Mentionsy

Pokój Zbrodni
13.08.2025 22:10

Zrzucił ją ze schodów, udusił i spalił w piecu. Mieli razem dwójkę dzieci | Pokój ZBRODNI

Brutalne morderstwo na Śląsku. Mateusz M. zabił matkę swoich dzieci, poćwiartował ciało i próbował je spalić. Wstrząsające szczegóły śledztwa i procesu.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 144 wyników dla "Mateuszem M"

Mateusz M. miał według śledczych najpierw udusić swoją dziewczynę Małgorzatę, następnie odciąć jej nogi, a później spalić ciało kobiety.

W pierwszych rozmowach z policjantami tłumaczył się tym, że po prostu jest z wyrolem.

Sam zgłosił nawet jej rzekome zaginięcie.

Gdy stanął przed sądem, wycofał zeznania i nie przyznał się do winy.

Szczegóły tej sprawy mrożą krew w żyłach.

Ja nazywam się Bartosz Wojsa, a to jest pokój zbrodni.

Małgorzata W. zaginęła 21 kwietnia 2024 roku w Chełmie Śląskim pod Mysłowicami.

Jej ówczesny partner Mateusz M. osobiście zgłosił jej zniknięcie na komendzie policji.

Początkowo inżynier fizyki sugerował, że po ich kłótni mogła targnąć się na swoje życie.

W domu na powrót mamy czekała ich dwójka wspólnych dzieci.

Z ustań śledczych wynikało, że 32-letnia kobieta po raz ostatni nawiązała kontakt z członkami swojej rodziny poprzez rozmowę telefoniczną.

Po jej zakończeniu przestała się odzywać i odbierać komórkę.

Nie dała o sobie znać, nie wróciła też do domu, a samochód, którym podróżowała, znaleziono przy zbiorniku wodnym Dziećkowice, co mogło ponownie sugerować próbę odebrania sobie życia.

Funkcjonariusze zaapelowali do mieszkańców okolicznych miejscowości o pomoc w poszukiwaniach, publikując w mediach zdjęcie Małgorzaty oraz jej opis.

Można było z niego wyczytać, że kobieta ma około 165 cm wzrostu i jest szczupłej budowy ciała, włosy w kolorze blond, sięgające do ramion, ubrana w sweterek sportowy z kapturem, szare spodnie typu dresowego oraz buty sportowe.

Policja apeluje do wszystkich osób, które mogłyby posiadać jakiekolwiek informacje na temat miejsca pobytu zaginionej.

Wszystkie takie wskazówki są niezmiernie cenne i mogą okazać się kluczowe w dalszych poszukiwaniach.

Czytaliśmy w opublikowanym komunikacie, ale szybko wyszło najaw, że Małgorzata Wu wcale nie zaginęła.

tylko została zamordowana.

O szczegółach dotyczących tego, jak Mundrowym udało się rozwikłać tę zagadkę, w lipcu 2025 roku w sądzie opowiedział policjant, który przeprowadził rozmowę z Mateuszem M, partnerem kobiety.

To on został oskarżony o jej zabójstwo i po roku od sprawy stanął przed wymiarem sprawiedliwości.

Kamery monitoringu nagrały podejrzanego jak porzuca samochód partnerki w okolicach zbiornika Dzieckowice.

Mężczyzna na dalszym etapie śledztwa nie chciał też udostępnić komputerów do sprawdzenia przez policję.

Nie angażował się w poszukiwanie Małgorzaty, znikał na dłuższy czas i nie było z nim kontaktu.

To dało policjantom do myślenia.

Kilkakrotnie zmieniał też zeznania.

Przyznał, że nie układało im się w związku, ale rzekomo proponował kobiecie rozstanie.

Potem twierdził, że to ona groziła, że odejdzie i odbierze mu dzieci.

Często mieli się kłócić, a sprzeczki nabierały na sile.

Aspirant Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach zeznawał, że w dzień, kiedy Mateusz M. przyznał mu się do winy, najpierw zadzwonił do mężczyzny, by uprzedzić go o wizycie.

Podejrzany nie był zaskoczony, w końcu sam złożył zawiadomienie o zaginięciu dziewczyny.

Niedawno wrócił do domu, przygotowywał obiad dla dwuletniego synka, z którym był w mieszkaniu.

Pojechaliśmy tam.

Otworzył drzwi, a ja celowo od razu powiedziałem mu, że jesteśmy od zabójstw, żeby obserwować reakcję.

Weszliśmy do środka, rozmawiał z nami odwrócony tyłem,

Skrował ziemniaki.

Mówił, że musi zrobić obiad synkowi.

Niedługo później padło pytanie, co Mateusz M. zrobiłby pomóc w odnalezieniu partnerki.

Słowa, których użył, od razu zapaliły czerwoną lampkę nad głowami policjantów.

Usłyszałem, że się przeszedł nad pobliski zbiornik wodny.

