Mentionsy

Z morderstwem im do twarzy
18.11.2025 18:59

101. Burmistrz, który miał zbyt wielu wrogów

Był burmistrzem, który przez 40 lat rządził Zdzieszowicami. Dla jednych – charyzmatyczny gospodarz i symbol Śląska. Dla innych – kontrowersyjny polityk, który chciał zbyt wiele. 18 lutego 2014 roku Dieter Przewdzing zostaje znaleziony martwy w swoim domu w Krępnej. Kto zabił człowieka, który całe życie poświęcił swojej gminie? Sprawa jest nierozwiązana.

www.zmorderstwem.pl

Wsparcie

💀 https://buycoffee.to/zmorderstwem

💀 https://patronite.pl/zmorderstwem

💀 Wsparcie przez YouTube (przycisk na stronie kanału bądź pod filmem)

Źródła: https://tiny.pl/xx-x2kbz

Muzyka:

Heartbreaking by Kevin MacLeod

Link: incompetech.filmmusic.io/song/3863-heartbreaking/

License: creativecommons.org/licenses/by/4.0/

Scenariusz: Aleksandra Chrzanowska

Korekta: Joanna Kupczak

Postprodukcja audio-wideo: Marcin Gmitrzyk

#podcastkryminalny #truecrime #historiakryminalna #podcasttruecrime #DieterPrzewdzing #Przewdzing #Zdzieszowice #Śląsk #Opolszczyzna #MniejszośćNiemiecka #Krępna #RanczoKanada #burmistrz #kryminalnehistorie #polskikryminał #truecrime #morderstwo #niewyjaśnionazbrodnia #zagadkakryminalna #podcastkryminalny #historiakryminalna #politycznazemsta #zbrodniapolityczna #seryjnymorderca #niewyjaśnionesprawy

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 192 wyników dla "Prokuratury Krajowej w Warszawie"

Rządzący w Warszawie rozkradli cały nasz majątek i zrobili z nas biedaków.

O tym przekonuje Dieter Przewdzing podczas jednego ze swoich wystąpień.

Pół roku później zostaje znaleziony martwy we własnym domu.

Był u władzy ponad cztery dekady.

Dla jednych król i bohater, dla innych wariat i separatysta.

W dzisiejszym odcinku opowiem wam historię, w której nie da się nie poruszyć tematu polityki.

Zginął człowiek i to na jego historii się skupię, chociaż, jak już pewnie zauważyliście po długości odcinka, materiałów o tej sprawie jest niestety niewiele.

Zapewne byłoby więcej, gdybyśmy wiedzieli, kim jest sprawca.

Dieter Przewdzing, wieloletni burmistrz z Dzieszowic na Opolszczyźnie, właśnie przygotowuje się do wyjścia z domu.

Na ten wieczór zaplanował zaopatrzenie swojej posiadłości w Krępnej w zapasy drewna na opał.

To jego rodzinny majątek, który nazwał przed laty Ranchem Kanada.

To miejsce, do którego ucieka od telefonów, dokumentów i całej reszty codziennych urzędowych obowiązków.

Tutaj przyjeżdża z żoną, córkami i wnukami.

To jego mały świat, z drewnianym dużym domem, zagrodą i stawem.

Cisza, spokój i bliskość natury i ukochanych zwierząt to idealne warunki na wypoczynek i spędzenie czasu z rodziną i przyjaciółmi.

Okazja jest o tyle wyjątkowa, że to okrągła 70. rocznica.

Przyjęcie ma odbyć się właśnie tutaj, na ranczu.

Dieter chce, by wszystko było dopięte na ostatni guzik.

I choć do przyjęcia zostało jeszcze kilka dni, zaczyna przygotowania już teraz, bo pracy jest naprawdę sporo.

Podróż do Krępnej trwa dosłownie chwilkę, bo ma do pokonania zaledwie kilka kilometrów.

Przenosi i układa drewno pod wiatą przed domem.

Część wnosi do środka i zostawia przy kominku.

W międzyczasie wciąż zastanawia się, kto mógłby zająć się oprawą muzyczną.

Zaproszonych zostało wiele osób i zależy mu, by każdy dobrze się bawił.

Postanawia zadzwonić do swojego znajomego, który kilka dni wcześniej wspominał, że zna odpowiedniego muzyka, który mógłby rozruszać gości na parkiecie.

Panowie rozmawiają krótko, ale umawiają się na kolejny telefon jeszcze tego samego wieczoru.

Kolega prosi go o chwilę cierpliwości, by mógł znaleźć dane kontaktowe i obiecuje, że niedługo oddzwoni.

