Mentionsy

Z bliska
28.09.2025 16:00

Jolanta Kwaśniewska: Z kawalerki na Ursynowie do Pałacu Prezydenckiego

Jak wyglądało dorastanie w domu z opiekuńczą "mateńką" i surowym ojcem wojskowym? Kim był Włodek? Dlaczego Jolanta Kwaśniewska rozstała się z pierwszą miłością i czym urzekł ją Aleksander Kwaśniewski? Jak przechodzi się z meblowania kawalerki na Ursynowie do meblowania Pałacu Prezydenckiego? I czy zgodziłaby się przejść przez to jeszcze raz i wystartować w wyborach prezydenckich? W pierwszym odcinku "Z bliska" Małgorzata Rozenek-Majdan rozmawia z ulubioną Pierwszą Damą Polaków. A do tego: 

Kto był pierwszym gościem w Pałacu Prezydenckim? Skąd Jolanta Kwaśniewska czerpała inspiracje do stylizacji? Jak to się stało, że jako jedyna kobieta jechała Papamobile? Czy para prezydencka była gotowa na zwykłe życie po 10 latach kadencji? Której Pierwszej Damie doradzała Jolanta Kwaśniewska? 

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 573 wyników dla "Wydział Prawa i Administracji"

Sponsorem odcinka podcastu z bliska jest Half Price.

Skończyłam chwilę temu 70 lat, ale mam wrażenie, że przez ten galop w moim życiu część tych cyferek gdzieś się pogubiła.

A czy dla Pani to też była miłość od pierwszego wejrzenia?

To był taki wstyd, że doszedł do wniosku, że on się ze mną ożywił.

Jak do godziny dwudziestej albo chyba dłużej była informacja, że wygrywa Lech Wałęsa, to ja powiedziałam, o, że wiesz co, to ja jadę do tomy.

Panie prezydencie, Ojciec Święty zaprasza do Papamobile.

Nie było jak się tym zająć.

Trzeba się było zająć Polską.

To dla mnie ogromny zaszczyt, że pierwszą rozmowę w podcaście mogę przeprowadzić z kobietą, która była i jest dla wielu Polek wzorem siły, determinacji, wrażliwości społecznej, ale też i klasy.

Pierwsza dama, która nigdy nie przestała być blisko ludzi.

Jolanta Kwaśniewska.

Bardzo dziękuję, że przyjęła pani moje zaproszenie.

Bardzo mi miło.

Wiem, że pani prezydent oba ma ograniczony czas, więc od razu przejdę do rzeczy.

Skąd się wziął Włodek?

Tak, wiele osób dziwi się, bo tak naprawdę tata do mnie wołał.

Ja jestem jedną z trzech sióstr środkową.

Starsza była Wandeczka, mnie nazwali rodzice Jolanta, to było bardzo modne takie, nowoczesne imię i przyszła trzecia Alicja.

Tata był wojskowym, był oficerem Wojska Polskiego i marzył, żeby mieć syna.

Urodziła się pierwsza Wandeczka, mama była w ciąży w 55 roku, mój tata wyjeżdżał wtedy na misję pokojową do Korei i ten kontakt był bardzo taki utrudniony, ale tata przez cały czas oczekiwał na telegram, masz syna, a okazało się, że jest dziewczynka, potem przyszła trzecia dziewczynka, więc...

Tato jak potrzebował pomocy, bo to były takie czasy, że jak coś się psuło, to się naprawiało.

Psuł się telewizor, mój tata siadał do wielkiego takiego rubina i wyciągał tam różne przyrządy i naprawiał to.

Jak czegoś brakowało, to wołał do mnie, Włodek, przynieś mi śrubokręt.

Więc tak tata do mnie mówił, a ten Włodek wziął się stąd, że to był taki przyjaciel, opiekun mojego taty w czasie II wojny światowej.

Tata, żeby uciec z Wołynia, tam gdzie zginęła jego cała rodzina, zostali spaleni.

Swój dowód, pewnie to nie był dowód osobisty, tylko jakiś dokument sfałszował.

żeby być starszym i móc dostać się do wojska i przeszedł cały szlak II Armii Wojska Polskiego.

Miał 15 lat, jak się próbował dostać do wojska i był za młody.

Ale dostał się.

Myślę, że tata jakoś tam bardzo roztropnie tego fałszerstwa dokonał.

W każdym razie był takim, to był nastolatek, więc miał takiego opiekuna Włodka i on był dla niego taką namiastką ojca i niestety zginął pod Berlinem i tata wiedział, że jak przyjdzie na świat syn, to będzie Włodek.

Wychowała się pani w takim domu, w którym, tak jak pani wspomniała, był tato wojskowy Wojska Łączności.

Dużo nie było go w domu.

Był bardzo kochający, ale na pewno bardzo surowy i wymagający.

A po drugiej stronie jest mama, którą sama pani nazywa mateńką.

Bardzo to wzruszające, która jest takim wzorem macierzyństwa i wsparcia.

Wielokrotnie pani to powtarzała.

Jak to jest wychowywać się?

właśnie jako środkowe dziecko w takim domu dwóch żywiołów.

Jak patrzę na to z mojego punktu widzenia dzisiaj, to i tak jak pisałam, to ta książka była dla mnie bardzo fajną terapią, bo musiałam przypominać sobie wiele rzeczy.

Zresztą trafiłam na wspomnienia mojego tata, na nagrania, gdzie on o Korei wszystko pisze.

Nie miałam pojęcia.

Żałuję, że nie dopytałam taty o te różne rzeczy.

I jak patrzę z dzisiejszego punktu widzenia, to myślę, że to było fajne dzieciństwo.

Ja niedawno byłam na tym podwórku i to podwórko, które żyło od rana do nocy, tam to był taki czworobok i większość to byli chłopcy i my dziewczynki i ja z tymi kumplami zawsze tam łobuzująca.

I od rana do nocy tam był taki krzyk, my graliśmy w dwa ognie, w palanta, w piłkę nożną, siedzieliśmy, ja wisiałam przez cały czas na trzepaku, bardzo ten trzepak ważny dla mnie, dla mnie był w czasach młodości i ciągle wymyślane były jakieś zabawy.

Teraz rośnie tam trawa do pasa.

Dużo młodych ludzi mieszka tam.

To jest piękne miejsce.

Takie zielone się zrobiło w tej chwili.

W tej chwili ten mój Gdańsk wrzeszcz i jest mnóstwo młodych ludzi i widzę, że chodzą z łuskami i dzieciaki takie małe, jak ja wtedy.

Chodzą i każdy ma spuszczoną głowę w telefonie.

Więc na pewno takie bardzo bogate to dzieciństwo było i to, że moja mateńka, bo zawsze mówię mateńka, prowadziła nas na różne zajęcia.

Byłam zuchem, byłam harcerką, śpiewałam w chórze, chodziłam na zajęcia z lekkiej atletyki, prowadziła nas mama na zajęcia baletowe.

W związku z tym mama zajęta, zajęta, zajęta, trzy dziewczynki, każda z nas w innej klasie.

No i tata zawsze gdzieś tam poza domem, więc mówię, te nasze mamy w tamtym czasie były heroskami.

To prawda, to prawda i nawet z Pani wspomnień z tego czasu wyraźnie słychać taki podziw, bo brak samochodu to...

Przemieszczanie się na przykład tramwajami, dowożenie właśnie na te zajęcia pozalekcyjne.

Ja trochę chciałam dopytać o ten balet, bo balet na pewno jest bardzo mocno kształtujący.

Ja dobrze pamiętam, co mi dał balet.

Dobrze wiem, jak potrafi wzmocnić, ale też i osłabić psychikę.

I co dał pani?

To, że tak ładnie siedzę.

Nasz wykładowca, osoba, która prowadziła te zajęcia baletowe, pan Bronisław Prądzyński, był wtedy młodym człowiekiem.

A to wielkie nazwisko w świecie baletu.

O osiem lat, bo przez wiele lat chodziłyśmy na te zajęcia baletowe i potem z wielką radością czytałam, co działo się w życiu pana Bronisława Prądzyńskiego i w końcu został dyrektorem szkoły baletowej niedawno, w zeszłym roku zmarł.

Ale te zajęcia dla mnie były o tyle fajne, że kiedykolwiek w moim życiu trzeba było zatańczyć.

My mieliśmy takie zajęcia, że były też elementy baletu klasycznego i były zajęcia z wszelkich tańców.

Taniec ludowy.

Taniec ludowy, świetny.

