Mentionsy

Reportaż Radia Lublin
07.01.2026 10:45

Monika Malec "Autoportret z tajemnicą"

Na wystawie w Muzeum Narodowym w Lublinie można oglądać wystawę "Monachijczycy". Prezentowany jest tu między innymi obraz Olgi Boznańskiej przedstawiający jej pracownię. Artystka w Monachium zdobyła wykształcenie i uznanie. Jaką artystką była i co po niej pozostało? O tym w reportażu Moniki Malec „Autoportret z tajemnicą”.

Fot. Autoportret Olgi Boznańskiej z kolekcji Krzysztofa Musiała (prezentowany przez Muzeum Narodowe w Lublinie na wystawie "Co babie do pędzla?!").

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 311 wyników dla "Muzeum Narodowym w Warszawie"

Znalezienie spokojnego miejsca na rozmowę nie jest łatwym zadaniem w Ogrodzie Krasińskich w Warszawie.

Wraz z pisarką Sylwią Ziętek wybrałyśmy to miejsce nieprzypadkowo.

Co ma wspólnego z Olgą Boznańską?

Spotkałyśmy się w parku.

Ty w swojej książce Polki na Montparnasse opisujesz, że na przykład Boznańska wychodziła ze swojej pracowni i miała blisko do... Ogród, ogród luksemburski.

Ogród luksemburski to było takie chyba miejsce standardowych spacerów.

Zresztą ona miała zawsze pieski.

Pieski trzeba było gdzieś wyprowadzić, a bulwar Montparnasse, przy którym mieściła się jej pracownia, nie obfituje w jakieś tam miejsca, gdzie piesek może swoje potrzeby spełnić.

Raczej to są zabetonowane platany, więc chodziła z pieskiem, tak jak i Gertruda Stein i Ernest Hemingway, chodziła do ogrodu luksemburskiego.

Także na pewno ten ogród był jej bardzo bliski i mi te warszawskie parki trochę ten ogród luksemburski przypominają.

To było kilka kroków z tej jej pracowni, bo ona miała dwie pracownie w Paryżu.

Ona miała najpierw na bulwarze Raspail, a później już na bulwarze Montparnasse, tam gdzie docelowo.

To była już jej ta pracownia, którą zajmowała do końca życia, przez bardzo wiele lat.

Trzeba przejść, tak żebym nie skłamała, myślę, że ze 400-500 metrów.

Takim spacerkiem wzdłuż bulwaru i potem skręcić, troszeczkę odbić w takie mniejsze uliczki.

Ale to na pewno było takie miejsce, w którym bywała, bo tam się chodziło kontemplować, podejmować decyzje życiowe, spotkać znajomych, właśnie spotkać innych ludzi ze swoimi pieskami.

To też Bylińska wspominała w swoim dzienniku, bardzo często tam przesiadywała, zwłaszcza kiedy była głodna.

Chodziła tam, żeby trochę zagłuszyć głód i rozmyślała o swoich życiowych sprawach.

Miała co jeść, ale no miała też sporo różnych życiowych problemów, które musiała przemyśleć.

Olga Boznańska zmienia rodzinny Kraków na Monachium, a potem na Paryż.

Ta sława szła tak dwutorowo, bo Olga Boznańska bardzo często przyjeżdżała do Krakowa, wracała w swoje rodzinne strony.

Natalia Szczerba, kuratorka wystawy dotyczącej Olgi Boznańskiej i jej uczennicy Zofii Kulaszyńskiej-Kurę w Muzeum Zamojskim.

Miała też w Krakowie swoją pracownię, więc tutaj też jak najbardziej malowała.

Ta jej kariera szła tak dwutorowo, tylko wiadomo Paryż był światową stolicą sztuki, więc tam były większe możliwości.

Było więcej kolekcjonerów, marszandów, więcej artystów światowej sławy, więc ta sława paryska była powiedzmy taka bardziej spektakularna, prawda?

Ale w Polsce jak najbardziej była znana i była doceniana.

Szanowny panie, przyjechałam do Paryża z deszczem, po cudownej pogodzie towarzyszącej mi do samej granicy francuskiej.

Od kilku dni jednak poprawił się czas i jakby niewieczne reparacje na bruku paryskim i towarzyszące im błoto, nigdy niezamiedzione, można by myśleć chwilami, pod wpływem temperatury, że się jest dalej w Krakowie.

To jest zdjęcie Mieczysława Boznańskiego.

On był striercznym, można powiedzieć, bratem Olgi Boznańskiej.

Czyli nie mieli wspólnego ojca, tylko mieli wspólnego dziadka.

Pamięć o malarce wciąż żyje w jego rodzinie.

Moja mama była malowana przez Olgę Boznańską w Krakowie chyba już po pierwszej wojnie światowej, bo mama jest z 1907 roku.

