu prokuratury, według którego po pierwsze nie ma już sprawy, ponieważ te pojemniki ktoś pewnie i tak wywiózł na złom,
A po drugie, kobalt po tylu latach jednak nie stanowi zagrożenia.
Brzmi absurdalnie, ale to dopiero prolog do sprawy kryminalnej, w której poziom absurdu w działaniu wymiaru sprawiedliwości sięgnął zenitu.
Jest styczeń 2006 roku, a od ogłoszenia upadłości odlewni minęło zaledwie kilka miesięcy.
Majątkiem zarządza syndyk, a Piotr w tym czasie zajmuje się już innymi biznesami i wchodzi w kolejną spółkę.
Krążą plotki, że handluje również złotem za wschodnią granicą, natomiast to nieoficjalne informacje.
Jeżeli chodzi o życie prywatne Piotra, to był on kiedyś żonaty, natomiast kilka lat temu on i jego żona się rozwiedli.
Z byłą żoną, Danutą, doczekali się dwójki dzieci, córki Ewy i syna, którego imienia źródła nie podają, więc nazwijmy go na przykład Kacper.
Po rozwodzie dzieci zamieszkały z Danutą, natomiast Piotr związał się z nową partnerką.
W związku z tym, że sytuacja finansowa nie pozwalała Danucie na zakup mieszkania, kobieta zdecydowała się na wynajem.
Wraz z Ewą i Kacprem zamieszkali w przytulnym mieszkaniu, mieszczącym się na pierwszym piętrze wieżowca przy ulicy Skrzetuskiego.
Blok leży na tzw.
osiedlu LSM, czyli Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.
Osiedle jest dość spokojne, a także pełne zieleni, co stwarza idealne warunki do spacerów.
Dla rodziny jest to duży atut, ponieważ mają pieska.
Rasy już wydaje mi się rzadko spotykanej, bo pudla.
W zabudowie dominują bloki, zarówno takie czteropiętrowe jak i wieżowce, a w bliskiej okolicy można znaleźć wiele punktów usługowych, dzięki czemu mieszka się tam całkiem komfortowo.
Nie znalazłam informacji czym Danuta się zajmowała, natomiast w 2006 roku miała 42 lata, więc najprawdopodobniej ma w tamtym czasie jakąś pracę.
Ewentualnie utrzymuje się z pomocy socjalnej.
Nie jest też tak, że utrzymanie dzieci w 100% spada na nią, bo Piotr ma stały kontakt zarówno z Ewą, jak i z Kacprem i regularnie pomaga rodzinie finansowo.
Jego relacje z Danutą też są co najmniej poprawne, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe.
Przechodząc do Ewy i Kacpra to właściwie nie są już oni dziećmi, bo oboje osiągnęli pełnoletność.
Ewa jest starsza i ma 22 lata.
Nadal mieszka z mamą i bratem, ponieważ studiuje na jednej z uczelni w Lublinie i widać uznała, że tak po prostu będzie wygodniej.
Oboje lubią sport, a Ewa od lat regularnie trenuje piłkę ręczną.
Poza tym jest osobą towarzyską, a wolny czas często spędza ze swoją kuzynką Magdą.
Nie wiem, czy może np.
córka jej siostry, czy jakieś dalsze pokrewieństwo.
Niemniej jednak z Danutą Magda też ma całkiem dobry kontakt, ale jednak bliżej jej do Ewy ze względu na mniejszą różnicę wieku.
Dziewczyny dogadują się bardzo dobrze, mimo że są w trochę innych sytuacjach życiowych, bo Ewa, tak jak mówiłam, skupia się głównie na studiach i rozwijaniu sportowej pasji, a Magda jest bardziej skoncentrowana na życiu rodzinnym, bo ma już męża, 33-letniego Sławka, a także kilkuletnią córeczkę.
Wy trójkę mieszkają we wsi o nazwie Ciecierzyn, która leży kilka kilometrów od Lublina.
Teraz krótko opowiem Wam o Sławku, ale tak jak wspominałam wcześniej, informacji jest mało i będzie to zlepek wiadomości z wyroku i z komentarzy pod artykułami, więc traktujcie to proszę orientacyjnie, a nie jako pewnik.
Sławek urodził się w kolonii Rudnik, czyli miejscowości oddalonej od Lublina o około 40 kilometrów.
Miał trudne dzieciństwo, ponieważ jego tata przez wiele lat był uzależniony od alkoholu.
Na utrzymanie rodziny zarabiała głównie jego mama, uchodząca w okolicy za bardzo pracowitą kobietę, jednak mimo to trudno było jej wiązać koniec z końcem, więc rodzina żyła bardzo biednie.
Tata Sławka finalnie zmarł na nowotwór, natomiast jego mamie udało się sprzedać kawałek ziemi, a z pieniędzy odnowiła dom i obejście, co wpłynęło na podniesienie standardu życia.
Sławek uchodził w kolonii za dziwnego.
Sąsiedzi nieraz widzieli, że nie nocował w domu, a np.
w namiocie rozstawionym w ogródku.
Te dość niekonwencjonalne zachowania tłumaczyli wieloletnim wpływem ojca, który nie przekazał synowi żadnych dobrych wzorców.
Gdy Sławek dorósł, otrzymał dość sporą sumę pieniędzy ze spadku pozmarłej babci.
Niestety nie zarządzał tymi pieniędzmi zbyt rozważnie i utracił właściwie całość już na początku małżeństwa z Magną.
Para nie miała więc środków na zakup własnego domu czy mieszkania, więc zdecydowali się po prostu wynająć dom i tak trafili do Ciecierzyna, gdzie po paru latach urodziła im się córka.
Potem, gdy Sławek wyprowadził się z domu rodzinnego, zerwał kontakt z mamą, więc jego jedyną rodziną była Magda i ich dziecko.
Jeżeli to nie zbieżność nazwisk, to w CIDG znalazłam działalność gospodarczą założoną przez Sławka i jest to przedsiębiorstwo o dość ciekawym profilu, bo jakbym miała Wam wymienić teraz wszystkie kody określające zakres świadczonych usług,
to zajęłoby to jakieś kilkanaście minut, więc powiem tylko w skrócie, że zakres jest bardzo szeroki, od transportu przez szeroko pojęte usługi budowlane, sprzedaż produktów spożywczych, aż po prowadzenie usług gastronomicznych.
Trudno więc tak naprawdę powiedzieć, co dokładnie Sławek robił i czy odnosił jakieś sukcesy zawodowe, ale najprawdopodobniej prowadził swój własny biznes.
Niestety jego związek z Magdą jest daleki od ideału.
Małżonkowie często się kłócą, a Sławek podejrzewa, że żona nie jest mu wierna.
Magda natomiast z wielu problemów małżeńskich zwierza się Ewie, która słysząc historię opowiadane przez kuzynkę otwarcie namawia ją, aby zakończyła związek ze Sławkiem i złożyła pozew o rozwód.
Magda bierze sobie te rady do serca i zaczyna coraz częściej robić mężowi aluzję na ten temat, a także sugeruje, że to koniec między nimi.
Mężczyzna widząc co się dzieje próbuje kilkukrotnie podpytać Ewę i Danutę co żona opowiadała na jego temat i czy może zwierzała się, że go zdradza.
Kobiety nie są zbyt chętne do rozmowy, gdyż nie mają ze Sławkiem szczególnie bliskiej relacji, a gdy dochodzi do konfrontacji wprost wyśmiewają jego obawy.
Sławkowi taka reakcja bardzo się nie podoba i czuje się upokorzony zarówno przez Ewę, jak i przez Danutę.
We wtorek, 31 stycznia, mężczyzna udaje się do sądu w Lublinie, aby spytać o formalności związane z rozwodem.
Nie ma na ten temat informacji wprost, ale prawdopodobnie Magda poinformowała go wcześniej, że złożyła pozew o rozwód i Sławek chce się dowiedzieć, jak dalej będzie to wyglądać i na kiedy wyznaczony jest termin rozprawy.
Tego samego dnia, około godziny 11 przed południem, ktoś z bliskich próbuje skontaktować się z Ewą, ale dziewczyna niestety nie odbiera.
Wkrótce okazuje się, że trudno także o kontakt z Danutą.
Teoretycznie pierwszą osobą, która będzie wiedzieć co się z nimi dzieje jest Kacper.
