Mentionsy
Śląskie: Ciekawy przypadek Diecezji Sosnowieckiej (2023) | Mateusz B. i Robert Sz.
Policjanci z Sosnowca otrzymują zgłoszenie, że jakiś mężczyzna wszedł pod nadjeżdżający pociąg. Dwie godziny później pracownicy firmy remontowej znajdują przed kościołem ciało innego mężczyzny.
--------------------------
Przygotowany materiał jest streszczeniem informacji z ogólnodostępnych źródeł. | ŹRÓDŁA: https://docs.google.com/document/d/1RamAiZgeaSr-2GmeFJ_CeTY0c8M31zN3PxiNQhblGUM/edit?usp=sharing
JEDNORAZOWE WSPARCIE PODCASTU: buycoffee.to/szkickryminalny
KONTAKT: [email protected]
MUZYKA TŁO: Arthur Vyncke - Uncertainty https://www.youtube.com/watch?v=0RRWCxfkmtA&t=0s
MUZYKA INTRO: Soundridemusic - Countdown Cinematic Trailer https://www.youtube.com/watch?v=J3MTjOpLCxA&t=0s
MUZYKA POCZĄTEK: Dylan Owens - Black fingerprint https://www.youtube.com/watch?v=Uk5zngU-aAE
YT: https://www.youtube.com/channel/UCCXBjEraOsVscigiY8Rszbg
Szukaj w treści odcinka
Dzień dobry słuchacze, witam w nowym odcinku i na początku pytanie, czy pamiętacie taki polski film Claire sprzed kilku albo kilkunastu lat?
Pewnie tak, bo był dość głośny, mi jakoś zapadł w pamięć, a jak pisałam scenariusz do dzisiejszego odcinka, to miałam wrażenie, że opisuję jego kontynuację.
Tematyka jest bardzo zbliżona, tylko że w odcinku to wszystko wypada dużo gorzej, bo naprawdę miało miejsce.
Nie wiem jak to możliwe, że tyle złego wydarzyło się na terenie zaledwie jednej diecezji, ale cóż, zaczynamy od zabójstwa, a później przejdziemy przez szereg innych przestępstw.
Słowem wstępu to tyle, więc teraz po raz drugi i póki co ostatni zapraszam Was na teren województwa śląskiego, gdzie swoją siedzibę ma chyba najbardziej kontrowersyjna diecezja w Polsce.
Sosnowiec to miasto, które w kontekście kryminalnym zasłynęło w związku z zaginięciem i jak się później okazało z zabójstwem małej Madzi, ale ja dziś nie o tym, nie o Katarzynie W., a o sprawie dużo świeższej, bo zaledwie sprzed dwóch lat.
To znaczy jedno z kluczowych wydarzeń miało miejsce dwa lata temu, ale ogólnie to w tej sprawie jest tak, że jeden wątek ciągnie za sobą kolejny i jak tak spojrzeć całościowo, to właściwie wydarzenia rozgrywały się przez wiele lat, a nie tylko w jednym konkretnym roku.
Krótko o Sosnowcu.
Jest to miasto zgodnie z tematem odcinka leżące w województwie śląskim, tuż obok stolicy województwa, czyli Katowic i leży co prawda w śląskim, ale żeby doprecyzować, to nie jest Śląsk, tylko Zagłębie.
Sosnowiec jest dużym miastem, mieszka tam prawie 200 tysięcy osób i jak nazwa wskazuje jest siedzibą diecezji sosnowieckiej, o której dzisiaj będę opowiadać.
Przechodzimy do wydarzeń.
Jest wtorek 7 marca 2023 roku.
Rano około godziny 10.20 policja dostaje zgłoszenie o tragicznym wypadku, do którego doszło na stacji kolejowej Sosnowiec Główny.
Jakiś mężczyzna na oczach świadków wszedł pod nadjeżdżający pociąg.