To przeszedłem się sprawiło, że byłem przekonany, że to on jest zabójcą.

Wtedy powiedziałem do niego, gdyby pan był mną, a ja panem, czy uwierzyłby mi pan w wypowiedziane właśnie słowa?

Zeznawał mundurowy.

Wtedy coś w Mateuszu M. pękło.

Stwierdził, udusiłem ją.

Spytałem, gdzie ciało?

Odpowiedział, że nie ma ciała.

Zdaniem policjantów podejrzany szczegółowo opisał później, jak doszło do zabójstwa.

Miał twierdzić, że do zbrodni doszło w afekcie, podczas szarpaniny na schodach, z których Małgorzata Wu została przez niego zepchnięta.

Po wszystkim zbiegł do obolałej partnerki i zacisnął ręce na jej szyi, dusząc tak długo, aż przestanie oddychać.

Następnie miał starannie umyć schody, by zatrzeć po sobie wszelkie ślady, ale z rozbrajającą szczerością stwierdził też, że w jego ocenie dobry policjant powinien odnaleźć na nich krew, co się jednak nie stało.

Przynajmniej nie od razu.

Cytował słowa podejrzanego policjant, który z nim rozmawiał w dniu zatrzymania.

To właśnie wtedy Mateusz M. miał wskazać kominek i wyznać, że próbował w nim spalić ciało Małgorzaty, uprzednio obcinając jej nogi.

Ze szczątków miał zostać jedynie kawałek jej kości oraz telefon, który też próbował spalić, co mu się jednak nie udało.

Pozostałości wyrzucił w zaroślach przy jakichś hałdach, tak przynajmniej wówczas mówił.

Miał im przyznać się do tego, że po zabójstwie zniósł zwłoki Małgorzaty do piwnicy,

Na początek obciął nogi, prawdopodobnie po to, by szczątki zmieściły się w kominku, ale temperatura w piecu była zbyt niska i nie uporała się z całkowitym spaleniem ciała, na co miał liczyć podejrzany.

Wtedy mężczyzna zapakował pozostałości w folię i wywiózł je do nieodległego lasku.

Tam miał pozbyć się nadpalonych nóg oraz reszty korpusu.

Gdzieś wyczytał, że najlepszym drewnem do spalenia ciała jest dębina, która daje najwyższą temperaturę.

Zakupił dużą beczkę po oleju, w której wywiercił dziury, a następnie wrócił na miejsce ukrycia zwłok.

Zabrał je z powrotem do domu, a następnie przez całą noc spalał szczątki w beczce.

Ostatnim akordem było wysypanie prochów i zmieszanie ich z cementem oraz wodą.

Tę zaprawę wylał pod płotem posesji.

Relacjonował Przemysław Gluma, dziennikarz Superekspresu, który śledził rozpoczęty niedawno proces Mateusza M. w tej sprawie.

Przed sądem pierwsze zeznania złożył zresztą nie tylko policjant, lecz także Magdalena S., była żona oskarżonego, która nie ukrywała, że boi się byłego męża.

Ekspertka z dziedziny chemii, pracownica naukowa.

Prosiła o złożenie zeznań w innej sali, ponieważ nie czuje się komfortowo w obecności Mateusza.

Wyświetlono ją na widoku z kamerki.

Wydawała się bardzo przejęta tym wszystkim.

Rozwiedliśmy się z powodu niezgodności charakterów.

Używam bardzo dyplomatycznej formuły.

Powodem był trudny charakter mojego byłego męża.

Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkanku w domu asystenta, ponieważ robiłam doktorat.

Mateusz musiał opuścić to mieszkanie, bo ja miałam do niego prawo.

Zaznawała była żona mężczyzny.

Mąż był dominujący, nawet apodyktyczny.

Wszystko musiało być wedle jego woli.

Z perspektywy czasu uważam, że to osoba toksyczna", dodawała.

Małżeństwo z podejrzanym stawało się dla kobiety coraz bardziej uciążliwe.

Miała poczucie, jak zeznawała, że zabrnęła w pułapkę.

W pewnym momencie zaczęła nawet korzystać z porad psychologa, na co według śledczych zdecydowała się również następna partnerka Mateusza, czyli zamordowana Małgorzata.

Pani Magdalena zaznawała, że stała się potulna i stłamszona.

Miała poczucie, że i tak nie wygra, więc odpuszczała.

Mąż nie stosował jednak fizycznej przemocy.

Raz chyba tylko mocniej pociągnął mnie za rękę.

Raz też, gdy się z nim nie zgodziłam, powiedział w żartach, że jak jeszcze raz coś takiego powiem, to rozbije mi butelkę po piwie na głowie.

To była taka wysublimowana przemoc w białych rękawiczkach, która miała mnie ustawić do pionu.

Krytykował mnie publicznie.

Czułam się napominana.

To wszystko sprawiło, że się bardzo zmieniłam.