Ale w tamtym czasie w województwie lubelskim trwają ferie zimowe i chłopak już kilka dni wcześniej wyjechał do Austrii na obóz narciarski.
Zarówno do swojej córki jak i wnuczki wielokrotnie dzwoni mama Danuty, pani Maria.
W związku z tym, że wszystkie próby kontaktu pozostają bez odzewu, następnego dnia, w środę 1 lutego, kobieta postanawia, że odwiedzi córkę.
Danuta dała jej kiedyś zapasowy klucz, więc uznaje, że pojedzie sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, gdyż ma coraz gorsze przeczucia.
W godzinach popołudniowych jedzie na ulicę Skrzetuskiego, gdzie zastaje zamknięte drzwi.
Używa więc zapasowego klucza i wchodzi do środka.
Po wejściu do mieszkania okazuje się, że jej obawy były w pełni zasadne, bo oczom pani Marii ukazuje się makabryczny widok.
Zarówno Ewa, jak i Danuta są w środku, ale już na pierwszy rzut oka widać, że nie żyją i prawdopodobnie zostały zamordowane.
Na powitanie pani Marii nie wybiega też pies, jak to zwykle miał w zwyczaju, ponieważ sprawca również jemu odebrał życie.
Na miejsce od razu zostaje wezwana policja i pogotowie.
Lekarz stwierdza zgon, a policjanci zaczynają prowadzić działania.
Jeszcze tego samego dnia wieczorem funkcjonariusze rozpowszechniają apel z prośbą o namierzenie sprawcy.
Każdy, kto może w jakiś sposób przyczynić się do jego schwytania, proszony jest o pilny kontakt z policją.
W pierwszej kolejności przesłuchiwani są członkowie najbliższej rodziny oraz sąsiedzi.
Ci drudzy zgodnie twierdzą, że nie rzuciło im się w oczy nic podejrzanego i nie słyszeli żadnych krzyków.
Bliscy Danuty i Ewy też niewiele mają do powiedzenia, natomiast uwagę śledczych zwraca Piotr.
Po pierwsze dlatego, że jest właściwie jedną z najbliższych osób, a po drugie jego powiązania biznesowe i polityczne mogą sugerować na przykład motyw zemsty.
Do śledztwa przejdziemy za chwilę, ale najpierw opiszę pierwsze ustalenia z miejsca zbrodni.
Ustalono, że z mieszkania zniknęło 8 telefonów komórkowych o łącznej wartości około 1800 zł.
To swoją drogą jest ciekawy i nierozwinięty motyw posiadanie tylu telefonów w mieszkaniu.
Nie twierdzę, że to niemożliwe, bo może być tak, że ktoś na przykład ma jakiś telefon, kupuje nowy, tego starego nie wrzuca i tak w kółko i te telefony się gromadzą.
Można też mieć na przykład osobny telefon do pracy, ale wydaje mi się, że to nie jest standard.
Tym bardziej, że według zeznań tylko jeden telefon należał do Ewy, a pozostałe siedem do Danuty.
Nigdzie nie znalazłam informacji, dlaczego Danuta miała tyle telefonów, a idąc drogą dedukcji, to skoro osoby z bliskiego otoczenia zeznały, że te kilka sztuk należało do niej, to prawdopodobnie musiała ich co jakiś czas używać.
Gdyby były to telefony z gatunku stare i nieużywane, trzymane od lat w szufladzie, to podejrzewam, że nawet bliska rodzina by ich nie skojarzyła i nie byłaby w stanie od razu powiedzieć, że jest to rzecz, która zginęła z mieszkania.
Poza telefonami z mieszkania zniknęły już tylko dwie rzeczy, to jest zdjęcia przedstawiające Ewę i Danutę, a także klucze od drzwi wejściowych, ponieważ sprawca wychodząc zamknął za sobą drzwi.
Na podstawie tych ustaleń wykluczono motyw rabunkowy, bo co prawda skradzione telefony miały jakąś wartość, ale w mieszkaniu było też kilka innych cennych rzeczy, których sprawca nie tknął.
Śledczy dość szybko otrzymują wyniki z sekcji zwłok i na tej podstawie wykluczają także motyw seksualny.
Żadna z kobiet nie została wykorzystana, a jeżeli chodzi o obrażenia, to wyglądają one następująco.
Ewie sprawca zadał 11 ciosów w głowę tępym narzędziem, co doprowadziło do obrażeń układu nerwowego, a w efekcie śmierci.
Danucie zadał 8 ciosów tępym narzędziem, powodując głębokie zranienie i stłuczenie mózgu, a także dwie rany kłute szyi, używając szpikulca lub noża.
Te rany doprowadziły, podobnie jak u Ewy, do uszkodzenia układu nerwowego, a w efekcie do śmierci.
Biegli nie wykluczyli też duszenia kobiet czymś cienkim, np.
sznurkiem, ale to nie jest informacja pewna.
Pieska sprawca uderzył w głowę tępym narzędziem, co również doprowadziło do natychmiastowego zgonu.
Ani wtedy, ani nigdy później nie znaleziono narzędzia zbrodni.
I podkreślam to, bo na stronie faktu w artykule o sprawie jest zdjęcie młotka, opisanego jako właśnie narzędzie zbrodni.
Wstawiam Wam też to zdjęcie do filmu na YouTube, ale traktujcie je jako poglądowe.
Śledztwo z niejasnych przyczyn zaczyna prowadzić prokuratura rejonowa w Zamościu, a nie w Lublinie.
Prokurator przesłuchuje Piotra, a śledczy zaczynają skrupulatnie badać jego powiązania biznesowe.
Sprawdzają po kolei kontrahentów, a także wspólników, ale te działania nie prowadzą do wytypowania sprawcy.
Z Piotrem zaczynają kontaktować się media, jednak on konsekwentnie odmawia komentarza, mówi jedynie, że to ogromna tragedia i teraz chce skupić się na opiece nad synem.
W międzyczasie do wyjaśnienia sprawy zostaje powołana specjalna grupa dochodzeniowo-śledcza, natomiast funkcjonariusze mają bardzo utrudnione zadanie, ponieważ na miejscu zbrodni nie zabezpieczono praktycznie żadnych śladów.
Panuje przekonanie, że zbrodni dokonali profesjonaliści, co dowodzi temu, że było to zabójstwo na zlecenie.
Jest jednak jeszcze alternatywna wersja zdarzeń, według której policjanci, którzy jako pierwsi przyjechali na miejsce, nie przyłożyli się do swojej pracy i ślady mogły być, tylko oni ich nie zabezpieczyli.
Na miejsce zbrodni weszło zbyt wiele osób, co poskutkowało zatarciem wielu poszlak.
W związku z tym, że sekcja zwłok została już wykonana, ciała wydano rodzinie, a Danuta i Ewa zostały pochowane na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy ulicy Lipowej w Lublinie.
I tu pojawia się kolejna zagadkowa kwestia w tej sprawie.
Jeżeli ktoś mnie ogląda na YouTube, to widzi teraz zdjęcie grobu.
Dla osób, które słuchają na platformach streamingowych, opiszę.
Jest to wspólny grup i od góry jest napisane Ewa Baduchowska żyła 22 lata, zmarła 31 stycznia 2006 roku, a poniżej Jolanta Baduchowska żyła 42 lata, zmarła 31 stycznia 2006 roku.
Pomijając już kwestię wieku, który w niektórych źródłach jest inny i występują różnice plus minus kilka lat, zdarza się.
Na grobie prawdopodobnie jest informacja poprawna, bo rodzina najlepiej wie w jakim kobiety były wieku.
Myślałam najpierw, że to inna osoba z ich rodziny w podobnym wieku, też pochowana w tym grobie, ale zmarłaby akurat tego samego dnia.
Inna opcja, która wydaje mi się prawdopodobna, to że może Danuta z jakiegoś powodu chciała, żeby nazywać ją Jolantą.
Zdarzyło mi się poznać w życiu co najmniej dwie osoby, do których wszyscy zwracali się innym imieniem, bo po prostu im samym bardziej podobało się ich drugie imię.
I może tu jest taka sama zależność, czyli zmarła to Danuta Jolanta Baduchowska,
Przez wszystkich nazywana Jolą, jej rodzina zdecydowała, że skoro tak się do niej zwracali, to też bardziej autentycznie będzie umieścić na grobie właśnie to imię.
