Mentionsy

Pokój Zbrodni
10.12.2025 19:36

Pięć historii, pięć finałów. Wyroki w głośnych sprawach | Pokój ZBRODNI

Przedstawiamy aktualizacje dotyczące pięciu kryminalnych historii, omawiając zapadłe, niewiarygodne wyroki oraz dalsze losy oskarżonych. Co nowe ustalenia zmieniają w tych sprawach - Czy rodziny wreszcie doczekają się sprawiedliwości?

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 261 wyników dla "Radosława M"

Głośne sprawy kryminalne w Polsce, o których opowiadaliśmy już w naszym programie, doczekały się sądowych wyroków.

W odpowiedzi na Wasze prośby naszych widzów przygotowaliśmy specjalny odcinek programu, w którym zaktualizujemy informacje dotyczące pięciu

W niektórych przypadkach można się mocno zdziwić.

Ja nazywam się Bartosz Wojsa, a to jest Pokój Zbrodni.

Sprawa o kryptonimie Skóra.

W dniu, w którym rozpłynęła się w powietrzu, jak wówczas mówiono, wybrała się w okolice Rynku Głównego w Krakowie.

Później miała spotkać się ze swoją mamą, bo planowały wspólnie pójść do lekarza.

Kobieta nie przyszła jednak na umówioną godzinę, a brak kontaktu z nią zaniepokoił matkę, która ostatecznie wezwała policję i zgłosiła zaginięcie córki.

Poszukiwania przedłużały się, a śledczy nie mogli trafić na trop, który doprowadziłby ich do Katarzyny.

Dopiero 6 stycznia 1999 roku załoga statku Łoś, który przepływał Wisłą, znalazła fragmenty czyjegoś ciała.

Były wplątane w śrubę napędową, co doprowadziło do unieruchomienia statku.

Zaalarmowano służby.

Z uwagi na stan ciała trudno było podejrzewać do kogo mogą należeć zwłoki.

Konieczne więc były badania DNA, które w tamtych latach były jednymi z pierwszych wykonanych na terenie Polski.

Dziennikarze zajmujący się w tamtym okresie sprawą pisali, że kobieta mogła jeszcze żyć, gdy oprawca zdzierał z niej skórę.

Gazeta Wyborcza podawała, cytując jednego ze śledczych, że zabójca pociął ją równo, zaczynając między nogami od narządów płciowych.

Miały kierować nim pobudki sadystyczne z motywem seksualnym w tle.

Podczas śledztwa w 1999 roku wytypowano jako podejrzanego mężczyznę, który często spacerował nad Wisłą.

Mówiono, że nie znosił kobiet, a jedną z nich miał nawet molestować.

Działania nie przyniosły rezultatu, a prokuratura umorzyła śledztwo z uwagi na niemożność wykrycia sprawcy.

Po jakimś czasie sprawę, której nadano kryptonim Skóra, przejęła specjalistyczna grupa policyjna nazywana Archiwum X. Wykorzystywano wszystkie dostępne metody śledztwa, także te niekonwencjonalne.

O pomoc poproszono chociażby jasnowidza, ale nic nie przyniosło efektu.

Każdy podejrzany typowany przez mundurowych był później wypuszczany, bo okazywało się, że nie ma nic wspólnego ze śmiercią Katarzyny, a przynajmniej nie ma na to dowodów.

Oficjalne śledztwo wznowiono w 2012 roku w wyniku znalezienia nowych materiałów.

Pięć lat później, w 2017 roku doszło do zatrzymania i aresztowania Roberta J., 52-letniego mieszkańca Krakowa, który znalazł się na celowniku policjantów już kilka miesięcy wcześniej.

W jego mieszkaniu zabezpieczono ślad biologiczny ofiary.

Sąsiedzi i znajomi nazywali go dziwakiem.

Opowiadano, że był znany z przypadków męczenia zwierząt, trenował kulturystykę i sztuki walki.

Miał zdobyć jej zaufanie, a gdy spotkali się na krakowskim rynku, rzekomo namówić ją, żeby pojechała z nim na działkę.

