Mentionsy
O fornalstwie, czyli snobizmie opowiedzianym na nowo | PF 165
Zapraszamy do naszego etycznego laboratorium. Przed dekadą, gdy ukazała się książka Sześć cnót mniejszych, którą przygotowaliśmy z Piotrem Domerackim i Marcinem Jaranowskim (Instytut Filozofii UMK w Toruniu), obiecaliśmy sobie, że spróbujemy napisać część drugą, poświęconą mniejszym przywarom. Od dłuższego czasu borykamy się z tym pomysłem, który okazał się trudniejszy niż nam się na początku wydawało. Prace jednak postępują, dlatego już teraz możemy zaprosić do wysłuchania opowieści o jednej z części projektu. Mowa jest o fornalstwie, czyli swojskiej odmianie klasycznego snobizmu, opisywanego przez Williama Thackeraya w „Księdze snobów”.
Zastanawiamy się, czy potrzeba w naszym języku nowego pojęcia, stworzonego sztucznie, ale wychodzącego naprzeciw przekonaniu, że niektóre terminy mogą być już zużyte i potrzebują nowego paliwa, by coś ciekawego mieć nam do powiedzenia i kształtować nasz postawy.
Czym miałoby być fornalstwo moralne? Kim jest fornal? Dlaczego odwołanie się kategorii powożenia furmanką czy powozem z dawnej kultury wiejskiej miałoby nam w XXI wieku w czymkolwiek pomóc? Jak można się fornalstwa charakteru nabawić? Jak można się na nie uodpornić? I co z tym wspólnego mają taksówkarze, szatniarze, nocni portierzy i ciecie?
Odcinek ilustrujemy naszym (i AI) naiwnym wyobrażeniem fornala z opowiadań Marii Dąbrowskiej. Bo obecne w tamtej literaturze postaci także przydadzą się naszej opowieści.
W nagraniu wykorzystaliśmy fragmenty ścieżek dźwiękowych filmów:
„Ziemia obiecana”, reż. A. Wajda (1974)
„Alternatywy 4”, reż. S. Bareja (1986-87)
„Ogniem i mieczem”, reż. J. Kawalerowicza (1999)
Wzmiankowany odcinek „O sztuce płaszczenia się | PF 111” odnajdziecie tutaj,
płytę Łony, Andrzeja Koniecznego i Kacpra Krupy pt. „Taxi” (2023) – tutaj,
film dokumentalny K. Kieślowskiego „Z punktu widzenia nocnego portiera” – tutaj.
Patronat medialny Pogawędnika:
Dwumiesięcznik i portal internetowy "Filozofuj!"
https://filozofuj.eu/
Dziękujemy za wsparcie naszym wiernym Patronom i Patronkom:
Andrzejowi Dziedzicowi, Marcinowi Lorancowi, Robertowi Małeckiemu, Maciejowi Michałowskiemu, Marcinowi Sadłowskiemu, Annie Waw oraz grupie Darczyńców anonimowych.
Zachęcamy do wsparcia naszej pracy i możliwości rozwoju na platformie Patronite:
https://patronite.pl/pogawednik.filozoficzny
Szukaj w treści odcinka
Witajcie w Pogawędniku Filozoficznym przy mikrofonie Marcin Zdręka.
Dzisiaj zapraszamy Was do naszego etycznego laboratorium.
Przed ponad dekadą, gdy ukazało się pierwsze wydanie książki Sześć snód mniejszych, które przygotowaliśmy razem z Piotrem Domeradzkim i Marcinem Jaranowskim, podjęliśmy solenną obietnicę, że napiszemy do tej historyjki ciąg dalszy.
I tak od dłuższego czasu borykamy się z projektem Siedmiu przywar mniejszych, który okazał się trochę trudniejszy niż nam się na początku wydawało.
Dzisiaj mowa będzie o fornalstwie.
I jeśli ten termin nic wam nie mówi, nie musicie się przejmować.
Mówiąc wprost, jest to bardziej swojskie określenie klasycznego snobizmu.
Zastanowimy się, czy potrzeba w naszym języku nowego pojęcia.
stworzonego trochę sztucznie, ale wychodzącego naprzeciw przekonaniu, że niektóre starsze terminy, może już nie są zużyte, potrzebują nowego paliwa, by ciągle coś ciekawego mieć nam do powiedzenia.
Kim jest fornal?
Pewnie niektórzy z Was, usłyszawszy słowo fornal, pomyśleli o polskim sportowcu, który zagrzewał swoją drużynę w pewien specyficzny sposób i stał się internetowym viralem.
Albo o pewnym testerze kebabów, który ma więcej subskrybentów na YouTubie niż nasz podcast.