Jak się później okazało, maszynista zareagował prawidłowo, ale to na nic, bo odległość między nim a poszkodowanym mężczyzną była zbyt mała, więc nie miał szans, żeby wyhamować.
Po tym jak policja dociera na miejsce, okazuje się, że ciało zostało kompletnie zmasakrowane.
Według zeznań świadków mężczyzna był po czterdziestce.
Nie miał żadnych znaków szczególnych, więc jak się wydaje, przed policjantami długa droga, najpierw żeby ustalić, kto to w ogóle jest, a dzięki temu może później uda się odpowiedzieć na pytanie, co popchnęło go do tak tragicznego kroku.
Kilka godzin później, około godziny 13, gdy czynności na dworcu powoli dobiegają końca, policja dostaje kolejne zgłoszenie.
Tym razem również chodzi o odnalezione ciało, ale tu już sytuacja nie jest tak oczywista, bo nikt nie widział co się stało.
Młody, na oko dwudziestokilkuletni chłopak leży w bramie obok domu katolickiego, mieszczącego się naprzeciwko bazyliki przy ulicy Kościelnej w Sosnowcu.
Chłopak nie został znaleziony, jakby się mogło zdawać przez kogoś z mieszkańców domu, czy też przez odwiedzających bazylikę, a przez pracowników firmy, która tego dnia przywiozła rusztowanie potrzebne do remontu katedry.
Zmarły leży tuż za bramą prowadzącą do domu katolickiego, bardziej od strony podwórka, blisko samochodu, do którego zapewne planował wsiąść, bo w ręce nadal trzyma kluczyki, a na ramieniu ma torbę turystyczną.
Jest ranny, na szyi widać liczne rany cięte, więc już na podstawie wstępnych ustaleń można stwierdzić, że został zamordowany.
Przybyli na miejsce ratownicy próbują go jeszcze reanimować, ale niestety to na nic, bo chłopak już nie żyje i prawdopodobnie umarł z wykrwawienia.
Gdy na miejsce przyjeżdżają karetka oraz policja, a pod kościołem zaczyna się robić ruch, zwraca to uwagę księży.
Jeden z nich wzywa proboszcza, który udziela chłopakowi ostatniego namaszczenia, a następnie prowadzi modlitwę w jego intencji.
Jak się okazuje po dokładniejszych oględzinach, zmarły ma nie tylko rany cięte, ale też postrzałowe, a tuż obok jego ciała zostaje znaleziony rewolwer, który oczywiście zostaje zabezpieczony do badań.
Początkowo nikt nie wiąże za sobą śmierci tych dwóch mężczyzn.
Ale gdy okazuje się, że przy ciele tego znalezionego na dworcu znajdował się zakrwawiony nóż, śledczy nabierają coraz większych podejrzeń.
Zaczynamy w latach 90. i przenosimy się do wsi o nazwie Łobzów, leżącej na terenie województwa małopolskiego, niecałe 60 km od Sosnowca.
Jest październik 1997 roku, a jedno z łobzowskich małżeństw wita na świecie swojego syna, któremu dają na imię Mateusz.
Jolanta i Andrzej, bo tak małżonkowie mają na imię,
Ani wcześniej, ani później nie doczekują się innych dzieci, więc Mateusz dorasta jako jedynak.
Nie mieszka tylko z rodzicami, ale też z dziadkami, więc łącznie w piątkę zajmują mały domek na skraju wsi.
Ich rodzina jest wierząca, Mateusz wychowywany jest w wierze katolickiej, razem z rodzicami oraz dziadkami regularnie chodzi do kościoła, więc religia w jego życiu odgrywa dużą rolę.
To, że jest to aspekt znaczący, to nie jest aż tak oczywiste, no bo czasem wiadomo, dzieci po prostu chodzą do kościoła, bo muszą, bo rodzice każą i tak dalej.
Ale on naprawdę jest zaangażowany.