Jest już po godzinie 19, kiedy Dieter z góry dziękuję mu za rozmowę.

rozłącza się i wraca do swoich zajęć.

Musi jeszcze napalić i przygotować dom.

Spodziewa się bowiem gościa.

Lada chwila powinien zjawić się jego dobry przyjaciel z Katowic.

Ma zostać kilka dni, aż do przyjęcia, przy okazji pomóc w organizacji i zapewne porozprawiać o polityce.

Obaj są bowiem od lat związani z Komitetem Wyborczym Mniejszości Niemieckiej.

W międzyczasie, po kilkunastu minutach od zakończonego połączenia, komórka Dietera dzwoni ponownie.

Oddzwania zgodnie z umową, jednak tym razem po drugiej stronie słyszy tylko automatyczną sekretarkę.

Nie zastanawia go to jednak szczególnie.

Doskonale zdaje sobie sprawę, że Dieter ma sporo na głowie i pewnie akurat odszedł od telefonu i odezwie się jak tylko znajdzie chwilę.

Niedługo po tym na miejscu zjawia się nieoczekiwany gość.

Ze względu na to, że do mediów nie przedostało się imię owego przyjaciela, na potrzeby tego materiału nazwę go Zbigniew.

Tego wieczoru Zbigniew przyjeżdża do Krępnej tuż przed 20.

Gdy przed domem zatrzymuje samochód, dostrzega włączone światła, a z komina ulatnia się dym.

Wygląda na to, że wszystko jest przygotowane na jego krótki pobyt.

Z bagażnika wyciąga torbę podróżną i kieruje się w stronę drzwi.

Gdy staje na gangu, zauważa dziwne ślady na jasnej posadzce.

Od razu przychodzi mu do głowy, że to, na co patrzy, to nic innego jak krew.

Pierwsze, co przychodzi mu do głowy, to, że Dieter patroszy ryby.

Już kilka razy zdarzało się, że Zbigniew był świadkiem czegoś takiego.

Wie, że jego przyjaciel często łowi ryby tutaj na ranczu i w ten sposób się relaksuje.

Ale wtedy zauważa kolejną dziwną rzecz.

Drzwi wejściowe nie są zamknięte.

Wchodzi więc do środka.

Jednak kilka kroków dalej zrozumie, że tym razem to nie patroszenie ryb.

Na framugach drzwi widać duże, rozmazane ślady krwi, a w salonie na podłoce leży jego przyjaciel.

Wokół niego rozlewa się coraz większa kałuża.

Dieter wciąż żyje, ale jest w stanie krytycznym.

Sam jeszcze ściska szyję pod koszulkiem, próbując zatamować krwawienie.

Oddycha ciężko, jest blady i wycieńczony.

Zbigniewowi natychmiast przychodzi do głowy tylko jedna myśl.

Ktoś usiłował go zabić.

W pośpiechu sięga po telefon i dzwoni na numer alarmowy.

Do dyspozytora mówi chaotycznie, ale stara się wyjaśnić ile potrafi i prosi o jak najszybsze przybycie służb.

W końcu liczy się każda sekunda.

Dieter Przewdzing umiera we własnym domu, zaledwie kilka dni przed swoimi 70. urodzinami.

Policja błyskawicznie zabezpiecza okoliczny teren.

Funkcjonariusze z komendy w Krapkowicach i wezwani technicy kryminalni dokładnie przeszukują dom, podwórze i przyległe zabudowania.

Wszędzie szukają śladów włamania, jednak drzwi i okna są nienaruszone.

Nic nie wskazuje na to, że napastnik dostał się do środka siłą.

Wygląda na to, że Dieter sam otworzył mu drzwi, więc mógł znać sprawcę.

Sprawnie udaje się zawęzić przedział czasowy, w którym doszło do ataku.

Musiało to być między zakończeniem rozmowy telefonicznej ze znajomym, a przyjazdem Zbigniewa, a to zaledwie 30, może 40 minut.

Śledczy zakładają, że w momencie, gdy Dieter stanął w progu, napastnik uderzył go w głowę ciężkim, tępym przedmiotem, młotkiem albo prętem.

Najpewniej stracił orientację i upadł na podłogę.

Następnie sprawca przeciągnął go do środka domu, a gdy leżał na ziemi twarzą w dół, zaszedł go od tyłu, podniósł głowę, po czym zadał ostatnie cięcie.

Ciało zostaje przewiezione do zakładu medycyny sądowej jeszcze tego samego wieczoru.