Muszę Was jednak rozczarować, będziemy używali tego słowa w trochę innym znaczeniu.
Pogawędnik filozoficzny.
Gadamy o filozofii i jej okolicach.
Podcast prowadzą Marcin Zdremka, Adam Grzymiński.
Rozmowa o snobizmie i snobie jako pojęciu i kategorii opisu określonego rodzaju zachowań niesie w sobie pewien paradoks.
Z jednej strony wiemy, że Snob to chełpliwy, tchórzliwy, a nade wszystko wyniosły i arogancki klasista czy klasistka.
To określenie wydaje się tak oczywiste, że właściwie moglibyśmy domniemywać pewnie fałszywie, że jest jakimś bardzo starym typem, dobrze znanym Ezopowi, Teofrastowi, Szekspirowi, Molierowi czy innym moralistom z minionych epok.
Tak jednak nie jest, bo snob narodził się dopiero w połowie XIX wieku za sprawą brytyjskiego pisarza i dziennikarza Williama Thackeraya i jego słynnej księgi snobów.
Z drugiej strony, ocierająca się wręcz o oczywistość czytelność tej figury, przecież nikt z nas nie ma wątpliwości, kim snob jest,
Zdaje się sugerować, że tego koniecznego wynalazku kulturowego dokonalibyśmy prędzej czy później.
Sam Thackeray w charakterystycznym dla jego tekstów prześmiewczym tonie, a warto pamiętać, że nie mamy do czynienia z badaczem czy filozofem, ale autorem felietonów prasowych publikowanych w Punchu między 1846 a 1847 rokiem.
Dopiero potem zostały one zebrane w książkę.
Otóż ten właśnie tak Ray twierdzi, że objawienie się snoba było jakąś historyczną koniecznością.
Bo, jak pisze, gdy świat i wymogi czasu wołają o człowieka, mąż taki się zjawia.
Oczywiście możemy domniemywać, że snoby istniały i wcześniej, tylko nie miały jakiegoś godnego miana, by zostać wyłuskane z mrowia paskudnych ludzkich charakterów.
Tuckery jest wręcz pewien, że, jak pisze, na początku powstał świat, potem zaś, naturalnym porządkiem rzeczy, snoby.
Istnieli wieki całe, równie mało znani jak Ameryka.
Z czasem jednak, inges patebat tellus, nie więcej niż 25 lat potem, powstała nazwa, wyrazista, pojedyncza sylaba.
To oznaczenie owej rasy.
Nazwa ta rozprzestrzeniła się w całej Anglii, jak później koleje żelazne.
Snoby znane są i uznawane dziś w całym brytyjskim imperium.
Tak pisał Tuckery w połowie XIX wieku.
Możemy się chyba zgodzić, że nie chodzi już nawet o upadłe dawno imperium brytyjskie, ale cały świat.
Bo także w naszym języku, choć pewnie za sprawą pośrednictwa języka francuskiego, termin snob i snobizm się zadomowił.
Pochodzenie słowa snob pozostaje trochę niejasne.
Początkowo oznaczało szewca albo szewskiego czyladnika w slangu z Cambridge pod koniec XVIII wieku.
Z czasem określenie to przeniosło się na szerszą grupę mieszczan, kupców czy wszystkich osób świadczących usługi studentom Uniwersytetu w Cambridge, pochodzącym najczęściej z tzw.
wreszcie przylgnęło do wszystkich osób niższego stanu jako pogardliwe określenie podkreślające nieuzasadnione aspiracje do awazu tych osób.
Spróbujmy przez chwilę wczuć się w sytuację kogoś takiego.
Oto pełnimy różnego rodzaju posługi, czy to bezpośrednio jako służące, czy też jako dostarczające towarów i usług, np.
szewskich, by odwołać się do bezpośredniego źródłosłowu.
Naszymi klientami są wysoko sytuowani młodzi ludzie z dobrych domów, studiujący na prestiżowym uniwersytecie.
Częściowo współuczestniczymy w ich życiu.
Przychodzi być może nam łatwo myśleć, szczególnie w odniesieniu do bezpośredniej służby, o pewnego rodzaju fraternizacji ze środowiskiem, w którym nasi klienci się poruszają.
Że to nie tyle oni studiują, ale że to my z nimi studiujemy.
Jest to sytuacja podobna do tej, którą znamy z ekranizacji książki Sienkiewicza Ogniem i Mieczem.
Gdy Zagłoba powiada po zwycięskim pojedynku Wołodyjowskiego No to żeśmy bochuna usiekli.
Razem żeśmy bochuna usiekli.