No to myślę, że to było po pierwszej wojnie światowej, jak przyjeżdżała z Boznańska do tej swojej kamienicy, do rodziny.

wiła Boznańska, że ty do mnie pisz, ja nie będę od ciebie odpisywał, ale pisz do mnie.

No w każdym razie mama mówiła, że malowała.

W 1957 roku

Przede wszystkim sztandar

młody, ukazał się artykuł, gdzie było napisane, że do Ambasady Polskiej w Paryżu oddano chyba sto ileś tam obrazów.

I to przekazała boznańska pani Strzęborz albo pani Lewandowski.

Nie wiem, jaka była kolejność już teraz, ale w każdym razie jedna, drugi przekazała i w końcu to trafiło do Ambasady Polskiej i później zostało rozesłane po muzeach różnych.

W każdym razie w wielu muzeach, jak się jeździ po Polsce, to mają te obrazy boznańskie.

A portret Pana Mamy gdzieś się zachował?

Nie wiem, może w tych obrazach, które przekazała Pani Szczęborz, ale ponieważ to był szkic nieskończony, czy tam obraz nieskończony, to wątpię, żeby to nawet Boznańska przekazywała dalej.

Ręce Olgi Boznańskiej zajęte były ciągłym malowaniem.

Dokładała wszelkich starań, by wykonać swój portret jak najlepiej.

Tak pisała o jednym z nich, malowanym w 1906 roku do krytyka sztuki i kolekcjonera Feliksa Jasieńskiego.

Łaskawy Panie, wreszcie portret mój skończony.

Dotąd go malowałam z przerwami, aby wyszedł, bo inaczej byłby szczerniał.

Nie mogłam, czy raczej nie widziałam siebie w lustrze inaczej, mimo tego, że znajomi mnie widzą inną niż na tym portrecie.

Czy ma jakąkolwiek wartość podobizny?

Nie wiem.

W każdym razie, j'ai mis la meille volonté pour le faire aussi bien que possible.

Oczywiście ona się starała pokazać jako taka właśnie świadoma o swojej pozycji artystka.

I mamy na przykład, mamy ten jeden z najwspanialszych autoportretów z pędzlami i z czerwonymi kwiatami.

No to jest naprawdę świetny autoportret, taki bardzo dostojny, w takiej gamie kolorystycznej, stłumionej, no tak jak Boznańska lubiła, ale ta czerwień kwiatów jest tutaj takim niesamowitym elementem, który...

przełamuje te monochromatyczne barwy.

Te kwiaty, które przecież Boznańska bardzo lubiła malować i czerwone kwiaty, takie jak mamy na tym autoportrecie, widnieją też na osobnych obrazach, ale tutaj mamy tą pewność siebie, taką bijącą z jej spojrzenia, taką samoświadomość, że ona wybrała swoje życie, ona ze świadomością konsekwencji postanowiła być artystką, zdając sobie sprawę, bo o tym pisała, że nie będzie żoną, nie będzie miała związku,

Z bardzo wielu rzeczy rezygnuje, ale dla niej po prostu najważniejszą rzeczą w życiu było bycie artystką i to swoje pragnienie zrealizowała, płacąc też za to cenę w różnych aspektach życiowych.

I to trzeba powiedzieć, bo może mało kto się nad tym zastanawia, ale artystki od czasów renesansu jeszcze.

Tych czasów, kiedy w ogóle powstawały pierwsze autoportrety artystek, czy Aguisoli, czy Lavigny Fontany, właśnie pokazywały kilka pędzli, co miało podkreślać wirtuozerię.

Nie tylko talent, ale też to, że mają świetnie opanowany fach.

I są zdolne do namalowania bardzo wielu rzeczy.

Czyli te kilka pędzli też o czymś świadczy.

To jest prestiż, to jest świetny warsztat.

To jest po prostu artystka uznana i świadoma swojej wartości.

Także to jest świetny obraz z kolekcji Krzysztofa Musiała.

Z listu Olgi do ojca Adama Nowiny-Boznańskiego, pisanego jeszcze w Monachium.

Otrzymałam wczoraj list taty z pieniędzmi, za które bardzo tacie dziękuję.

Żal mi bardzo, że się tato nie zdecydował przyjechać, bo choćby na jakie parę dni byłby się tato wyrwał spod wpływu Krakowa, który powoli zdziera całą energię i indywidualność każdego człowieka, który tam przebywa.

Widzę, jacy ludzie są w wielkim mieście i jacy są w Krakowie.

Tato z pewnością myśli, że jestem obałamucona monachium, ale ja, tacie, powiem, że zaczynam dopiero być taką, jaką powinnam być.

I gdybym jakiś czas mogła w takich warunkach pozostać, w jakich się teraz znajduję, dostałabym trochę tej samodzielności i energii, jakie posiadają tutaj wszystkie moje koleżanki.

Wydaje mi się zawsze, że jestem jak bojaźliwe dziecko między nimi.