W domu nieraz bawi się w odprawianie mszy, więc naturalna kolej rzeczy, jak się wszyscy spodziewali, to, że po osiągnięciu wymaganego wieku Mateusz informuje domowników, że chciałby zostać ministrantem.
Chciałby i nim zostaje, ale ma też znacznie większe ambicje i to już od bardzo młodego wieku, bo gdy ma zaledwie kilka lat, w sekrecie przed wszystkimi zapisuje w swoim zeszycie, że chciałby w przyszłości zostać księdzem.
Nie opowiada o tych planach głośno, ale lata mijają, a Mateusz niezmiennie regularnie odwiedza parafię w pobliskim Wolbromiu, niezmiennie jest też zaangażowany w różne kościelne inicjatywy, a z czasem z ministranta zmienia się w lektora.
Jak mówią jego rodzice, on się wiary nie wstydzi, jest silnie uduchowiony, ale też bardzo otwarty na ludzi.
Nie ma problemów z nawiązywaniem nowych znajomości, ma przyjazne usposobienie, wielu znajomych z różnych środowisk, bo też jest bardzo aktywny i ma taką osobowość, że ludzie po prostu do niego lgną.
Ogromną pasją Mateusza jest piłka nożna, zarówno z pozycji gracza jak i kibica, bo kibicuje od lat Wiśle Kraków, a sam gra w lokalnym klubie Olimpia Łobzów.
Poza tym bardzo lubi wędrówki górskie, które z racji zamieszkania ma możliwość w miarę często organizować, a także ma też inne hobby zupełnie niezwiązane z tymi poprzednimi, bo bardzo lubi tańczyć.
Co do jego edukacji, to gimnazjum kończy w pobliskim Wolbromiu, liceum w leżącym kawałek dalej Olkuszu, a po nim przychodzi czas na wybór studiów, bo Mateusz uczy się bardzo dobrze, chce kontynuować edukację, więc nie ma wątpliwości, że na te studia pójdzie.
Ostatecznie decyduje się na Wrocław i tamtejszą Politechnikę, więc spory kawałek od domu i pewnie właśnie tą odległość początkowo obwinia za swoje niezbyt dobre samopoczucie.
W 2016 roku przeprowadza się do stolicy Dolnego Śląska, gdzie zamieszkuje w wynajętym mieszkaniu.
Z jednej strony cieszy się na nowy etap, chce zostać inżynierem, ale już po rozpoczęciu zajęć dochodzi do wniosku, że to chyba nie jest odpowiednia ścieżka dla niego.
Dodatkowo w dużym mieście czuje się trochę samotny, ma poczucie wewnętrznej pustki, które utrzymuje się przez wiele następnych tygodni.
Jednak po upływie kilku miesięcy w końcu nadchodzi przełomowy moment.
Wszystko dzieje się pewnej słonecznej niedzieli, kiedy to Mateusz najpierw idzie do kościoła, standardowo na niedzielną mszę, po czym wraca do domu i siada na balkonie.
Rozmyśla, co ma dalej zrobić, czy rzucić studia, czy je kontynuować.
Jak później nieraz opowiada, zwraca się nawet do Boga z pytaniem, czego ode mnie chcesz i wtedy w końcu przychodzi mu ta jedna myśl.
Tak jak kiedyś chciał, nawet zapisał w zeszycie, tak mimo wszystko chce nadal, bardzo chce zostać księdzem.
Podekscytowany nowym planem na życie szybko opowiada o wszystkim rodzinie, ale oni nie przyjmują tego pomysłu zbyt entuzjastycznie.
Próbują go namówić, żeby zmienił zdanie, żeby jednak spróbował zostać na tej politechnice, ale on jest nieugięty, więc w końcu nic innego im nie pozostaje, jak tylko zaakceptować jego decyzję.
Referencje do seminarium wystawia mu Zbigniew Luty, czyli proboszcz parafii z Wolbromia,
który doskonale zna Mateusza od dziecka, widział jak przez te wszystkie lata angażował się w życie kościoła, więc z referencjami nie ma żadnego problemu.