Słowa te w pierwowzorze literackim nigdy nie padają i pewnie byłoby dla naszego porównania lepiej, gdyby padły nie z ust zagłoby, ale usługującego skrzetuskiemu rzędziana.
Ale ogólny wyraz tego zawołania pozostaje dla nas jasny.
To trochę podobnie jak w anegdocie niewiadomego pochodzenia o kościelnym, który, gdy rozpoczęcie mszy mocno się opóźnia, wstępuje na ambonę i zwraca się do wiernych.
Mszy świętej dziś nie będzie.
Ksiądz proboszcz jest chory, a i ja nie najlepiej się czuję.
Być może warto dodać jeszcze jeden ciekawy element, który wydobywa bezpośrednio William Tuckery.
Oto jego opowieść.
Słyszałem, że w pewnym królestwie, gdzie ilekroć książę bawi się polowaniem na króliki, strzelby nabija mu oczywiście gajowy, po czym podaje je szlachcicowi koniuszemu.
Ten zaś dopiero podaje je księciu.
Książę nie przyjmuje strzelby z rąk tego, kto ją ładuje.
Zaś gdzie indziej Takarej wspomina taką oto scenę.
Pamiętam, że byłem kiedyś w Kairze, w chwili, gdy jeden z europejskich książąt przejeżdżał tamtędy w drodze do Indii.
Pewnego wieczoru w gospodzie zapanowało wielkie poruszenie, bo jakiś człowiek utopił się w pobliskiej studni.
Zapytałem pewnego młodzieńca o powód tego zamieszania.
A skąd miałem wiedzieć, że młody człowiek był tym właśnie księciem krwi?
Nie miał korony ani berła, a ubrany był w białą kurtkę i filcowy kapelusz.
Okazał wielkie zdziwienie, że ktoś zwraca się bezpośrednio do niego.
Odpowiedział jakimś niezrozumiałym mruknięciem, skinął na adiutanta, by ten podszedł rozmówić się ze mną.
Jak widać, snob rodzi się z wywyższenia, może nieuzasadnionego i tylko wyimaginowanego, które karmi się pełnym wyniosłości, jeśli nie pogardy, separowaniem od tych, którzy stoją niżej.
Jak już wiemy, kluczową rolę w upowszechnieniu się tej kategorii odegrał Tuckery.
Uczynił ze snoba kategorię o wiele bardziej uniwersalną niż jej pierwotna forma z Cambridge.
Złośliwy autor nie ma w portretowaniu snobizmu litości dla nikogo, w tym nawet w duchu brytyjskiej wolności wypowiedzi wobec możnowładców i królów.
Za snobów Tuckery uważa na przykład Jakuba I, o którym pisze, że był w dodatku snobem szkockim, a ponoć, cytuję, nie ma w świecie bardziej dokuczliwego stworzenia niż szkocki snob.
Podobnie Karol II czy Ludwik XIV byli snobami.
Jakże smakowity jest opis sceny sromotnie przegranej przez lokajów księcia Saseks rywalizacji, których pokonali lokaje królewscy.
Oto rzecz rozgrywa się w gospodzie pod Godłem Królewskim.
Książę zaprosił do swojej posiadłości w Kensington swą królewską siostrzenicę, która przebyła z całym orszakiem.
Gdy powozy pozostawiły swój cenny ładunek przed pałacem, słudzy księcia udali się do rzeczonej gospody posilić ciemnym piwem.
Prezentowali się przy tym nad wyraz wytwornie.
Takerej tak o tym pisze.
Riusze na ich piersiach przypominały polne kwiaty.
Wszystkie barwy tęczy lśniły na ich pluszowych hejdewarach.
A ci, którzy mieli długie laski, przechadzali się po ogrodzie z tym uroczystym wdziękiem, z tym rozkosznym podrygiwaniem łydek, które zawsze nas olśniewa.
No, niestety wkrótce rozległ się dźwięk dzwoneczka i na scenę weszli lokaje jej królewskiej mości.
W przyćmiewających tamtych pierwszych szkarłatnych ubraniach zdobionych pluszem i epoletami.
Żal było patrzeć, jak tamci biedacy rozpierzchli się przed nowo przybyłymi.
Ani jeden z zacnych, prywatnych pluszowców nie mógł ustawić czoła królewskim fagasom.
Zeszli z alei, wpełzli do ciemnych kątów i w milczeniu pili swoje piwo.
Kochane moje fagasy, tak niedorzecznie pyszne w jednej chwili, a tak pokorne w następnej.
W tym obrazku widać całą dynamikę snobizmu.
Od pysznego i nieuzasadnionego wywyższenia się wobec maluczkich w karczmie po upokorzenie przez stojących jeszcze wyżej snobów wysokich, snobów królewskich.