A to wszystko wpływ środowiska, w jakim się zwykle obraca.

Olga Boznańska namalowała na przestrzeni swojego życia co najmniej 20 autoportretów.

W ogóle malowała ich dużo.

Ja bym się skłaniała nawet ku stwierdzeniu, że było ich około 30.

Głównie to były oleje na tekturze, czyli ta jej taka ulubiona forma malarska.

Też troszeczkę pasteli, sporo rysunków.

Część znajduje się w zbiorach np.

Biblioteki Polskiej w Paryżu, które są dosyć rzadko udostępniane.

Tam jest sporo rysunków i też nawet wisi autoportret boznański gdzieś tam w pomieszczeniach biblioteki.

To jest dosyć niesamowite, kiedy się tam idzie.

Oczywiście dużo jest zachowanych w Muzeum Narodowym w Warszawie, w Muzeum Narodowym w Krakowie, ale też na przykład Muzeum w Toruniu ma świetny, taki powiedzmy nie do końca autoportret, ale bardzo ciekawy obraz, który ja jednak bym zakwalifikowała jako autoportret, ale to zaraz o nim powiemy.

Czyli w sumie ponad 20 obrazów to jest naprawdę sporo i tak jak myślałam o autoportretach boznańskich, to myślę, że ona je tworzyła w takim troszeczkę duchu rembrantowskim.

Bo Rembrandt, jak wiemy, też bardzo dużo na przestrzeni swojego życia stworzył autoportretów, na różnych etapach życia.

I Boznańska tak samo tworzyła te autoportrety od młodości, można powiedzieć, do takiego wieku już bardzo dojrzałego.

Chyba ostatni jest datowany na 1930 rok.

Boznańska zmarła w 1940, także była już taką osobą mocno dojrzałą i schorowaną.

Ale te rzeczywiście autoportrety, kiedy się je jakoś analizuje, one się układają też w jakąś taką opowieść o życiu artystki.

Taką chyba opowieść, którą ona tworzyła sama dla siebie.

To jest też ciekawe, bo artyści w różnych celach tworzą autoportrety.

czy jednak autopromocja, jakiś taki wizerunek publiczny.

Ona przypatrywała się sobie.

To była taka wewnętrzna jej wiwisekcja, jej analiza siebie.

Niektóre te autoportrety, co też jest ciekawe, one są do siebie dosyć podobne.

Część tych autoportretów Boznańska malowała w zasadzie w takim samym układzie, jakby to są oczywiście głównie trzy czwarte, bo to najłatwiej siebie obserwując w lustrze, potem oddać ten fragment tego, co się widzi.

ale w takiej podobnej pozie i na pewno się nie upiększała, no to jakby trudno ją o to podejrzeww ogóle, ale no tak jak malowała swoje modelki jednak z taką bezlitosną szczerością, przez to niektóre panie bały się w ogóle być portretowane, bały się, że mówiąc wprost wyjdą na tym obrazie niezbyt atrakcyjnie, a chciały być ładne.

przynajmniej niektóre, chciały się dobrze prezentować.

Boznańska absolutnie nikogo nie upiększała, w tym także siebie.

I rzeczywiście to jest też takie bardzo zastanawiające, że widzimy na przykład autoportrety z samego początku XX wieku, kiedy przecież była młodą kobietą jeszcze.

Ona w taki sposób dosyć bezlitosny siebie traktowała.

W zasadzie malowała siebie w wieku 40 lat, tak jakby miała lat 60.

Czyli jakby nie zważała absolutnie na te takie procesy starzeniowe.

Większość osób to jednak mocno interesuje, ją chyba nie za bardzo.

Znajdujemy się w pierwszej sali, która prezentuje nam pracownię paryską Olgi Boznańskiej.

W roku 1930 Zofia Kulaszyńska zdecydowała się na to, żeby przenieść się właśnie do Paryża i dalej się kształcić w kierunku artystycznym.

Sytuacja kobiet jeszcze w tym czasie, w tych latach 20., 30. nie była aż taka oczywista, że nie wspomnę o wcześniejszych czasach, kiedy kształciła się np.

malować z żywego modela.

Malowanie z żywego modela, studia postaci są bardzo ważnym elementem tego artystycznego wykształcenia.

Więc było to dosyć problematyczne, zwłaszcza tutaj u nas w Polsce w czasach, kiedy Polska była pod zaborami.

Sytuacja troszeczkę lepiej się miała na zachodzie Europy, bo już na przykład Monachium czy Paryż był mniej konserwatywny pod tym względem.

Dlatego też artystki bardzo często decydowały się na te wyjazdy.

Dlatego też Olga Boznańska wyjechała początkowo do Monachium, tam rozpoczęła swoją karierę, później przeniosła się właśnie do Paryża, na Montparnasse.

Te 30 lat później, w roku 1930, podobnie uczyniła Zofia Kulaszyńska-Kuret.

