Mentionsy

Piąte: Nie zabijaj
21.12.2025 17:00

215. Nie ten człowiek, nie ten dowód | Monika Białek

22-letnia Monika Białek wraca rowerem z pracy w pizzerii „Gemini” w Milanówku. Jest po 22:00, ciemno, pusto, a do domu ma tylko „kawałek”. Nie dojeżdża. Znika. Po jej zniknięciu zostały: obcy odcisk palca, tropy dwóch samochodów i ślady krwi, których... nikt nie bada. Pojawia się też podejrzany, a potem oskarżony, a sprawa, zamiast się domknąć, rozchodzi się jak pęknięte szwy. Kto pozbawił Monikę życia?

LINK DO PRENUMERATY: ⁠https://literia.pl/prenumerata-newsweek-magazyn-kryminalny-voucher?utm_source=social&utm_medium=banner&utm_campaign=kod_justyna&utm_id=nwk⁠

KOD: JUSTYNA20ResearchJustyna Mazur-Kudelska, Judyta GołębiowskaMontażpodcasteditor.plMasz dla mnie sprawę? Wyślij ją mailem: po[at]piateniezabijaj.plMożesz mnie spotkać:Grupa: http://www.facebook.com/groups/PiateNieZabijaj _______Słuchaj na:Spotify: https://spoti.fi/2ąWM488O Apple Podcasts: https://apple.co/3CELhCr Tidal: https://bit.ly/3tUkXAw Google : https://bit.ly/3I7v5L6 YouTube: http://bit.ly/2Ur9Cbw _______Muzyka wykorzystana w odcinku:

Czołówka: Doug Maxwell - Heartbeat of the HoodTło: Luke Atencio - CounselTyłówka: The Inner Sound - Jesse GallagherMusicbed SyncID:MB01TFL0BRK5AZQWybrane źródła:https://www.youtube.com/watch?v=NdjX54sgtAchttps://www.youtube.com/watch?v=G9_R5rRUOOM&list=PLhVlp5nI9sFinolTsX7ifd-hgDb9LH-dY&index=15https://audioteka.com/pl/audiobook/23-latka-wyszla-z-pizzerii-po-roku-jej-zwloki-znaleziono-w-studni/?fbclid=IwY2xjawOuONtleHRuA2FlbQIxMABicmlkETBVSHdJNHZ3VWZ1VWg3S3ZVc3J0YwZhcHBfaWQQMjIyMDM5MTc4ODIwMDg5MgABHsqUNWwMrmerVh2h5avVrlgvm-JdeyqofLMWFitOst7y4robSqEPEEd_trRc_aem_j1_Fs9KtsywOw6rkzgj6Kwhttps://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,1891471.htmlhttps://niezalezna.pl/polska/mordercy-moniki-do-dzis-nie-odnaleziono-po-latach-wydarzylo-sie-cos-nieoczekiwanego/554588https://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/7,54420,1886241.html

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 329 wyników dla "Sądu Okręgowego w Warszawie"

Na jednej z posesji w Milanówku trwają prace remontowo-budowlane.

Chodzi o podwórko posesji przy ulicy Królewskiej, to niedaleko centrum miasteczka.

Tam robotnicy prowadzą jakieś wykopy lub porządkują teren.

No i w trakcie tych robót odsłaniają stary, nieużywany od dawna krąg studni.

I gdy zaglądają do środka tej opuszczonej studni, to oczom jednego z robotników ukazuje się przerażający widok.

Wewnątrz na dnie leżą ludzkie szczątki.

Natychmiast wstrzymują pracę i wzywają policję.

Monika Białek jest 22-letnią mieszkanką podwarszawskiego Milanówka.

Wyrasta w kochającej rodzinie, spokojnej, niczym się nie wyróżniającej.

Razem z mamą Marianną oraz młodszym bratem Łukaszem mieszka w tym Milanówku.

Jest też znana, w ogóle cała rodzina jest znana jako cicha, serdeczna dziewczyna.

Ma mnóstwo marzeń, bo od zawsze kocha muzykę, lubi rysować, malować.

A naprawdę niedawno, bo dosłownie kilka miesięcy temu, ukończyła technikum ekonomiczne.

W tamtym czasie, a mówimy o początku lat dwutysięcznych, samo zakończenie szkoły nie gwarantuje.

pracy w zawodzie.

No zresztą dzisiaj tym bardziej tak nie jest, ale wydaje mi się, że w tamtym czasie jeszcze bardziej niż w dzisiejszych czasach, bo dzisiaj dużo jest takich zawodów, które można właściwie wykonywać dużo szybciej niż by pozwalało na to nasze wykształcenie.

wię tutaj o całej gamie różnego rodzaju chociażby na przykład zleceń związanych z social mediami, z programowaniem, jeżeli ktoś ma po prostu taki dar.

No ale to oczywiście mój

Więc wybaczcie za tą małą moją analizę tamtego rynku pracy.

Pamiętam, jak się szukało wtedy pracy i to naprawdę dzisiaj, a wtedy właściwie nie ma porównania.

Monika aktywnie szuka pracy, szuka jakichś zleceń, które pomogłyby jej po prostu dorobić, wejść w to dorosłe życie już z jakimś własnym, może nie kapitałem, ale z własnymi pieniędzmi, co dałoby jej z pewnością jakąś niezależność finansową.

większą lub mniejszą.

Natomiast ona sama jest ambitna, zaradna, chce być właśnie nie tyle niezależna finansowo, co chce już mieć jakieś doświadczenia zawodowe.

Sama też nie jest w stałym związku.