Zawsze bowiem znajdzie się większa ryba, a drabina wyższości i służalczości wydaje się nieskończona.
Trudno się zatem dziwić, że zdarzają się i snoby królewskie, zapewne także i cesarskie, a może nawet papieskie.
Szczególnie może dlatego, że snobizm według Takareya karmić ma się tytulaturą i uniżonym stosunkiem do arystokracji, przynajmniej w czasach, które opisuje nasz autor.
To nasza wina, a nie możnych tego świata, jak pisze, że oni uważają się za stających wyżej od nas.
Jeśli by przed nami, mój drogi przyjacielu, wybijano codziennie pokłony i gdybyśmy spotykali na każdym kroku ludzi płaszczących się przed nami w niewolniczym uwielbieniu, wpadlibyśmy całkiem naturalnie w ton wyższości i przyjęlibyśmy wielkość, którą by świat nas tak uporczywie obdarzał.
Jak widzimy, ta opowieść jest trochę z innej epoki.
Powstała w innym kontekście i w innych czasach.
Niezależnie od tego, że samo pojęcie snoba i przymiotnika snobistyczny rozlał się i do dziś nie stracił nic ze swojej aktualności.
W takich jednak momentach pojawia się pytanie, czy nie moglibyśmy zastanowić się nad tym, czy nie dałoby się znaleźć innego, lepszego określenia dla opisywanego tutaj moralnego zjawiska.
Może dałoby się takie określenie znaleźć w naszym rodzimym języku, co być może pokrzepiłoby nasze zbolałe słowiańskie serduszka.
Dlatego proponuję, byśmy przyjrzeli się uważniej pojęciu fornala.
Zanim precyzyjniej zdefiniujemy znaczenie metaforyczne fornala, przywołam klasyczne rozumienie tego pojęcia.
W słowniku języka polskiego Lindego czytamy
Fornal to inaczej parobek na wsi od koni.
I tu pada cytat z jednego ze źródeł.
Do orania, odwracania, bronowania, zasiewania i gnojenia jest sprzęg folwarczny.
Do tego są fornale i parobcy.
A inne źródło pisze.
Dwór tego sknery składał się z jednego fornala, który cały dzień po dług roku albo w polu włóczył, albo drzewo z lasu, albo zboże na targ, a co niedziela samego jego mościa do parafii woził.
Sięgający nieco głębiej w przeszłość słownik polszczyzny XVI wieku na podstawie tekstu Liber Maleficorum również podaje, że Fornal to furman, parobek, odkoni albo stajenny.
Gdybyśmy mieli do czynienia z szacownym, antycznym, najlepiej greckim albo łacińskim terminem, który tylko zaadoptowaliśmy do naszej tradycji, byłby to najlepszy moment, by odwołać się do jakiejś etymologii.
Tyle, że mowa jest o słowie stosunkowo młodym, a w dodatku i co gorsza zapożyczonym z języka niemieckiego.
Aleksander Brückner na przykład twierdzi, że fornal pochodzi od haku u dyszla, z niemieckiego fornagel, podobnie jak niemiecki forreiter, który powozi w tak zwaną fornalką, jednym z rodzajów wozu.
Z kolei Aleksander Pańkowski twierdzi, że to etymologia błędna, że zaś samo pochodzenie słowa pozostaje do dziś niejasne.
Niczego zatem z etymologii się nie dowiemy.
Być może to i lepiej, bo naszą metaforę będziemy mogli zbudować bardziej na intuicjach niż definicjach.
Po pierwsze zwróćmy uwagę, że prawdopodobnie chodzi o nie bardzo specjalistyczną usługę służebną fornala, bo jest to podstawowa dla każdej pracy na roli i w transporcie funkcja.
Powożenie albo, jak słyszeliśmy, włóczenie maszyn przy pomocy zwierząt pociągowych czy dostarczanie do najróżniejszych prac polowych mocy przerobowo-transportowych jest podstawową formą usługi.
Dosłownie rzecz ujmując, fornal dostarcza i obsługuje konie niemechaniczne, bądź woły niemechaniczne, jeśli nie był to fornal, a tak zwany rataj.
Po drugie, mimo że jest to praca stosunkowo nisko kwalifikowana, bo operująca na podstawowym narzędziu transportowym,
jakoś pozwala zbliżyć się do wyższej sfery, bo czasami wiąże się z bezpośrednią służbą państwu.
Fornal czy rataj działa nie na rzecz własnego gospodarstwa albo nie tylko, przynosząc zarobek, ale przede wszystkim wobec państwa.
Obsługuje ich ziemię, zaprzęga ich zwierzęta do maszyn, wozi ich plony czy towary na rynek, a przede wszystkim powozi pańskie powozy, wolanty, karoce, fornalki itp.