W związku z tym to jest taka zabawna historia, jak ten taniec może w życiu pomóc.

Byliśmy z oficjalną wizytą

w Chinach i przy oficjalnym spotkaniu wielki taki, wielka kolacja, bardzo wiele osób brało w niej udział.

Siedziałam obok prezydenta i w pewnym momencie orkiestra wojskowa zaczęła grać kukułeczka kuka.

No i wszyscy śpiewają kukułeczka kuka.

Ku mojemu największemu zdziwieniu prezydent prosił mnie do tańca, bo kukułeczka kuka jest walcem.

W związku z tym z gracją zatańczyłam balca.

I to, co było niesamowite, w drodze powrotnej, jak wracaliśmy, przedsiębiorcy, którzy byli z nami, powiedzieli, pani prezydentowo, podpisaliśmy kontrakt na autobusy nielskopodłogowe, bo ciężkie rozmowy na początku były, ale później wszyscy widzieli, widzieliście prezent, prezydent z panią prezydentową tańczył, tańczył walce, więc proszę zobaczyć, jak to się może przydać.

A ta pozycja właśnie taka, że nawet jak...

Jak długo jakieś spotkania odbywają się i nie ma takiej możliwości, żeby oprzeć się, to ja tak będę siedziała z taką właśnie gracją baletową.

Tak, balet daje kręgosłup i to nie tylko ten fizyczny, ale bardzo często też i ten moralny, bo on uczy, że taka ciężka praca jest ważna, że odpowiedzialność jest ważna, że też taka konsekwencja jest ważna.

Ale mam takie pytanie, czy kiedykolwiek rozmawiała Pani ze swoją mamą, z mateńką, skąd brała siłę na to, żeby prowadzić takie życie, sama opiekować się Wami i opiekować się w taki bardzo mocny i zaangażowany sposób?

Ja zawsze mówię, te nasze mamy były takimi altruistkami.

Altruistka po bandzie, bo nawet jak mieszkaliśmy w Warszawie i przyjeżdżałam do Warszawy, udało mi się kupić jakiś fajny sweter dla Mateńki.

W Hofflandzie?

W Hofflandzie, tak.

Jeśli się tak udało upolować go.

to moja mateńka zawsze mówiła, ale córeńko, ale po co?

Ja wszystko mam, kup coś sobie.

Więc nasze mamy takie były dla dzieci, dla dzieci, wszystko dla dzieci.

I dla mateńki to nie był problem, żeby wstać o 6 rano, pójść do sklepu, przynieść bańkę mleka, taką dużą bańkę, 3 albo 5 litrową mleka.

Codziennie chyba mieliśmy, albo mama...

stawiała to mleko, żeby zrobiło się siadłe, robiła sama dla nas faruk, potem jak zgliwiał ten ser, robiło się taki z kminkiem na patelni, pyszny.

W zeszłym roku zrobiłam, bo zatęskniłam za czymś takim, co było u mnie w głowie.

No i taka niekończąca się praca.

Ja myślę, że mama była z domu, gdzie miała osiem sióstr.

To był taki dom kobiecy.

W związku z tym rozpiszczona był się przez siostry.

Siostry znacznie lepiej od naszej Mateńki piekły, gotowały.

A Mateńka tak powoli, powoli, powoli starała się wchodzić w tę rolę żony i matki.

Ale dla mamy właśnie to wczesne wstawanie, późne chodzenie spać i taka praca dla mnie, z mojego punktu widzenia, tak jak patrzę dzisiaj, ona była tak naprawdę ponad siły.

No nic nie było, no jak się... Mój tata ubustwiał takie wynalazki jakieś, więc mieliśmy jako jedni z pierwszych w naszym bloku i telewizor, i odkurzacz, potem robota.

Tata kupił, mama jego nienawidziła.

Jak przyjeżdżałam, to mama mówiła, Joluś, uczyj ziemniaki.

Pięć kilo ziemniaków, placki były przez cały Boży Dzień.

Wydaje mi się, że to były takie geny.

Takie my mamy silne kobiece geny.

I po mamie pani to ma?

Tą pracę ponad siłę?

Przecież bycie pierwszą damą to jest reprezentowanie kraju, łącząc to z macierzyństwem, łącząc to z rolą żony.

To jest taka praca ponad siły trochę.

No nudy nie było, powiem tak.

Nudy na pewno nie było.

Ja sobie zawsze, nawet teraz ciągle mówię, muszę trochę zwolnić, muszę trochę zwolnić, ale są ciągle jakieś nowe takie projekty na tyle ciekawe i na tyle wciągające mnie, jak ja mówię, słuchajcie, nie, nie, nie mam siły, ja teraz chcę trochę odpocząć, na trochę mniejszych obrotach pracować, to dziewczyny zawsze będą dzwoniły do mnie, nie, nie, pani prezydentowo musi pani wpaść.

do Zielonej Góry, chociaż na dwie godzinki.

Na dwie godzinki do Zielonej Góry.

Tak, do Zielonej Góry.

No ale jadę, jadę do Sandomierza na parę godzin w końcówce tygodnia pojadę.

I póki są siły, bo ja mam wrażenie, skończyłam chwilę temu 70 lat,

Ale mam wrażenie, że przez ten galop w moim życiu część tych cyferek gdzieś się pogubiła.

Więc póki będzie zdrowie, to mam wrażenie, że mnie takie nowe projekty bardzo napędzają.

Ale ten galop, o którym pani powiedziała, zaczął się już na studiach, bo na początku miała pani plany studiować medycynę, ale tak się nie stało.

Tak, ja chciałam być lekarką, podobnie jak moja siostra.

Wandeczka już w tym czasie studiowała medycynę i kiedy ja przygotowywałam się do tej medycyny, do egzaminów, to na drugim roku Wandeczka miała

Prosektorium.

Jak w Warszawie opowiadać, jak wygląda to z jej punktu widzenia, to prosektorium, to doszłam do Wyspów, że to na pewno nie jest dla mnie i w ostatnich miesiącach zmieniłam zamiar i postanowiłam, że pójdę na Wydział Prawa na Uniwersytecie Gdańskim.

Ale to był taki czas, kiedy, żeby dostać się na Wydział Prawa Uniwersytetu Gdańskiego, startowało wtedy około 12-15 kandydatów na jedno miejsce.

To była trudna decyzja, bo też wymagała trochę zmiany podejścia i do tego, jak zdawać egzaminy i do nauki przed tymi egzaminami.

I tu nie wszystko poszło...

po pani myśli za pierwszym razem.

Za pierwszym razem się nie dostałam.

I właśnie tu jest taki moment, który dla mnie jest bardzo ciekawy.

Jak pani, osoba, która ma w sobie niezwykłą iskrę, wbrew trochę woli rodziny, decyduje się na studia na innym wydziale, niż było to zakładane.

Co pani wtedy czuła, kiedy dowiaduje się pani, że się pani nie dostała?

W przyszłym roku są kolejne egzaminy.

Naprawdę taka była pierwsza myśl?

Tak było mi przykro, bo tak bardzo chciałam na te studia pójść.

Już jak jeździłam na Wydział Prawa i Administracji, to życie studenckie bardzo mi się podobało, więc chciałam stać się cząstką tego życia.

A jak nie wyszło mi, no to mi dobra, to idę do pracy.

Pracowałam przez prawie rok, ale bardzo się wtedy przykładałam do nauki, bo zdawałam sobie z tego sprawę, że historia na tym poziomie nie była moim konikiem przez szkołę ogólnokształcącą, bo nie zakładałam, że pójdę na prawo.

Więc już ten cały rok bez udziału, nie było czegoś takiego, tylko sama musiałam porządnie przysiadać fałdów i uczyłam się zaraz po powrocie z pracy.

Także w następnym roku cieszę się ogromnie, bo to się udało.

Co więcej, nie tylko się pani dostała, tylko już na drugim roku dostała pani nagrodę rektorską.

Tak, z tego się cieszyłam najbardziej, bo mój dyrektor szkoły do mojego taty mówił, o dlaczego Jola, co ona sobie wymyśliła to prawo, no się w życiu na to prawo nie dostanie.

Więc na tym pierwszym roku pomyślałam sobie, Teter miał rację, ale w tym następnym roku to już tam poszłam do szkoły i powiedziałam, wie pan, panie dyrektorze, jestem na Wydziale Prawa i Administracji i tak mi miło chciałam panu powiedzieć, że nawet mam nagrodę rektorską.