Sekcja zwłok zostaje przeprowadzona niemal od razu, a jej wyniki potwierdzają wcześniejsze przypuszczenia.

Mimo wielu obrażeń głowy, przyczyną śmierci była głęboka rana cięta w okolicy szyi.

Zrekonstruowany przebieg zdarzeń jest dla śledczych ważnym tropem.

Sugeruje, że napastnik działał z pełną świadomością i bez zawahania.

Nie był przypadkowym włamywaczem, ani nie działał w efekcie.

Musiał być też uzbrojony w przynajmniej dwa narzędzia, nóż i jakiś przedmiot, ale żadnego z nich nigdzie nie znaleziono.

Jeszcze przed upływem pierwszej doby policja dysponuje już dużą ilością informacji.

Jednak najważniejsze okażą się ekspertyzy śladów znalezionych w domu ofiary.

W tym samym czasie już wszystkie media huczą o tragedii na Opolszczyźnie, a cały powiat pogrąża się w żałobie.

Śledztwo rusza natychmiast i prowadzi je prokuratura w Opolu.

Policja przesłuchuje rodzinę, sąsiadów i współpracowników burmistrza.

Funkcjonariusze analizują jego ostatnie dni, kontakty i rozmowy telefoniczne, ale przede wszystkim gruntownie zostaje przeszukany dom, w którym doszło do tragedii.

Każdy centymetr zostaje sprawdzony, a ślady zabezpieczone i opisane.

Technicy pobierają setki odcisków palców, fragmenty tkanin i wiele próbek DNA.

Większość materiału okazuje się należeć do samego Dietera, jego rodziny i przyjaciół, którzy często odwiedzali Rancho.

Ale wśród nich są dwa odciski, które nie pasują do nikogo z nich.

To pierwszy konkretny trop, choć jeszcze zbyt słaby, by pchnąć sprawę do przodu.

Policja przesłuchuje dziesiątki osób, sąsiadów, pracowników urzędu, znajomych z mniejszości niemieckiej.

Niektórzy wzywani są nawet po kilka razy, ale nikt nie potrafi powiedzieć niczego, co mogłoby pomóc.

Nikt nie słyszał krzyków, odgłosów szarpaniny ani samochodu odjeżdżającego spod domu.

Śledczy, przeczesując teren wokół posiadłości, opróżniają nawet pobliski staw, podejrzewając, że sprawca mógł się pozbyć dowodów w wodzie.

Narzędzia zbrodni bowiem nadal nie odnaleziono.

Zwraca się o wsparcie do Prokuratury Krajowej w Warszawie, a do współpracy włączone zostają również służby z Niemiec i Ukrainy, bo właśnie tam burmistrz miał wiele kontaktów, zarówno prywatnych, biznesowych, jak i politycznych.

Mimo to w ciągu następnych dni śledztwo nie przynosi przełomu.

Podczas konferencji prasowych przedstawiciele policji i prokuratury odpowiadają wymijająco.

Zapewniają, że dochodzenie trwa, ale nie zdradzają żadnych szczegółów.

Nie wspominają o motywie, nie wskazują żadnych podejrzanych.

Wszystko, co się dzieje wokół sprawy owiane jest tajemnicą, więc siłą rzeczy z dnia na dzień sprawa zabójstwa Dietera Przewdzinga zaczyna żyć własnym życiem.

A wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w tym samym powiecie...

Zaledwie kilka dni później dochodzi do kolejnych, równie brutalnych mordostw.

W Krapkowicach przy ulicy Górnej we własnym domu zostaje znaleziony martwy 78-letni Bronisław P. Mężczyzna ma rozległe obrażenia głowy, które jak ustalą później biegli, zostały zadane tępym metalowym narzędziem.

Nie znaleziono śladów łamania, nic nie zostało skradzione, a całe mieszkanie wygląda tak, jakby napastnik wszedł, zrobił swoje i zniknął.

Mija kolejny tydzień, gdy 8 marca w jednym z domów w Zdzieszowicach

Leży martwa we własnej sypialni.

Scenariusz jest niemal identyczny jak w poprzednich przypadkach.

Starsza ofiara zaatakowana w domu, bez śladów włamania, bez wyraźnego motywu robunkowego.

Policja przekonuje, że tych spraw nie należy ze sobą łączyć.

Oficjalne komunikaty są ostrożne, suche i lakoniczne, ale mieszkańcy wiedzą swoje.

Dla nich podobieństwa są zbyt oczywiste, by mówić o przypadku.