W charakterystyce fornali pojawia się także kwestia alienacji.
I to jest wątek bardzo ciekawy.
Oto wyspecjalizowani powożący stan Greci, mimo że pozornie usytuowani blisko państwa, bywają jednak mniej poważani wśród swoich niż inni fornale, oferujący różne, bardziej uniwersalne usługi transportowe.
Tak przynajmniej przedstawia to Maria Dąbrowska w opowiadaniu Szklane konie ze zbioru Ludzie stamtąd.
Praca Stangreta nie była w uważaniu.
Inni ludzie, którzy schylali się nie nad swoim polem, lecz jednak schylali się nad polem, sprawiając, że wszystko na nim rosło i dojrzywało.
I rosło także i dla nich, i ostatecznie naród miał z tego co jeść.
Lecz żeby siedzieć na koźle, z batem w tulejce koło nogi, żeby psykać na spaśne, nierobiące konie, to było śmiechu warte.
Kiedy w opowiadaniu Dąbrowskiej dziedzic wyznaczył na miejsce zmarłego paterki, dawnego Stangreta, jego syna Pietrka, wieś nie mogła się nadziwić.
A tego się nikt nie spodziewał.
Pietrek miał osiemnaście lat, a wyglądał na mniej.
Myśleli, że mu dwór da fabrykę.
że się nauczy na Fornala, ale Stangret?
Sam Pietrek do tej roboty też za bardzo się nie palił.
Wyglądało tak, jakby swoją nową godność uważał za zniewagę, myślał o Stangretach to, co wszyscy, lecz uległ pokusie i nie śmiał się wymówić.
Przyjmuje pracę Stangreta w stajni, która była czystsza i mniej zgnojona niż fornalska, czyli ta robocza.
Być może dlatego, że mimo obiekcji uważano, że włódarz Stangret i może jeszcze polowy może do czegoś dojść w życiu na wsi.
To nam daje asumpt do sformułowania jeszcze jednego wątku, kontekstu aspiracyjnego.
Zbliżenie się do państwa, porzucenie lub odsunięcie się z powodu innych obowiązków od tradycyjnej pracy na własnym kawałku ziemi, nawet za scenę utraty pozycji i szacunku wśród swoich, mogło jednak otwierać nowe możliwości.
Taką sytuację dobrze ilustruje postać Kaczmarka z powieści Ziemia Obiecana Stanisława Reymonta, który zaczynał jako fornal.
W znanej ekranizacji Andrzeja Wajdy jest ledwie chamskim dorobkiewiczem z pieniędzmi, który kupuje od Borowieckiego majątek ziemski kurów.
Tak, jak w Łodzi nazywałem się Kaczmarek, to byle szwab albo park mówił do mnie.
Kaczmarek, chłopie, chodź no tu!
A jak się przezywałem po szlachecku, to mówią, panie Karczmarski, może pan będzie łaskaw.
E, tamto już nie pójdziemy.
A co mają mną pomiatać te parobki niemieckie, kiedy ja jestem z dziada pradziada gospodarski syn i sroce spod ogona nie wyleciałem.
Warto zauważyć jednak, że w powieści Raymond pokazuje Kaczmarka w szerszej perspektywie, jako fornala, który doszedł do majątku, wożąc do rozbudowującej się pobliskiej łodzi piasek ze swojego mizernego pola.
Kiedy podjął się tej pracy, narażał się na drwiny i szturhańce ze strony wozaków z miasta, konkurencji.
a potem całkowicie porzucił pracę na roli na lichej glinianej ziemi i zaczął pozyskiwać glinę i wreszcie postawił parową cegielnię.
Jest zatem przykładem zrealizowanych aspiracji awansowych, przy czym w jego przypadku lewarem awansu, który dla Fornali był często iluzoryczny i związany jedynie z chwilową bliskością państwa, dla niego miejscem awansu stało się dynamicznie rozwijające się miasto.
Można by w ogóle stwierdzić, że Łódź w powieści Reymonta jest laboratorium tworzącym nowe typy fornala miejskiego.
Kolejnym czytelnym przykładem awansującego ze wsi przez podjęcie nowej roli chłopa jest w ziemi obiecanej Lichwiarz Wilczek.
Wizytując z Borowieckim wieś, z której pochodzi, pozdrawia dawnych znajomych, wypytuje o zdrowie, o dzieci i przyjmuje hołdy, witający go jak wielkiego pana kobiet ze wsi.
Kłaniali mu się prawie wszyscy i patrzyli na niego z życzliwością i z dumą, że przecież oni tego pana znają.