I jaką zareagował?

No troszkę taki był speszony, taki zmieszany, mogę tak powiedzieć.

Ale to jest chyba miłe uczucie, kiedy można utrzeć nosa naszym oponentom naszymi osiągnięciami.

To nie tylko nauka, studia na Wydziale Prawa, które są bardzo wymagające.

Pierwszy rok... Ogromny odsiew.

Ogromny odsiew.

Ja też przez to przechodziłam, więc pamiętam, jak nam się po prostu... Prawożymskie logika.

Żałowałam, bo tacy najfajniejsi, tacy nasi kumple.

Ja miałam świetny rocznik i fantastyczną grupę.

I no tacy, którzy najbardziej tam bradia żyli, to oni odparli mnie.

żałowaliśmy bardzo, bo byli takimi ciekawymi, kolorowymi osobami.

Znajdowała Pani czas nie tylko na naukę, ale również stworzyła Pani, współtworzyła Pani legendarny klub Paragraf.

To była fantastyczna rzecz, dlatego, że my mieliśmy takie zajęcia

na ulicy, która dawniej była ulicą Sierczyckiego 27 i to była piękna willa, która należała przed wojną do przedstawiciela Ligi Narodów.

Naprawdę taka piękna snycerka, a takie miejsce, które bardzo lubiliśmy, mieliśmy tam.

zajęcia z prawa morskiego i jak powiedzieliśmy, że chcielibyśmy gdzieś móc jakoś tak jako grupa, jako nasz rok spotykać się, to nam zaproponowano w piwnicy taką graciarnię.

I my tą graciarnię wysprzątaliśmy, stworzyliśmy taki fajny...

klimat i to się stało takie kultowe miejsce, do którego każdy chciał przychodzić, każdy chciał tam należeć, a nie każdego wpuszczaliśmy, bo to niestety nie było takie duże pomieszczenie, ale w tym czasie stworzyliśmy kabaret, stworzyliśmy... Nie prześmiewczy, jak pani podkreśla.

Bardzo fajny kabaret, taki ciekawy, intelektualny, fajny kabaret.

Było mnóstwo takich osób, które pisały teksty, dziewczyny, które grały na pianinie,

nasz kolega, który grał na gitarze i to było niezwykle fajne, że byliśmy bardzo dobrymi studentami.

To było najważniejsze.

Nie na takiej zasadzie, że ktoś mówił, a tacy działacze to sobie na wszystko załatwią.

Wiedzieliśmy z kolegami, że musimy być bardzo dobrymi studentami, bo wtedy to nam pozwalało właśnie działać na taką szeroką skalę i nikt nam nie mógł tego zarzucić, że...

wymigujemy się z egzaminów, czy jakąś taką dosyć krótką ścieżkę mamy do naszych wykładowców, ale Magda Krzyżanowska, nasza koleżanka, prowadziła pół żartem, pół serio z naszymi wykładowcami.

I to było naprawdę fantastyczne, bo...

My lepiej poznawaliśmy naszych wykładowców, naszych profesorów, a oni jakoś tak cieplej na nas też patrzyli.

I to był taki moment, kiedy ten nasz Wydział Prawa i Administracji, młody, bardzo najmłodszy na Wydziale, na Uniwersytecie Gdańskim, zaczął wygrywać Juwenalia.

Nie, Juwenalia.

Neptunalia.

My mieliśmy w Gdańsku Neptunalia.

Więc raptem ten taki mały wydziałek, który tam gdzieś był na szarym końcu, wszyscy zaczęli do nas przychodzić, do naszego klubu, bo chcieli nas poznać.

Jak to się dzieje, że my z takim impetem pokazaliśmy, że ten wydział istnieje?

Chciałam jeszcze chwilę dopytać o wykładowców.

Jednym z Pani wykładowców z Prawa Pracy był śp.

Lech Kaczyński.

Wspominał Panią z ogromną estymą, mówiąc, że zaliczenie u niego zrobiło Pani na piątkę.

A mieć piątkę z prawa pracy to było bardzo trudne.

Ale tu doświadczenia były wspaniałe, ale wiem, że miała pani problem z jedną z profesorek z prawa cywilnego.

Z prawa cywilnego, tak, z panią Cieślak.

para profesorska przeniosła się do Gdańska.

Z prawa cywilnego była pani profesor Cieślak, która była żyłą.

Nie lubiła nas, powiem od razu, nie lubiła nas jako właśnie działaczy.

Działacze, więc...

Oblaliśmy wszyscy.

Zdawałam zawsze z Olkiem Koprowskim, z Tomkiem Krzemińskim, wszyscy na K. No i raptem zdziwienie.

Pani, my byliśmy świetnie przygotowani.

Wiedzieliśmy, prawo cywilne to jest naprawdę... Kobyła.

Więc uczyliśmy się po całych nocach z chłopakami, bo zawsze staraliśmy się we trójkę.

Najczęściej z Olkiem Koprowskim się uczyłam.

w jego malusieńkim mieszkanku, ale często dochodził do nas Tomek i bardzo poważnie traktowaliśmy ten egzamin.

No dobra, no wychodzimy i każdy, nie, niemożliwe, oblaliście.

My naprawdę mieliśmy taką renomę, że kto jak kto, ale my bez problemu.

No dobra, uczymy się do drugiego podejścia.

Znowuż nas oblała i zadawała nam pytania, których nie było.

My potem jak wychodziliśmy mówimy, o co ich chodziło, o co tej cieślakowej chodziło.

No ale za trzecim razem szczęśliwie udało nam się.

Już nie mogło.

Nam się udało zdać, ale mogliśmy mieć zawsze poprawkę jeszcze, jakby co.

Bo podchodziliście do egzaminu w terminie zerowym.

Czyli zerowy termin, pierwszy termin, drugi, okej.

Więc tak, szczęśliwie.

Szczęśliwie.

Szczęśliwie i mądrze.

Mąż, pan Cieślak, był cudną osobą.

Chudziutki kodeks, w związku z tym chcieliśmy się uczyć niektórych paragrafów na pamięć, a pan profesor mówił, ale po co, po co?

Będziesz coś potrzebowała, to weźmiesz sobie kodeks i przeczytasz.

Odwrotnie jak żona.

Zobaczyłem ją, jak stała na scenie w zielonym sweterku z długimi wiesami do pasa.

Była piękna i koledze, który stał obok mnie, powiedziałem, ożenię się z nią.

Tak powiedział pani obecny mąż.

Wtedy chłopak, który zobaczył panią pierwszy raz.

Jak ta historia świata.

Olek przyszedł do nas właśnie na Wydział Prawa, przyszedł do nas, do naszego klubu.

Właśnie pojawił się taki bardzo znany Aleksander Kwaśniewski, bo on był wtedy szefem Rady Uczelnianej na całym Uniwersytecie Gdańskim i zaczął ze mną tańczyć.

I właśnie później powiedział mi Olek Koprowski, że mówisz, słuchaj, ty wiesz co, ty nie masz pojęcia.

Olek powiedział, że się z tobą ożeni, a Olek był taką legendą, bo on był najlepszym studentem, był dwukrotnym prymus inter pares, więc w ogóle tak... Pierwszy wśród równych.

Świetny facet, bo i takie błyskotliwe poczucie humoru i... Przystojny był bardzo, wiele wielbicielek miał.

Pani również była rozchwytywana.

No ale trafiliśmy na siebie i to najważniejsze.

Najśmieszniejsze jest to, że Olek kiedyś, jak już spotykaliśmy się, przyszedł na rozpoczęcie roku akademickiego.

No i wiadomo, Gaudeamus śpiewaliśmy.

Ja rzeczywiście na scenie i do młodych studentów, którzy rozpoczynali pierwszy rok, miałam taką szczelistą mowę, no i potem śpiewamy Gaudeamus.

No ale wiadomo, to mało kto potrafi zaśpiewać, bo młodzi ludzie.

Więc mój

kochany mąż, który tak na odcinku głos piszemy nie dotyczy w kwestii śpiewu.

Śpiewał najgłośniej ze wszystkich, więc ja patrzyłam się na tego mojego Lusia, mówi na dobra, nie chcę śpiewać, a mój mąż później opowiadał, że to była dla niego taka trauma, to śpiewanie, że tak się właśnie bardzo chciał mi przypodobać, że to był taki wstyd, że doszedł do wniosku, że on się ze mną ożywił.

żeby zacząć to niedobre wrażenie.

A czy dla Pani to też była miłość od pierwszego wejrzenia?