Trudno też zignorować fakt, że wszystkie zbrodnie mają miejsce w promieniu zaledwie 8 km w ciągu niespełna 3 tygodni.

I nie mówimy tutaj wcale o dużym mieście.

W całym powiecie rośnie więc napięcie.

Mieszkańcy zwyczajnie boją się o swoje życie.

Jeśli ludzie giną w swoich własnych domach, to nigdzie nie można czuć się już bezpiecznie.

Rozmowy o pracy czy pogodzie zastępują plotki o tajemniczym mordercy.

Zauważalne jest również to, że ulice po smroku są opustoszałe.

Wszyscy z niecierpliwością czekają na jakiekolwiek konkretne wiadomości.

Najbardziej doświadczeni policjanci przyznają jednak, co prawda po cichu,

że takiej fali zabójstw na Opolszczyźnie nie pamiętają od lat.

Oficjalne zapewnienia, że sprawy są niezależne, nie przynoszą ukojenia mieszkańcom.

I choć policja robi wszystko, by zachować spokój, wśród ludzi narasta przekonanie, że w okolicy działa seryjny mordyca.

W mediach natomiast coraz głośniej zaczyna mówić się o politycznej zemście, której ofiarą miał paść właśnie burmistrz Zdzieszowic.

Dieter Przewdzing przychodzi na świat na terenach, które przed wojną należały do Niemiec.

Po zmianie granic jego rodzina z dziada-pradziada o niemieckich korzeniach zostaje w Polsce.

Dieter dorasta na Śląsku, w miejscu, gdzie historia i pojęcie tożsamości od zawsze splatają się ze sobą, ale nie zawsze w oczywisty sposób.

Po ukończeniu technikum rozpoczyna pracę jako technik-mechanik w instytucie w Kędzierzynie Koźlu.

W świat polityki wchodzi dość wcześnie, jednak zawsze wiedział...

że chce ją uprawiać jedynie na lokalnym szczeblu.

W czasach Polski Ludowej działa w strukturach PZPR i ORMO, szybko pnąc się po szczeblach lokalnej administracji.

W połowie lat 70. zostaje naczelnikiem z Cieszowic i od tego momentu jego nazwisko na stałe wpisuje się w historię regionu.

Stanie się też synonimem kontrowersji, ale o tym zaraz.

Już w wolnej Polsce po przywróceniu samorządów w 1990 roku

Startuje w pierwszych demokratycznych wyborach i zostaje wybrany burmistrzem.

Mandat mieszkańców odnawia co 4 lata, nieprzerwanie aż do swojej śmierci, czyli przez ponad 40 lat.

Trzeba przyznać, że niewielu się to udaje.

Przez ponad dwie dekady kieruje miastem, które pod jego rządami zmienia się z przemysłowego ośrodka w zadbaną, dobrze prosperującą gminę.

Startuje też w wyborach parlamentarnych z ramienia mniejszości niemieckiej i zasiada w sejmiku województwa.

Dla wielu staje się symbolem lokalnej stabilności i skuteczności.

Za swoje zasługi jest wielokrotnie odznaczany, począwszy od symbolicznych dyplomów, aż po te bardziej oficjalne jak Złoty Krzyż Zasługi, Krzyż Kawalerskiej Orderu Odrodzenia Polski czy Medal Komisji Edukacji Narodowej.

Z ciekawostek dodam też, że zdobył dyplom w plebiscycie Sportowca Roku organizowanego w powiecie.

Dla innych jednak wciąż pozostaje uosobieniem kontrowersji.

W ostatnich latach życia coraz mocniej angażuje się w walkę o autonomię gospodarczą Śląska.

wi o potrzebie większej niezależności finansowej samorządów, o tym, że podatki powinny zostawać tam, gdzie są wypracowywane.

To reakcja na nowe przepisy pozwalające na zmianę tzw.

adresu podatkowego przedsiębiorstw.

W efekcie tych zmian kilka z dużych firm działających dotychczas na terenie Zdzieszowic przemeldowało się do innych większych miast, m.in.

do Warszawy, tym samym pozbawiając dochodu rodzimą gminę.

Jego słowa wywołują jednak burzę.

Politycy prawicowych ugrupowań oskarżają go o separatyzm, o podburzanie Ślązaków przeciw państwu.

Zarzucają mu nawet nawoływanie do odłączenia całego regionu od reszty Polski.

Burmistrz tłumaczył wtedy, że nie chodzi mu o odłączenie Śląska, a jedynie o jego rozwój i samowystarczalność.

Zapewniał, że jego postulaty mają wzbogacić kraj, a nie go podzielić.