W źródłach co prawda nic na ten temat nie ma, ale generalnie w źródłach jest mało informacji zarówno o Ewie jak i Danucie.
Swoją drogą też ciekawe, że pomimo rozwodu zachowała nazwisko męża, ale być może tak było wygodniej.
Jeszcze co do tego wątku, to zdjęcie grobu znalazłam na stronie Grobonet, czyli takiej wyszukiwarce, gdzie można wpisać imię i nazwisko osoby zmarłej i pokazuje się na jakim cmentarzu ta osoba leży, a także czasem wyświetla się zdjęcie grobu.
Oczywiście nie każdego da się znaleźć, ale czasami się udaje, więc jeżeli zależy Wam na zlokalizowaniu jakiegoś grobu, to możecie spróbować.
W każdym razie w wyszukiwarce wpisałam Danuta Baduchowska, bo takie dane są w źródłach i strona znalazła grób opisany właśnie jako śp.
Danuta Baduchowska, a na samym zdjęciu jest Jolanta, więc bardzo dziwne.
Teoretycznie są też jakieś abstrakcyjne możliwości, np.
że we wszystkich źródłach medialnych jest błąd, bo portale przepisywały jeden po drugim, ale w wyroku sądu, który co prawda nie zawiera pełnych imion, nadal inicjały to DB, a nie JB.
Ewentualnie osoba odpowiedzialna za wygrawerowanie napisu na grobie mogła się pomylić, ale rodzina w takiej sytuacji raczej by zaprotestowała i oczekiwała poprawki, więc nie wiem, trudno mi powiedzieć co zaszło.
Funkcjonariusze prowadzą śledztwo przez następnych kilka miesięcy i w październiku 2006 roku, czyli pół roku po zbrodni, następuje przełom.
Policjanci jadą z nakazem przeszukania do pewnej wsi leżącej kilka kilometrów od Lublina.
Tą wsią jest Ciecierzyn, a śledczy kierują się prosto do domu wynajmowanego przez Sławka i jego rodzinę, bo podejrzanym w sprawie jest nikt inny jak właśnie Sławek.
Przeszukanie domu i posesji trwa łącznie dwa dni.
Najpierw policjanci koncentrują się na samym domu, jednak w środku nic nie znajdują, więc zaczynają sprawdzać obejście.
W przydomowym zbiorniku na Szambo znajdują, a następnie zabezpieczają nadpalone szczątki telefonów komórkowych.
Sławek zostaje zatrzymany, a w trakcie aresztowania nie stawia oporu i jest dość spokojny.
Zabezpieczony dowód zostaje wysłany do laboratorium w Londynie, skąd wkrótce przychodzi ekspertyza, według śledczych nie pozostawiająca wątpliwości.
Prokurator oskarża Sławomira o zabójstwo, a jako motyw uznaje chęć zemsty na Ewie za to, że namawiała jego żonę do rozwodu.
Sławek nie chciał rozstać się z żoną i informacja, że to ona chce odejść wprawiła go we wściekłość.
Według prokuratora celem ataku miała być tylko Ewa, Danuta zginęła przypadkiem, ponieważ akurat była z córką w mieszkaniu.
Przechodzimy teraz do zeznań Sławka, świadków, a także pozostałych ustaleń śledczych.
Tych informacji jest dużo, więc żeby podcast był jak najmniej chaotyczny, podzielę to tak, że najpierw opowiem o wszystkim, co mówili świadkowie oraz o ustaleniach śledczych, a później przejdę do zeznań Sławka.
Niemniej jednak uprzedzam Was, że jakbym się nie starała, to ta sprawa jest naprawdę czystym chaosem i to, co za chwilę opowiem, będzie później jeszcze wiele razy podważane na rozprawach sądowych.
Po pierwsze, zeznania Magdy.
Kobieta zeznała, że mąż nie wiedział o tym, że Ewa nakłaniała ją do rozwodu.
Gdy rozmawiała ze Sławkiem o ewentualnym rozstaniu, nigdy nie wplatała do tego wątku swojej kuzynki i jest pewna, że Ewa też nie zdradziła Sławkowi o czym rozmawiały i jakich rad jej udzielała.
Magda zeznała również, że 31 stycznia była w Ciecierzynie i wysyłała do męża smsy.
Śledczy sprawdzili to i okazało się, że faktycznie z telefonu Magdy były wtedy wysyłane smsy do Sławka, ale nie wysyłano ich z Ciecierzyna, a z Lublina, bo to tam logował się telefon.
Przyjęto więc hipotezę, że Sławek sam wysyłał do siebie wiadomości, bo miał ze sobą telefon żony i chciał w ten sposób zmylić śledczych.
Przypomnę, 31 stycznia to był ten dzień, kiedy już przed południem nikt nie mógł skontaktować się z Ewą i Danutą, więc jest duże prawdopodobieństwo, że to wtedy kobiety zginęły, ale do dokładnego czasu zgonu jeszcze przejdę później.
Ostatnia kwestia związana z Magdą to odcisk palca.
Z mieszkania zniknęły telefony, klucze, którymi morderca zamknął za sobą drzwi i zdjęcia.
Na jednym z albumów fotograficznych zabezpieczono odcisk palca prawdopodobnie Magdy.
Prawdopodobnie, bo ta informacja pojawia się wyłącznie w wyroku, gdzie opisane jest to jako odcisk palca MP, aczkolwiek nie zauważyłam, żeby ktoś poza nią miał takie inicjały.
Niekoniecznie musiał być to ten sam album, z którego zabrano zdjęcie, ale taki ślad na jednym z albumów znaleziono, a Magda zeznała, że nie ma możliwości, aby taki odcisk zostawiła.
Po drugie, zgaszone światło.
Państwo F, dla komfortu słuchania nazwę ich na przykład Florczak, to sąsiedzi mieszkający na tym samym osiedlu albo nawet i w tym samym bloku, co Danuta, Ewa i Kacper.
Tu pojawia się kolejny problem, bo z zeznań państwa Florczaków wynika, że ze swojego mieszkania musieli widzieć okna rodziny Baduchowskich, ale też mieszkali na tyle blisko, że słyszeli co działo się pod ich drzwiami.
Połączenie tego jest o tyle problematyczne, że blok przy ulicy Skrzetuskiego jest takim prostym wieżowcem o standardowej prostopadłościennej formie.
Nie zawija się w żaden sposób tak jak czasem są takie zakręcone bloki, a w środku jest wtedy np.
podwórko.
W każdym razie o ile w takim zaminiętym bloku faktycznie widać okna sąsiadów, to w takim prostym nie widać ich wcale, chyba że ktoś się mocno wychyli i spojrzy w bok.
Okna widać np.
z bloku naprzeciwko, ale z oczywistych względów z bloku naprzeciwko nie słychać co dzieje się na klatce schodowej.
Z zeznań małżeństwa natomiast wyłaniają się dwie istotne informacje.
Po pierwsze państwo Florczakowie zgodnie zeznali, że słyszeli jak Sławek dobijał się do mieszkania Danuty i jej dzieci i im groził.
Nie wiem skąd pewność, że to akurat był Sławek, a poza tym ciekawe, że zeznali to dopiero gdy został zatrzymany, a wcześniej nic nie wspominali, mimo że policja przysłuchiwała sąsiadów od razu po odkryciu zwłok.
Po drugie małżeństwo zeznało, że w godzinach wieczornych 31 stycznia widzieli jak w mieszkaniu Baduchowskich zgasło światło.
Zgodnie stwierdzili, że było to po godzinie 20, a pamiętają to tak dokładnie, ponieważ oglądali wtedy telewizję i akurat była przerwa w emisji.
Pojawia się jednak mała rozbieżność, gdyż pani Florczak zeznała, że światło zgasło, gdy zakończył się odcinek serialu, a pan Florczak, że zgasło, gdy zakończył się blok reklamowy w trakcie odcinka, ale po nim dalej jeszcze leciała końcówka serialu.
Śledczy napisali więc do stacji telewizyjnej i otrzymali informację, że blok reklamowy zakończył się o godzinie 20.09, a o godzinie 20.15 zakończył się odcinek.
Poza państwem Florczak jeszcze kilkoro innych sąsiadów potwierdziło, że widziało jak światło na chwilę się zapala i gaśnie,
Tak jakby ktoś na przykład wszedł do pokoju, wziął piżamę i wyszedł.