Na razie nie ma chłopaka, skupia się raczej na rodzinie, właśnie nowej pracy, co też powoduje, że w oczach bliskich Monika jest bardzo odpowiedzialna, jest ułożona, no taka...

Zupełnie nie jak dziewiętnastolatka, która właśnie zerwała z tym obowiązkiem nauki, z tym kieratem, właściwie w który weszła idąc do pierwszej klasy szkoły podstawowej.

Do tego wszystkiego Monika nie jest osobą konfliktową.

Oprócz tego, że jest spokojna, to właśnie jeżeli już dojdzie do jakiejś kłótni, do jakiegoś starcia, różnicy zdań, to Monika zawsze dąży do deeskalacji takiego konfliktu, a nie do starcia czy do postawienia na swoim.

Cieszę się też ogromnym zaufaniem swojej rodziny, a znajomi bardzo doceniają w niej spokój i określają ją zawsze słowem życzliwa.

Na przełomie września i października 2001 roku, jest to dla świata szokujący moment, Monika wreszcie znajduje pracę.

Po wielu miesiącach poszukiwań udaje jej się zdobyć zatrudnienie w lokalnej pizzerii.

Ta pizzeria nazywa się Gemini.

Znajduje się też w centrum Milanówka.

Stanowisko, ja sobie pierwsze co pomyślałam, że będzie pewnie kelnerką jako młoda dziewczyna, ale nie, ona tam otrzymuje stanowisko pomocy kuchennej, to znaczy, że zajmuje się drobnymi pracami na zapleczu, czasem obsługuje klientów na sali jako kelnerka, kiedy jest taka potrzeba, kiedy jest po prostu większy ruch, natomiast jest takim, nie wiem, suszefem, prawą ręką głównego kucharza czy tam szefa kuchni.

To jest jej pierwsza poważna praca, ale traktuje ją, znaczy pierwsza poważna, to jest jej pierwsza w ogóle praca, więc nie podchodzi też do tego w taki sposób szalacki, że to jakaś tam pierwsza, lepsza, wręcz przeciwnie.

Z racji tego, że szukała jej długo i zależy jej właśnie na utrzymaniu tej pracy i na rozwoju, to traktuje ją z ogromnym...

Zresztą w sumie typowym dla siebie poczuciem odpowiedzialności.

I szybko, mimo tak krótkiego stażu, zyskuje sobie sympatię współpracowników, też zaufanie.

Sama właścicielka pizzerii postrzega Monikę jako osobę spokojną, sumienną.

Zawsze wykonuje 100% swoich obowiązków.

Nie sprawia też żadnych problemów, nie nadużywa niczyjej życzliwości.

Cieszy się sama tą pracą i to widać.

Bardzo ją motywuje to, że już jest taka dorosła, że weszła w ten nowy świat w taki bardzo odpowiedzialny sposób.

Poza tym ona nawet mówi o tym, że te pieniądze, które zarabia w pizzerii, pozwolą jej kiedyś podjąć studia albo pójść na różnego rodzaju kursy doszkalające.

No i to też powoduje, że rodzina, bliscy są z Moniki bardzo dumni, wspierają ją w dążeniu do tego celu.

Tego dnia jest na zmianie popołudniowo-wieczornej w swojej pracy.

Ruch jest raczej niewielki, jakby w sumie na sobotę można było przypuszczać, że będzie dużo większy, więc ta atmosfera w pracy, w restauracji jest spokojna.

Monika rutynowo wykonuje swoje obowiązki.

Tego dnia jest też w pizzerii uczeń, który ma tam praktyki zawodowe.

On jest pod opieką taką bezpośrednią właścicielki.

I wieczorem do pizzerii zagląda ojciec tego chłopaka, ma zabrać syna do domu, ma go po prostu odebrać.

Monika kończy pracę nieco przed planowanym czasem zamknięcia, około 22 jest już po sprzątaniu kuchni, może iść do domu, a do domu ma niedaleko, bo mieszka w tej samej miejscowości, Milanówek też jest dość małą miejscowością, więc ona sama też zwykle dojeżdża do pracy rowerem i tamtego wieczora nie jest inaczej, również przyjechała na swoim rowerze i to nim zamierza do domu wrócić.

Kiedy szykuje się już do wyjścia, ojciec tego praktykanta proponuje, że może ją podwieźć samochodem, bo być może zauważa, że już jest ciemno, że już jest jesień.

Dziewczyna po prostu po całym dniu zmiany, że może chcieć skorzystać z jego propozycji, ale Monika oczywiście odmawia.

Też tłumaczy, że mieszka blisko, poza tym ma rower, więc bez problemu sama do tego domu dotrze.

No i chwilę później Monika z tej pizzerii wychodzi.

Wsiada na rower i jedzie w kierunku domu.

Zna tę trasę na wylot.

Z centrum miasta jedzie ulicą szkolną, którą zazwyczaj wraca.

Ta droga wjedzie przez spokojne osiedle domów jednorodzinnych, a o tej porze no ulice są praktycznie puste.

Tego samego wieczoru mama Moniki, pani Maria, Marianna, oczekuje powrotu córki.

Monika zazwyczaj informuje, o której wróci, a praca w sobotę też nie jest niczym nadzwyczajnym, ale tak mija godzina 22, 22.30, 23, a Moniki nadal w domu nie ma, więc pani Marianna zaczyna się po prostu niepokoić.

Próbuję sobie oczywiście tłumaczyć, że może Monika zatrzymała się u koleżanki albo coś ją opóźniło, może była jakaś większa grupa w restauracji, więc zamknęli później tę knajpę.

No, mnóstwo różnych scenariuszy pewnie wtedy przechodzi przez jej głowę, może przechodzić przez jej głowę.