Bo te początki z wielu powodów nie były najłatwiejsze.

Nie, nie, nie, nie.

Dlatego, że ja miałam mojego chłopaka, z którym byliśmy sześć lat i bardzo już myśleliśmy o tym, że za chwileczkę, że nawet wtedy myśleliśmy o tym, żeby się pobrać, myśleliśmy, żeby wynająć mieszkanie.

A rodzice bardzo go lubili.

i rodzice, i moje siostry, bo Michał był taką osobą, która była taka niezwykle rodzinna, pomocna.

Kawał chłopa w związku z tym przychodził, narzucał sobie, zarzucał sobie dywan, na ramię wychodził, trzepał ten dywan, szedł ze mną tam, kupowaliśmy jadro ziemniaków i tak dalej.

Więc był taką osobą rodzinną, a Olek jak zaczął się u nas pojawiać, to on siadał z moim tatą na kanapie, włączony był telewizor, no i zawsze

oglądali ten telewizor i komentowali wiadomości, to co się w tym czasie działo.

Podjęliście decyzję o ślubie.

Z moim wcześniejszym chłopakiem powiedziałam, że jeśli go trzeci raz skreślą, bo studiował na Politechnice Gdańskiej, ale był takim marzycielem.

Ale to brak ambicji odstraszał panią od niego?

Nie, tylko że jeśli chce się wspólne życie prowadzić, to ja przez całe studia z moimi kumplami pracowałam w technoservice i to była taka ciężka praca.

My w stoczni remontowej sprzątaliśmy statki.

Brudna, obrzydliwa praca, ale dająca... Dobrze płatna.

Na najlepsze pieniądze po paru miesiącach kupiłam sobie na Monte Cassino dżinsy za własne środki.

I w momencie jak Michał był skreślony z listy studentów, to i ja, i moi kumple, i mama Olka Koprowskiego mówiła, Olek, Olek, Michał, idź do pracy, idź do pracy.

Palił papierosy jeszcze, więc mama dawała mu pieniądze, on siedział w domu i czytał książki, albo siedział u mnie na wydziale.

Przychodził po mnie, wszyscy go szalenie lubili, więc było miło i sympatycznie, ale jak można rozpocząć wspólne życie z osobą, gdzie ja staram się pracować, a osoba, która ma wolny czas, jakoś tak nie do końca o tym myśli, więc za trzecim razem, jak skreślił go z listu studentów, powiedziałam koniec, koniec, bo taka była umowa.

poznaliście się z obecnym mężem, bardzo szybko podjęliście decyzję o ślubie i takie doświadczenie, które było typowe dla wszystkich młodych małżeń w tamtym czasie, to braki lokalowe, braki w domu, nic nie było, to nie jest tylko tak, że ciężko było rozpocząć to życie, one też były ciężkie logistycznie.

Jak pani wspomina te początki?

No te początki były naprawdę bardzo trudne, bo my w sprawie Oluścia już o wiele wcześniej, żebyśmy się pobrali, ale ja powiedziałam jeszcze trochę te rany moje muszą się zagoić.

W 79 roku obroniłam pracę i w styczniu już mieszkaliśmy w Warszawie od 80 roku.

Także dostaliśmy malutką kawalerkę 30 metrów kwadratowych i to było wszystko wyłożone płytkami PCV.

I mieliśmy tylko materas do spania.

Od teściów?

Tak, od moich teściów cudnych.

I na balkonie wisiał sznurek.

Na tym sznurku powieszone były wszystkie nasze ubrania, a w kuchni była tylko szafka przy zlewozmywaku, bo taka została.

Ja po tej Warszawie, której nie znałam, chodziłam i starałam się coś kupić.

Dostałam w sklepie Skala deskę kreślarską i wysoki stołek, dwa stołki wysokie, kreślarskie i w kuchni mieliśmy już właśnie, dzięki temu, z tej deski zrobiliśmy nasz stół, a cała reszta to było takie zdobywanie.

Moja mama, mama z siostrą Zalunią,

W Sopocie chyba pół roku stały w takich kolejkach, dwa razy dziennie z Wrzeszcza jeździły autobusem czy pociągiem, żeby na liście kolejkowej odhaczyć się i wystały dla nas meble Gdańsk, które przyjechały samochodem, który się palił po drodze, ale meble dojechały.

A potem tak powolutku nasz przyjaciel we Wrocławiu kupił nam lodówkę.

Potem po jakimś, nie wiem, roku albo dłużej udało nam się w Ikei kupić jakąś meblościankę.

Więc tak powoli, powoli to wszystko meblowaliśmy, ale to był strasznie trudny czas, bo mieszkaliśmy na Ursynowie, gdzie był jeden, jedyny sklep.

Ostatnim bloku, później już były tylko pola.

Tak, bo to był ostatni blok, a tam chodziliśmy na spacery, były pola zbóż, były pola zbóż i były drzewa owocowe, więc wyglądało to bardzo malowniczo, ale trudne to było tak na życie, żeby stamtąd wydostać się do Warszawy, to był jednak morzuł, ale...

jakoś tak, czy ja wiem, ponieważ wszyscy mieli bardzo podobnie to.

Tak, nie było takiego poczucia, że ktoś ma gorzej, ktoś ma lepiej, wszyscy byli na tym samym poziomie i każdy zdobywał od nowa.

Dokładnie, od zera, od zera.

I to wsparcie rodzinne też jest bardzo ważne, ale jak przechodzi się z meblowania kawalerki na Ursynowie do meblowania Pałacu Prezydenckiego.

No to jest duża zmiana.

To jest bardzo duża zmiana, a też tutaj musiała pani zacząć od nowa.

No, bo to była tak niespodziewana sytuacja.

Nie chciałam, żeby mąż startował w tych wyborach.

Zdziwiłam się, że te wybory wygrał.

Była trochę brutalna kampania.

Kampania była tak, dramatyczna, bo teraz mówimy, że te kampanie są takie trudne, ale wtedy, mimo że nie było internetu i że nie było tych wszystkich fake newsów,

To wystarczyła ta prasa drukowana, żeby pisać najbardziej idiotyczne historie o tym, że Żyd Kwaśniewski, Stoltzman, matka Żydówka, która jest pochowana na cmentarzu żydowskim w Warszawie, kiedy mama mieszkała w Białogardzie.

co myślę dla niej było bardzo trudne, chociaż mama miała takie fajne poczucie humoru i mówi słuchajcie, no co mogę powiedzieć, no jestem taką drugą osobą, która z martwych stała, więc mogę czuć się szczęśliwa, ale jednak to serce nie wytrzymało tej kampanii, więc mama podczas kampanii we wrześniu zmarła i pochowaliśmy ją na wulce węglowej, tam wcześniej już tata był pochowany.

Ale wiele było takich sytuacji.

My mieliśmy przez cały czas mieszkanie na podsłuchu, co dla mnie było czymś tak niewiarygodnym, bo mieszkaliśmy w takim zwykłym bloku, ale ja nie miałam wątpliwości, prowadziłam moją własną agencję i kiedy to były te duże telefony, podnosiłam słuchawkę, miałam takie pik, pik, ciągle wydawało mi się, że to nie jest coś normalnego, bo przecież ten telefon mieliśmy już od paru...

od paru lat, także zaprosiłam taką firmę zajmującą się właśnie podsłuchami.

Powiedzieli, macie państwo podsłuch laserowy założony gdzieś tu w garażach przed naszym blokiem.

Prawdopodobnie siedzą panowie, którzy słuchają, co u was w domu się dzieje.

Więc to było najtrudniejsze.

Ta wygrana była niespodziewana, bo był wieczór wyborczy i jak do godziny dwudziestej albo chyba dłużej była informacja, że wygrywa Alech Wałęsa, to ja powiedziałam, o już wiesz co, to ja jadę do tomy.

I już wychodziłam.

do samochodu, gdzie zbiegli wszyscy i mówi, Ola, Jezus, wracaj, Olek wygrał, więc to była gigantyczna niespodzianka, no ale potem przyszedł ten moment, kiedy zastanawialiśmy się, dokąd się przeprowadzić, więc ja najpierw jeździłam i oglądałam różne miejsca,

Belweder zaproponowano mi jako pierwszy, ale w Belwederze było Muzeum Piłsudskiego, przychodziły tam wycieczki i dochodziłam do wniosku, że powiedzą, że to...

Takie ambicje mają w Belwederze, mieszkają.