Jednak atmosfera wokół jego osoby staje się coraz bardziej napięta.

W grudniu 2013 roku, zaledwie kilka miesięcy przed tragiczną śmiercią, sytuacja eskaluje.

Działacze jednej z partii składają doniesienie o możliwości popełnienia przez niego przestępstwa, o charakterze nawoływania do separatyzmu.

W przestrzeni publicznej trwa gorąca dyskusja, a przewdźing, mimo spokoju, z jakim zwykle reaguje na krytykę, wydaje się coraz bardziej zmęczony tą polityczną presją.

Czuję, że to, co zaczynało się jako gospodarczy manifest z troski o dobro Śląska i Ślązaków, zaowocowało zawziętą walką o jego polityczne być albo nie być.

Na duchu podtrzymuję go jednak wsparcie, które także otrzymuję od innych.

Władze niektórych miast w regionie wyrażają poparcie dla jego postulatów i to znowu sprawia, że jego siła i wiara w walkę o lepsze jutro dla mieszkańców ma sens.

Jeden z jego bliskich przyjaciół wspomina, że ostatnie miesiące były dla niego szczególnie trudne i stresujące.

Wielokrotnie wspominał, że obawia się o swoje bezpieczeństwo, a nawet życie.

I choć nigdy nie powiedział wprost, że podejrzewa kogoś o spisek przeciw niemu lub jego rodzinie,

był wyraźnie rozkojarzony.

Na pierwszy rzut oka było widać, że czegoś lub kogoś się bał.

Śledztwo, które tak sprawnie się rozpoczęło, w efekcie trwa łącznie 4 lata, zanim zostanie zamknięte w 2018 roku.

Z czasem pojawia się pomysł, by zajęło się nim archiwum X, jednak szybko okazuje się to niemożliwe, z uwagi na fakt, że podczas czynności śledczych wykorzystano już wszystkie dostępne techniki kryminalistyki.

Do dziś nie udało się zidentyfikować dwóch niepasujących do nikogo odcisków palców.

Co ciekawe i chyba dość niepokojące, te dwa pozostałe dochodzenia w sprawie zabójstw w powiecie, do których doszło na krótko po śmierci burmistrza, także zostały zamknięte ze względu na brak podejrzanych i brak postępów w śledztwach.

Od śmierci litera Przewcinga mija już ponad 10 lat, ale pamięć o nim wciąż jest żywa.

W Zdzieszowicach i okolicznych wsiach jego nazwisko wciąż wywołuje emocje.

U jednych wzruszenie i szacunek, inni zaś jakby odruchowo przypominają sobie o niedopowiedzeniach, które pozostawiła po sobie ta sprawa.

W Krępnej, tuż przy jego ukochanym ranczu, które sam nazywał Kanadą, mieszkańcy wznoszą tablicę pamiątkową.

To symboliczny gest wdzięczności za lata pracy na rzecz regionu, ale też znak, że mimo kontrowersji, jakie towarzyszyły mu za życia, dla wielu pozostaje przede wszystkim ich burmistrzem, człowiekiem stąd, który nigdy nie zapomniał o swojej małej ojczyźnie.

Na tablicy widnieje napis.

Nie umiera ten, kto żyje w sercach naszych.

Z czasem te coroczne wspomnienia przerodziły się w tradycję.

Co roku w lutym organizowany jest bieg pamięci śladami litera Przewdzinga.

Trasa wjedzie od cmentarza w Żerowej, gdzie spoczywa, przez lasy i pola, aż na jego ranczo.

To nie tylko sportowe wydarzenie, ale też sposób, by wspólnie uhonorować jego pamięć.

W rocznicę śmierci lokalne media przypominają jego historię.

Wspominają najdłużej urzędującego burmistrza w regionie, wizjonera i społecznika, ale też człowieka, którego śmierć do dziś doczekała się więcej pytań niż odpowiedzi.

Każdego roku na jego grobie pojawiają się świeże kwiaty i zawsze znajdzie się dobra dusza, która pod bramą posiadłości postawi znicz.

Rodzina, przyjaciele i byli już współpracownicy robią wszystko, by kontynuować jego dzieło, jednocześnie nie porzucając też nadziei, że któregoś dnia poznają odpowiedź na najważniejsze pytanie.

Kochani, na dziś to już wszystko.

Jak zwykle bardzo dziękuję Wam za wysłuchanie historii do końca.

Ze względu na tematykę odcinka proszę nie zapominajcie o zachowaniu kultury w komentarzach.

Tymczasem uważajcie na siebie i do usłyszenia.

0:00
0:00