Natomiast to odczucie, że stało się coś złego w niej narasta i nie daje w żaden sposób się ukoić, uciszyć.

No i pani Marianna ma rację, bo Monika nie wraca na noc, a to jej się nigdy nie zdarzało.

Wczesnym rankiem 14 października 2001 roku, w niedzielę, matka Moniki jest już bardzo zaniepokojona.

Prawdopodobnie wtedy kontaktuje się z kimś z rodziny lub znajomych.

Próbuje wtedy ustalić, czy Monika mogła do kogoś pojechać po pracy.

Ale gdy żadna z tych bliskich, znajomych osób nie wie nic na temat planów Moniki, ani o jej losie, ani o tym, czy mogła do kogoś pojechać, no to staje się jasne, że trzeba jak najszybciej szukać profesjonalnej pomocy.

W międzyczasie również osoby z pizzerii zauważają nieobecność Moniki.

Co tylko daje mi do myślenia, że Monika już miała tamtego dnia być w pracy ponownie, a być może po prostu wieść o zaginięciu szybko się rozchodzi.

Tak po prostu wynika ze źródeł, które tutaj oczywiście wklejam pod opisem odcinka, że w pracy już w niedzielę też się niepokoili i zauważyli, że Moniki nie ma.

Te poranne poszukiwania, to dzwonienie, dowiadywanie się, co się mogło stać z Moniką, trwa kilka godzin i trwa od bardzo wczesnych godzin porannych, bo gdy około godziny dziesiątej do drzwi państwa Białków pukają dwaj młodzi mężczyźni, to już te poszukiwania...

Są takie prywatne, są na dość zaawansowanym stadium.

Przedstawiają się matce Moniki jako współpracownicy z pizzerii.

wią, że przyszli zapytać, czy Monika wróciła na noc do domu, bo są zmartwieni jej nieobecnością.

Pani Maria odpowiada, że niestety, ale Monika nie pojawiła się w domu.

I reakcja mężczyzn jest dość zaskakująca, bo według relacji pani Marianny wydają się zdziwieni, a nawet zadowoleni z takiej odpowiedzi.

Nie wdają się jednak w ogóle w żadne szczegóły, dziękują i odchodzą.

Cała sytuacja jest dziwna i jeszcze bardziej niepokoi mamy Moniki.

Dlaczego jacyś koledzy z pracy przyszli sprawdzić, czy Monika wróciła?

skąd w ogóle ta ulga na twarzach, dowiadują się, że jeszcze nie.

No i wtedy pani Maria ma już całkowicie fatalne przeczucia, więc zaraz po tej wizycie postanawia działać, więc idzie do pizzerii, by dowiedzieć się, co wiedzą tamtejsi pracownicy i dlaczego wysłali do niej ludzi z pytaniem o Monikę, to po pierwsze.

Natomiast w pizzerii, kiedy już dociera na miejsce, nie tylko zostaje tam personel,

ale też policję, bo właścicielka pizzerii już zawiadomiła właśnie policję o zaginięciu Moniki, a słysząc od swoich pracowników, zapewne od tych samych dwóch mężczyzn, że Monika nie dotarła do domu, to natychmiast podjął decyzję o wezwaniu służb.

Kiedy więc pani Marianna przechodzi do pizzerii, to policjanci są w trakcie rozmów z personelem, zbierają wstępne informacje.

Pani Marianna wchodzi zdenerwowana i pyta wprost, gdzie jest moja córka, co tu się w ogóle dzieje, dlaczego tutaj są policjanci?

Natomiast funkcjonariusze nie znają odpowiedzi na żadne z jej pytań.

Znaczy, no oprócz tego, dlaczego tam są oczywiście.

Radzą wtedy z rozpaczonej kobiecie, żeby formalnie zgłosiła zaginięcie Moniki na komisariacie i uzbroiła się w cierpliwość.

Tłumaczą, że poszukiwania oficjalne można rozpocząć dopiero po upływie pewnego czasu od zniknięcia, więc mamy tu już od razu wszystkie czerwone flagi i coś jest mocno nie tak.

No bo wiemy, że tak nigdy nie było.

To był okropny, funkcjonujący, powielany...

Natomiast dlaczego oni tam byli i spisywali jakieś zeznania, skoro nie było zgłoszenia o zaginięciu?

Matce Moniki cała ta sytuacja wydaje się absurdalna i frustrująca.

Bóg wie ile.

Po wyjściu z pizzerii idzie prosto na komisariat.

Jeszcze tego samego poranka składa oficjalne zawiadomienie o zaginięciu córki.

Spisują też rysopis Moniki, podstawowe dane, m.in.

numer ramy jej roweru, co okaże się później w tej sprawie bardzo ważne.

I obiecują zająć się tą sprawą.

Mimo to pełna akcja poszukiwawcza ze strony służb rusza dopiero następnego dnia, czyli w poniedziałek.

No i dwie są takie hipotezy, że prawdopodobnie dlatego, że takie były wymogi proceduralne.

Ja w to akurat średnio wierzę.

Druga opcja, moim zdaniem najbardziej przyziemna jest taka, że po prostu była niedziela, no i nie było ludzi w pracy, więc zaczęli to w poniedziałek, kiedy już wszyscy wrócili z weekendu.

Choć policja formalnie nie od razu rozpoczyna akcję poszukiwawczą, to rodzina, przyjaciele, mieszkańcy Milanówka nie zamierzają tracić czasu, więc od niedzieli, od 14 października, właściwie natychmiast po zaginięciu, bliscy Moniki poszukują jej na własną rękę.