Więc oglądałam później jeszcze Otwock, za daleko i doszliśmy do wniosku, że jednak ten Pałac Prezydencki, gdzie na pierwszym piętrze jest Biuro Prezydenta, a na drugim są apartamenty,

jest takim najrozsądniejszym rozwiązaniem także ze względu na warszawiaków, bo te kolumny, gdyby jeździły, przemieszczały się, to wiele osób, które wcześniej pracowało, powiedziały, to jest straszne.

Czasem odbywały się wielkie takie uroczystości wieczorne w Otwocku.

Komplikowałoby to życie też okolicznym mieszkańcom.

Dokładnie.

Ale wchodzi pani do Pałacu Prezydenckiego

I nie tylko musi pani stworzyć struktury, biuro pierwszej damy, ale również takie rzeczy jak chociażby urządzanie wnętrz.

Bo przyjmuje pani, zdaje sobie pani sprawę z tego, że będzie przyjmować gości zagranicznych, o nich za chwilę, bo na pierwszy ogień poszła królowa Elżbieta.

Wyobrażam sobie, jakie to musiało być stresujące.

Ale jak pani, to chciałabym zrozumieć, jak staje pani w tym biurze, który tak naprawdę nie istnieje i zdaje sobie pani sprawę z tego, jak wiele wyzwań przed panią, za co pierwsze się pani bierze?

Jak działa pani umysł, żeby to ogarnąć?

Tylko biura nie było.

No właśnie.

Nie było nic.

Nie było po prostu nic.

Nikt nie myślał o tym, że w momencie wygranej mojego męża ja będę chciała aktywnie funkcjonować w roli pierwszej damy.

W związku z tym ja dopiero prosiłam Olka.

Ja mówię, Oluś, ja gdzieś muszę usiąść, prawda?

W związku z tym...

blisko Biura Spraw Międzynarodowych.

Miałam dwa takie pokoiki.

W jednej siedziała pani Małgosia, bo już wybraliśmy jakieś tam biurko i był telefon i można było zapisywać, kto dzwoni i z czym dzwoni.

I taki mały mój salonik, gdzie miałam swoje biurko, małe stolicze, gdzie czasem przyjmowałam też już później, w późniejszym czasie

Ale to, co było takim niezwykłym wyzwaniem, to właśnie to mieszkanie, bo to na tym drugim piętrze mieliśmy rzeczywiście duże przestrzenie, ale przestrzenie, puste przestrzenie.

Puste, niezagospodarowane.

Bo pan prezydent Wałęsa, ponieważ bardzo rzadko rodzina tam bywała, rzadko bywały dzieci, więc to była sypialnia przez pana profesora Kwiatkowskiego, urządzona w stylu rococo, więc to było białe łóżko.

i podwójne złocenia i łóżka i szafy trzydrzwiowej, jakieś jedno tremo było i to byłoby właściwie tyle gigantyczny stół w jadalni z, nie wiem, tam dziesięcioma czy dwunastoma krzesłami.

A to dla nas miał być dom na te pięć lat.

Zakładałam pięć lat również dla naszej Oleńki, która wtedy miała czternaście lat, więc najpierw kupiłam meble dla Oleńki, więc już Ola miała swoje biurko i łóżko i regały i tak dalej, i tak dalej.

A ja tak powolutku właśnie jeździłam po tych wszystkich miejscach należących do kancelarii prezydenta i wybierałam na przykład jakaś fajna kanapka.

Kanapka taka, która była do renowacji, ale dawaliśmy ją do renowacji.

Od nas ustaliłam z księdzem Dłubaczem, że taki wielki bufet, który stał przy kaplicy, że wezmę go na górę, no bo gdzieś trzeba włożyć naczynia, to wszystko, co będzie na stole.

Także metodą takich malutkich, malutkich kroczków starałam się stworzyć dla nas dom, taki dom, żebyśmy się tam mogli dobrze czuć, ale to trwało lata i pamiętam pierwszy raz, kiedyś wracaliśmy z jakiejś dużej takiej wizyty zagranicznej, panowie zborów stawili nam nasze walizki, a ja do Olka powiedziałam, no wreszcie w domu.

Skopałam się na tym, że pierwszy raz... Po jakim czasie od wprowadzenia się?

To było parę lat, bo my nie mieliśmy tam żadnych bibelotów, tam nie mieliśmy żadnych obrazów, więc jak na przykład Olek miał urodziny czy imieniny swoje 12 grudnia, a ja miałam swoje imieniny 15 czerwca co pół roku, to prosiliśmy znajomych, żeby składali się, kupili nam...

jeden obraz, albo żeby przynieśli nam właśnie jakieś takie bibeloty, które mogły być tam gdzieś rozstawione, tak, że tak udało się to udomowić po iluś latach.

Ola miała 14 lat, kiedy wprowadziła się do Pałacu Prezydenckiego.

Zmiana domu w ogóle już jest taką sytuacją.

Przeprowadzka z jednego domu do drugiego albo z jednego miasta do innego już jest pewnym wyzwaniem.

A przeprowadzka do Pałacu Prezydenckiego, gdzie tak naprawdę to wy tworzyliście wzór pierwszej rodziny, bo wcześniej...

Po prostu pani poprzedniczka i dzieci zostały w Gdańsku, nikt nie przyjechał tu do Warszawy, więc to wy pokazywaliście, jak to powinno wyglądać.

To na własnych organizmach, na organizmie waszej rodziny to się wszystko odbywało.

Czy miała Pani takie poczucie jako mama, że to może być ogromne wyzwanie dla córki?

Tak, chyba bardziej martwiłam się o Olę niż o mnie, bo ja miałam i fajne dzieciństwo, ale też fajną młodość, bo żyłam na swoich zasadach.

A w momencie, kiedy Oleńka...

za sprawą taty została pierwszym dzieckiem w naszym kraju, to ona sobie sama narzuciła taki gorset, nie my.

To nie było tak, żebyśmy byli oleńka, tylko żebyś nam wstydu nie przyniosła.

Nam nigdy nie przyniosła wstydu.

Ona była bardzo fajnym takim...

dzieckiem, z którym się fajnie komunikowało, ale zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że to jest taki czas, gdzie dzieciaki się bardzo często buntują i chcą żyć na właśnie tych własnym życiem, na własnych zasadach.

A troszkę w przypadku Oli było to trudne.

Otrudnione bardzo.

Ale wiedzieliśmy, że nie musimy Oli tego w oczy powiedzieć.

Czyli nie było takiej rozmowy.

Nie, nie, nie.

Nie, nie było tak źle, bo wtedy jednak nie było ani paparazzi w tym 96 roku.

Było Biuro Ochrony Rządu, czyli ochrona, która zawsze z nią... Nie, nie, nie, bardzo rzadko.

Nie, Oleńka, nie.

Ona żyła takim naprawdę normalnym życiem, ponieważ...

Czyli miała swobodę przemieszczania się.

Ludzie jej nie znali.

Nie wiecie, jak wygląda córka prezydenta.

Ona raz brała udział w wizycie, pojechaliśmy do Ojca Świętego, do Watykanu, na zaproszenie Ojca Świętego.

No i wtedy dziecko się pojawiło, ale ten jej wizerunek nie był na tyle...

rozpowszechniony, żebyśmy się musieli o nią w jakiś sposób szczególny martwić.

I jak Oleńka zapytała się, miała swoje pierwsze urodziny, czy może zaprosić koleżanki, kolegów, to pewnie, że tak.

No dzieciaki musiały przejść przez biuro przepustek, w hajmanie prześwietlili ich plecaki, torby, no i to by było na tyle.

A cała reszta tak naprawdę zależała od niej i mam wrażenie, Ola była w świetnej szkole.

Tak, mam wrażenie, że... Miała pani bardzo dobre relacje z dyrektorem tego liceum.

I Aureliusz Leżyński był fantastycznym facetem, bo ja do niego przyszłam i powiedziałam, wie pan co, ponieważ zorientowałam się w tym pierwszym roku, że oni dużo wyjeżdżają.

Mają, Oleńka była w kółku teatralnym, jeździli na jakieś wycieczki i tak dalej.

doszło do wniosku, że musimy jej wystawić lewą legitymację i tak zrobiliśmy.

Oczywiście ze względu bezpieczeństwa.

Tak, i jako gdzieś tam byli w autobusie czy w pociągu, to ktoś sobie tam czytał, prawda, Aleksandra Konty, bo ona miała moje nazwisko rodowe.

