Mentionsy

Kryminatorium
19.01.2026 04:00

13-latka zostawiła trop. Ale przez 40 lat nikt go nie zauważył | 409.

🕵️ [autorpomocja] Bilety na konwent znajdziesz tutaj: https://www.ebilet.pl/biznes/konferencje/kryminalne-miasto?partner=mymusiclive


OPIS SPRAWY Z ODCINKA: Zabrano ją z domu bez ostrzeżenia. Przez dekady nikt nie wiedział, co się z nią stało. Rodzina miała tylko jedno zdjęcie i imię. A potem pojawił się podcast, który uruchomił lawinę.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 120 wyników dla "Biura do Spraw Opieki Społecznej"

I nie, nie tylko nagłośnić sprawę, ale doprowadzić do odkrycia prawdy po kilkudziesięciu latach.

Dziewczynce z rdzennych terenów Kanady, która pewnego dnia zniknęła i nigdy nie wróciła do domu.

Dokumenty milczały.

O tych sprawach, i nie tylko, pogadamy już 16 i 17 maja we Wrocławiu, podczas Kryminalnego Miasta, jedynego konwentu true crime w Polsce.

Dołącz do nas.

Link do biletów znajdziesz w opisie odcinka.

Bez szans na znalezienie dobrze płatnej pracy, odcięcie od pomocy społecznej, Indianie żyli w skrajnej nędzy i ubóstwie.

Dostęp do edukacji i opieki zdrowotnej był ograniczony, a oferowane im zatrudnienie ograniczało się do najcięższych i najgorzej opłacanych prac, których nie chcieli podejmować biali mieszkańcy.

Do tego dochodziło poczucie izolacji i porzucenia.

Populacja dramatycznie malała, ale pomimo to, jeśli wierzyć krewnym Cleo, dziewczynka dobrze znosiła wszystkie trudy życia.

Być może dlatego, że jako kilkuletnia dziewczynka nie zdawała sobie sprawy z ponurej przyszłości, która ją czeka.

Nie miała pojęcia o tym, co dorośli Indianie nazywali przeklętym dniem.

Wczesną wiosną 71 roku przed jej domem zatrzymał się duży, lśniący samochód z dziwnymi symbolami po obu stronach.

I wysiadło z niego dwóch białych mężczyzn, którzy natychmiast skierowali się do drzwi rozpadającej się chaty.

Całą procedurę mieli wyćwiczoną niemal do perfekcji.

Po wejściu do środka przedstawili się jako pracownicy Kanadyjskiego Ośrodka Pomocy Społecznej.

Protestującym rodzicom machnęli przed oczami plikiem urzędowych dokumentów.

Wystraszoną dziewczynkę czym prędzej zaprowadzono do służbowego samochodu oznaczonego po bokach symbolem ośrodka pomocy społecznej.

Usiadła na tylnym siedzeniu pomiędzy dwoma groźnie wyglądającymi mężczyznami, którzy przez całą dalszą podróż nie odezwali się do niej ani jednym słowem.

Gdy odjeżdżali, być może dziewczynka odwróciła się, aby przez tylną szybę patrzeć w milczeniu, jak jej rodzinny dom z każdą kolejną sekundą stawał się coraz mniejszy.

No właśnie, to co spotkało Cleo tego przeklętego dnia odbyło się całkowicie legalnie, a pracownicy opieki społecznej działali zgodnie z obowiązującym prawem.

Sprawa jest złożona i wielowymiarowa, więc postaram się opisać ją możliwie jak najprościej.

Dlatego tych z Was, którzy dobrze znają temat kanadyjskich legalnych łapanek, proszę o wybaczenie wszelkich uproszczeń.

I aby podporządkować sobie tu bylczą ludność i wyeliminować w przyszłości ich ewentualne roszczenia do ziem przodków, w 1876 roku uchwalono tzw.

Choć głównym celem ustawy było rozpoczęcie asymilacji rdzennej ludności Kanady, wykorzystano ją przede wszystkim do przejęcia niemal całkowitej kontroli nad życiem przedstawicieli pierwszych narodów.