Akt oskarżenia przeciwko Robertowi J. trafił do sądu w 2019 roku, a zgromadzone dowody liczyły ponad 490 tomów.

W 2020 roku rozpoczął się proces za zamkniętymi drzwiami z wyłączoną jawnością.

Mężczyzna nie przyznawał się do winy.

Mimo tego 14 września 2022 roku sąd skazał Roberta J. na karę dożywotniego więzienia.

Działając z mieszanej motywacji wynikającej z zaburzeń preferencji seksualnych o typie złożonym, o cechach sadystycznych i fetyszystycznych z elementami nekrosadyzmu oraz fetyszyzmu nekrofilnego, miał pozbawić życia Katarzynę i dokonać zdjęcia z jej ciała skóry.

Wyrok nie był jednak prawomocny i złożono od niego apelację.

31 października 2024 roku przed sądem apelacyjnym w Krakowie zapadła decyzja drugiej instancji, zgodnie z którą Robert J. został całkowicie uniewinniony od stawianych mu zarzutów i niezwłocznie zwolniony z aresztu.

Podkreślono, że w jego sprawie należy kierować się zasadą domniemania niewinności.

Teraz mężczyzna domaga się od Skarbu Państwa olbrzymiego zadośćuczynienia za niesłuszny areszt w związku z oskarżeniem o zabójstwo, a konkretnie 22,5 miliona złotych.

Chciałbym powiedzieć bardzo wyraźnie, że kwota, której się domagamy, jakkolwiek oczywiście duża, jest kwotą absolutnie adekwatną i nie jest, co istotne, żadną prośbą ze strony Roberta, tylko jest naszym jasnym oczekiwaniem, że państwo, które zrujnowało życie człowiekowi niewinnemu, po prostu weźmie odpowiedzialność za tę sytuację.

Przekazał Superekspresowi mecenas Łukasz Chojniak, pełnomocnych mężczyzn.

Jednocześnie warto odnotować, że tym samym sprawa Skóry pozostaje nierozwiązana, a prawdziwy morderca studentki z Krakowa jest bezkarny.

Wyrok uniewinniający w sprawie Roberta J. w momencie nagrywania tego odcinka stał się już prawomocny.

Sprawa trzyletniego Tomusia z Grudziądza.

Tomuś żył zaledwie trzy lata, a doświadczył więcej zła niż niejeden dorosły przez całe swoje życie.

Zaczęło się właściwie od narodzin, kiedy jego mama Angelika L. rozstała się z biologicznym ojcem chłopca.

Z nieoficjalnych ustaleń wynika, że miał on znęcać się nad żoną i siódemką ich dzieci.

Niedługo później kobieta przyprowadziła do domu innego partnera.

Radosław M. uczynił z życia małego Tomka prawdziwe piekło.

Dokładnie 13 listopada 2017 roku na numer alarmowy zadzwonił mężczyzna, którym okazał się właśnie Radosław M. Poinformował ratowników, że Tomuś wypadł mu z rąk i potrzebna jest pomoc.

Na miejsce do mieszkania w jednej z kamienic w Grudziądzu wezwano służby.

Tak makabrycznie pobitego dziecka ratownicy nie widzieli w całej swojej karierze.

Chłopiec był nieprzytomny, miał obrzęk mózgu.

Wymagał natychmiastowej operacji, więc prędko przewieziono go do szpitala.

Niestety, mimo wysiłków lekarzy dziecko ostatecznie zmarło.

Śledztwo w sprawie śmierci Tomka odsłoniło przerażające kulisy jego życia.

Z sekcji zwłok oraz opinii biegłych wynikało bowiem, że obrażenia przez które trzylatek zmarł nie powstały jednego dnia, tylko były wynikiem kilkunastodniowego katowania dziecka.

siniaki i rany miały powstać między 3 a 13 listopada 2017 roku.

Późniejsze zapisy wskazywały nawet na to, że katowanie być może mogło rozpocząć się wcześniej, bo już w sierpniu 2017 roku.