Po dopełnieniu wszystkich niezbędnych formalności marzenie Mateusza w końcu się ziszcza, bo w 2017 roku rozpoczyna on naukę w Wyższym Seminarium Duchownym w Częstochowie.
Nie wiadomo jak przebiega mu okres nauki, aczkolwiek nawet jeśli pojawiły się jakieś trudności na drodze, to dał sobie z nimi radę, bo pięć lat później jest już na końcówce studiów, w trakcie pisania pracy magisterskiej, a w perspektywie przed nim jest pierwsza prawdziwa praktyka duszpasterska.
Mimo upływu lat jego zamiłowanie do piłki nożnej nie minęło, w archiwach rodzinnych zachowały się zdjęcia Mateusza teraz już w sutannie, spod której wystaje koszulka Wisły Kraków, więc mimo tego, że jest już na kompletnie innym etapie, ten sportowy duch w nim pozostał.
W maju 2020 roku składa przysięgę celibatu i tak zostaje diakonem.
Potem plan jest taki, że w ciągu następnego roku ma dokończyć pracę magisterską, którą za kilka miesięcy będzie bronił i w międzyczasie odbyć praktykę w jakiejś parafii.
Jest tym wszystkim podekscytowany, ale jednocześnie trochę zestresowany, bo raz to zupełnie nowa sytuacja i dwa nie wiadomo gdzie zostanie wysłany.
W końcu na początku czerwca przychodzi tak wyczekiwany list od biskupa sosnowieckiego Grzegorza Kaszaka.
Zgodnie z nim Mateusz jest kierowany na posługę do diecezji sosnowieckiej, dokładnie do parafii katedralnej pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny w Sosnowcu.
Widząc to on nie jest zachwycony, zwierza się rodzinie, że bardzo nie chce tam iść i codziennie modli się, aby biskup jeszcze zmienił decyzję, ale niestety nic z tego.
Nie wiadomo dlaczego Mateusz, ogólnie tak pozytywnie nastawiony do życia...
Tym razem był tak zniechęcony, ale faktem jest, że diecezja sosnowiecka cieszy się taką średnią renomą.
Do różnych skandali, które tam miały miejsce w kolejnych latach jeszcze przejdziemy, więc może wśród młodych duchownych też już wcześniej krążyła fama, że to takie niezbyt przyjazne miejsce, szczególnie jak na pierwsze zetknięcie z rzeczywistością.
No ale przyjazne czy nieprzyjazne Mateusz w końcu decyduje się dostosować i tak we wrześniu 2022 roku przyprowadza się do Sosnowca.
Oprócz niego w tamtym czasie w bazylice przykościelnej zjawia się jeszcze jeden nowy duchowny, ksiądz Robert, który jest na zupełnie innym etapie niż Mateusz, więc teraz słowo o nim.
Urodził się w 1978 roku, więc w 2022 kończy 44 lata.
Przyszedł na świat w Czeladzi, czyli w mieście leżącym w województwie śląskim, a do seminarium, podobnie jak Mateusz, wstąpił niedługo po ukończeniu szkoły średniej.
On jednak nie uczył się w Częstochowie, a w Krakowie, z którego po złożeniu przysięgi przeprowadził się do Dąbrowy Górniczej, bo to właśnie tam odbywał praktykę diakońską.
W Dąbrowie Górniczej jest kolejna wspaniała parafia pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Anielskiej, do której jeszcze przejdziemy i o którą ksiądz Robert też się obił, ale nie wiadomo czy już na diakonacie, czy dopiero w późniejszym czasie.
Święcenia kapłańskie uzyskał w 2004 roku i po nich przez krótki czas pracował w szpitalu w Sosnowcu.
Jako kapelan oczywiście, a później został skierowany do parafii w Wojkowicach.
Całej jego kariery nie będę dokładnie opisywać, bo faktem jest, że ksiądz Robert bardzo często zmieniał parafię.