Jednocześnie zakazano im używania języków ich przodków oraz zmuszano do zmian imion na angielskie.

Z czasem rząd Kanady zrozumiał, że dorosłych Indian trudno poddać asymilacji.

W ramach specjalnego programu rządowego dzieci były siłą odbierane rodzicom przez pracowników opieki społecznej.

i kierowane do tak zwanych szkół rezydencjalnych, państwowych placówek z internatem, prowadzonych głównie przez duchownych, katolickich i protestanckich.

Często dochodziło tam do nadużyć ze strony opiekunów.

Otrzymywały kilka dolarów i...

W odpowiedzi postanowiono, że dzieci indiańskie będą trafiać nie do szkół rezydencjalnych, ale bezpośrednio do adopcji.

Adopcyjni rodzice ponosili koszty wychowania i asymilacji, co znacznie odciążyło budżet państwowy.

XX wieku, do czynności bezdusznego nabierania na szufelkę śmieci, które postanowiono przenieść po cichu w inne miejsce, aby spróbować poddać je recyklingowi.

Proceder trwał w najlepsze aż do połowy lat 90., wywołując coraz większe kontrowersje w mediach.

Zdecydowana większość uprowadzonych dzieci już nigdy nie zobaczyła swoich biologicznych rodziców.

Według historyków do adopcji w tym okresie trafiło oficjalnie ponad 20 tysięcy dzieci.

Podobny los spotkał później jej młodsze rodzeństwo, trzech braci i dwie siostry.

Każde z nich trafiło w inne miejsce i każde, tak jak Cleo, doświadczyło traumy, jaką przeżywa dziecko nagle wyrwane ze swojego świata.

Po latach dwa najmłodsi bracia Cleo, Cameron i Johnny odnaleźli się przypadkiem jako dorośli mężczyźni.

Pomagała im w tym organizacja pozarządowa założona w 2014 roku.

Krajowa sieć rdzennych ocalałych z pomocy społecznej.

Ten przełomowy dla Kanady projekt miał na celu nagłośnienie polityki, która doprowadziła do nieproporcjonalnie dużej liczby dzieci rdzennych mieszkańców, które w drugiej połowie XX wieku zostały siłą odebrane rodzicom, trafiając pod opiekę zupełnie obcych im ludzi.

Wszyscy zostali adoptowani przez rodziny kanadyjskiej klasy średniej.

Czy tak jak oni została adoptowana?

Czy trafiła do ośrodka wychowawczego?

Nie znali dokładnej daty jej urodzenia, nie wiedzieli jakie ma nowe nazwisko, jakie mogłaby otrzymać.

Równie dobrze mogła trafić przecież do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, a nawet Australii czy Nowej Zelandii.

Rodzeństwa wynajęło prawnika, który w ich imieniu próbował zdobywać informacje jakimiś oficjalnymi kanałami, ale niestety szybko spotkał nam mur nie do przejścia.

Urzędnicy kanadyjskiego departamentu do spraw rdzennej ludności bezradnie rozłożyli ręce.

Nie dysponowali dokładnymi danymi na temat liczby dzieci siłowo przejętych w latach 60. przez opiekę społeczną.

Podobna odpowiedź przyszła z Krajowej Bazy Danych Osób Adoptowanych.

Rząd prowincji Saskatchewan odpisał, że jeśli poszukiwana osoba opuściła Kanadę, należy wystąpić o informację do kraju, w którym zamieszkała.

Jeśli natomiast trafiła do Stanów Zjednoczonych, odpowiednie wnioski trzeba było składać oddzielnie w każdym stanie.

Choć jego wspomnienia były już zatarte przez czas, dobrze pamiętał, co mówiono.

Że Cleo trafiła do zamożnej, amerykańskiej rodziny.

Zamieszkała w dużym domu, gdzieś w stanie Arkansas.

Czuła się obco w świecie, do którego nie pasowała.