Ślady wykryto na głowie, tułowiu, rękach, okolicach miejsc intymnych i nogach.

Tomek miał krwiaka w pobliżu trzustki i obfite wylewy krwi.

W toku śledztwa dosyć szybko ustalono, że do obrażeń dziecka mógł doprowadzić jego wujek, Radosław M. Mężczyzna został zatrzymany, a wkrótce usłyszał zarzuty, które mówiły m.in.

o znęcaniu się, psychicznie i fizycznie, ze szczególnym okrucieństwem nad mieszkającym razem z nim Tomkiem, synem jego konkubiny.

W akcie oskarżenia napisano, że mężczyzna krzyczał na chłopca, straszył go, groził pozbawieniem życia.

Miał również zamykać trzylatka w szafie i w piwnicy, kiedy ten był jego zdaniem niegrzeczny.

W końcu sięgnął po przemoc fizyczną.

Uderzał pięściami i kopał po całym ciele.

13 listopada uderzył dziecko w głowę i spowodował u niego obrażenia skutkujące krwawieniem śródczaszkowym, co doprowadziło do masywnego obrzęku mózgu i finalnie do śmierci Tomka.

Biegli wykluczyli, aby obrażenia mogły powstać w wyniku zabawy dziecka czy upadku, np.

Linia obrony Radosława M, jakoby trzylatek wypadł mu z rąk, została więc storpedowana przez śledczych.

Zdaniem funkcjonariuszy Radosław M znęcał się nie tylko nad Tomkiem, ale również nad szóstką jego rodzeństwa oraz szczeniaczkiem, który należał do śmiertelnie pobitego trzylatka.

Ustalenia śledczych pozwoliły dotrzeć do świadków, których zeznania obciążały mężczyznę, podobnie jak dowody, które udało się zgromadzić.

To wszystko pozwoliło z kolei na zmianę początkowych zarzutów wobec Radosława M. i zaostrzenie ich.

Prokuratura dodała m.in.

zapis mówiący o tym, że feralnego dnia mężczyzna miał działać z zamiarem zabójstwa dziecka.

Jeśli chodzi zaś o rodzeństwo Tomka, sprawca miał stosować wobec nich przemoc, bijąc smyczą i rękoma po całym ciele.

Zdarzyło mu się nawet naruszyć nietykalność cielesną innego dziecka, które odwiedzało rodzeństwo Tomka.

Zresztą mama Tomusia również nie była bez winy, jeśli chodzi o dramatyczne wydarzenia, które ten przeżył w swoim krótkim i bolesnym życiu.

Zdaniem sądu kobieta umyślnie miała doprowadzić do powstania u dziecka ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci chorób realnie zagrażających życiu.

Chodziło m.in.

Angelika L. nie reagowała również na to, co jej dzieciom robił jej konkubent, Radosław M. Z materiału dowodowego, jaki zebrała prokuratura, wynikało także, że kobieta widziała fatalny stan zdrowia swojego dziecka.

To, że Tomek był apatyczny, niedożywiony, miał nawet złamane obie ręce.

Mimo tego nie wezwała lekarza, nie załatwiła synowi pomocy medycznej.

W maju 2021 roku po czterech latach od tragicznych wydarzeń zapadł pierwszy wyrok.

Sąd Okręgowy w Toruniu skazał matkę chłopca Angelikę L. na karę pięciu lat pozbawienia wolności wykonywanej w systemie terapeutycznym.

Jej konkubent Radosław M. usłyszał z kolei wyrok łączny 25 lat więzienia i zakaz kontaktowania się z małoletnimi pokrzywdzonymi oraz zbliżania się do nich na odległość mniejszą niż 50 metrów przez okres kolejnych 10 lat.

Mężczyzna został skazany za znęcanie się i pobicie ze skutkiem śmiertelnym 3-letniego chłopca.

W drugiej instancji zdecydowano bowiem o zmniejszeniu kary dla oprawców chłopca.