Wiele osób jest poruszona wiadomością, że młoda dziewczyna z okolicy po prostu zniknęła bez śladu, nie pojawiła się w domu.

Ludzie sprawdzają trasy, którą Monika zazwyczaj jeździła do domu.

Idą ulicą szkolną, przeczesują pobocza, zaglądają w krzaki, rowy, sprawdzają pobliskie pustostany.

No do akcji w końcu dołączają także patrole policyjne, a funkcjonariusze chodzą od drzwi do drzwi i pytają mieszkańców, czy nie widzieli czegoś podejrzanego poprzedniego wieczoru.

Dość szybko na szczęście udaje się natrafić na pierwszy konkretny ślad, bo w zaroślach przy poboczu ulicy Szkolnej, czyli na trasie z pizzerii do domu...

Przeszukujący teren odnajdują jej rower.

Leży porzucony w krzakach, jakby go ktoś tam wrzucił albo ukrył.

I dla rodziny i wszystkich zaangażowanych momentalnie jest to potwierdzenie najgorszych obaw, czyli że musiało stać się coś złego.

Monika nigdy nie porzuciłaby swojego roweru, nie w taki sposób.

Policjanci zabezpieczają ten rower jako dowód, starannie go oglądają i już na wstępie dostrzegają, że... Znaczy właściwie nie dostrzegają, tylko dochodzą do wniosku, że na tej ramie mogą znajdować się, czy na kierownicy, czy w ogóle na tym rowerze, odciski palców, więc sprzęt...

Przytomnie zostaje przez nich zabezpieczony i odwieziony do laboratorium kryminalistycznego po to, żeby właśnie pobrać ślady daktyloskopijne.

I wkrótce technicy potwierdzają obecność odcisków palców Moniki, ale też jeszcze jednej nieznanej osoby.

Ten odcisk palca stanie się kluczowym tropem w śledztwie.

Na razie jednak nie wiadomo.

Do kogo oczywiście należy.

Policja będzie musiała porównać go z bazami lub pobrać odciski od potencjalnych podejrzanych.

Przypominam, mówimy o roku 2001.

Tymczasem trwają poszukiwania Moniki w terenie.

Przeszukiwane są okolice pizzerii, cała trasa, krok po kroku, metr po metrze z pizzerii do domu zaginionej.

Sprawdzane są rowy melioracyjne, zarośla, ogródki działkowe.

Wszystkie miejsca, gdzie ktoś po prostu mógłby uprowadzić lub ukryć dziewczynę albo chcieć ją zaciągnąć i zrobić jej krzywdę.

Niestety nie natrafiają na żaden ślad poza odnalezionym rowerem, nigdzie nie widać fragmentów ubrania, nigdzie nie widać śladów po torebce, czy w ogóle jakichkolwiek innych rzeczy, które mogłyby należeć do Moniki.

W trakcie tych działań policja przesłuchuje dziesiątki osób.

Rozmawiają z pracownikami pizzerii, w tym z tymi dwoma mężczyznami, którzy odwiedzili matkę Moniki.

Ich zachowanie jest zapewne przedmiotem zainteresowania śledczych, no bo trudno, żeby nie było.

Rozmawiają z rodziną, z sąsiadami Moniki, też z mieszkańcami ulicy Szkolnej.

Jedną z hipotez, jakie od początku biorą pod uwagę ślad, czy jest to, że Monika padła ofiarą na paście w podłożu seksualnym lub rabunkowym.

Ten porzucony rower sugeruje, że ktoś po prostu mógł ją siłą z niego ściągnąć i uprowadzić samochodem.

Policja nie wyklucza też takiego wypadku komunikacyjnego, czyli potrącenia i zatuszowania go, ale brak dowodów i świadków takiego zdarzenia czyni tę wersję mało prawdopodobną, no bo...

W miarę upływu dni sprawa zaginięcia Moniki staje się głośna nie tylko w Milanówku, ale i w całym regionie.

Informacje o poszukiwaniach pojawiają się w mediach lokalnych, bardzo możliwe, że też w prasie mazowieckiej, ogólnopolskiej, w telewizji lokalnej.

Taki rozgłos zachęca też potencjalnych świadków do zgłaszania się z informacjami.

No i rzeczywiście, bo po pewnym czasie na policję zgłasza się świadek, którego zeznania rzucają nowe światło na wydarzenia tamtej feralnej nocy.

Tym świadkiem okazuje się siostra zakonna, Józefa S., która mieszka w Milanówku.

Zakonnica informuje śledczych, że wieczorem, 13 października 2001 roku...

Czyli dokładnie w czasie, kiedy Monika wracała do domu, widziała ze swojego okna coś niezwykłego, raczej niepokojącego, bo według jej relacji około 22 usłyszała na ulicy hałas, wyjrzała przez okno,

przez które zobaczyła na ulicy rowerzystę lub rowerzystkę, a w jej pobliżu, czy w jego pobliżu dwa osobowe samochody.

Z tych aut wysiadło kilku mężczyzn.

Po chwili zakonnica usłyszała taki brzęk przewracającego się roweru i krzyk dochodzący z ulicy.

I tak to interpretowała, że rower upadł na asfalt, a ktoś krzyczał tak jakby ze strachu czy z bólu.

Gdy siostra Józefa wyostrzyła wzrok, zauważyła, że ci mężczyźni wyciągają, właściwie to wciągają kogoś na tylne siedzenie jednego z samochodów.

Całe zdarzenie trwało bardzo krótko, raptem kilka sekund.

Następnie te samochody odjechały w pośpiechu, znikając z pola widzenia.

No, to co opowiada świadek brzmi dosłownie jak scena porwania z ulicy.

Wszystkie elementy pasują do sytuacji Moniki.