Właściwie wtedy jeszcze Zofia Kulaszyńska.

Więc Zofia Kulaszyńska swoje pierwsze kroki skierowała do Akademii de la Grande Chaumie.

Ona przyjmowała wszystkich adeptów sztuki.

Też bardzo chętnie przyjmowano kobiety.

Była to uczelnia o charakterze prywatnym, więc też panowały troszeczkę inne zasady niż na uczelniach państwowych.

No i właśnie w Akademii de la Grande Chaumie między innymi wykładowczynią była Olga Boznańska.

Zofia Kulaszyńska trafiła do pracowni Olgi Boznańskiej, ale to było za mało dla artystki, więc pobierała również takie prywatne lekcje w prywatnym już atelier Olgi Boznańskiej.

Pierwszą pracownię, którą w ogóle Olga Boznańska miała w Paryżu, miała osobną pracownię, osobną mieszkanie.

Później jak się właśnie przeprowadziła na Montparnasse 49, to już było jedno takie troszeczkę większe atelier, gdzie i pracowała i mieszkała.

Było ono na poddaszu zlokalizowane, więc tych okien było sporo.

Był zresztą bardzo ładny widok.

Pracownia Olgi Boznańskiej była dosyć specyficzna.

Tam znajdowało się kilka takich najważniejszych, potrzebnych sprzętów.

Było bardzo dużo oczywiście obrazów, zwłaszcza o takim charakterze sentymentalnym.

Dużo przedmiotów, które można było malować.

Oczywiście w jej pracowni nie mogło zabraknąć zwierząt.

Oprócz piesków miała też kanarki, papugę, a nawet dokarmiała w swojej pracowni myszki, które tam gdzieś się pojawiały.

No i zawsze w pracowni Olgi Boznańskiej znajdowały się kwiaty.

Ona bardzo lubiła swoją pracownię dekorować kwiatami, więc myślę, że też stąd te tematy martwych natur i stąd te anemony, czy też gladiole, które się przewijają w twórczości obu pań, zwłaszcza tutaj w tych latach trzydziestych.

No i przez pracownię Olgi Boznańskiej przewijało się masa ludzi.

Byli to i marszandzi, i kuratorzy, i była to polska taka śmietanka towarzyska, która albo chwilowo, albo na stałe przebywała w Paryżu.

Olga Boznańska miała też sporo uczniów, zwłaszcza właśnie uczennic.

Bardzo chętnie wspierała te młode artystki.

No i zachowały się też zapiski, że była dosyć hojna.

Dawała szansę po prostu tym młodym artystom, żeby się mogli rozwijać i kształcić u boku jednej z najwybitniejszych i myślę, że nie przesadzę jak powiem, że najwybitniejszych światowych artystek.

Tutaj, podczas pobytu Olunii w Krakowie, zniknął z jej pracowni jeden z najpiękniejszych jej portretów.

Naturalnie wymówki i podejrzenia na mnie spadają.

Panna Kulaszyńska, która w lecie malowała w pracowni Oluni, zostawiała drzwi wschodowe szeroko otwarte, aby było chłodniej, więc może bardzo być, że się ktoś wślizgnął i zabrał portret.

Przy tym przyjmowała w pracowni, bez mojej wiedzy, różnych Polaków, których poznała w kawiarni.

Mamy tutaj dwa obrazy, które przedstawiają nam paryską pracownię Olgi Boznańskiej, namalowane przez Zofię Kulaszyńską.

Pracownię, w której wspólnie spędzały bardzo dużo czasu, w której wspólnie tworzyły.

Olga Boznańska siedzi, maluje na tym obrazie w swojej pracowni, ale w buzi ma papierosa.

Bardzo dużo osób właśnie zarzuca, że miała papierosa w ustach.

Przyznam szczerze, że nie wiem.

Trudno mi to powiedzieć, powiem szczerze.

Nie przepadała za malowaniem w plenerze.

Malowała bardzo długo.

Ale w pracowni miała ten komfort, że właśnie czuła się zupełnie u siebie.

No i mogła sobie swobodnie palić, no bo jak wiadomo, w tamtych czasach kobieta paląca publicznie papierosa to był dosyć rzadki widok.

W latach późnych trzydziestych praktycznie nie opuszczała pracowni.

Miała różne problemy zdrowotne i chore bardzo oczy.

To wynika z różnych świadectw.

I później już w tym ostatnim okresie, no myślę, że i zwierząt nie była po prostu fizycznie w stanie utrzymać i się nimi zaopiekować.

No ale przez kilkadziesiąt lat Woznańska jednak wychodziła z tej swojej dziupli, opuszczała na chwilę chociaż ten swój taki własny świat pracowni.

Piękny letni dzień, myślę, że w takie dni to jak najbardziej.

Nie na każdym autoportrecie Boznańska się pokazywała w tym rynsztunku artystycznym.