Więc to było bardzo fajne i nawet jak były takie momenty, bo były takie momenty, że dostawaliśmy jakiinformacje, jakoś tam wołomin się, coś odgraża.

No właśnie, bo nie było paparazzi, ale była zorganizowana przestępczość i dzieci pochodzące z zamożnych środowisk albo właśnie z politycznych środowisk były zagrożone.

Więc...

To ryzyko istniało.

W każdym razie kiedyś pamiętam, że do nas taka informacja dotarła, no to taki alert w szkole był.

Pani Woźna odgrywała bardzo ważną rolę, bo przyglądała się, kto wchodzi, jak wchodzi i tacy bardzo czujni byli koledzy, koleżanki Oli.

I myślę, że to chyba było najważniejsze.

I wtedy właśnie też panowie zboru poprzebierani właśnie tak luzacko gdzieś tam koło Oli się wtedy...

kręcili.

Na szczęście nic się nie działo.

Dopiero po raz pierwszy, jak Ola była na studiach, jak już była na Uniwersytecie Warszawskim, jakiś szaleniec pojawił się tam i biegał po wydziale, dopytywał się, gdzie jest Ola, więc wykładowczyni gdzieś tam schowała się razem z nią do jakiegoś pomieszczenia.

To był człowiek po prostu niezrównoważony, więc...

Nawet policja przyjechała i został aresztowany.

Ale tak generalnie nie czuliśmy tego zagrożenia, a Ola w miarę normalnie funkcjonowała.

Chociaż raz powiedziała mi taką fajną rzecz i pomyślałam, że mamy fajne, mądre dziecko.

Jakiś pierwszy chłopak się pojawił i gdzieś tam do kina wychodzili i tak dalej, i tak dalej.

I Oleńka powiedziała do mnie, wiesz co, mamuś?

Ja nie wiem, czy on chciałby być ze mną, chciałby, żebym była jego dziewczyną, dlatego, że jestem Ola, czy dlatego, że jestem Kwaśniewska.

I to tutaj powiedział sobie, wow, mądre dziecko.

Fajnie to, fajnie to powiedziało.

Ale to wspaniałe, że miałam możliwość dzielenia się z panią takimi przemyśleniami.

Ona była najważniejsza, bo my zdawaliśmy sobie z tego sprawę, że te wszystkie kwestie państwowe nasze...

powodują, że nie jesteśmy razem z nią wtedy, kiedy ma imieniny, kiedy ma urodziny, wtedy, kiedy potrzebuje wsparcia, bo zdaje jakieś ważne egzaminy i mnie troszeczkę serce bolało, bo musiałam prosić dziewczyny z sekretariatu męża, żeby przypilnowały, żeby Ola zjadła, żeby pan Adaś przyszedł i przyniósł jej talerz.

zupy, bo ona bardzo się jakoś tak krępowała, zadzwoni, żeby powiedzieć, że jest głodna, tak, że mogłaby tam na jakichś ciastkach cały dzień funkcjonować, to mówię, dla mnie było ważne to, że jak był taki moment, że mieliśmy jakiś wolny weekend, na przykład, że mogliśmy pojechać do Promnika pod Warszawą,

Gdzie było dużo zwierząt.

Gdzie było mnóstwo zwierząt, tak, tak.

My tam tych zwierząt mnóstwo sprowadziliśmy.

Tam cały zwierzyniec był wielki i pan... Zapytałabym o kozę, ale... Była koza.

Także kozy, parę kóz, bo kozy się później jakoś tam rozmnożyły nawet.

Tak, więc to było takie miejsce dla nas bardzo ważne, gdzie jak byliśmy razem, czy przyjeżdżały do nas przyjaciele, czy przyjeżdżała rodzina, to...

Tak jak pięknie ksiądz Krzaczkowski mówił, żyliśmy na pełnej petardzie, czyli tak już i graliśmy w tenisa i chodziliśmy, zbieraliśmy grzyby i coś pichciliśmy i mąż robił pizzę dla wszystkich, dla nas, dla kucharzy, kelnerów i oglądaliśmy coś takiego fajnego i chodziliśmy na jakieś spacery.

Także Oleńka myślę, że nigdy nie miała takiego poczucia, że jest dla nas najważniejsza.

A Pałac Prezydencki to są przede wszystkim też zagraniczni goście, których przyjmujecie.

Próbuję sobie wyobrazić, jak to było, kiedy w pierwszym roku kadencji w Pałacu Prezydenckim, w którym tak naprawdę nie ma biura, nie ma całego zespołu, który teraz jest normalny przy pierwszej damie, czyli zespół, który musiała pani sama stworzyć.

musi przygotować panią na wizytę królowej Elżbiety.

Same stylizacje.

Takie myślenie, jak ja powinnam się ubrać, było najtrudniejsze, dlatego, że nie było nikogo, kto mógłby...

ze swojego doświadczenia powiedzieć mi, Jola, wiesz, no powinna ci wyglądać tak, tak.

Więc ja spotykałam się głównie z naszym, z ambasadorem Wielkiej Brytanii w Polsce, a on kserował mi.

I przynosił.

Tak, jak wyglądała pani Bernadette Chirac, jak wyglądały inne pierwsze damy, kiedy królowa przyjeżdżała z wizytami oficjalnymi, jak wyglądały w pałacu Buckingham.

No i ja na tej podstawie próbowałam sobie coś kupić, kupić domy towarowe centrum, to był ten poziom możliwości w tym 96 roku i ktoś mi powiedział, że jest świetna taka pracownia w Lublinie, Parisette, pięknie brzmiało i panie uszyły mi dwie takie bardzo zdobne suknie na tą wizytę, bo to były dwa duże wieczory, takie obiady.

kolacje, w których uczestniczyło najwięcej, chyba 150 osób.

Nasza sala kolumnowa była przygotowana na 10 stolików po 10 osób, a tu i po raz pierwszy taki zrobiliśmy tak zwany grzebień, ustawione stoły, żeby więcej osób się mogło zmieścić, bo wszyscy chcieli uczestniczyć w tej kolacji, więc ja szyłam sobie te różne stroje, teraz patrzę się z

Wstaję i myślę sobie, boże, że teraz jestem taką zwolenniczką, że czym skromniej ja lubię taką elegancję sportową.

W tym się czuję najlepiej na co dzień, ale wtedy ten dworski, ten protokół, jak ja patrzyłam się, jak królowa wygląda, więc trzeba było jakoś podskoczyć do tego sposobu ubierania, więc uszyłam sobie taką bardzo fajną suknię, tunikę, taką greską tunikę z białego

jedwabium, takiego mięsistego i do tego miałam taki szal na szyfonie, złote, wielkie kwiaty.

I wtedy, że miałam dwie suknie, a druga była bardzo taka zdobna, która ręcznie szyta przez panie,

z bardziej otwartymi ramionami i ja na szczęście jakoś tak godzinę wcześniej zadzwoniłam do Belwederu, do dziewczyn z ochrony, czy mogą mi powiedzieć, jak będzie ubrana królowa.

I one mi powiedziały, że to ma kremową szuknię, szeroką, a na tym jest właśnie taki szyfon i wielkie złote kwiaty.

I w tym momencie myślę sobie...

Nie, to się nie dzieje, to się nie dzieje, czy ja nie mogę w tym pójść, bo wyglądałabym tak, że z resztek tego materiału królowej uszyłam sobie taką skromną sukieneczkę jeszcze z tym takim szalem, więc wybrałam drugą suknię, która z przodu miała 30 guzików na pętelki obrobionym materiałem.

Wkładam i mylę się i tu gdzieś brakuje mi czegoś.

Wiolenka, błagam, chodź, pomóż mi, córciu, małe paluczki, więc...

Tak przerażona byłam w tym momencie, bo musiałam pojechać z centrum do Wilanowa, gdzie miałam wtedy fryzjerkę.

Ja sama się umalowałam, pojechałam do fryzjerki, która mnie uczesała i to jechałam do Wilanowa, czyli o wiele wcześniej już byłam uczesana, ubrałam tą suknię, więc musiałam te włosy moje na Annę Wintur poprawiać.

To było jedno wielkie, gigantyczne przerażenie.

Ale jest takie piękne zdjęcie, kiedy razem z królową Elżbietą oglądacie coś, co później... Szkatułkę.

Tak, właśnie.

I tak pięknie śmiejecie się.

Widać było, że królowa jest rozbawiona.

Bo my bardzo, my obawialiśmy się tej wizyty dla królowa.