Bardzo dziwnie to dla mnie brzmi, że akurat kilka osób przypadkiem patrzyło przez okno i zauważyło to samo, zapamiętało i później jeszcze powiązało, że właśnie w tym mieszkaniu doszło do zabójstwa, a pół roku później po zatrzymaniu podejrzanego pamiętali o tym nadal i przekazali informację policji.
Ja wiem, że czasem ludzie sobie dla przyjemności siedzą w oknie, monitorują okolice i patrzą kto wchodzi, kto wychodzi, a kto się z kim pokłócił na podwórku, ale jest to rozrywka raczej na cieplejsze dni, a nie styczniowy wieczór, gdy jest kompletnie ciemno.
I nawet jeśli kilka osób przelotnie spojrzało wtedy przez okno, to interesujące, że zapamiętali dokładnie tak wydawałoby się nieistotny detal.
Ale reasumując, przy założeniu, że zeznania świadków są prawdziwe, to wynika z nich, że morderca był w mieszkaniu o 20.09 albo maksymalnie o 20.15.
Jeden świadek powiedział też, że światło zgasło wcześniej, to jest o 20.05.
I pewnie teraz myślicie, co za różnica kilka minut w tą czy w tą?
Otóż okazuje się, że duża, bo według kolejnych zeznań Sławek był widziany w Ciecierzynie o godzinie 20.21, czyli jeżeli to on był w mieszkaniu, to na przemieszczenie się z Lublina do Ciecierzyna miał w najkorzystniejszym wariancie 16 minut, a w najmniej korzystnym 6.
Wykonano eksperyment, który wykazał, że sama droga zajmuje 19 minut, nie licząc wyjścia z bloku i dojścia na parking.
Sprawdziłam to również sama i na Google Maps są trzy warianty dojazdu z ulicy Skrzetuskiego do Ciecierzyna i trwają kolejno 19, 21 i 23 minuty.
Zakładając, że Sławek zna okolice, to logiczne wydaje się, że wybrał najszybszą trasę, tylko że ona paradoksalnie prowadzi trochę naokoło, a przejazd zajmuje mniej czasu przez to, że zahacza o tzw.
Natomiast te warianty trwające ponad 20 minut są mniej więcej w linii prostej, natomiast prowadzą przez zwykłe drogi, a nie drogi szybkiego ruchu, więc czas jest dłuższy.
Trudno spekulować, co Sławek mógł wybrać.
W nerwach mógł się kierować prostą logiką, że droga w linii prostej zajmie mniej czasu i nie musiał brać pod uwagę, że jak pojedzie naokoło, to wyjedzie na eskę.
Ale też z drugiej strony, jeżeli często tamtędy jeździł, to mógł mieć już zakodowane, że jak na początku pojedzie naokoło, to szybciej dojedzie do domu.
Oczywiście, która droga by to nie była, to czas przejazdu zależy od natężenia ruchu i prędkości, więc ani eksperyment, ani mapy Google niekoniecznie muszą mieć odzwierciedlenie w rzeczywistości.
A nawet jeżeli mają, i podkreślam jeszcze raz, jeżeli zeznania świadków były prawdziwe, to i tak nie do końca się to ze sobą łączy czasowo.
Kolejny wątek to logowania telefonu.
Wcześniej mówiłam o tym, że telefon Magdy logował się w godzinach wieczornych w Lublinie.
Naturalnie sprawdzono też logowania telefonu Sławka i okazało się, że o godzinie 28 również on logował się do nadajnika w Lublinie w okolicach ulicy Motorowej.
Droga ze Skrzetuskiego na Motorową zajmuje kilkanaście minut autem, więc biorąc pod uwagę najkorzystniejszy wariant, że światło w mieszkaniu zgasło o 25, to żeby zdążyć dojechać do nadajnika, Sławek musiałby się teleportować.
Podsumowując ten wątek czasu, wymienię Wam wszystkie godziny jeszcze raz, tym razem chronologicznie, żebyście usłyszeli jak absurdalnie to wygląda w zestawieniu.
Pierwszy świadek twierdzi, że o tej godzinie zgasło światło w mieszkaniu Danuty, co oznacza, że według hipotezy mówiącej o winie Sławka, to on był wtedy w mieszkaniu.
Godzina 28, czyli 3 minuty później, telefon Sławka zalogował się do nadajnika przy ulicy Motorowej, do którego droga autem zajmuje około kilkunastu minut.
Godzina 29, czyli kolejną minutę później, inny świadek zeznał, że o tej godzinie zgasło światło w mieszkaniu.
Godzina 20.15, kolejne 6 minut później, kolejny świadek zeznał, że to o tej godzinie zgasło światło w mieszkaniu.
I godzina 20.21, kolejne 6 minut później, inny świadek zeznał, że widział Sławka w Ciecierzynie.
Przechodzimy do kolejnego wątku, a więc po trzecie, ślady w mieszkaniu.
Śladów, tak jak mówiłam, było mało, a śledczy nie ustalili nawet tak podstawowej rzeczy, jak miejsce zadawania ciosów.
Jest to o tyle dziwne, że Danuta miała na ciele ranę kłótę, więc w przypadku ewentualnego przenoszenia ciała z jednego pokoju do drugiego, trasę powinny wyznaczać ślady krwi, chyba że zostały dokładnie sprzątnięte.
Odnośnie obrażeń pojawia się hipoteza, że skoro używano dwóch różnych narzędzi, tępego i ostrego, to sprawców było dwóch.
Dodatkowo na dywanie w pokoju Ewy, a także w łóżku Danuty, znaleziono odciski buta.
Prawdopodobnie był to odcisk tego samego buta w obu miejscach i było to obuwie w rozmiarze pomiędzy 37 a 39.
Sławek nosi buty w rozmiarze 46, więc znacznie większa.
Ze źródeł wynika, że ślady nie wyglądały tak jakby ktoś miał na przykład zakurzoną podeszwę od chodzenia po dworze, tylko była to odciśnięta krew.
Tak jakby ktoś wdepnął w kałuże krwi i później stanął na dywanie i prześcieradle, wskutek czego odcisnęły się dwa ślady.
Tylko dwa.
W innych częściach mieszkania śladów nie było.
Nie wyznaczały też drogi z jednego miejsca do drugiego, przez co dla mnie brzmi to trochę jak celowe zostawienie przez sprawcę takiego jakby podpisu albo stempla.
Natomiast według śledczych sprawca stanął na łóżku, chyba na jednej nodze, żeby dosięgnąć do górnych szafek.
W przypadku Sławka takie działanie byłoby bezsensowne, bo był on na tyle wysoki, że do szafek mógłby sięgnąć po prostu stojąc na podłodze.
Później pojawiła się więc kolejna wersja, że sprawca stanął na łóżku, żeby przenieść ciało Danuty, ale nie rozumiem skąd ten pomysł, skoro w ogóle nie wiadomo, czy przenoszono ją gdziekolwiek.
Poza tym jeżeli ktoś jest na tyle silny, żeby podnieść ciało i je przenieść na rękach, to przecież wygodniej je podnieść stojąc na podłodze obok łóżka, a nie wchodząc na to łóżko, bo trzeba się wtedy mocniej schylić.
Ewentualnie jeżeli ktoś nie ma tyle siły i chce ciało przeciągnąć, to i tak wygodniej zacząć z pozycji stojącej obok łóżka.
W każdym razie odciski butów to oczywiście cenne poszlaki, więc śledczy zabezpieczyli wspomniany dywan, ale później jakimś sposobem ten dywan zniknął z depozytu sądowego i ślad po nim zaginął.
Już na zakończenie tej części o świadkach i śledztwie jeszcze parę krótkich informacji, o których wcześniej nie wspominałam.
Informacja pierwsza.
Kilkoro świadków zeznało, że Ewa i Danuta otrzymywały groźby ze strony kolegów i znajomych, natomiast nie podano informacji, czego dokładnie te groźby miały dotyczyć.
Oględziny miejsca zbrodni pozwoliły wysnuć wniosek, że ofiary musiały znać sprawcę, ponieważ same wpuściły go do mieszkania.
Nie spodziewały się ataku i nigdzie nie było śladów walki, ponieważ prawdopodobnie wcale się nie broniły.
Informacja trzecia, również według profilu psychologicznego stworzonego w toku śledztwa, Ewa i Danuta znały sprawcę, a sam morderca bywał u nich w domu na tyle często, że przynajmniej kojarzył mieszkańców bloku i osiedla.