Kilka jest takich autoportretów z pędzlami, z paletą.

Jeden autoportret, taki troszeczkę mniej zawodowy bym powiedziała, gdzie Boznańska jest przedstawiona w takim fartuchu jednak, który zakładała na suknię pracując.

Ona bardzo często pokazywała się właśnie...

w czarnej sukni albo w czarnym takim fartuchu roboczym, ale zawsze jest ten biały element tu przy szyi.

To po prostu jest taki troszeczkę chwyt malarski, żeby zróżnicować kolorystycznie obraz, ale tutaj na tym obrazie widzimy lustro też za nią, co jest dosyć ważne, no bo wiadomo, że żeby namalować autoportret trzeba się sporo przyglądać sobie samej w lustrze i tutaj mamy ten element świadczący o tym, że ona...

Ona uważa to spojrzenie na siebie za ważne.

Nacisk jest położony zdecydowanie na twarz, na rysy twarzy, nie na ubiór, bardzo takie spokojne tło.

Takie spojrzenie, no właśnie, to w zasadzie zagadkowe, bo tutaj takie troszeczkę zrezygnowane.

Też nie wiemy na jakim etapie życia malowała ten autoportret.

Dla niej istotna dokumentacja pewnych momentów jej życia, pewnych stanów może, które przeżywała, bo były takie absolutnie momenty w jej życiu, kiedy ona o tym pisała w listach, że postawiła wszystko na jedną kartę, no chciała być artystką, ale tak naprawdę co jej z tego malowania, no jednak zwątpienie było.

Zwłaszcza w tych momentach, kiedy brakowało pieniędzy na najbardziej podstawowe rzeczy, bo tu trzeba przypomnieć, że Boznańska w czasie pierwszej wojny światowej, którą w tym czasie przebywała w Paryżu, miała ogromne kłopoty finansowe i naprawdę bardzo było jej ciężko przetrwać ten czas.

Nie miała zamówień, w ogóle rynek sztuki w Paryżu się załamał, były to bardzo trudne lata.

To oczywiście ja tutaj troszeczkę dopowiadam, bo my widzimy artystkę, jej spojrzenie, które jest takie jednak tajemnicze.

Tak się rozpływa troszkę na tym obrazie.

Taka jest... Melancholina, prawda?

No tak, ja myślę, że też ten tryb życia, który ona prowadziła w Paryżu.

To też warto podkreślić.

To jakby absolutnie jej malarstwo nie kojarzy się z tym takim temperamentem, który potrafiła pokazywać.

Wiele rzeczy ją irytowało i się tak zapalała.

Ale jednak prowadziła taki tryb życia bardzo kontemplacyjny, wyciszony oczywiście w tej jej pracowni paryskiej.

Bywali ludzie, ale ją ludzie często męczyli i często było tak, że to malarstwo było dla niej też takim sposobem odseparowania się od świata.

Przychodzili jacyś goście i oni w tej wielkiej pracowni gdzieś tam sobie siedzieli czy nawet rozmawiali, a Boznańska podchodziła do sztalóg i pracowała.

Niektórzy potrzebują być rzeczywiście sami.

Malarstwo było jej takim schronieniem i taką enklawą, gdzie mogła być sama ze sobą.

Wiele myślę, że miała takich gorzkich refleksji na temat natury ludzkiej.

Miała na pewno bardzo wiele przykładów w swoim otoczeniu paryskim takiej ludzkiej małostkowości.

Obserwowała wielu artystów, bo przecież czasy właśnie przed 1940 rokiem to był okres, kiedy Montparnasse to było po prostu miejsce, gdzie...

Kilkuset twórców pracowało i z takim dystansem obserwowała ten pęd ku sławie, niewiarygodne ambicje, które niektórzy przejawiali, więc myślę, że patrzyła tak na to wszystko z politowaniem, może niekoniecznie komentując, ale miała swoje przemyślenia na ten temat.

Też była bardzo zmartwiona właśnie losem swojej siostry z Izą.

Olga była bardzo mocno związana, one żyły obok siebie na Małoparnasie.

przez bardzo wiele lat i można powiedzieć, że to był toksyczny związek, ale taki właśnie, od którego nie można uciec.

One nienawidziły się bardzo mocno, ale nie były w stanie bez siebie żyć.

Natomiast ta szarpanina psychiczna była ogromna między nimi i też momenty kłótni, wyrzutów wobec siebie, awantur, czy nawet takie okresy, kiedy się w ogóle do siebie nie odzywały miesiącami.

Ale zawsze ta relacja jakoś tam odżywała i były dla siebie bardzo jednak ważne.

Kiedy Iza popełniła samobójstwo, dla Olgi to był taki w zasadzie kres życia bardzo twórczego.

Po tym samobójstwie Izy, Boznańska nie namalowała żadnego swojego autoportretu.