Jeszcze z tych czasów, gdy na tym samym miejscu bijał się z nimi lub pasał bydło i że to ich człowiek.
Co jednak ciekawe, podobnie awansujący po miejscu, wysferzeni robotnicy z Łodzi, dawni towarzysze ze wsi, patrzą już na Wilczka i Borowieckiego hardo i wyzywająco.
Kłaniają się i pozdrawiają ich jedynie miejscowe kobiety.
Najbardziej uderzająca scena, świetnie ilustrująca istotę Fornala Snoba, która wykorzystana została także w ekranizacji, wygląda następująco.
Po uściskach, pozdrowieniach i całowaniu wilczka po rękach przez wiejskie kobiety, ten żegna się z nimi.
To mówiąc ściągnął je i ostensacyjnie rzucił w krzaki.
Borowiecki zauważa półgłosem.
Później wróci i zabierze je z powrotem.
Ten gest Wilczka jest w istocie bardzo mieszczański.
Z jednej strony wyrzucenie rękawiczek, ostentacja w duchu klasy próżniaczej opisywanej przez Weblena.
Z drugiej strony jednak widzimy praktyczną i skwapliwą chłopską, ale i mieszczańską oszczędność.
Podobną postawę jako wyraz mieszczańskiej praktyczności wskazuje Maria Ossowska, gdy żartobliwie opisuje stosowane w mieszczańskich domach kółka do serwetek.
Ten złoty środek między zbytkiem a oszczędnością.
Arystokraci traktują serwetki jako rzecz jednorazową, którą po użyciu wyrzucali.
Chłopstwo nie używało ich wcale.
Mieszczaństwo zaś znalazło rozwiązanie pośrednie.
Praktyczne kółka, w które wkładało się serwetę, by każdy miał swoją, a równocześnie nie trzeba było ich wyrzucać po jednym użyciu.
W tym kontekście Wilczek posuwa się jeszcze dalej.
Z jednej strony udaje ostentacyjne, pseudoarystokratyczne nieprzywiązanie do materialnych dóbr,
ale z drugiej Borowiecki demaskuje jego pierwotną, chłopską, jeśli już nie mieszczańską, praktyczną oszczędność.
On po te rękawiczki wróci.
Dzięki tym przykładom rozpoznaliśmy cztery cechy Fornala.
Po pierwsze, chodzi o niewykwalifikowaną pracę lub usługę, która, i to po drugie, pozwala na zbliżenie się do wyższej sfery.
Wiąże się to jednak z pewnym zawieszeniem między światami, wykorzenieniem z tradycyjnej roli i alienacją, a nawet pogardą wobec własnego pierwotnego środowiska.
Po trzecie...
Mamy tu napędzające ambicje komponent aspiracji do lepszego świata.
Czy też przez samo zbliżenie się do państwa, razem żeśmy Bohuna usiekli, czy przez rzeczywiste znalezienie nowych ról społecznych, dróg awansu, czy zdobycia majątku, jak w przypadku Kaczmarka i Wilczka.
Do tej listy moglibyśmy pewnie dodać jeszcze wyrastające z alienacji poczucie niepewności statusu i opisywany, co ciekawe w odniesieniu do inteligencji, przez Marię Ossowską lęk przed ponowną deklasacją.
W takich ramach i warunkach funkcjonuje nasz metaforyczny fornal, a pod presją tych właśnie okoliczności i niesprzyjających warunkach może się w jego charakterze osadzić splot przywar, który określić możemy mianem moralnego fornalstwa.
Prawdopodobnie objawia się jako pewna megalomania, mitomania.
Przekonanie, że należy się do lepszego świata, że przekroczyło się swoje własne ograniczenia, że się wysferzyło i porzuciło środowisko, z którego się wyrastało.
Zaraz potem pewnie może pojawić się jakieś moralne wzdęcie, pruderia, może nawet podstępność, pieniactwo i sfarność.
I nie mówimy już tutaj o fornalach z dawnych powieści pozytywistycznych.
A zatem kogo dotyczy ta opowieść?
O kim tu opowiadamy?
Alfons Silberman, autor wspaniałego eseju o sztuce płaszczenia się, o którym też już kiedyś opowiadaliśmy w naszym pogawędniku w odcinku 111 pod tytułem O sztuce płaszczenia się, wykazał, że drabina służalczości
Drabina wyższości i niższości, o której tu mówiliśmy.
Pamiętacie jeszcze?
Zawsze znajdzie się większa ryba.
Zawsze jakiś ubrany w plusz i epolety paś musi odejść jak niepyszny, bo pojawia się w jego towarzystwie ktoś od niego lepszy.