Sąd apelacyjny niespodziewanie złagodził wyrok dla głównego zabójcy Tomusia i skrócił jego pobyt w więzieniu aż o 10 lat, z 25 do 15 lat pozbawienia wolności.

Wyrok matki skrócił natomiast o rok, z 5 do 4 lat więzienia.

W rozmowie ze mną swoje oburzenie wyrazili przedstawiciele fundacji To Ja Dziecko im.

Kamilka Mrozka z Częstochowy.

Wystosowano nawet petycję do prokuratora generalnego Adama Budnara.

Jesteśmy absolutnie zbulwersowani tym wyrokiem, powiedziała Agnieszka Kurczewska, pracownica fundacji.

Nie wiadomo więc tak naprawdę, jakie przesłanki skłoniły wymiar sprawiedliwości

Wstrząsające wydarzenia rozegrały się w niedzielę 25 lutego 2024 roku w centrum Warszawy, przy ulicy Żurawiej.

25-letnia Liza pochodząca z Białorusi przyjechała do Polski już jakiś czas temu.

Nasz kraj miał być dla niej schronieniem.

Zamiast tego spotkał ją niewyobrażalny dramat.

Młoda kobieta wracała akurat z imprezy około godziny 5 nad ranem, kiedy zupełnie niespodziewanie ktoś zaszedł ją od tyłu.

23-letni Dorian S. miał na sobie kominiarkę, a w dłoni trzymał nóż.

Mężczyzna zaciągnął Lizę do bramy, gdzie brutalnie ją wykorzystał.

Rozebrał, maltretował, dusił.

Na koniec obrabował 25-latkę i zostawił nagą w miejscu zbrodni, a sam odszedł.

Skierował swoje kroki do sklepu, zrobił nieduże zakupy i wrócił do domu, jakby nic się nie stało.

Nikt nie pomógł Lizie.

Mimo, że obok bramy, gdzie doszło do przestępstwa, przechodzili ludzie.

Dwie kobiety nawet przystanęły tam na chwilę, co nagrały kamery monitoringu.

Na policji zeznały, że wyglądało im to na dobrowolny stosunek prawdopodobnie pary osób bezdomnych.

Mężczyzna, którego zobaczyły w bramie, miał się do nich wulgarnie odnosić, kazać im odejść.

A one, nie mając świadomości tego, co naprawdę się tam dzieje, posłuchały.

Dopiero z późniejszych relacji medialnych miały dowiedzieć się, że doszło do zbrodni.

Lizę przy bramie finalnie znalazł dopiero dozorca, kilkadziesiąt minut po tym, jak doszło do napaści.

Media nieoficjalnie podawały, że gdy ta była dokonywana, mężczyzna przebywał na obchodzie.

To on wezwał służby i próbował pomóc Lizie, zanim na miejsce przyjechało pogotowie.

Była nieprzytomna, nie wykazywała funkcji życiowych.

25-latka trafiła do szpitala, lecz mimo ogromnych starań lekarzy, którzy przez kilka dni robili co w ich mocy, by pomóc dziewczynie, nie udało się jej uratować.

Od początku stan Lizy był krytyczny, a 1 marca 2024 roku nadeszły koszmarne wieści.

Kobieta zmarła.

Dziewczyna przez cały czas, kiedy przebywała w szpitalu, miała obok siebie swojego ukochanego partnera.

Jej chłopak do ostatniej chwili miał nadzieję, że ta historia nie zakończy się takim koszmarem.

Sprawca zbrodni, 23-letni Dorian S., został zatrzymany kilkanaście godzin po tym, co stało się w stolicy.

Pomogły nagrania z monitoringu i psy tropiące.

Mężczyzna wynajmował mieszkanie przy ulicy Rakowieckiej na warszawskim Mokotowie.

Był kompletnie zaskoczony i nie stawiał oporu.

Podczas przeszukania zajmowanego przez niego lokalu policjanci znaleźli i zabezpieczyli m.in.

duży nóż kuchenny oraz kominiarkę, rzeczy których użył podczas popełniania przestępstwa.