Ten profil nie pasuje do Sławka, ponieważ on nie miał na tyle bliskich relacji ani z Ewą, ani z Danutą, żeby często przychodzić w odwiedziny i dodatkowo mieć jeszcze szansę poznać sąsiadów chociażby z widzenia.
Informacja czwarta.
Analiza historii na komputerze Ewy wykazała, że 31 stycznia o godzinie 10.59 ktoś logował się na pocztę e-mail, a o 11 i 11.10 przeglądał strony internetowe o tematyce sportowej.
Tak jak wspominałam wcześniej, przed 11 Ewa nie odbierała telefonu, a później komórka została wyłączona.
Prawdopodobnie to właśnie Ewa około 11 siedziała przy komputerze i coś robiła, więc mogła nie patrzeć na telefon, a później komórka się rozładowała i całkowicie wyłączyła.
Ma to sens tym bardziej, gdy weźmie się pod uwagę czas akcji.
W 2006 roku ludzie nie poświęcali telefonom tyle uwagi co teraz, bo też te telefony nie były wtedy zbyt ciekawe i miały niewiele funkcji.
Jeżeli był wybór telefon czy komputer, to właśnie komputer dostarczał ciekawszej rozrywki, szczególnie jeżeli ktoś miał dostęp do internetu.
Mniej więcej godzinę później tego samego dnia, czyli około południa, jedna z sąsiadek mieszkających na tym samym piętrze zeznała, że wychodziła z domu i nie słyszała szczekania psa.
Na podstawie tego wywnioskowano, że do zabójstwa doszło pomiędzy godziną 11 a 12.
Osobiście nie widzę tak mocnego związku między jednym a drugim, bo nawet biorąc pod uwagę mniej oczywistą opcję, czyli że np.
pies miał lęk separacyjny i zawsze szczekał, gdy był sam w domu, a około południa przeważnie był sam, to równie dobrze akurat tego dnia ktoś mógł z nim siedzieć i dlatego był spokojny.
I zgadzałoby się to z historią przeglądania na komputerze Ewy, bo może po prostu to ona była w domu, dzięki czemu pies był spokojny.
Chyba śledczym brakowało punktu odniesienia i dlatego typowali godzinę zgonu okrętnymi drogami, a było to celowe, bo z jakiegoś zagadkowego powodu biegli nie określili dokładnego czasu zgonu.
Mimo tych wszystkich niewiadomych, a także licznych niedociągnięć, komendant główny policji w Warszawie za rozwikłanie sprawy wręczył policjantom prowadzącym dochodzenie nagrody finansowe oraz ordery.
Nie obyło się bez zainteresowania mediów, więc gazety oraz telewizja na szeroką skalę poruszały wątek dzielnych funkcjonariuszy z Lublina, którzy rozwiązali zagadkę podwójnego zabójstwa.
Tym kończymy problematykę śledztwa i przechodzimy do tego, co o sprawie mówił sam Sławomir.
Mężczyzna został zatrzymany w październiku 2006 roku, a policjanci od razu zaczęli prowadzić przesłuchania.
Wydawać by się mogło, że już na samym początku odnieśli spektakularny sukces, bo Sławek przy pierwszej konfrontacji przyznał się do winy.
Powiedział, że to on zabił Danutę i Ewę po tym jak usłyszał od policjanta prowadzącego przesłuchanie, że na terenie jego posesji znaleziono spalone szczątki telefonów, które zostały skradzione z ich mieszkania.
Mężczyzna nie wyjaśnił swojego motywu, nie opisał też żadnych szczegółów zbrodni, tego jak wszedł do mieszkania, ani tego jak dostał się do Lublina.
Znalazłam taki cytat z przesłuchania, które prowadził prokurator.
Sławek powiedział wtedy Mam luki w pamięci, nie mam żadnych snów, nie wiem dlaczego zabiłem.
W sumie jestem pewien.
Następnego dnia sąd rejonowy w Lublinie rozpoznawał wniosek o tymczasowe aresztowanie.
Sławomir został doprowadzony na rozprawę i tam potwierdził, że dzień wcześniej przyznał się do winy i tą wersję zdarzeń podtrzymuje.
W związku z tym został skierowany na obserwację psychiatryczną, a także odbył rozmowę z psychologiem.
Podczas obserwacji stwierdzono, że oskarżony jest zdrowy psychicznie i rozumie normy prawne.
Rozmowa z panią psycholog była trochę bardziej owocna, bo o ile Sławek wcześniej odpowiadał na pytania dość lakonicznie i niewiele dopowiadał sam z siebie, tak pani psycholog udało się z nim nawiązać pewną więź i mężczyzna bardziej się przed nią otworzył.
Sławek zwierzał jej się, opowiedział kilka szczegółów z życia prywatnego, a także ponownie przyznał się do winy.
Z przygotowanej opinii psychologicznej wynika, że oskarżony jest osobą o wyższym niż przeciętne ilorazie inteligencji, ma bardzo szeroki zakres wiedzy ogólnej, a także posiada zdolność do myślenia abstrakcyjnego i analityczno-syntetycznego na bardzo wysokim poziomie.
Kilka miesięcy później, gdy Sławek siedział w areszcie i oczekiwał na proces, bieg sprawy diametralnie się odwrócił, ponieważ mężczyzna napisał do prokuratora list, którym odwołał wszystkie dotychczasowe zeznania.
Wyznał, że zeznania zostały na nim wymuszone.
ponieważ przyznał się po wielogodzinnym przesłuchaniu, na którym policjanci mieli go bić i straszyć.
Był rozbity psychicznie, było mu wszystko jedno, a ostatecznie wziął winę na siebie, ponieważ chciał uzyskać pomoc prawną.
Wiedział, że po potwierdzeniu, że to on zabił, zostanie mu przyznany adwokat z urzędu.
Prokurator, mimo że odebrał list, to nie podejmował dalszych działań i pozostawił sprawę do rozstrzygnięcia na procesie sądowym.
Pierwszy wyrok zapadł 15 października 2008 roku i w sprawie orzekał sędzia Piotr Romański.
Proces wyglądał tak, że prokurator żądał dożywocia, a obrońca uniewinnienia, ponieważ nie było żadnego dowodu, który by bezsprzecznie potwierdzał Winesławka.
Proces miał oczywiście charakter poszlakowy, tylko że na próżno było w nim szukać mocnego łańcucha poszlak.
Sędzia przede wszystkim skrytykował pracę policji, padło nawet sformułowanie, że policjanci najwidoczniej nadają się tylko do doręczania zawiadomień.
Okazało się, że policja bagatelizowała niektóre wątki, nie robili zdjęć ważnych dowodów, np.
zakrwawionej koszulki, a na niektórych protokołach z przesłuchań brakowało podpisów osób prowadzących przesłuchania.
Policjanci skupili się na jednej tezie i nie rozważali wcale alternatywnych opcji, a po tym, gdy Sławek się przyznał, przestali działać i nie zgromadzili materiału dowodowego potwierdzającego schemat działania sprawcy.
Ponadto sąd uznał, że wartość tego przyznania się do winy jest tak naprawdę żadna, skoro oskarżony nie podał szczegółów, a znalezione szczątki telefonów równie dobrze mógł podrzucić ktoś inny, skoro pojemnik, w którym je znaleziono, stał na zewnątrz.
Sąd przychylił się do argumentacji obrony odnośnie tego, że Sławek przyznał się, bo był w fatalnej kondycji psychicznej.
W uzasadnieniu jest taki cytat.
Śledztwo zeszło na manowce, bo policja uznała, że wystarczy samo przyznanie się do winy Sławomira P.
Policja uznała sprawę za zakończoną, rozdano ordery, nagrody i awanse.
Reasumując, sprawa okazała się kompromitacją policji, do czego odniósł się komendant wojewódzki, który się z tym nie zgodził i bronił mundurowych.
Sławek natomiast został uniewinniony i wyszedł na wolność.
Dla pani Marii, mamy Danuty, był to ogromny cios i wyszła z sądu płacząc.
Była przekonana, że to Sławek jest mordercą, a sąd właśnie puścił go wolno.
Z wyrokiem nie zgodził się również prokurator i tym samym złożył apelację.
W związku z tym drugi wyrok zapada przed sądem apelacyjnym w Lublinie.