Boże, jak byłam dziewczynką, to mówiłam, ta królowa, żeby tak być taką księżniczką.

Każda z nas chyba tak sobie pomyślała.

Z takiego księcia z bajki.

wyjść, ale w momencie, kiedy to się stało faktem, dostaliśmy informację, że pierwszym gościem w Pałacu Prezydenckim jest Królowa, no to już może nie mogło być tak, bo to i protokół dyplomatyczny, i protokół dworski do Królowej nie można się pierwszemu odezwać, nie rozmawia się na temat polityki, nie można stanąć tyłem i tak dalej.

Kwestia rękawicze, kwestia kapelusza.

To wszystko dla mnie była tabula rasa, przecież to było bardzo trudne.

Natomiast jak spotkaliśmy się, był ten pierwszy moment taki, kiedy przyjęliśmy parę królewską i rozmawialiśmy w sali białej, to już okazało się, że królowa jest...

przesympatyczną, uśmiechniętą osobą, która zdawała sobie z tego sprawę, że my, dwójka czterdziestolatków, jesteśmy na pewno przejęci i starała się tak rozmowę prowadzić, żebyśmy nie czuli się tak bardzo skrępowani, po czym z moim mężem wielokrotnie spotykaliśmy się zresztą w różnych sytuacjach z królową, w różnych krajach nawet przy lądowaniu

jak była kolejna rocznica i tak dalej, to mój mąż z królową głównie rozmawiał na tematy polityczne.

I to nie mój mąż rozpoczynał tą rozmowę, tylko królowa.

Co pan myśli na temat tego Schroedera?

A co pan myśli o tym Putinie?

I tak dalej.

Ten moment był, przechodziliśmy do sali Rococo i była wymiana prezentów i ja wybrałam taką zabawną szkatułkę, to było połączenie srebra i różnych bursztynów i tam była taka zapadka, jak się otwiera, tą zapadkę była taka tajna.

szufladka, więc ja się śmiałam, że to jest takie miejsce, gdzie królowa może sobie tam schować jakieś słodycze przed wnukami i właśnie takie fajne mamy zdjęcie, gdzie królowa jest taka uśmiechnięta i książe Filip tak zagląda filuternie też.

Cóż to za prezent otrzymali.

To był na pewno bardzo ważny moment i takie logistycznie duże przedsięwzięcie, ale to był tak naprawdę początek wszystkich wyzwań, które pani na swojej drodze spotykała.

We wrześniu w 1999 roku w Warszawie z okazji przyjęcia dziesiątego... Dziesiątej rocznicy ratyfikacji konwencji o prawach dziecka.

Dokładnie.

Zorganizowała pani konferencję, na której...

zjawiło się cztery królowe, dwanaście pierwszych dam.

Wyobrażam sobie, że musiało to być niezwykle trudne.

I ambicja... Proszę się obejrzeć w lewo.

A, to jest to zdjęcie.

To jest zdjęcie, które... Kid Child Smiley.

Kid Child Smiley.

In the New Millennium.

In the New Millennium.

No właśnie, to jest takie...

próbowałam budować tą moją rolę takimi małymi kroczkami.

Zastanawiałam się, co mogę, jak mogę, z kim mogę, ale bardzo często w naszym życiu, w życiu każdego z nas decyduje przypadek o różnych sytuacjach i...

uczestniczyłam w pogrzebie matki Teresy w Kalkucie.

Mąż nie mógł uczestniczyć w tej uroczystości.

Miałam przyjemność reprezentować go na tej uroczystości i na małej kanapce tak się zdarzyło.

Po prostu tak było, że siedziała królowa Hiszpanii Zofia i obok niej ja.

Trwała przeszło cztery godziny.

I...

Przez ten czas, zanim kolejna, bo ta każda delegacja podchodziła do trumny, poprawiała swój wieniec, taki pokłon składała dla matki Teresy.

A potem czekaliśmy.

Kolejna delegacja, kolejne przemowy były i w tym czasie Chloazofia pytała się, kim jestem, skąd jestem, co robię, czy mam dzieci, o psach rozmawiałyśmy, o tym, że w Hiszpanii miałam przyjemność parokrotnie być, opowiadałam, jakie wrażenie Muzeum Prado na mnie zrobiło.

Było bardzo sympatycznie, bardzo fajnie.

Potem po raz kolejny gdzieś spotkałam królową przy okazji jakichś wydarzeń, które odbywały się w Europie i jak doszłam do wniosku, że spróbuję w Polsce zorganizować właśnie to spotkanie małżonek głów państwa...

Okazja była fajna, bo ta konwencja o prawach dziecka była do końca doprowadzona przez profesora Łopatkę z Poznania, świetnego naszego prawnika, a UNICEF w 1946 roku był założony przez Ludwika Reichmana, Polaka.

Więc ja napisałam do stojącej tam na zdjęciu w górnym lewym rogu Karol Bellamy, czy ona wyraziłaby zgodę na to, żebym ja mogła zorganizować tą wielką imprezę,

w Warszawie i ona powiedziała, okej, okej, Jolanta, próbuj, próbuj.

No i oczywiście to było logistycznie niezwykłe wydarzenie.

Każda gościnie przyjechała.

Tak, tak, ale to dzięki królowej, ponieważ ja najpierw napisałam do królowej Zofii, że mam taki pomysł, czy ona mogłaby mi pomóc.

zaprosić, jak ja mówię, swoje koleżanki królowe.

Więc koleżanki królowe zostały przez nią zaproszone.

Gro pań prezydentowych już znałam, więc one jak się dowiedziały, że tu królowa Zofia, Paola, Rania, która była młodziutką królową, że będą brały udział w tym spotkaniu, a my dyskutowaliśmy wtedy o celach milenijnych, które zostały stworzone w ONZ-cie, więc...

te wszystkie, które zostały zaproszone, przyjechały.

I to było niezwykłe spotkanie, cieszące się wielkim zainteresowaniem, bo kilkadziesiąt telewizji z całego świata pokazywało to wydarzenie, obrady, które się odbywały w Warszawie, więc wszystko było dograne, tak na ostatni guzik.

Ja wiedziałam, jak będzie to wszystko wyglądało, ale nie przespałam całej nocy.

Wyobrażam sobie.

bo, no fajnie, zaprosić kogoś to jest fajnie, to jest tak jak się zaprasza na urodziny czy na inną imprezę.

Zaprosić to jedno.

Czy te osoby przyjadą wszystkie?

Więc po prostu nasłuchiwałam samego rana, jak MSZ informował mnie, wylądowała królowa rania, że już mamy panią Kuczmę i tak dalej, i tak dalej.

W związku z tym sparaliżowaliśmy całe miasto, bo te kolumny wszystkie dojeżdżały do...

No ale to było naprawdę niezwykłe wydarzenie i też otworzyło mi kolejne drzwi do kolejnych fajnych wyzwań i zaproszono mnie do różnych takich międzynarodowych organizacji, które działały już na taką wielką...

światową skalę, począwszy od Komitetu Desage, gdzie Kofi Annan pierwszy mnie zaprosił, a potem był Center for Missing Exploited Children, gdzie były same królowe i sami prezydenci i ja w tym wszystkim.

To było takie uczucie...

Bo Polska wtedy, my mówiliśmy tak, od tego 96.

Wschodnia Europa.

Wschodnia Europa i ten obraz Polski taki nie był fajny.

I ja postanowiłam, że zrobię wszystko, wszystko, co będę mogła, żeby tą Polskę pokazywać w jak najlepszym świetle.

I dlatego tak bardzo mi zależało właśnie na zapraszeniu, na zapraszaniu tych osób, które były bardzo wpływowe w tym, jak w 2003 roku miał być, walczyliśmy o przyjęcie do Unii Europejskiej.

To też to był taki bardzo istotny moment, żeby zapraszać wielkich tego świata, żeby oni uczestniczyli w różnego rodzaju wydarzeniach, które się działy w Polsce, żeby

miały jakiś wpływ na referendum, bo tego referendum przecież zależało, czy odbędzie się to, czy będziemy występować o przystąpienie do Unii Europejskiej.

Więc osobą, która najwięcej w tym momencie zrobiła, był Jan Paweł II, który nas zaprosił do Papa Mobile.

No właśnie, czy to jest prawda, że była Pani pierwszą kobietą w historii Kościoła Katolickiego?

Chyba jedyną i pierwszą, która mogła podróżować z papieżem w Papa Mobile.