A zatem opowieść o tej drabinie służalczości nie dotyczy wcale czasów kultury feudalnej.
Przeciwnie, rozwija się i wręcz rozkwita w kulturze mieszczańskiej.
Może nie był to przypadek, że tak późno wynaleziono pojęcie snoba, że pojawia się ono pod koniec XIX wieku, że nie znali go właściwie starożytni.
Teofrast pisze coś o grubiaństwie czy o nieznajomości stosownej chwili, ale klasycznego snoba w dzisiejszym nowożytnym sensie w dawnych pismach chyba nie odnajdziemy.
Po prostu musiał nadejść jego czas.
Snobizm czy fornalstwo rozwija się tam, gdzie kryteria awansu, hierarchii, wartości nie są czytelne.
Gdzie właściwie wszyscy uczestnicy społecznej gry toczą jakąś walkę o uznanie, o pozycję, o popularność, o bycie w miejscu wyróżnionym, skoro miejsc wyróżnionych, jak na przykład w postaci przynależności do arystokracji, już przecież nie ma.
Wytycza się je wciąż na nowo i nowo, a kryteria tego, co jest wyróżnione, zmieniają się jak w kolejdoskopie.
Wejrzyjcie w siebie i postawcie sobie pytanie, jak często zdarza się wam rywalizować, być niepewnym siebie, siebie niewiadomym, jak śpiewał Marek Grechuta.
Jak często musimy się dopiero zorientować, czy nasze kompetencje, nasze umiejętności, nasze sprawności, nasze walory i atuty...
Jakoś harmonizują z otoczeniem i czy znajdują w nim miejsce w hierarchii?
Czy jesteśmy je ledwie przeciętni, a może najlepsi?
Czy może ostatni według jakiegoś kryterium?
Prawdopodobnie można by powiedzieć, że mistrzami fornalstwa są współcześni wozacy.
Nomen omen, woźni w sądzie, a więc urzędnicy czy pracownicy najniższego szczebla, przez których jednak przemawia majestat wysokiego sądu, choć tylko wołają na wokandę albo powożą, jak to było kiedyś, i przywożą podsądnych.
Stąd wziął się zresztą woźny w szkole, ten postrach wszystkich uczniów.
Dziś już być może woźnych w szkole nie ma, ale ja pamiętam groźnego pana Zdzisława, który gonił nas szczotką po korytarzu i kazał zmieniać buty na pantofle szkolne, albo pilnowałbyśmy wchodzili właściwym dla uczniów wejściem, żebyśmy się przyzwoicie zachowywali, bo przecież jesteśmy w szkole.
Pewnie do grona potencjalnie niebezpiecznych zawodów, w których fornalstwo charakteru mogłoby się rozwijać, dorzucić można by taksówkarzy, być może szatniarzy.
Ale tych z dawnych opowieści, kiedy szatniarz mówi do nas nie mam twojego płaszcza i co mi pan zrobi?
To u tego szatniarza można było kupić papierosy?
wymienić walutę i dowiedzieć się plotek z lokalu.
To tamci taksówkarze z tamtych lat wiedzieli, gdzie w mieście znajdują się myliny, gdzie jest najbliższy dom publiczny czy szulernia.
Byliby więc nośnikami tajnej i mrocznej wiedzy, do której jako uprzywilejowani mieli jakiś dostęp.
To może zupełny przypadek, że w filmie Krzysztofa Kieślowskiego, krótki film o zabijaniu z serii Dekalog,
Ofiarą głównego bohatera jest taksówkarz.
Nie jest jednak niewinny.
Jakkolwiek jest ofiarą, to sportretowany został jako paskudna i bardzo dwuznaczna moralnie persona.
Tajemną wiedzę taksówkarzy o mrocznej i może niewidocznej dla wszystkich potrzewce tkanki miasta, jakąś przenikliwość ich obserwacji, wspaniale sportretował także współczesny artysta.
Gorąco Wam polecam wysłuchanie albumu Łony Koniecznego i Krupy z 2023 roku pod tytułem Taxi.
Jest to nie tyle zbiór utworów muzycznych, co złożony, wieloelementowy portret opowieści taksówkarzy.
Po wysłuchaniu tej płyty pomyślicie o tej ciężkiej i niewdzięcznej pracy w zupełnie inny i nowy sposób.
Ta płyta przekonuje mnie także, że nie wszyscy taksówkarze muszą zapaść na furnalską chorobę.
Być może tak jak taksówkarze i woźni,
specjalny sposób narażeni na fornalstwo.
Są na przykład portierzy, zwłaszcza nocni portierzy, kiedy w szacownym sądzie, na uniwersytecie, może w ministerstwie, stają się jedynymi władcami i reprezentantami majestatu tej instytucji.