Nie znalazłam niestety dokładnej daty, ale idąc drogą dedukcji zapewne było to w 2009 roku.
Sąd apelacyjny uznał, że wszystko może mieć wersje alternatywne, brak mocnych dowodów, a wszelkie wątpliwości należy rozstrzygać na korzyść oskarżonego zgodnie z zasadą domniemania niewinności.
Sławek został prawomocnie uniewinniony, ale prokurator pozostał nadal z nierozwiązaną sprawą, więc wniósł skargę kasacyjną.
I może Was zaskoczę, ale Sąd Najwyższy uznał kasację, a sprawę skierował do ponownego rozpatrzenia.
W Sądzie Najwyższym odbyła się trzecia rozprawa, więc teraz przechodzimy do wyroku numer 4.
Wyrok ten zapadł 24 marca 2011 roku, ponownie przed sądem okręgowym w Lublinie.
Na rozprawie wystąpił pięcioosobowy skład orzekający, dwoje sędziów zawodowych, to jest Mirosław Brzozowski oraz Ewa Morelowska, a także trzech ławników.
Sławek idąc na rozprawę w ogóle nie spodziewał się kary, natomiast ku jego zaskoczeniu został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności.
Wyrok wzbudził duże kontrowersje ze względu na odmienne zdanie sędziów.
Sędzia Morelowska była przekonana, że oskarżony jest niewinny, natomiast sędzia Brzozowski uznał, że nie ma wątpliwości co do jego winy.
Tym razem w uzasadnieniu napisano, że to nieprawdopodobne, aby ktoś inny wrzucił szczątki telefonów do zbiornika, aby celowo rzucić podejrzenia na Sławka, bo w takim wypadku ta osoba by ich nie niszczyła, tylko wrzuciła do zbiornika bez wcześniejszego podpalania.
Ponadto szczątków było za dużo, aby znalazły się w zbiorniku przypadkowo.
Elementy telefonów komórkowych odpowiadały modelom tych skradzionych z mieszkania na Skrzetuskiego.
Świadkowie dodatkowo zeznali na rozprawie, że Sławek w dniu zabójstwa starał się o podwiezienie do Lublina.
To jest nowy wątek, ponieważ wcześniej z kontekstu wynikało, że jechał tam swoim samochodem.
Ponadto według sądu miał motyw, ponieważ Ewa namawiała jego żonę, by od niego odeszła.
Po rozprawie Sławomir został aresztowany i tym razem to obrońca zapowiedział złożenie apelacji.
Wyrok numer 5 zapada 21 grudnia 2011 roku, natomiast proces toczy się przez wiele miesięcy wcześniej.
Nie powiedziałam, ale proces oczywiście toczy się w sądzie apelacyjnym w Lublinie, a w sprawie orzeka sędzia Beata Siwielec i ten proces jest bardzo ciekawy, ponieważ sędzia Siwielec zwraca uwagę na kilka aspektów, których wcześniej nikt nie poruszył.
Już na samym początku procesu Sławomir przekazał jej 13 odręcznie zapisanych kartek, gdzie zamieścił dodatkowe wyjaśnienia.
Sąd zauważył, że nie wiadomo kiedy dokładnie Danuta i Ewa straciły życie.
Czyli po 6 latach od zabójstwa ktoś w końcu wpadł na to, że nigdy nie określono dokładnego czasu zgonu, co niewątpliwie ma duże znaczenie w kontekście np.
alibi Sławomira.
Z opinii biegłego wykonanej w 2006 roku wynika, że Ewa mogła zginąć od 1 do 2 dni przed tym, jak pani Maria znalazła zwłoki, natomiast Danuta od 2 do 3 dni przed znalezieniem zwłok.
Czyli skoro kobiety zostały znalezione 1 lutego w godzinach popołudniowych, to Ewa mogła zginąć pomiędzy 30 a 31 stycznia popołudniu, z kolei Danuta pomiędzy 29 a 30 stycznia popołudniu.
Mogły więc zginąć obie np.
30 stycznia, ale mogło też być tak, że Ewa zginęła kilkanaście godzin później niż Danuta i nie wiadomo co się z nią działo w międzyczasie.
Nierozstrzygnięta pozostaje też kwestia znalezionych telefonów komórkowych.
W trakcie poprzedniej rozprawy uznano, że niemożliwe, aby ktoś inny podrzucił spalone szczątki do zbiornika, żeby rzucić podejrzenia na Sławka.
Sąd w uzasadnieniu napisał więc, że to Sławek je tam wrzucił, a wcześniej częściowo spalił u siebie w kominku.
Teoretycznie mogło tak być, tylko że nie zabezpieczono żadnego śladu świadczącego o tym.
Nie zabezpieczono na przykład popiołu z kominka z jakimiś elementami telefonów.
W samym domu nie znaleziono żadnych poszlak.
Sąd apelacyjny odrzucił więc tę wersję wydarzeń i idąc dalej w ten wątek, sąd zwrócił uwagę, że Sławek jedynie wynajmował dom w Ciecierzynie, a nie był jego właścicielem.
Wcześniej mieszkał tam ktoś inny i to równie dobrze ten wcześniejszy lokator mógł wrzucić telefony do pojemnika z szambem, tym bardziej, że z przygotowanej wcześniej ekspertyzy nie wynika ile telefony tam leżały.
Podano jedynie przedział czasowy, według którego telefony mogły leżeć w zbiorniku kilka miesięcy i zostać wrzucone faktycznie mniej więcej w czasie, gdy dokonano zabójstwa.
Ale równie dobrze ktoś mógł je tam wrzucić kilka lat wcześniej.
Sławek w swoich dodatkowych wyjaśnieniach napisał, że ze zbiornika regularnie była wypompowywana jedynie sama woda z góry, ale nie wywożono masy stałej, która nie wiadomo ile czasu tam zalegała, a telefony znaleziono właśnie w tej części stałej.
Poza tym w ekspertyzie wskazano, że to te same modele, które zginęły z mieszkania na Skrzetuskiego, tylko są dwa szczegóły wymagające dodatkowego omówienia.
Po pierwsze była to jedynie część telefonów, to znaczy z mieszkania zginęło 8 sztuk.
a w zbiorniku znaleziono jedynie 6.
Po drugie są jeszcze techniczne informacje, które przytoczę dosłownie ze źródeł bez parafrazowania, ponieważ mam dość okrojoną wiedzę na ten temat i nie chcę nic pomieszać.
W opinii biegłych stwierdzono podobieństwo jedynie układów scalonych pasujących do kilku modeli tej samej marki, ale jednocześnie nie nastąpiła bezwzględna identyfikacja modeli.
Czyli o ile dobrze rozumiem, telefony tego samego modelu mają taką samą budowę, ale jednak każdy telefon ma coś odróżniającego, pewnie na przykład jakieś numery.
I potwierdzono, że to były te same modele, ale nie musiały być to dokładnie te same telefony.
Tylko w przypadku jednej komórki stwierdzono stuprocentową zgodność trzech elementów, to jest płytki obwodów, osłony wyświetlacza i klawiatury.
Był to na pewno dokładnie ten telefon, który skradziono z mieszkania.
Mam nadzieję, że zrozumieliście i że źródła podają w tym wypadku rzetelne informacje, bo ciężko mi ocenić, czy to brzmi jakkolwiek logicznie czy nie.
Jako ciekawostkę wtrącę tu, że ze źródłami w tej sprawie bywa różnie i niestety są w nich błędy.
Mówiłam Wam już o zdjęciu młotka opisanego jako narzędzie zbrodni, podczas gdy narzędzia zbrodni nigdy nie znaleziono.
Natomiast to nie wszystko, bo na stronie Gazety Wyborczej w jednym z artykułów ktoś kilkukrotnie pomylił Ciecierzyn z Cieszynem.
To nawet nie wygląda jak literówka, ponieważ dalej w treści jest informacja, że oskarżony w dniu zabójstwa był widziany w Cieszynie, oddalonym o kilkaset kilometrów od Lublina.
Gdyby to była prawda, to Sławomir miałby niepodważalne alibi, natomiast oczywiście to była pomyłka i to taka dość znacząca.
Teraz też tak myślę, że mówiłam o ekspertyzie przygotowanej przez laboratorium w Londynie, a może ktoś się pomylił i miało być w Lublinie, już się chyba nie dowiemy.