Najdłużej mieszkał w Jaworznie, czyli ponownie na terenie Zagłębia.
Spędził tam łącznie 9 lat i w tamtym czasie służył tylko w dwóch parafiach.
Sporo działał też społecznie, był opiekunem grupy wspierającej osoby z niepełnosprawnościami intelektualnymi, pracował też jako kapelan w domu seniora, uczył w szkole, a także organizował oazy.
Mimo, że wierni nie mają do niego zastrzeżeń, uważają go za naprawdę zaangażowanego księdza, który wysłucha i pomoże jak trzeba, a także ma dużo serca i cierpliwości do seniorów, to koledzy z parafii mają na jego temat trochę inne zdanie.
Współpracę z nim wspominają jako trudną, bo wobec kapłanów już nie jest taki cierpliwy i wspierający.
Często wchodzi z nimi w konflikty, bywa agresywny, ma też skłonności do konfabulacji, co w końcu doprowadza do tego, że bardzo izoluje się od otoczenia, a otoczenie izoluje się od niego.
Inni kapłani nie chcą mieć do czynienia z kolegą, który w dowolnym momencie może wystosować wobec nich jakieś pomówienia, czują się w jego towarzystwie nieswojo, a Robert nieraz swoją postawą pokazuje, że czuje się od nich po prostu lepszy.
Właściwie to ma tak wysokie mniemanie o sobie, że jest przekonany, że w przyszłości zostanie papieżem.
To tylko kwestia czasu.
Czasu oczywiście bliżej nieokreślonego, ale on już działa, wybiera sobie nawet imię, Oktawiusz I, kupuje pastorał, szatę biskupie, herb oraz pieczęć i w takich przebraniach regularnie pozuje do zdjęć, które wykonuje sobie samodzielnie.
W relacjach jest naprawdę nieprzewidywalny, więc jako, że i on nie ma ochoty integrować się z innymi księżmi i oni jakoś szczególnie się do niego nie garną, to wolny czas zazwyczaj spędza w samotności.
Coraz bardziej zamyka się w swoim świecie, rośnie w nim poczucie niezrozumienia, a ta cała alienacja, jak się obserwuje z zewnątrz, sprawia, że inni kapłani zaczynają u niego podejrzewać problemy psychiczne.
Nawet on sam to czuł, bo pod koniec sierpnia 2017 roku, tuż przed nowym rokiem szkolnym...
Po kilku latach wypowiedział umowę o pracę w szkole i była to wyłącznie jego decyzja, jak uargumentował biskupowi, nie był w stanie dłużej pracować z powodu choroby psychicznej i tu prawdopodobnie chodziło o depresję.
Niestety dalej było już tylko gorzej, bo w 2018 roku, po kilku latach posługi w Jaworznie, ponownie został przeniesiony na inną parafię, więc znów trafił do zupełnie nowego środowiska, z którym musiał się oswoić, ale to nadal nie wszystko.
Niecały rok później zupełnie niespodziewanie spadła na niego ogromna tragedia, bo umarła jego mama.
Tata nadal żył i gdy rozgrywają się kluczowe wydarzenia nadal żyje, ale z mamą był widać bardzo mocno związany, ponieważ ta obecność ojca i tak nie rekompensuje mu straty i po śmierci mamy kompletnie się załamuje.
Przechodzi załamanie nerwowe, podejmuje leczenie, ale ze strony środowiska nie czuje zbyt dużego wsparcia.
Wręcz przeciwnie, chociaż biskup od czasu tej rezygnacji z pracy w szkole ma go na oku.
Właściwie nie wiadomo, co się dzieje w ciągu następnych lat, bo kolejne wzmianki są dopiero o roku 2022.
Ale zapewne ksiądz Robert pracuje, chociaż bierze na siebie znacznie mniej inicjatyw i niezmiennie zmaga się z chorobą.