Tak, to było właśnie tak jakoś w ogóle niespodziewane, bo w czasie pielgrzymki Ojca Świętego byliśmy w Krakowie i czekaliśmy z mężem razem z kardynałami na to, że przyjedzie Ojciec Święty i mieliśmy mieć pożegnanie w saloniku VIP-u.

A podszedł do nas kardynał Sodano i powiedział, panie prezydencie, ojciec święty zaprasza do Papa Mobile, więc tak się rozglądaliśmy na tych kardynałów i jak to odbierać.

No i mąż wsiadł, a później przyszedł pan kardynał Sodano i powiedział również panią, pani prezydentowo, ojciec święty zaprasza, więc to było coś niewydragodnego.

No i taki piękny obrazek, jak wjeżdżaliśmy na płytę lotniska, to wtedy wszyscy przedstawiciele AWS-u patrzyli z niedowierzaniem, że

że ojciec święty taki gest wykonał w stosunku do nas, a potem był tą osobą, która mówiła na placu świętego Piotra, że Europa musi oddychać dwoma płucami i to był taki znak, że jest za tym, żebyśmy przystąpili do Unii Europejskiej.

Wszystkie sondaże pokazują, że gdyby państwo zdecydowali się o ustrój polityczny, który to uniemożliwia, ale który by pozwolił na to, że państwo mogliby objąć trzecią kadencję, to większość Polaków wskazuje państwa jako wymarzoną pierwszą parę.

Czy gdyby ustrój pozwalał, czy zdecydowaliby się państwo reprezentować Polskę po raz kolejny?

Na szczęście to mój mąż był przewodniczącym Komisji Konstytucyjnej i to mąż był pomysłodawcą, żeby wpisać dwie kadencje po pięć lat.

I pamiętam w 2005 roku byliśmy...

z wizytą pożegnalną w Białym Domu.

Państwo Bush nas zaprosili i prezydent Bush mówił, Aleksander, powiedz, co za idiota, wymyślił, że tylko dwa razy można być wybranym na urząd prezydenta, a mąż mówi, George, proszę, nie rozpędzaj się, tą osobą jestem ja.

To jest naprawdę bardzo dobry i bardzo mądry zapis, bo życie w tym miejscu jest tak intensywne, to jest takie, że właściwie każdego dnia my musimy być takiej w pełnej gotowości, tak jak zawodnik przygotowuje się do jakichś najważniejszych, jakiejś imprezy sezonu, powiedzmy tak.

to my na tym stand-byu jesteśmy każdego dnia.

Przez cały czas są wokół nas kamery, bo telewizja prezydencka nam towarzyszyła i zawsze we wszystkich tych miejscach, gdzie mieliśmy jakiekolwiek spotkania, byli dziennikarze, byli fotoreporterzy i każdy oczekiwał od nas takiego maksa, że właściwie nie mamy prawa do tego, żeby marnie się czuć, żeby człowiek powiedział, no...

Nie chcę mi się, nie mogę, czy już tam na oparach funkcjonuję, tylko te oczekiwania zawsze były.

Ta pierwsza para, prezydent, małżonka powinni być w takim najlepszym nastroju, a po tych dziesięciu latach...

to ja to traktowałam tak, jakby mój mąż podpisał dwa razy kontrakt z Polkami, z Polakami.

I ten kontrakt kończył się 23 grudnia 2005 roku.

Został wybrany na urząd prezydenta pan prezydent Lech Kaczyński i odchodziliśmy po tych dziesięciu latach z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.

I wiedzieliśmy, że jest, już mieliśmy wtedy po 50 lat, zaczynaliśmy mając 40, tu już mieliśmy po 50 lat.

Że jesteś młodziej.

Ale że jest życie po życiu.

Że teraz to nie było wcale takie proste.

Takie wyjście z tej roli i rozpoczęcie tego nowego życia było naprawdę trudne, zwłaszcza dla mojego męża.

My wychodziliśmy z pałacu.

I nie udało nam się do tego czasu ani kupić jakiegoś domu.

Mieliśmy kupione mieszkania.

Nie było kiedy.

Nie było jak się tym zająć.

Trzeba się było zająć Polską.

Głupio to brzmi.

Jakby to dziwnie nie brzmiało, ale tak wyglądało, bo do samego końca mieliśmy niekończące się takie...

Wizyty pożegnalne.

Ostatnio mieliśmy u właśnie Tony Blair zaprosił męża i dowiedzieliśmy się, że królowa Elżbieta, mimo że wtedy była delegacja chińska, był prezydent Chin w pałacu Buckingham, chciała się pożegnać z nami, więc taka piękna klamra była.

Rozpoczynaliśmy w 96 roku, to była królowa Elżbieta i ostatnią herbatę taką oficjalną też w pałacu Buckingham wypiliśmy z królową Elżbietą.

Muszę zadać jeszcze dwa pytania, bo 2004 rok pojawia się sondaż, który daje Pani wygraną w wyborach prezydenckich.

Nie, nie, nie, nie daje wybranej, tylko... 32% ludzi głosowało na Panią, wynik był bardzo dobry.

Myślę, że gdyby Pani zgłosiła swoją kandydaturę i rozpoczęła kampanię prezydencką, myślę, żeby Pani wtedy takie były nastroje społeczne, tą kampanię wygrała.

Nie podjęła pani tej rękawicy.

Podejrzewam, że to nie jedyne stanowisko polityczne, które pani proponowano.

Miałam dwa takie bardzo ciekawe propozycje.

Proponowano, żebym została prezydentką jednej ze światowych wielkich organizacji, takiej w stylu UNICEF z siedzibą w Brukseli.

Firma...

amerykańska, headhunterska do mnie się zgłosiła i dla mnie to było takie wow.

Ogromne docenienie.

Sama ta formuła, że ktoś przyszedł i zaproponował mi tą funkcję, ale miałam co powiedzieć.

Oluś, wiesz co, zostajesz sam tutaj w Polsce, a ja w 2004 roku przeprowadzę się do Brukseli.

nierealne i miałam taką niezwykłą propozycję też w 2004 roku, żeby mieć własną gazetę, własny tytuł, własny magazyn, ale komisja śledcza, która wtedy męczyła mnie w sposób niewiarygodny, myślę, że przekreśliła te możliwości.

W każdym razie ja sobie nie wyobrażałam, że w Polsce będziemy funkcjonować podobnie jak w Ameryce Południowej.

Wiele państw funkcjonowało, kończy dwie kadencje prezydent, potem jest żona, potem...

Ja swoją rolę wypełniałam na tyle intensywnie, w taki sposób, który wydawał mi się najbardziej sensowny, że nie wyobrażałam sobie tego, że przez 10 lat mąż jest tutaj frontmanem, a...

A potem przy jego doświadczeniu, przy jego przyjaźniach, znajomościach, które miał gdzieś tam w świecie, będziemy przyjeżdżać z oficjalną wizytą gdzieś do jakiegoś kraju, a mój mąż, tak jak ja, będzie stał teraz dwa kroki za mną.

Jest pani według Polaków absolutnym wzorem pierwszej damy.

Co do tego nie ma wątpliwości, każdy wskazuje panią jako ten absolutny wzór.

Czy jakakolwiek następna pierwsza dama zgłosiła się do pani z pytaniem, jak sobie poradzić w tej trudnej roli, bo pani przetarła szlaki, ustawiła poprzeczkę bardzo wysoko.

Nie, nie, nie, żadna z pierwszych dam, chociaż ja przyznam szczerze, że to ja zapraszałam panią Marię Kaczyńską, moją następczynię, do projektów, które robiła, bo organizowaliśmy taki wielki kongres na rzecz rodziny w Warszawie i pani prezydentowa Kaczyńska przyjęła moje zaproszenie.

Było mi bardzo miło.

Z panią Anną Komorowską.

Pani Anna Komorowska ode mnie przejęła pałeczkę i była także patronką Olimpiad Specjalnych.

Świetnej, fantastycznej organizacji.

I razem maszerowałyśmy w 2012-2012 roku.

Olimpiady specjalne letnie odbywały się w Warszawie i wtedy szłyśmy te trzy.

Z Danusią Wałęsową, z Anią Komorowską i ja.

I to był bardzo piękny moment.

A jak spodziewa się pani wiadomości albo pytań od nowej pierwszej domy?

Nie, nie, nie spodziewam się już od razu mówienia i nie spodziewam się.

Raczej nie.

Bardzo pani dziękuję za tą rozmowę.

Ja dziękuję za przesympatyczne spotkanie.