W oficjalnym komunikacie podinspektor Robert Szumiata ze Śródmiejskiej Policji poinformował, że napastnik zrabował swojej ofierze dwa telefony komórkowe, kilka kart płatniczych oraz portfel.

Mudurowi odzyskali wszystkie te przedmioty.

Prokurator Szymon Banyna z Prokuratury Okręgowej w Warszawie przekazał natomiast, że Dorian S. usłyszał już zarzuty związane z usiłowaniem zabójstwa kobiety na tle rabunkowym i seksualnym.

Według nieoficjalnych ustaleń faktu Dorian S. nie miał stałej pracy.

i kilka razy zmieniał miejsce zamieszkania.

Zanim przeprowadził się do Warszawy, mieszkał w Opolu.

Sąsiadka pary w rozmowie z Superekspresem dodawała, że jego dziewczyna mieszkała tam od kilku lat, na początku bez niego.

Awantury i kłótnie miały zacząć się dopiero, gdy poznała Doriana.

Codziennie słyszałam krzyki, twierdziła kobieta.

Prokuratura pytana o przeszłość kryminalną sprawcy przekazała, że w policyjnej bazie nie ma jego DNA, ale był wcześniej karany za posiadanie narkotyków i drobne kradzieże.

Zradził też motywy swojego działania.

Chciał ją zastraszyć za pomocą noża i kominiarki.

Dodał jednak, że nie pamięta dalszego przebiegu wydarzeń.

Proces, który rozpoczął się niedługo później, śledziły media w całym kraju, ale nie tylko.

4 listopada 2025 roku Sąd Apelacyjny w Warszawie ogłosił wyrok w procesie apelacyjnym Doriana S., oskarżonego o brutalne zgwałcenie i zabójstwo 25-letniej Lizy z Białorusi.

Sąd pierwszej instancji skazał bowiem Doriana na dożywocie, lecz obrońcy złożyli apelację, kwestionując

Mecenasom jednak nie udało się wybronić swojego klienta.

Ujawniono, że mężczyzna miał napisać do ojca tuż po ataku na Lizę.

W innej wiadomości pisał

Sędzia Maciej Gruszczyński komentował, że kara jest po prostu słuszna.

Zbrodnia rozboju z użyciem noża, zgwałcenia i zabójstwa.

Sąd dzięki monitoringowi, który zarejestrował pierwszą część zdarzenia, dokładnie mógł zapoznać się z jego przebiegiem.

Podkreślał sędzia, nie mając wątpliwości, że wyrok jest prawidłowy.

Tym samym prawomocna stała się kara dla Doriana S. i jest nią dożywotnie pozbawienie wolności.

Do przerażającego odkrycia pod Garwolinem doszło 26 października 2022 roku, ale śmierć czteroletniego Leona mogła nastąpić nawet kilka miesięcy wcześniej.

19-letnia Karolina W., matka chłopca oraz jej 19-letni partner Damian G., który nie był jego biologicznym ojcem, mieli wówczas zajmować się maluchem.

Zamiast tego, zdaniem prokuratury, przyczynili się do utraty przez niego życia.

podczas jednego z wieczorów, kiedy szykowali dziecku kąpiel, nalali wrzątku do brodzika na wysokość około 7 cm.

Adamian zszedł do piwnicy.

Miał również sprawdzić jego temperaturę.

Nagle jednak usłyszał krzyk, a gdy pobiegł z powrotem do czterolatka, zobaczył, że wpadł on do wody i doznał rozległych oparzeń.

Miał czerwone plecy, ręce i nogi.

Wyskoczyły mu bąble.

Przed sądem podczas pierwszej rozprawy, która odbyła się dwa lata po tych strasznych wydarzeniach, dokładnie 31 stycznia 2024 roku, Damian zeznawał, że razem z Karoliną kładli dziecko na brzuchu, schładzali go wodą.

Myślałem, że wydobrzeje.

Nie wiedziałem, że można od tego umrzeć, tłumaczył się 19-latek.