Samotna dziewczyna na rowerze, grupa napastników, przewrócony rower pozostawiony na miejscu.

No i też ofiara uprowadzenia została zabrana samochodem.

I dzięki tym zeznaniom właśnie zakonnicy śledczy...

Uzyskują także konkretny trop, bo dwa samochody, którymi mogli poruszać się sprawcy.

Siostra oczywiście nie jest w stanie podać numerów rejestracyjnych, ale opisuje mniej więcej modele lub kształty pojazdów i kierunek, w którym odjechały.

I tak policjanci na podstawie tych informacji podejmują oczywiście próbę namierzenia podejrzanych samochodów.

więc rozpoczyna się trudne i żmudne ustalanie, kto w okolicy posiada samochody podobne do tych, które opisała siostra zakonna, czy w ogóle ktoś widział dwa samochody razem tamtej nocy.

I tak metodą eliminacji, także poprzez sprawdzanie lokalnych rejestracji, funkcjonariuszom udaje się wytypować dwa pojazdy, które mogą odpowiadać relacji zakonnicy

No i wkrótce te samochody zostają odnalezione i zabezpieczone do badań.

Ku zaskoczeniu śledczych okazuje się wtedy, że w jednym z tych samochodów właścicielem jest mężczyzna, który został wcześniej już...

karany za udział w zbiorowym gwarancji.

No i to oczywiście jest bardzo alarmująca informacja, która każe przypuszczać, że potencjalnie mogło dojść do przestępstwa seksualnego z udziałem więcej niż jednej osoby, natomiast drugi samochód należy do innego mężczyzny z okolicy.

Oba podejrzane auta zostają poddane szczegółowym oględzinom.

W każdym z nich technicy kryminalistyczni znajdują ślady krwi wewnątrz pojazdu.

Na tapicerce w jednym samochodzie, w drugim ta krew znajduje się w bagażniku.

To oczywiście bardzo poważny trop, który może wskazywać na to, że Monika być może została zreniona lub zabita, a jej ciało przewożone tymi samochodami.

Niestety, ku zdumieniu właściwie wszystkich, śledczy na tamtym etapie nie wykorzystują w pełni tego dowodu.

Bo ówczesna prokuratura nie zleca badań DNA zabezpieczonych plam krwi, więc absolutnie do dzisiaj nie wiemy, czy ta krew należała do Moniki.

Z perspektywy czasu wydaje się to niewytłumaczalnym zaniedbaniem.

Przecież to jest najprostsza rzecz, sprawdzić, czy to jej krew.

Jednak z jakiegoś powodu badania porównawcze tamtego materiału nie zostają przeprowadzone.

Być może prokuratura uznaje, że brak ciała uniemożliwia formułowanie oskarżeń i decyduje się poczekać na więcej dowodów, chociaż z drugiej strony nie trzeba ciała, jeżeli na przykład postępowanie czy śledztwo jest prowadzone pod kątem porwania.

Możliwe też jest to, że...

Ograniczenia tamtego okresu, czyli początku lat dwutysięcznych, po prostu wpłynęły na opieszałość śledczych, chociaż badania DNA w 2001 roku były już stosowane, ale też nie zawsze po nie sięgano w pierwszej kolejności.

Tak czy inaczej, ważny trop z krww samochodzie zostaje odłożony na później, a sprawa staje w miejscu na wiele, wiele miesięcy.

Mijają tygodnie od zaginięcia Moniki, poszukiwania też nie przynoszą żadnego przełomu.

Policja wykonała swoją pracę, przecież przesłuchano setki świadków, sprawdzono każdy sygnał, przeszukano różne zakamarki Milanówka i okolic.

Mimo to nie odnaleziono ani Moniki, ani jej ciała, ani żadnych konkretnych śladów.

wskazujących na spraww, chociaż nie zapominajmy o tej krwi, której nie sprawdzono jednak, więc też tutaj każe mi to przypuszczać, jak dokładne były te działania służb.

Napięcie w lokalnej społeczności rośnie, bo mieszkańcy małego Milanówka, czyli spokojnego miasteczka, po prostu żyją w strachu, że gdzieś wśród nich krąży albo morderca, albo porywacz.

Rodzina Moniki przeżywa okropny czas.

Niewyobrażalnie trudny.

Każdy dzwonek telefonu pewnie podnosi impuls.

Przecież to właśnie może być ta decydująca wiadomość o Monice.

No i niestety te dni zamieniają się w tygodnie, tygodnie w miesiące, a odpowiedzi nadal brak.

Formalnie śledczy wciąż prowadzą dochodzenie, ale brak nowych śladów sprawia, że tempo prac oczywiście słabnie, też zainteresowanie blednie, odcisk palca z roweru wciąż pozostaje niezidentyfikowany.

Jeśli został porównany z bazą, to początkowo nie znalazł żadnego pokrycia w tej bazie.

Być może też oznacza to, że osoba, do której należy, nie figurowała po prostu nigdy w kartotekach kryminalnych.

Ale w grudniu 2001 roku sprawa Moniki nabiera znowu tempa, bo w Wigilię państwo Białkowie zostają okradzeni.

Do ich domu ktoś się włamuje i zabiera sprzęt w postaci radia czy radioodbiornika.

Co bardzo ciekawe, to włamanie odbyło się na tak zwaną pasówkę, czyli za pomocą wytrycha lub kluczy skradzionych wcześniej od właściciela, tak żeby nie forsować drzwi wejściowych.

I tutaj policjanci, którzy badają sprawę, podejrzewają, że złodziej lub złodzieje wykorzystali do tego klucze Moniki.