Tu jednak jestem bezradny, ponieważ osoby wykonujące tego typu zawody, które spotykam na swojej drodze, okazały się wspaniałymi istotami, pomocnymi i życzliwymi.
I będącymi absolutnym zaprzeczeniem tego, o czym chciałbym tu opowiedzieć.
Ale tutaj szyki psuje nam znowu nieoceniony Krzysztof Kieślowski.
Warto bowiem pamiętać o innym jego filmie, tym razem dokumentalnym, z punktu widzenia nocnego portiera.
Tytuł jest mocno mylący, bo nie chodzi o żadnego portiera, ale ochroniarza, jak powiedzielibyśmy dzisiaj, czy strażnika przemysłowego, jak nazywałby się wtedy.
Bohater filmu to bardziej cieć, postać też już trochę zapomniana.
I po raz kolejny, z całym szacunkiem dla ciężko pracujących gospodarzy domu, wyraźnie trzeba powiedzieć, że nie każdy z nich staje się cieciem.
Cieć to gospodarz domu, którego charakter uległ fornalizacji.
Jeśli szukacie pierwowzoru, klasycznego archetypu tej postaci, to odsyłam was do komedii Stanisława Barei Alternatywy 4.
No, panie kierowniku, ulica nowo projektowana, a te blok czwarty.
No to jest właśnie tu.
Czyś pan zwariował?
Panie, to jest nowo projektowana, cztery?
Zgadza się.
Panie, patrz pan.
Ja tutaj mam kontrakt od piętnastego, rozumie pan?
I dzisiaj właśnie jest piętnasty, tak?
Piętnasty, tak?
I co, na podwórku ma mieszkać?
A daj mi pan święty spokój.
Co to za pretensje jakieś?
Jak jesteś pan cieciem, to pilnuj pan sobie tego domu, żeby narzędzi nie rozkradli.
Chodź na piwo, bo nam zamkną.
Jak to się ubrał, dobra.
Tylko nie cieciem, dobra?
Tylko nie cieciem.
Zostawić to, czy jedziemy?
Czyż pan zwariował?
Czekaj pan chwilę.
Gospodarzem domu to jest... Czekać, to ja mogę na kierownika.
A cieć to jest dla mnie...
Ta opowieść o fornalach czy snobach nie była tylko historyjką o jakichś zapomnianych już dzisiaj określeniach negatywnych moralnych zachowań.
Jest to raczej zaproszenie do wejrzenia w siebie, by postawić pytanie, czy mój moralny charakter nie uległ korozji podobnej do tej, której być może ulegali kiedyś wozacy, czy takie, czy inne snoby.
W dzisiejszym szalonym świecie nadmiernej konkurencji, rywalizacji, niepewności, niejasnych kryteriów awansu i pozycji jest nam takiej korozji ulec być może łatwiej.
Jeśli nie przekonało Was to, co zostało tu powiedziane, to pamiętajcie jeszcze o jednym.
Tę historyjkę opowiadał wam najprawdziwszy akademicki snob.
O pardon, akademicki fornal.
Dziękujemy ci za wysłuchanie kolejnego odcinka podcastu Pogawędnik Filozoficzny.
Cieszymy się, że jesteś z nami.
I to niezależnie od tego, czy odwiedzasz nas pierwszy raz, czy regularnie słuchasz naszych pogawędek.
Jeśli podoba Ci się to, co próbujemy tu robić, wesprzyj nas na patronite.pl.
Odpowiedni link znajdziesz w opisie każdego odcinka.
Stwórzmy razem niezależną przestrzeń do pogawędki o filozofii i jej okolicach.
Ostatnie odcinki
-
ZAPOWIEDŹ - O twierdzy Toruń | PF 170
02.02.2026 03:00
-
O solidarności i nowoczesności | PF 169
19.01.2026 03:00
-
ZAPOWIEDŹ - O solidarności i nowoczesności | PF...
12.01.2026 03:00
-
O pierwszych dniach wojny. Zapiski z charkowski...
29.12.2025 03:00
-
ZAPOWIEDŹ – O pierwszych dniach wojny. Zapiski ...
22.12.2025 03:00
-
O rodzimowierstwie | PF 167
08.12.2025 03:00
-
ZAPOWIEDŹ - O rodzimowierstwie | PF 167
01.12.2025 03:00
-
O rewolucji smutku, czyli Hugonie Ballu | PF 166
17.11.2025 03:00
-
ZAPOWIEDŹ - O rewolucji smutku, czyli Hugonie B...
03.11.2025 03:00
-
O fornalstwie, czyli snobizmie opowiedzianym na...
27.10.2025 03:00