Mówił, że dziś postąpiłby inaczej.

Nie zostało wezwane pogotowie, a para obawiała się, że nikt nie uwierzy w wypadek i mogą odebrać im drugie dziecko, młodszego brata Leona.

Takie myśli nasiliły się, kiedy stan czterolatka nie poprawiał się od kilku dni.

Chłopiec wymiotował, był cały blady.

Ponownie, zamiast wezwać karetkę, Damian i Karolina postanowili sami próbować pomóc synkowi.

To matka chłopca zauważyła, że coś jest z nim nie tak.

Pobiegła po partnera, a ten zabrał dziecko pod prysznic, do zimnej wody.

Później zeznawał, że ciało malucha było wówczas jak guma.

Ruszyłem z resuscytacją.

Jak robiłem usta usta, to mi zwymiotował w twarz i już ani razu się nie ruszył.

Relacjonował Damian przed sądem.

Jak ustalili śledczy, wtedy zaczęła się największa panika i strach przed odebraniem drugiego dziecka, dlatego młodzi rodzice zdecydowali się ukryć zwłoki Leona.

We wstrząsających zeznaniach, które złożył Damian, twierdził on, że Karolina na początku chciała wyrzucić dziecko do Wisły, potem upiec malucha i dać do zjedzenia psom.

Ostatecznie zgodziłem się, że zakopiemy Leona w lesie, stwierdził 19-latek.

On kopał dół nieopodal domu, w lesie pod Garwolinem, a ona patrzyła.

Ukryli tam zwłoki chłopca.

Kolejnego dnia zalali dół betonem, żeby zwierzęta nie odkopały ciała.

Nie mogliśmy poznać, ponieważ kobieta odmówiła składania wyjaśnień przed sądem.

Kiedy jeszcze trwało śledztwo, w rozmowie z policjantami powiedziała wcześniej, że była głupia i zakochana, że chciała chronić Damiana, dlatego nie wezwała karetki.

Prokurator Kamil Żmudziński zarzucał parze, że wspólnie i w porozumieniu pozbawili życia 4-letniego Leona, działając ze szczególnym okrucieństwem.

Adwokat oskarżonej twierdził jednak, że w przypadku Karoliny nie można mówić o zabójstwie, a tym bardziej o zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem w zamierzonym celu, lecz jedynie o ukrywaniu zbrodni.

Tymczasem kulisy tej sprawy pokazały, że do odnalezienia zwłokle ona doprowadziła determinacja jego prababci.

Kobieta bezskutecznie próbowała tygodniami umówić się na spotkanie z wnukiem, lecz nie mogła się tego doprosić.

W końcu wystraszyła się, że chłopcu coś mogło się stać, albo że może grozić mu niebezpieczeństwo i postanowiła zamknąć.

zawiadomić policję.

Funkcjonariuszom stosunkowo szybko udało się odnaleźć Karolinę i Damiana.

Przez kilka dni sprawdzali różne adresy, pod którymi w ostatnim czasie mogło przebywać dziecko wraz z matką i jej partnerem.

Finalnie udało się zatrzymać parę, a dzień później dokonano makabrycznego odkrycia w lesie.

Prababcia czterolatka przed sądem występowała nawet w charakterze oskarżyciela posiłkowego.

Sekcja wykonana niedługo po tym wykazała, że maluch umarł tydzień po doznaniu rozległych poparzeń spowodowanych prawdopodobnie gorącą wodą.

Akt oskarżenia przeciwko matce 4-letniego Leona i jej partnerowi został skierowany przez prokuraturę okręgową w Siedlcach do sądu pod koniec września 2023 roku, a w ostatni dzień stycznia 2024 ruszył proces.

Na przedostatniej rozprawie, która odbyła się na początku marca 2025 roku, emocje sięgnęły zenitu.

Damian G. w sądzie przyznał Zgodnie z wyrokiem, który wówczas zapadł przed sądem, zarówno Karolina W. jak i jej partner Damian G. zostali skazani na kary 10 lat więzienia.