Z otwartej osoby zrobiłam się smutna i wycofana, bez poczucia wartości w roli małżonki.

Wtedy w tajemnicy przed mężem zaczęłam spotykać się z psychologiem.

Zaznawała Magdalena S.

Gdy podjęła decyzję o rozwodzie, zostawiła Mateuszowi list.

Bała się powiedzieć mu o tym wprost.

W powodach zaznaczyła między innymi, że nie chce mieć dzieci, bo wiedziała, że on wręcz przeciwnie, marzył o zostaniu ojcem.

Do rozwodu ostatecznie doszło, a po jego zakończeniu dawne małżeństwo praktycznie przestało się całkowicie widywać.

Magdalena spamiętała jeszcze sytuację, w której poznała Małgorzatę.

Obie miały zostać sobie przedstawione przez podejrzanego.

Późniejsza ofiara potencjalnego mordercy pisała przed śmiercią do byłej żony Mateusza.

Pytała o powód naszego rozstania, mówiła o problemach w związku.

Zastanawiała się, czy to nie ona przypadkiem jest temu winna.

Poza tym napisała, że gdyby nie dwoje ich dzieci, to ona sama już dawno by go opuściła.

Zeznała Magdalena S., która przyznała wprost, że zaskoczyło ją to wyznanie.

Przypomniało mi się wtedy, jak bardzo mój były mąż potrafił być mściwy i bałam się, że dowie się o korespondencji.

Odpisałam bardzo ogólnie.

Zradziłam jej, że chodziłam do psychologa.

Podziękowała mi za odpowiedź.

Później już nie odpisywałam z obawy przed zemstą byłego męża.

W kwietniu 2024 roku, kiedy media obiegło zdjęcie Małgorzaty Wu wraz z informacją o jej zaginięciu, Magdalena poczuła ogromny niepokój.

Od razu pomyślała, że Mateusz mógł jej coś zrobić, a kiedy potwierdziła się informacja o śmierci kobiety, była niemal pewna.

Złe przeczucia mieli także współpracownicy Małgorzaty, którzy o sprawie dowiedzieli się z mediów.

W ostatnim czasie bardzo zamknęła się w sobie.

Ostatni miesiąc przez tydzień przed śmiercią już się nie odzywała.

Jedno zajście z dziećmi uderzyło mnie.

Pokazała mi zdjęcia obrażeń córeczki i mówiła, że to Mateusz ją szarpał.

Byli razem na terapii.

Mateusz miał jej powiedzieć, że zniszczyła mu życie.

Że ma dosyć.

Małgorzata miała być uzależniona finansowo od Mateusza.

Nigdy nic nie kupowała, w pracy prawie nie jadła, bo nie miała swoich pieniędzy.

Według mojej oceny on zawsze był socjopatą, mówiła koleżanka Małgorzaty.

I choć początkowo Mateusz M przyznał się do winy w rozmowach z policjantami, to podczas samego procesu wycofał swoje zeznania.

Teraz twierdzi, że doszło do nieszczęśliwego wypadku, że Małgorzata spadła ze schodów i uderzyła głową o stopień, a on spanikował.

Warto przy tym zaznaczyć, że mimo słabego zaangażowania w pozorowane poszukiwania partnerki, mężczyzna przejawia ogromną aktywność podczas rozpraw.

Zadaje pytania świadkom w sposób niezwykle inteligentny, jest stanowczy i opanowany, nie uronił też ani jednej łzy.

Małgosia

Trzy razy się oświadczałem i trzykrotnie zostałem odrzucony.

Nie zawarliśmy małżeństwa ze względu na jej wybuchowy charakter.

Nasza relacja przypominała huśtawkę.

Nigdy jej nie groziłem śmiercią i zakopaniem", twierdził oskarżony.

Mateusz powtórzył, że to Małgorzata miała mu grozić odejściem i odebraniem dzieci.

Tymczasem ogromne katusze przechodzą najbliżsi kobiety, w tym dwójka maluchów, które tęsknią za mamą, ale też rodzice Małgorzaty.

To on z żoną przejął opiekę nad małoletnimi.

Dzieci straciły matkę i szanse na normalne wychowanie.

W rolę ojca i matki muszą się wcielać dziadkowie.

Mówił mecenas Dariusz Kawalec, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych, który wniósł o zadośćuczynienie po 300 tys.

To, co się stało ze zwłokami Małgorzaty i okoliczność pochówku, który raczej był symboliczny niż rzeczywisty, to powoduje olbrzymie cierpienie.

Dziś dziewczynka już rozumie, że nie ma mamy.

Przyjdzie im całe życie wychowywać się bez matki", dodawał prawnik.

Gdy nagrywaliśmy ten odcinek programu, proces w sprawie mężczyzny nadal trwał.

Mateuszowi M. za zarzucane mu zabójstwo partnerki oraz zbezczeszczenie jej zwłok grozi kara dożywotniego więzienia.