Była już nastolatką, gdy pewnego ranka jak zwykle wyszła z domu do szkoły, jednak tamtego dnia nie wsiadła do szkolnego autobusu.

Zamierzała autostopem dotrzeć do miejsca, z którego kiedyś ją zabrano.

Czy to możliwe, by ludzie, którzy w większości nie umieli nawet czytać ani pisać, dotarli do takich informacji?

Ich największym marzeniem stało się teraz sprowadzenie ich szczątków do prawdziwego domu.

Brak postępów w rodzinnym śledztwie sprawiał jednak, że z czasem ta nadzieja zaczęła gasnąć.

Dziennikarka Connie Walker, podobnie jak oni, miała indiańskie korzenie.

Jej przodkowie również należeli do plemienia Cree i pochodzili z prowincji Saskatchewan.

W 2016 roku stworzyła podcast pod tytułem Missing and Murdered, czyli Zaginione i Zamordowane, poświęcone przypadkom przemocy wobec indiańskich kobiet z Kanady i USA.

Według oficjalnych policyjnych statystyk to właśnie przedstawicielki tej grupy etnicznej z Ameryki Północnej najczęściej stają się ofiarami zabójstw, zaginięć, uprowadzeń, wykorzystywania oraz zmuszania do nierządu.

Pierwszy sezon podcastu dotyczył zabójstwa Alberti Williams, 24-letniej indianki, która zaginęła pod koniec sierpnia 1989 roku w Kolumbii Brytyjskiej.

Connie Walker dotarła do osób posiadających informacje, których nigdy nie przekazali policji.

Skłoniła ich do zwierzeń, a to zaowocowało ośmioodcinkową serią, w której stopniowo odkrywała prawdę o tej nierozwiązanej zbrodni.

Przyczyniła się do jej wyjaśnienia po niemal 28 latach.

Od początku lat 70. dochodziło tam do licznych zabójstw i zaginięć młodych kobiet.

Organizacje pozarządowe szacują, że liczba ofiar przekracza dziś 100, z czego zdecydowaną większość stanowią kobiety pochodzenia rdzennego.

Zdobył nawet kilka nagród, a przy okazji nagłośnił temat, który przez dekady był konsekwentnie zamiatany pod dywan, czyli przemoc wobec rdzennych kobiet.

Gdy kilkanaście miesięcy później Connie Walker poszukiwała tematu do drugiego sezonu Zaginionych i Zamordowanych, otrzymała obszerny list.

Do listu dołączyli fotografie ich pięcioletniej siostry.

Tym bardziej, że jego autorka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby urodziła się kilkanaście lat wcześniej, ją także mógłby spotkać ten sam okrutny los.

Koncentrowała się na próbie odkrycia losów dziewczynki, którą wiosną 1971 roku siłą zabrano z rodzinnego domu i wywieziono w nieznanym kierunku.

Nie było nawet wiadomo, czy wciąż żyje, a jeśli tak, to jak wygląda jej życie?

Dotarła do byłych pracowników opieki społecznej, którzy pod warunkiem pełnej anonimowości zgodzili się jej pomóc.

Przekopano tysiące stron archiwalnych i dokumentów.

Poruszono najdalsze zakamarki ludzkiej pamięci, nakłoniono do zwierzeń dziesiątki osób, które w latach 60. były mniej lub bardziej zaangażowane w kontrowersyjny proceder odbierania dzieci indiańskim rodzinom.

Co ciekawe, Connie dotarła nawet do kobiety, która przez kilka lat była szkolną koleżanką Cleo.

Chodziły do tej samej klasy, siedziały w jednej ławce i bardzo się zaprzyjaźniły.

W podcaście pojawiła się też poruszająca rozmowa z małżeństwem, które pełniło funkcję dyrektorów Biura do Spraw Opieki Społecznej w prowincji Saskatchewan.

To ich podpisy widniały na urzędowych dokumentach, które pokazano rodzicom dziewczynki w dniu jej odebrania.