O ostatnich latach życia Olgi Boznańskiej można dużo dowiedzieć się z korespondencji prowadzonej przez Jana Szymańskiego, radcę Ambasady Polskiej w Paryżu, który opiekował się malarką z ramienia rządu polskiego, a swoimi spostrzeżeniami dzielił się w listach z radcą Edwardem Chmielarczykiem, przyjacielem rodziny, który pomagał malarce zarządzać kamienicą w Krakowie i przesyłał pieniądze z czynszu.

Izy, siostry pani Olgi, zastraszające wprost wywołała skutki na jej stan psychiczny.

Widok zmarłej siostry w jej mieszkaniu, w kilka dni po śmierci, w okolicznościach zastraszających, a w szczególności widok trupa w trumnie w Kostnicy, tuż przed zamknięciem trumny,

już nie wstrząsnęły, lecz zniszczyły wszelką podstawę równowagi stanu psychicznego u pani Olgi.

Kazała usunąć wszystkich z kostnicy.

Zwróciła się do mnie z prośbą tuż przed zamknięciem trumny, by raz jeszcze spojrzeć na siostrę.

Izia była jak węgiel z czerniała.

Pani Olga Boznańska straciła odtąd nieledwie zupełnie pamięć.

Też musimy pamiętać o tym, że w pewnym momencie to się mówi tak, że boznańska zastygła w czasie.

Ona na początku XX wieku nosiła takie długie, powłóczyste suknie, takie jakie były wtedy modne, mocno zabudowane pod szyją, z bufkami.

I kiedy przyszła moda, która uwalniała kobiety od gorsetów i od takich bardzo obcisłych sukien, boznańska zachowała ten styl ubierania się.

Nawet stała się taką, powiedzmy, ikoną Montparnasse'u, bo...

zwracana na nią uwagę, bo to była z reguły taka ciemna, bardzo ciężka, powłóczysta suknia, kojarząca się z początkiem wieku, a jak wiemy kobiety skracały te sukienki, one już w latach dwudziestych sięgały do kolan, boznańska nigdy nie nosiła żadnych sukienek do kolan, tylko zawsze te szaty.

Ona w pewnym sensie zastygła w czasie i te portrety też to oddają, bo to zwykle jest ta sama fryzura, czyli ten taki koczek, upięcie wysoko, taka jakby korona troszeczkę z włosów, taki zaczes do tyłu,

To opisywali ci, którzy ją odwiedzali, to miała taki wałek wręcz tutaj nad czołem, ale to była bardzo charakterystyczna fryzura, jak na nią spojrzymy, to od razu nam się kojarzy z rokiem 1905-1906, to jest ten przedział czasowy.

Być może stało się tak dlatego, że w 1906 roku zmarł ojciec Boznańskiej, Adam Boznański, który był...

Bardzo ważną postacią w życiu artystki, bardzo enigmatyczną do dzisiaj i też badaczki, badacze się spierają co do charakteru tego wpływu, jaki wywarł Boznański na córkę.

On postanowił zainwestoww edukację córki.

Jak wiemy pod koniec XIX wieku kobiety nie mogły się uczyć malarstwa w uczelniach artystycznych.

Boznański sfinansował córce wyjazd do Monachium i tam zdobyła uznanie jako taka modernistka, malarka bardzo nowoczesna.

Co jest też bardzo ciekawe, że większość tych jej autoportretów, które znamy, powstała w czasie, kiedy zmarł jej ojciec.

I nawet taki autoportret, który znajduje się w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie ona się zaprezentowała w takiej białej bluzce.

To jest niesamowity obraz.

No ale ta biel tej bluzki i ten gest tych dłoni, coś ma takiego w tym spojrzeniu bardzo kojącego.

Nie chcę tego wiązać bezpośrednio ze śmiercią ojca, bo to by było może trochę drastyczne, ale może byłoby jakieś poczucie chwilowej wolności.

To oczywiście zgaduję, to jest moja interpretacja.

Jakiś moment, kiedy ona sobie uświadomiła, że jest wreszcie panią własnego losu, że ma jeszcze bardzo wiele życia przed sobą.

Ale jest to rzeczywiście chyba jeden jedyny jej autoportret, gdzie ona się wydaje taka uduchowiona, szczęśliwa.

Jej twarz wydaje się taka bardzo gładka, nie ma tego wyżłobienia takiego, bo na wielu autoportretach też późniejszych

Zwłaszcza takich z lat trzydziestych.

Widać też jednak to cierpienie, takie osamotnienie.

Może też poczucie takiego bycia odrębną wobec ludzi, wobec świata.

Ona się też w pewnym momencie boznańska odsunęła.

Może żal, że tak się życie potoczyło, że rozstała się z tą swoją największą miłością.

z Czajkowskim, którego portret zawsze do końca życia miała blisko siebie i bardzo często wspominała jednak ten okres tego narzeczeństwa.