Po kilku dniach ta skradziona rzecz z domu Białków zostaje odnaleziona.

Sprawca podrzucił ją gdzieś w ogólnodostępnym miejscu, gdzie po prostu po kilku dniach zostaje odnaleziona przez policję, co jest w ogóle jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności i też nie wiadomo do dziś, kto dokonał łamania i kradzieży i jaki był faktyczny zamiar.

Skraść radio w 2001 roku to też nie jest nie wiadomo jaki sprzęt.

Na jednej z posesji w Milanówku trwają prace remontowo-budowlane.

Chodzi o podwórko posesji przy ulicy Królewskiej, to niedaleko centrum miasteczka.

Tam robotnicy prowadzą jakieś wykopy lub porządkują teren.

No i w trakcie tych robót odsłaniają stary, nieużywany od dawna krąg studni.

I gdy zaglądają do środka tej opuszczonej studni, to oczom jednego z robotników ukazuje się przerażający widok.

Wewnątrz na dnie leżą ludzkie szczątki.

Natychmiast wstrzymują pracę i wzywają policję.

Wiadomość o znalezieniu zwłok szybko dociera do lokalnej komendy, a stamtąd oczywiście do rodziny Moniki.

I choć oficjalnie nie wiadomo od razu, czyje to ciało, to wszyscy przeczuwają oczywiście najgorsze.

Ciało jest w stanie znacznego rozkładu, bo przecież leżało w wilgotnej, zamkniętej przestrzeni studni przez długi czas, najprawdopodobniej przez co najmniej kilka miesięcy.

Znalaziono też fragmenty garderoby, które uległy zbutwieniu.

No i wśród tych rzeczy śledczy zwracają uwagę na zniszczony biustonosz leżący na dnie obok szczątków.

No i to może wskazywać oczywiście na to, że ofiara przed śmiercią doznała przemocy seksualnej lub...

że ubranie zostało zniszczone przy przenoszeniu zwłok.

Oczywiście identyfikacja na miejscu jest niemożliwa ze względu na właśnie ten rozkład na trudno dostępne miejsce.

Jednak w Milanówku nie zaginęła żadna inna osoba pasująca do opisu.

Innymi słowy, żadna kobieta.

Więc bardzo, bardzo wiele wskazuje na to, że to jednak właśnie dokonano makabrycznego odkrycia.

Policjanci, właściwie to technicy, zabezpieczają szczątki, przewożą je do zakładu medycyny sądowej.

Tam sekcja zwłok oczywiście ma odpowiedzieć na pytania, jak zginęła ofiara i czy to na pewno jest Monika.

Niestety stan tego ciała uniemożliwia ustalenie dokładnej przyczyny zgonu.

Tkanki miękkie uległy rozkładowi, zostały głównie kości.

Bieglinie są w stanie stwierdzić, w jaki sposób dokonano zabójstwa.

Wiadomo jedynie, że sama do tej studni na pewno nie wpadła.

Aby potwierdzić tożsamość odnalezionego ciała, zlecono badania genetyczne DNA, pobrano próbki z materiału biologicznego z kości ofiary i porównano z DNA rodziców Moniki.

Niestety ta procedura nie jest szybka, w tamtym czasie na wyniki czeka się bardzo długo, więc równolegle wykonano tak zwaną superprojekcję, czyli metodę, którą jak zapewne wiecie, oczywiście ta metoda polega na komputerowym nałożeniu fotografii osoby zaginionej na obraz czaszki z tych szczątków, żeby sprawdzić zgodność rysów całej budowy ciała, takich antropologicznych cech.

No i zarówno ta superprojekcja, jak i finalnie wyniki analizy DNA potwierdziły tożsamość i ze stuprocentową pewnością można było potwierdzić, że znalezione szczątki należały do Moniki Białek, ale o tym dowiadujemy się dopiero w kwietniu 2003 roku.

Ulga, bo kończy się dręcząca niepewność co do losu ukochanej córki, ale oczywiście ból nie do opisania, bo Monika nie żyje.

Kiedy wieść o znalezieniu ciała Moniki obiega Milanówek,

to wśród mieszkańców pojawia się istotne pytanie.

Jak to możliwe, że policja wcześniej nie odkryła ciała, skoro poszukiwania obejmowały także okolice ulicy Królewskiej?

Pochodzi też na jaw dość zastanawiający szczegół.

Otóż podczas październikowych poszukiwań rok wcześniej policjanci faktycznie przeszukiwali teren posesji.

Co więcej, podobno jeden z funkcjonariuszy podczas tamtej akcji niemal wpadł do tej studni.

Ta studnia była nieoznakowana i gdy prawie do niej wpadł, zajrzano do środka i wtedy studnia była pusta.

No i ta informacja prowadzi do wręcz szokujących wniosków.

Jeżeli w październiku 2001 roku w studni nie było ciała, a w lipcu 2002 roku już było, to znaczy, że ciało Moniki zostało tam umieszczone dopiero po pewnym czasie.

No i tu nasuwają się dwie możliwości.

Albo Monika przez pewien czas po porwaniu jeszcze żyła i była przytrzymywana gdzie indziej, a zabójca po prostu pozbył się ciała w studni dopiero później, albo też zginęła od razu tamtej nocy.

ale sprawcy ukryli jej ciało w innym miejscu i czekając, aż minie obława, przenieśli je do studni, gdy zrobiło się powiedzmy bezpieczniej.

Tak czy inaczej, to dodatkowy element układanki wskazujący na przemyślane działanie zabójcy lub oczywiście zabójców.

Odnalezienie ciała Moniki diametralnie zmienia status sprawy.