Tak czy inaczej tych błędów trochę było, więc jeżeli ktoś by chciał na własną rękę przeglądać źródła, to miejcie to na uwadze.
Wracając do wyroku, to sąd apelacyjny cofnął sprawę do ponownego rozpatrzenia przez sąd okręgowy.
Wyrok sądu pierwszej instancji uznano za słabo uzasadniony, a wiele aspektów w nim zawartych wzbudziło wątpliwości.
Sąd apelacyjny wskazał jednak, że za wcześnie na decyzję o uniewinnieniu, a przed wydaniem wyroku sąd okręgowy powinien zbadać następujące kwestie.
Dokładny czas zgonu Ewy i Danuty oraz to, czy zginęły w tym samym czasie, czy między ich śmiercią był jakiś odstęp czasowy.
Ile czasu w zbiorniku obok domu Sławka leżały spalone szczątki telefonów?
Ekspertyzę powinien wykonać biegły z Politechniki Lubelskiej.
Ustalić jaka pogoda była w styczniu 2006 roku, czyli 5 lat wcześniej, bo to z kolei pozwoli ustalić, czy Sławek mógł dojechać i wrócić z miejsca zbrodni w takim czasie jak w eksperymencie.
Obrońca Sławka zaproponował skontaktowanie się z Instytutem Meteorologii i Gospodarki Wodnej, żeby sprawdzić, czy warunki atmosferyczne tamtego dnia mogły utrudnić dojazd.
Ostatnia kwestia to ponowne przesłuchanie świadków po pięciu latach od zdarzenia, bo może wniosą coś nowego do sprawy.
Takimi ustaleniami zakończył się wyrok numer 5, ogłoszony w grudniu 2011 roku.
Teraz ponownie przenosimy się do Sądu Okręgowego w Lublinie.
Skład sędziowski podobnie jak poprzednio składa się z pięciu osób, to jest dwoje sędziów zawodowych, Jarosław Kowalski oraz Magdalena Śmiech-Kurczewska, plus trzech ławników.
Sąd ponownie przesłuchał biegłego, który wykonał sekcję zwłok.
Przed sądem lekarz stwierdził, że kobiety zginęły w tym samym czasie, natomiast nie jest w stanie określić, kiedy dokładnie to się stało.
Wobec tego zakład medycyny sądowej w Lublinie został poproszony o wykonanie kolejnych ekspertyz bazujących na wcześniej przeprowadzonej sekcji zwłok.
Dodatkowo sąd zlecił, aby eksperci z Wydziału Medycyny Weterynaryjnej Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie ustalili dokładny czas zgonu psa Danuty i Ewy, bo może dzięki tej informacji uda się określić, kiedy zginęły obie kobiety.
W trakcie procesu sąd otrzymał również kolejne ekspertyzy z badań telefonów komórkowych.
Biegły z Polskiego Towarzystwa Kryminalistycznego.
Nie był w stanie określić jak długo telefony leżały w zbiorniku, więc ekspertyza nie wniosła do sprawy nic nowego.
Biegli stwierdzili także, że oględziny miejsca zbrodni przeprowadzono wadliwie, co już wiemy, więc niemożliwe jest ustalenie dokładnego czasu zgonu, a mogą podać jedynie kilkunastogodzinne przybliżenie.
Ponownie informacja nic nie wnosząca w kontekście potencjalnego alibi.
Czasu zgonu nie pomogła ustalić również ekspertyza z Uniwersytetu Przyrodniczego, ponieważ eksperci przejrzeli wyniki sekcji zwłok psa, jednak i w tym wypadku zabrakło jednoznacznych odpowiedzi.
Rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie skomentował to słowami, tutaj cytat, Opinia nie zawierała kategorycznych ustaleń.
Podsumowując, żadna z ekspertyz zleconych przez skład sędziowski nie posunęła sprawy do przodu.
Próbowano znaleźć inne poszlaki potwierdzające winę Sławomira, więc sąd ponownie zasięgnął opinii psychologa.
Biegły skupił się głównie na przyznaniu do winy i wskazał, że takie działanie mogło być nakierowane na doraźny zysk, a Sławomir po rozważeniu wszystkich za i przeciw przyznał się, wiedząc, że śledczy i tak będą to musieli zweryfikować.
Dodatkowo przyznanie się spowodowało uzyskanie pomocy adwokackiej, a także pozwoliło odetchnąć od ciągłych przesłuchań.
Zresztą Sławek sam wcześniej wyjaśnił, że obarczył siebie winą m.in.
dlatego, że chciał uzyskać pomoc prawną.
Sąd zauważył jednak, że nie zmienił zeznań od razu po przydzieleniu obrońcy, a dopiero kilka miesięcy później i to jest argument świadczący o jego winie.
Kolejnym argumentem jest historia przeglądania na komputerze Ewy.
Przypomnę, 31 stycznia około godziny 11 ktoś logował się na maila i przeglądał wiadomości sportowe.
Sąd uznał, że Sławek musiał korzystać z komputera, a Danuta i Ewa o tej godzinie już nie żyły.
Wniosek ten wziął się stąd, że uwaga, według sądu kobiety nie interesują się sportem.
Nie wiem za bardzo nawet jak mam to skomentować, ale po pierwsze to trochę słabo, że wymiar sprawiedliwości orzeka kto jest winny, a kto nie, na podstawie swoich wyobrażeń o różnicach płciowych.
Po drugie, idąc tym archaicznym tokiem rozumowania, to z samej charakterystyki Ewy wynika, że jest on błędny, ponieważ, przypomnę, ona trenowała piłkę ręczną, więc nie jest niczym zaskakującym, że czytała wiadomości sportowe, chociażby na temat swojej dyscypliny.
Po trzecie, pomijając to wszystko, jeżeli faktycznie miałby to być Sławek, to słyszałam i czytałam o wielu dziwnych zachowaniach zabójców,
ale nigdy o tym, że ktoś czytał wiadomości sportowe i przeglądał maila po dokonaniu zbrodni w mieszkaniu ofiar, gdzie w każdej chwili ktoś może wejść.
Mało rzeczy już mnie zaskakuje w sprawach kryminalnych, ale ten argument przyznam zaskoczył mnie bardzo i to na równi z kolejnym, tutaj przytoczę cytat z wyroku.
Oskarżony podjął odosobnione w jego życiu zachowania polegające na zrobieniu prania.
I to jest kolejny argument świadczący o dokonaniu podwójnego zabójstwa, to że ktoś zrobił pranie.
Podsumowując wątek tego procesu, to w trakcie zastosowano się do wcześniejszych wskazówek sądu apelacyjnego i zlecono wykonanie dodatkowych opinii, jednak nie dostarczyły one żadnych nowych argumentów w zakresie Winesławka.
Mimo tego sąd wyciągnął własne wnioski, na podstawie których 2 kwietnia 2013 roku wydał wyrok.
Sławomir ponownie został skazany na dożywotnie pozbawienie wolności z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie po odbyciu 40 lat kary.
Sławek nie został przywieziony z aresztu na ogłoszenie wyroku, więc dopiero kilka godzin po zakończeniu rozprawy dowiedział się, że został skazany na dożywocie.
Tego samego dnia podjął nieudaną próbę samobójczą, będąc w celi próbował się otruć nieokreśloną substancją.
W areszcie przeprowadzono postępowanie wyjaśniające odnośnie tego, czy mężczyzna był odpowiednio pilnowany.
Niestety nie znalazłam informacji o wyniku postępowania.
Obrońca Sławka ponownie zapowiedział złożenie apelacji.
Przechodzimy do siódmego i przedostatniego wyroku.
W sprawie orzekał sędzia Mariusz Młoczkowski.
Sąd apelacyjny odrzucił absurdalne argumenty z poprzedniego wyroku, natomiast skupił się na samym przyznaniu do winy.
Według sądu, gdyby policjanci faktycznie wymuszali zeznania, to uzyskaliby również więcej szczegółów, a tych zabrakło.
Padła sama informacja, że to Sławek zabił.
Dodatkowo według opinii biegłych Sławomira cechuje ponad przeciętny poziom inteligencji i jest prawdopodobne, że wszystko to zaplanował, aby zmylić wymiar sprawiedliwości.
W trakcie jednego z przesłuchań powoływał się na ciężką sytuację życiową, utratę majątku, a także opisywał lęk przed utratą kontaktu z córką.