Po prostu świadomie postawili swoje dobro nad dobro dziecka.

Skoro wiedzą, że dziecko trzeba nakarmić i ubrać, zaprowadzić do przedszkola, to wiedzą też, że z chorym dzieckiem idzie się do lekarza.

Uzasadniał przewodniczący składu orzekającego, sędzia Adam Radziszewski, mówiąc, że oskarżeni nie dorośli do roli rodziców.

Wskazano jednak, że sąd nie potwierdził okoliczności wskazujących na to, że para działała z zamiarem bezpośrednim zabicia dziecka.

Zrobili to poprzez świadome niepodejmowanie działań, zaniechanie pomocy, ale nie z myślą o morderstwie.

Orzeczenie nie jest prawomocne i strony mogą się od niego odwołać.

Takie działania, gdy nagrywaliśmy ten odcinek programu, zapowiedziała już zarówno prokuratura, jak i obrona.

Sprawa związku ojca z córką i zbrodni weszła na jaw w połowie września 2023 roku, ale proceder w rodzinie mieszkającej w niewielkiej wsi Czerniki na Pomorzu mógł trwać nawet kilka lat.

Zaczęło się od informacji z policji, która przekazała mediom, że w piwnicy jednego z domów odkryto ciała noworodków.

Początkowo była mowa o dwóch zwłokach, a później, po dokładniejszym przejrzeniu terenu przez służby, odkryto jeszcze trzecie zwłoki w innym miejscu, lecz na tej samej posesji.

Znajdowały się one w znacznym stopniu rozkładu.

Jedno z dzieci miało około trzech tygodni, była to dziewczynka.

Dom, w którym rozgrywał się rodzinny dramat, to niewielki budynek w opłakanym stanie.

Za zamkniętymi drzwiami rozgrywały się tam sceny niczym z horroru.

Jak ustalił Superekspres, rodzina mieszkała we wsi Czerniki od około 15 lat, ale nie byli rdzennymi mieszkańcami, bowiem pochodzą z Gdańska.

Jeden z mieszkańców powiedział reporterom, że podobno właściciel kamienicy, w której mieszkali w przeszłości, kupił im to siedlisko, żeby się wyprowadzili.

Żona Piotra G. po pewnym okresie zmarła, a ojciec został sam, z dziećmi.

To miała być rodzina wielodzietna.

Niektóre nieoficjalne ustalenia mówią nawet o tym, że dzieci było dwanaścioro, ale najstarsi wyprowadzili się z domu i poszli na swoje.

Sąsiedzi opowiadali, że chodził z dziećmi na spacery albo do lasu na grzyby.

Nie miał mieć problemu z nałogami, nie nadużywał alkoholu, a przynajmniej nie dawał tego po sobie poznać.

Za to ponoć nigdy nie pracował, miał żyć ze środków socjalnych.

Zdarzało mu się krzyczeć na dzieci, nie zawsze traktował je dobrze.

W końcu to niewielka miejscowość.

Nieco ponad 200 mieszkańców, każdy wiedział o sobie niemal wszystko, a mimo tego nikt nie zareagował.

On ma taką osobowość, że wszyscy się w tej wsi go bali.

Z ustaleń faktu wynikało, że kilka miesięcy przed odkryciem zwłok noworodków Piotr G. miał ogolić 20-letniej córce Paulinie głowę na łyso, żeby inni mężczyźni nie zwracali na nią uwagi.

Był bowiem zazdrosny.

Sąsiedzi relacjonowali, że mężczyzna chodził z dziewczyną za rękę, mówili sobie po imieniu.

Lecz sąsiedzi mówili także, że dwudziestolatka nie wydawała się zastraszona.

Miała być pyskata i wyszczekana, wpatrzona w ojca jak w obrazek.

Jej koleżanki z firmy zauważyły, że ciało dwudziestolatki się zmienia.

Choć młoda kobieta nie wspominała o chłopcu,

chłopaku, ale nie chciały nic mówić.