Teraz jest to oficjalnie śledztwo w sprawie zabójstwa, już nie zaginięcia.

Policja i prokuratura mają wreszcie namacalny dowód zbrodni, co pozwala im oczywiście śmielej typować podejrzanych i stawiać zarzuty.

Wkrótce po odkryciu zwłok właściwie natychmiast funkcjonariusze dokonują aresztowania pierwszego podejrzanego.

Jest nim 23-letni Vitalij S., obywatel Ukrainy przebywający w Polsce.

Vitalij mieszkał dokładnie na tej posesji przy ulicy Królewskiej, na której znaleziono ciało Moniki w studni.

Okazuje się, że mężczyzna wynajmował tam dom albo pokój i przebyww nim.

w październiku 2001 roku, czyli w czasie zaginięcia Moniki.

Trudno też oczywiście uwierzyć w przypadek, że ciało znalazło się akurat na terenie, gdzie on mieszkał.

Co więcej, policja przypomina sobie o tajemniczym odcisku palca zabezpieczonym na rowerze Moniki.

W toku śledztwa, mając już na celu Vitalia, porównują jego odciski z zabezpieczonym śladem.

Okazuje się, że to strzał w dziesiątkę.

Odcisk palca z ramy roweru należy do nikogo innego jak do Vitalia S. I to drugi mocny element łączący go z tą sprawą.

Śledczy uznają, że mają wystarczająco dużo poszlak, by przedstawić mu zarzut zabójstwa

Moniki, więc Witalij S. zostaje zatrzymany i tymczasowo aresztowany.

No dobrze, ale kim jest ten Witalij S.?

To młody mężczyzna narodowości ukraińskiej, który w tamtym okresie pomieszkiwał i pracoww Polsce.

W Milanówku trudnił się pracami dorywczymi, głównie tutaj mowa oczywiście o budowlance i remontach.

Nie był wcześniej znany rodzinie Moniki, a nie jej znajomym.

Zdaje się, że to po prostu ktoś z zewnątrz, kto zwyczajnie w świecie wynajmował jakiś lokal w miasteczku.

Znaczy właśnie to lokum, nie lokal.

No i teraz pytanie, jakie zadają sobie wszyscy, brzmi, czy Vitali w ogóle znał Monikę?

Czy byww pizzerii Gemini jako klient?

Czy po prostu w inny sposób przycięły się ich drogi?

Tego nie wiemy.

Nie da się nic właściwie na ten temat stwierdzić.

Możliwe, że jadał w tej pizzerii, że zwrócił uwagę na młodą pracownicę.

Mógł też po prostu zauważyć Monikę przypadkowo, na przykład jadącą do pracy rowerem.

Policja intensywnie sprawdza, czy Witalij mógł być powiązany z tamtymi dwoma samochodami, z grupą mężczyzn, o których zeznawała zakonnica.

No ale niestety nie znajdują żadnych dowodów na to, żeby należał on do jakiejś zorganizowanej grupy, czy po prostu znał tamtych Polaków.

No oczywiście jest poddany wszystkim czynnościom.

Podczas przesłuchania nie przyznaje się do winy.

wyjaśnienia, które mają tłumaczyć obecność jego linii papilarnych na rowerze Moniki.

No i według jego wersji wydarzeń pewnego wieczoru, już po zaginięciu dziewczyny, kiedy cała okolica huczała od plotek o poszukiwaniach, przechodził obok ulicy szkolnej i natknął się na porzucony rower.

Ten rower leżał w krzakach, nie wiedział, czyj to rower i jak twierdzi, wpadł na pomysł, żeby go po prostu ukraść.

wi, że go podniósł, wsiadł na niego i miał zamiar odjechać, ale w ostatniej chwili stchorzył.

Przestraszył się, że ktoś go zobaczy i oskarży o kradzież tego roweru, dlatego po prostu odstawił go tam, gdzie się zatrzymał i uciekł, pozostawiając na ramię swoje odciski palców.

Ta wersja oczywiście brzmi prawdopodobnie, ale trzeba przyznać, że jest mało wiarygodna, bo rzeczywiście byłaby to zaskakująca zbieżność, że ktoś inny porywa i zabija Monikę, porzuca jej rower, a przypadkowy przechodzeń, czyli Vitali, akurat dotyka tego roweru, zostawiając swój odcisk i akurat na posesji, gdzie on mieszka, później pojawia się ciało ofiary.

Śledczy oczywiście mają powody sądzić, że to za dużo zbiegów okoliczności naraz.

Inni by powiedzieli, że nie ma takich zbiegów okoliczności.

Na tamten moment prokuratura koncentruje po prostu akt oskarżenia na Vitali US jako jedynym człowieku, który mógł z jej śmiercią mieć cokolwiek wspólnego.

Sprawa trafia na wokandę Sądu Okręgowego w Warszawie.

Proces Witalia rozpoczyna się kilkanaście miesięcy po odkryciu ciała.

Jest to proces poszlakowy, oparty na dowodach pośrednich, ponieważ nie ma świadków bezpośrednich zabójstwa i nie ustalono oczywiście sposobu dokonania tej zbrodni.

A głównymi dowodami oskarżenia są odcisk palca oskarżonego na rowerze Moniki i fakt, że ciało znaleziono na posesji, gdzie mieszkał.

Prokuratura przedstawia też motyw, że mógł to być oczywiście motyw seksualny.

Ewentualnie rabunkowy lub po prostu jakaś osobista, nieznana uraza, na przykład proponował kiedyś Monice, żeby się z nim umówiła, ona nie chciała i w ten sposób się zemścił.

No jednak konkretnych dowodów potwierdzających któryś z tych motywów, no żadnych nie ma właściwie, nie da się tego potwierdzić.