Natomiast ojciec Boznański bardzo mocno kontrolował córkę.

W pewnym momencie przyjechał w ogóle do Paryża i w Paryżu zamieszkał, żeby być bliżej właśnie córki.

Więc jakby ta ich więź była bardzo silna, ale też była to taka więź.

Tak sobie to wyobrażam.

A tutaj obok gdzieś ten ojciec, który zawsze wszystko chciał wiedzieć i bardzo się mieszał w jej życie.

Zresztą prawdopodobnie też przez niego Boznańska zerwała swoje zaręczyny.

Może nie tyle ona zerwała, bo...

One zostały zerwane przez tego niedoszłego narzeczonego Czajkowskiego.

No ale na pewno ojciec też miał w tym swój udział, nie lubił tego quasi narzeczonego Boznańskiej.

I ona też w jednym z listów pisała, że prawdopodobnie ojciec się nigdy nie zgodzi na małżeństwo.

Więc jakby ta ingerencja Boznańskiego w życie córki była bardzo daleko idąca.

Już nie mówiąc o tym, że niektóre badaczki jak na przykład profesor Sosnowska uważają, że ojciec molestował seksualnie córkę.

Patrząc właśnie na to, jak się zachowywał Adam Boznański w stosunku do dorosłej już córki, no to była to relacja bardzo dziwna.

I też ten fakt, że Boznańska jako dorosła kobieta miała ogromny problem z cielesnością, z takim obcowaniem intymnym.

Ona prawdopodobnie, bo to też opieramy się jednak na przesłankach, dlatego że na początku XX wieku czy w XIX wieku nikt nie pisał o takich sprawach.

Nawet w korespondencji żadne pamiętniki, o ile Boznańska takie prowadziła, się nie zachowały.

Więc tutaj operujemy naprawdę na takich grubych klockach, to jakby muszę to zaznaczyć.

Wiem, że niektórych też to oburza, to dociekanie, ale mnie się wydaje ważne.

Boznańska na przykład miała ogromny wstręt do nagości, do kobiet w ciąży na przykład.

Absolutnie nie wyobrażała sobie siebie jako matki, to o tym pisała akurat do przyjaciółki w liście.

Macierzyń swoją absolutnie przerażało, odstręczało.

Prawdopodobnie miała za sobą jakieś zbliżenie seksualne właśnie ze swoim narzeczonym, które okazało się taką katastrofą.

Po którym ona, jak wynika z listów, napisała Czajkowskiemu, że jedyne co może mu zaproponować to białe małżeństwo, czyli pozbawione tych kontaktów intymnych.

On chciał normalnego związku.

Więc jakby wszystko wskazuje na to, że coś bardzo złego się działo w dzieciństwie.

Ona nigdy już po tym zerwanym narzeczeństwie się nie zbliżyła na tyle do innego mężczyzny, żeby w ogóle zastanawiać się nawet nad jakimś związkiem.

Generalnie w tym miejscu obok tych obrazów prezentujemy jeszcze przedmioty, które oryginalnie znajdowały się w pracowni paryskiej Olgi Boznańskiej.

Mamy zachowaną oryginalną sztalugę, która się właśnie w tej pracowni znajdowała.

Trafiła do zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie.

Tu się zachowały i etykietki, a na niektórych tubkach z farbą nawet się zachowały fragmenty włosia z pędzla, przyklejone gdzieś tam.

Także też bardzo ciekawe obiekty, które też się świadczą właśnie o tym warsztacie i o tym, jak pracowała artystka.

Zmarła w szpitalu.

Całe szczęście, że jednak to, co się w tej pracowni znajdowało, nie wylądowało na śmietniku.

Samej pracowni już nie ma, ale na szczęście nikt nie był na tyle bezlitosny wówczas w 1940 roku, że po prostu opróżnił tą pracownię, no bo to nie była jej własność.

Ona wynajmowała przecież to pomieszczenie, ale i tak jakieś zachowały się fotografie, właśnie obrazy, które znajdowały się w pracowni, jakieś tam elementy garderoby, takie rzeczy osobiste boznańskie.

Ja też znalazłam taki obraz, który się znajduje właśnie w Toruniu i to jest w zasadzie no taki powiedzmy quasi autoportret, bo to jest widok jej wnętrze pracowni i to w zasadzie jest autoportret, bo tak, no tu widzimy taką kanapę, dosyć ciekawa, zielona poduszka, ale kto się odbija w lustrze, no boznańska.

Widzimy, że to jest ona w trakcie malowania, więc to jest jednak jakiś autoportret, bo ona jest no tak troszeczkę niewidoczna, ale jednak istnieje.

Więc znowu ten motyw lustra bardzo ciekawy i ta jej postać, która jest tą panią tej pracowni, tym spiritus movens tej całej przestrzeni, która wydaje się pusta, a jednak artystka tam zawsze jest i to ona rządzi tym miejscem, ona mu nadaje kształt i ona jest tą duszą pracowni.