Przy okazji dziennikarce udało się zwrócić uwagę opinii publicznej na sprawę kontrowersyjnego programu społecznego, za pomocą którego władze Kanady próbowały siłowo zasymilować najmłodszych przedstawicieli rdzennej ludności.

Po wywiezieniu z rezerwatu Cleo trafiła najpierw do Reginy, stolicy prowincji Saskatchewan i tam umieszczono ją w tak zwanym ośrodku przejściowym, gdzie urzędnicy mieli zadecydować o jej dalszym losie.

Nie została skierowana do jednej ze szkół rezydencjalnych, które cieszyły się złą sławą.

Zamiast tego wpisano ją na listę dzieci przeznaczonych do adopcji zagranicznej.

W ten sposób kilka tygodni później wyjechała do Stanów Zjednoczonych.

Louis i Leonor Madonia.

Para należała do zamożnej i szanowanej części lokalnej społeczności.

Niestety, komplikacje po pierwszym porodzie sprawiły, że kolejną ciążę odradzili im lekarze.

Zdecydowali się więc na adopcję.

Gdy pewnego dnia w ich domu pojawiła się sześcioletnia indiańska dziewczynka, pokochali ją od razu, jakby była ich własną córką.

Niedługo potem Cleo już jako Cleomadonia rozpoczęła naukę w szkole podstawowej.

Jednak od samego początku nie potrafiła się odnaleźć w nowym środowisku.

Od chwili przyjazdu do USA Cleo sprawiała poważne problemy wychowawcze.

W domu niszczyła zabawki, odmawiała jedzenia, nie chciała chodzić do szkoły.

Nie inaczej było w szkole, do której chodziła.

Wykazywała dużą agresję w stosunku do swoich rówieśników.

Z powodu jej niewłaściwego zachowania kilka razy jej adopcyjni rodzice byli wzywani na rozmowę do dyrektora szkoły.

Pisała do niej listy, w których otwarcie dzieliła się swoimi przemyśleniami.

Nie wiadomo czy jej lęk był wytworem dziecięcej wyobraźni, czy może wynikało to z realnych doświadczeń.

Być może jeszcze w ośrodku przejściowym, choć nie ma na to dowodów.

W kolejnym liście rok później przyznała przyjaciółce, że zamierza uciec z domu i utopić się w oceanie.

Wizyty u psychologa, na które państwo Madonia wydawali znaczne kwoty, początkowo przynosiły poprawę.

22 grudnia 1978 roku doszło do tragedii, której nie udało się uniknąć.

Tamtego dnia, podczas nieobecności rodziców w domu, trzynastoletnia Cleo znalazła w nocnej szafce swojego przybranego ojca naładowany rewolwer.

Przyłożyła broń do głowy i pociągnęła za spust.

Przecież w swoich listach do przyjaciółki wielokrotnie zapowiadała, że się zabije.

Byli przy tym absolutnie przekonani, że do jej śmierci przyczynił się zły stan psychiczny ich siostry, spowodowany siłowym wyrwaniem dziecka z rodzinnego domu.

W przypomnieniu o ogromie krzywd, jakich najmłodsi przedstawiciele pierwszych narodów doświadczali z rąk władz państwowych.

Czy polityczne elity jakiegokolwiek państwa, kierując się przekonaniem o własnej wyższości, mają prawo próbować stworzyć społeczeństwo idealne, dopuszczając się na mniejszościach etnicznych kulturowego ludobójstwa?

100 dni do kryminalnego miasta, jedynego w Polsce konwentu True Crime, więc od teraz co jakiś czas będę podrzucać wam tutaj w odcinkach małe aktualizacje.

Obok, wiadomo, sceny głównej i sceny podcastów live.

A to dopiero początek.

Szczerze, gdybym ja trafił na takie miejsce wcześniej i zainteresowałbym się w ten sposób tematem kilkanaście lat temu, prawdopodobnie nie poszedłbym na politechnikę, która kompletnie nie była dla mnie.

I nie straciłbym czterech lat na naukę rzeczy, które zwyczajnie mnie nie interesowały i nie interesują do dziś.

0:00
0:00