Co też istotne, żaden materiał genetyczny Vitalia nie został znaleziony na szczątkach Moniki, ani na miejscu porwania.

Nie ma też świadków, którzy widzieliby go w ogóle z Moniką.

Nie tylko tamtej nocy, ale w ogóle.

Podczas procesu przesłuchiwani są licznie świadkowie, czyli współpracownicy Moniki, właścicielka pizzerii, matka Moniki, zakonnica Józefa S., policjanci prowadzący śledztwo.

Takiego śledztwa, w którym wiele wątków pozostało niewyjaśnionych, bo właścicielka pizzerii opowiada przed sądem o ostatnim dniu Moniki.

Potwierdza, że dziewczyna była spokojna, że odmówiła podwiezienia, że wyjechała rowerem do domu około 22.

Matka Moniki relacjonuje swoje dziwne spotkanie z dwoma pracownikami pizzerii następnego dnia.

wi wprost, że ich zachowanie było mocno podejrzane.

Z kolei siostra zakonna powtarza swoją historię o dwóch autach, krzyku i oprowadzeniu, lecz żaden z oskarżonych nie jest powiązany z tym opisem, bo Vitali S. miał być przecież sam według ustaleń śledczych.

No i sądowi zaczyna się wyłaniać obraz dochodzenia, w którym skupiono się na jednym podejrzanym, być może kosztem sprawdzenia jakichkolwiek innych tropów.

Już po pierwszej rozprawie sąd podejmuje decyzję i postanawia zwolnić Witalij A.S.

z aresztu tymczasowego w oczekiwaniu na wyrok, właściwie to dalszy proces.

Oznacza to też, że zdaniem sądu dowody przedstawione przez prokuraturę nie są na tyle mocne, żeby uzasadniać dalsze izolowanie oskarżonego.

Witalij wychodzi z aresztu, otrzymuje oczywiście zobowiązanie, by pozostać w Milanówku do czasu zakończenia procesu i być oczywiście do dyspozycji sądu.

23-latek zapewnia na sali sądowej, że nigdzie nie wyjedzie.

Sąd zwraca mu paszport, uznając, że nie ma powodu do stosowania surowszych środków zapobiegawczych.

No i niestety jest to pomyłka, bo Vitali wykorzystuje tę szansę, by uciec.

Zaraz po odzyskaniu paszportu wyjeżdża z Polski, wraca na Ukrainę i proces toczy się już zaocznie, a oskarżony formalnie przebywa poza jurysdykcją polskich organów ścigania.

Finalnie sąd go uniewinnia od zarzutu zabójstwa.

Uznaje, że dowody są niewystarczające, żeby jednoznacznie stwierdzić jego winę.

W uzasadnieniu wyroku podkreśla, że pojedynczy odcisk palca na rowerze, choć oczywiście budzi podejrzenia, to jednak za mało, żeby skazać człowieka za zabójstwo.

Poza tym też brak jakichkolwiek innych bezpośrednich dowodów łączących Witalia z miejscem zbrodni w chwili jej popełnienia.

Brak świadków, brak śladów DNA należących do niego na ciele ofiary, brak też narzędzia zbrodni, czy choćby w ogóle ustalonej przyczyny śmierci.

Do tego powinniśmy też zacząć.

Wszystko rodzi wątpliwości, które zgodnie z zasadą prawa indubio pro reo każą oczywiście uniewinnić.

Dla bliskich Moniki Białek wyrok uniewinniający jest druzgodzący, bo to oznacza, że nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za śmierć ich córki i siostry.

Witalij S., główny oskarżony, uniknął kary.

Co prawda nie wyjechał na Ukrainę całkiem bezkarnie, bo tam trafił do więzienia za jakieś włamania, jednak za zbrodnię na Monice nie odpowie.

No ale też czy jesteśmy pewni, że to on odebrał jej życie?

Z punktu widzenia polskiego wymiaru sprawiedliwości sprawa zabójstwa Moniki Białek pozostaje niewyjaśniona i formalnie zostaje zamknięta po prawomocnym uniewinnieniu oskarżonego.

Po zakończeniu procesu sprawa Moniki Białek przechodzi do kategorii zbrodni niewyjaśnionych.

No i wciąż można oczywiście jeszcze ją wyjaśnić.

Póki co żaden inny podejrzany nigdy nie stanął przed sądem w tej sprawie.

Więc z pewnością zabójcy Moniki, czy był to w Italii, czy ktoś inny, czy grupa osób, w dalszym ciągu pozostają na wolności.

I między innymi właśnie dlatego dzisiaj opowiadam wam tę historię.

Jeżeli ktoś z was wie coś o tej sprawie, słyszał plotki, to co się gdzieś tam mówi półszeptem na temat tej sprawy, sprawy, która dzisiaj ma już prawie ćwierć wieku, choć trudno w to uwierzyć,

Jeżeli coś wiecie, coś słyszeliście, dajcie znać.

Wyślijcie maila na adres pomałpopiątyniezabijaj.pl albo poinformujcie najbliższą jednostkę policji.

Możecie to zrobić anonimowo.

Jeżeli napiszecie do mnie, to oczywiście ja takie informacje zawsze śledczym przekazuję.

A dzisiaj dziękuję Wam bardzo za uwagę.

Jeżeli macie ochotę, to możecie zasubskrybować ten kanał czy dodać podcast do obserwowanych, wyrazić wsparcie dając kciuk w górę i będę Wam za to wsparcie bardzo, bardzo wdzięczna.

Tymczasem proszę Was o to, żebyście dbali o siebie i byli bezpieczni.

0:00
0:00