Z listu Jana Szymańskiego do Edwarda Chmielarczyka.

Pani Olga Boznańska jest niewątpliwie, co najmniej na tle moich długoletnich obserwacji, naturą dwoistą.

Po pierwsze, jest artystką.

Z chwilą, gdy do ręki swej bierze paletę czy pędzel, uwidacznia się, powiedziałbym momentalnie, najzupełniejsza u pani Olgi Boznańskiej równowaga.

Niczym po prostu niezmącony spokój nerwowy, jasność myśli, jakaś niewyczerpana siła pracy i umiłowanie.

Staje się naturalną, żywą, interesującą, spokojną, rozumną, miłą i każdemu bliską.

Są też to momenty najmilsze w tutejszym obecnym życiu pani Olgi Boznańskiej.

Z drugiej strony artystka jest człowiekiem i tylko człowiekiem.

Jest w pani Oldze tyle bólu, tyle cierpienia, tyle smutku.

Jest życiem już tak wyczerpana, żyje w tak powiedziałbym ciężkich warunkach.

Jest taką autokratką, tak bezwzględną, że nie wiadomo zupełnie, jakby to można stworzyć choć najnormalniejsze warunki jej tutejszego bytowania.

Dzisiaj nam się wydaje, że właśnie Boznańska była taką postacią, która zawsze funkcjonowała w polskim kanonie historii sztuki.

Ja to też często przypominam, to się wydaje dosyć niesamowite, ale pierwsza wystawa indywidualna boznańskiej odbyła się w 2005 roku w Zachęcie.

Późne lata 30. to był tragiczny już czas w jej życiu, kiedy była utrzymywana z jakichś tam datków.

Były nawet takie działania tutaj w Polsce prowadzone, które miały zmierzać do tego, żeby ratować boznańską, bo ona żyje w skrajnej biedzie, nie ma pieniędzy.

No i malarstwo już w latach 30. nie było modne, nie było tak cenione.

Też dzięki inicjatywie osób prywatnych, np.

Państwo Polskie zakupiło kilka obrazów do muzeów polskich.

Po wojnie poznańska dopiero zaczęła być sławna po 1957 roku.

Poza tym ona malowała dużo osób z arystokracji, osoby ze świata literatury.

Ona nie malowała robotników, ojniczki, loli, chłopa, tylko portrety.

To nie była dobrze widziana.

To nie mogło być z pochodzenia szlacheckiego, to w ogóle.

Także nie była na fali w tym czasie.

Po wojnie w 1946 roku rodzice dostali list od pani Kulaszyńskiej.

Pisała, że zakłada towarzystwo przyjaciół Olgi Boznańskiej.

Ale wrócę do tych lat 40.

Adwokat...

Napisał pismo do moich rodziców i do rodziny moich rodziców, żeby się zrzec spadku po Olgę Boznańską.

Chodziło o zapisanie przez Olgę Boznańską swojej kamienicy w Krakowie na rzecz Akademii Szuk Piękny w Krakowie.

Był szeroki dosyć zakres spadkobierców i tam chodziło o zachowek tak zwany, żeby nikt nie podważał testamentu Olgi Poznańskiej, żeby nie przydłużać procesu i się nie przyczepiać, że tak powiem, że coś się rodzina należy.

No i się rodzina wtedy pozdrzekała, bo to były już tam czasy PRL-u, to tam za bardzo się do zagranicy nie należało przyznawać.

No ale nikt nie kwestionował i zapisała, no to wielka chwała.

Ja byłem w tym mieszkaniu chyba w 51 roku z moją mamą.

Tam mieszkała jakaś pani Janota, to była siostra mojego dziadka oboznańskiego i mieszkała w mieszkaniu właśnie oboznańskim.

No i nawet tam był taki wspaniały obraz, kobieta stoi prawie naturalnych rozmiarów, może dziecko to inaczej wyobrażało sobie, ale taki duży obraz, stoi gdzieś w jakiejś oranżerii czy przy jakimś kwiecie, ubrana w taką sutnicę do samych kostek, więc nie czas PRL-u, tylko jeszcze widać, że to epoka wcześniejsza.

No i trzeba było przewieźć.

Poza tym poznańska jeszcze nie była taka bardzo znana i troszkę zostało to zlekceważone.

To jest ostatnich 20 lat, kiedy odkrywamy Boznańską.

Ja w to wierzę, że jednak to, że została artystką i taką artystką bardzo jednak uznaną w czasach, w których żyła, no to na pewno było czymś, co dawało jej taką siłę codzienną do życia i było takim czymś naprawdę, co ją trzymało i co napędzało i było tym sensem jej po prostu istnienia i taką powinniśmy ją zapamiętać i tak ją też postrzegać.

0:00
0:00