Według sądu taka argumentacja nie tłumaczy, dlaczego oskarżony miałby składać fałszywe zeznania, bo majątek stracił wiele lat wcześniej, a samo przyznanie do winy prowadziło do pogorszenia sytuacji życiowej oraz odcięcia od dziecka.
Tu dodam, że w prostej linii tak było.
Tu dodam, że w prostej linii tak, ale idąc głębiej, to mógł przyjąć taką taktykę, jak wcześniej tłumaczył, że przyzna się, aby dostać adwokata, który go wybroni.
Zresztą na początku była to taktyka skuteczna, bo dwa razy zapadł wyrok uniewinniający.
Zresztą trudno powiedzieć, czy Sławek jest winny, ale mam wrażenie, że we wszystkich wyrokach jest strasznie płytka argumentacja.
Sądy nie rozważają wersji alternatywnych, tylko biorą taką tezę, która wydaje im się prawdopodobna i przytaczają argumenty, które równie dobrze mogłyby być kontrargumentami, jak się dobrze zastanowić.
W tym przypadku sąd przyjął założenie, że pierwsze przyznanie się do winy było prawdziwe i należy dać temu wiarę, a tym samym Sławomir jest winny.
Sąd podkreślił jednocześnie, że kara dożywotniego pozbawienia wolności jest zbyt wysoka, ponieważ celem kary nie powinien być odwet, a u oskarżonego nie widzi cech trwałej demoralizacji.
W opinii sądu Sławek nie jest zagrożeniem dla porządku prawnego, co można było zauważyć, gdy przebywał na wolności pomiędzy kolejnymi procesami.
Nie popełnił wtedy żadnych wykroczeń, a będąc w areszcie nie przejawiał zachowań agresywnych.
Karę dożywocia wprowadzono w zastępstwie kary śmierci i nie ma ona na celu resocjalizacji, a trwałą izolację od społeczeństwa.
Biorąc to wszystko pod uwagę, 12 lutego 2014 roku sąd wydał wyrok, w którym obniżył karę do 25 lat pozbawienia wolności, natomiast ze względu na brutalny charakter zbrodni Sławek będzie mógł ubiegać się o zwolnienie warunkowe dopiero po 20 latach.
Na poczet kary zaliczono oba okresy przebywania w areszcie, najpierw od 14 października 2006 roku do 15 października 2008 roku, czyli w zaokrągleniu 2 lata i później od 24 marca 2011 roku do 12 lutego 2014 roku, czyli w zaokrągleniu 3 lata.
Jeżeli dobrze liczę, to Sławek wyjdzie na wolność najpóźniej w 2034 roku, natomiast o wcześniejsze zwolnienie będzie mógł ubiegać się za 7 lat, to jest w 2029 roku.
Wyrok skomentował prokurator Zbigniew Nowosad i w rozmowie z dziennikarzami powiedział, że w jego ocenie wymiar kary jest słuszny.
Inne zdanie na ten temat miał oczywiście obrońca Sławka i tym razem to on wniósł skargę kasacyjną do Sądu Najwyższego.
Ósmy i zarazem ostatni wyrok zapadł 13 stycznia 2015 roku i domyślacie się pewnie, że skoro to już ostatni wyrok, to kasacja została odrzucona.
Tym samym stało się pewne, że kolejne lata Sławomir spędzi w więzieniu.
Po pierwsze, równolegle z procesem karnym o zabójstwo toczył się proces cywilny dotyczący rozwodu Magdy i Sławka.
Finalnie do rozwodu doszło, a Magda wróciła do swojego panieńskiego nazwiska.
Smutna ironia, że jeżeli faktycznie to Sławek zabił, a motywem była zemsta na Ewie, to jak widać nic to nie zmieniło, a rozwód i tak doszedł do skutku, więc było to kompletnie bezsensowne i nielogiczne działanie.
Po drugie autor kryminałów Jacek Reumbacz w fabule jednej ze swoich książek wykorzystał motywy z tej sprawy.
Opis zdarzeń w jego książce to stuprocentowa fikcja literacka, natomiast autor przy tworzeniu postaci zainspirował się sprawą zabójstwa Danuty i Ewy, a także inną sprawą kryminalną – zabójstwa ochroniarza w warszawskiej filii Kredyt Banku.
Pewnie też kiedyś o tym słyszeliście, jeżeli słuchacie wielu podcastów kryminalnych, bo to dość głośna i znana sprawa.
Tytuł książki, jakby ktoś był zainteresowany, to Aż po ciemny las.
To nie jest współpraca jak coś, nawet nie wiem, czy Wam tę książkę polecam, bo jej nie czytałam.
Bardziej mówię to w formie ciekawostki.
Na Lubimy Czytać książka ma ocenę 6,6 na 10, więc sami możecie ocenić, czy to jest dużo, czy mało i czy ewentualnie chcielibyście ją przeczytać.
Odnośnie książek to pomyślałam jeszcze, że ta sprawa z kryminalistycznego punktu widzenia jest bardzo ciekawa, a nigdy się z nią nie zetknęłam w żadnym reportażu.
Aż dziwne, że nikt się nie podjął opisania tego, chyba, że się podjął, ale ja nie wiem, więc jak słyszeliście o jakimś reportażu na ten temat, to możecie mi napisać w komentarzach.
Z faktów i opisów to tyle, ale zapraszam Was jeszcze do wysłuchania ostatniej części, czyli opisu wątków, które według mnie powinny być pogłębione, a nie były.
Dziwne i niewyjaśnione wątki.
Dlaczego sprawca zabrał zdjęcia Ewy i Danuty?
Jeżeli zabójcą był Sławek, a motywem była zemsta, to po co miałby ze sobą zabierać zdjęcia osoby, której tak nie znosił?
Jeżeli to Ewa miała być celem, to dlaczego Danuta miała więcej obrażeń?
Zemstę w tym wypadku można zakwalifikować jako motyw emocjonalny, więc to osoba będąca celem powinna być bardziej poszkodowana.
Tymczasem Ewa otrzymała co prawda więcej uderzeń, ale zaledwie o trzy.
Raczej mało, który zabójca liczy dokładnie ile razy uderzył, a 11 i 8 uderzeń wydaje się być zbliżoną liczbą.
Jak to możliwe, że osoba, która prawie nie zostawiła śladów, była jednocześnie tak lekko myślna, żeby wrzucić dowody z miejsca zbrodni do zbiornika obok swojego domu?
Przecież jeżeli Sławek był na tyle inteligentny, żeby wymyśleć plan idealnego sprzątania miejsca zbrodni, to w zasięgu jego intelektu było też wymyślenie lepszej kryjówki dla zabranych dowodów.
W jakim celu sprawca w ogóle zabrał te telefony?
Ponownie, jeżeli motywem była zemsta za namawianie żony do rozwodu, to komórki nijak mają się do tego, chyba że były na nich treści obciążające sprawcę.
Oczywiście dziwna jest też sama ilość telefonów, ale to już omawiałam.
Dlaczego założono, że osoba, którą ofiary znały i wpuściły do domu była z rodziny?
Przecież można znać też osoby niespokrewnione, a z zeznań świadków wynikało, że Ewa i Danuta otrzymywały groźby ze strony znajomych.
Te krwawe odciski buta pozostawione tylko w dwóch miejscach kojarzą mi się, tak jak mówiłam, z podpisem sprawcy i wygląda to trochę jak zlecona egzekucja.
Aczkolwiek to tylko moje spostrzeżenia.
Ostatnie odcinki
-
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta ...
21.01.2026 19:10
-
6 najgłośniejszych Polskich spraw kryminalnych ...
12.01.2026 19:50
-
U mnie zawsze jest do dna | Elżbieta W. Marek G...
13.12.2025 18:00
-
Chciał ją ukarać | Anna F., Daniel R.
06.12.2025 19:00
-
Zniknął w trakcie rejsu ekskluzywnym wycieczkow...
29.11.2025 18:00
-
Gdzie zniknęła matka i dwóch synów? | Władysław...
21.11.2025 19:15
-
Wszyscy zostali zmanipulowani | Renata i Tomasz N.
07.11.2025 19:00
-
Sąsiad z klubu Mensa - co było w butelce Coca-c...
24.10.2025 18:20
-
Była jedną z kilkudziesięciu ofiar? Ciało ukrył...
17.10.2025 19:07
-
Skazano go mimo braku dowodów | Piotr Mikołajcz...
10.10.2025 20:00