Właścicielka cukierni zdradziła reporterom, że wszyscy o tym plotkowali, więc ona zapytała wprost, lecz Paulina G. zaprzeczyła.

Jedna z jej znajomych nie uwierzyła dwudziestolatce i drążyła sprawę.

Ostatecznie Paulina wzięła urlop, a potem wróciła do firmy znacznie chudsza, słabsza.

Ciągle narzekała, że jest zmęczona.

Gdy znowu ktoś zapytał o dziecko, miała udawać zdziwienie i zaprzeczać, jakoby była w ciąży.

Koleżanki z pracy miały jednak zwrócić uwagę na to, że Piotr G., ojciec, nie był zapisany w telefonie dwudziestolatki jako tata, tylko jako Piotr.

Z jej SMS-ów do niego, które ktoś podejrzał, wynikało natomiast, że Paulina pytała, jak się czuje, mając na myśli jakąś osobę trzecią, a 54-latek odpowiadał, cały czas płacze.

co sugerowało rozmowy na temat dziecka.

Podejrzane zachowanie kobiety finalnie wzbudziło podejrzenia na tyle, że ktoś powiadomił opiekę społeczną.

Kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej zeznała, że gdy tylko dotarły do placówki informacje, że była ciąża, a dziecka nie ma, wniesiono zawiadomienie do prokuratury.

To wtedy nastąpił moment kulminacyjny.

Obok domu rodziny pojawiły się radiowozy.

Ciała dwóch noworodków znaleziono w piwnicy, która nie miała posadzki betonowej, tylko klepisko.

Odkrycia trzeciego ciała dokonano w innym miejscu, choć na terenie tej samej posesji.

Wynikało z nich, że Paulina G. miała być w związku z ojcem, dobrowolnie.

Miała mu też urodzić dwoje dzieci.

Tym razem odbywało się to jednak bez zgody kobiety.

miało zmuszać drugą córkę do stosunków, a dziecko poczęte z gwałtu zabić.

Dopiero 24 października 2025 roku przed sądem rejonowym w Kościerzynie rozpoczął i jednocześnie zakończył się proces Piotra G., oskarżonego o gwałty i znęcanie się nad 22-letnią córką Pauliną.

To drugi proces związany z rodziną, który rozpoczął się w tym samym tygodniu.

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku zarzucała Piotrowi G. znęcanie się psychiczne i fizyczne nad córką od maja 2003 roku do maja 2018 roku.

Zdaniem prokuratury 56-latek miał między innymi wyzywać kobietę, grozić jej pobiciem i oddaniem do domu dziecka, ograniczać kontakty z rówieśnikami i dostęp do jedzenia.

Bił ją rękami, smyczą i innymi przedmiotami oraz kopał po całym ciele.

Drugi zarzut dotyczył wielokrotnych gwałtów i zmuszania do innych czynności seksualnych od maja 2018 roku do maja 2021 roku.

Mariusz Duszyński, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, poinformował, że jeszcze tego samego dnia zapadł wyrok w sprawie mężczyzny.

i wymierzył mu karę łączną 3 lat oraz 6 miesięcy pozbawienia wolności.

Oskarżony wcześniej sam złożył wniosek o dobrowolne poddanie się karze.

I choć poznaliśmy pierwszą decyzję sądu, to wciąż nie koniec, bo w głównej sprawie, która rozpoczęła się dopiero 22 października 2025 roku przed Sądem Okręgowym w Gdańsku, mężczyzna odpowiada jeszcze za trzy zbrodnie zabójstwa noworodków i za wiele innych przestępstw, w tym za znęcanie się nad rodziną i przestępstwa o charakterze seksualnym.

Paulina G. jest tam z kolei oskarżona o pomocnictwo w popełnieniu zabójstw i o kazirodztwo.

Kliknij w polecane materiały i poznaj najbardziej interesujące historie, które dla Ciebie przygotowaliśmy.

Zasubskrybuj Pokój Zbrodni, aby nie przegapić najmroczniejszych i przerażających spraw.

Bądź na bieżąco z tym, co porusza i intryguje.