To właśnie w tym 2022 roku wbrew swojej woli zostaje zesłany do parafii Najświętszej Maryi Panny Anielskiej w Dąbrowie Górniczej, czyli parafii cieszącej się w tamtym czasie bardzo złą sławą.
Po pierwsze ze względu na trudny charakter miejscowego proboszcza, a po drugie ze względu na liczne imprezy i skandale, które mają się tam odbywać.
Robert bardzo nie chce trafiać do tego środowiska, ale na kilka miesięcy musi się przeprowadzić, chociaż już w połowie czerwca umawia się na kolejne spotkanie z biskupem, w trakcie którego planuje go prosić o zmianę decyzji.
Biskup, mając na uwadze jego stan zdrowia, w pierwszej kolejności prosi, żeby Robert przedstawił zaświadczenie o zdolności do pracy i on faktycznie takie zaświadczenie dostarcza.
Wynika z niego, że cały czas jest objęty leczeniem psychiatrycznym, ale może pracować jako kapłan, oczywiście pod warunkiem kontynuowania leczenia, a także utrzymania spokojnej atmosfery w pracy oraz unikania sytuacji stresowych.
W związku z tym prosi biskupa, aby zgodził się przenieść go na inną parafię, sam wskazuje nawet parafię katedralną w Sosnowcu i mówi, że chętnie popracuje tam, nawet jako tylko pomoc duszpasterska.
Ten pomysł ma sens, bo na stanowisku pomocy duszpasterskiej będzie miał dużo mniejszy zakres obowiązków niż obecnie.
Biskup zasięga więc jeszcze opinii psychologa, ale ostatecznie się zgadza i ksiądz Robert zostaje skierowany do bazyliki w Sosnowcu, gdzie ma spędzić najbliższy rok, aby podreperować swoje zdrowie.
Przeprowadza się tam we wrześniu 2022 roku, tak jak Mateusz, z tym, że on zamieszkuje na plebanii przy katedrze, a Mateusz zostaje zakwaterowany po drugiej stronie ulicy w domu katolickim.
No i właśnie wracamy do samego Mateusza, dla którego jest to pierwsza praktyka i z którą radzi sobie nadzwyczaj dobrze.
Bardzo szybko zjednuje sobie parafian, jest otwarty, wesoły i kulturalny, zupełnie tak jak wcześniej w kontaktach ze znajomymi, więc sosnowieccy parafianie w błyskawicznym tempie się do niego przyzwyczajają.
W rozmowach między sobą nieraz wspominają o to, że pomagał przy pogrzebie czyjejś matki i okazał przy tym dużo empatii, a to, że taki młody, a taki poważny i pomocny dla proboszcza.
a także, że chodził po domach podczas kolędy, kiedy dał się trochę bardziej poznać, opowiadał, że jest na ostatnim roku seminarium i prosił o modlitwę za jego powodzenie.
Zupełnie inaczej mają się relacje księdza Roberta w Nowym Miejscu.
bo z parafianami nie ma on zbyt dużej styczności, w końcu zgodnie z zamysłem pracuje tylko jako pomoc, mniej się angażuje i pozostaje gdzieś z tyłu, natomiast miejscowi wikariusze zdążyli go poznać i to zapoznanie nie przebiegło zbyt owocnie, bo między duchownymi nie narodziła się nic porozumienia, wręcz przeciwnie, narodził się spory dystans, a dodatkowo sytuacji nie polepsza fakt, że w katedrze pracuje ksiądz,
Nie wiadomo, czy faktycznie ten duchowny coś ukradł, bo Robert miał w zwyczaju rzucać w innych oskarżeniami, z tym, że nie zawsze były one prawdziwe.
Nie najlepiej układają się też relacje między dwoma nowo przybyłymi duchownymi, bo Mateusz, pytany kiedyś przez kolegę, jak radzi sobie w kontaktach z niezbyt przyjaznym Robertem, odpowiada krótko, że schodzi mu z drogi.
I w teorii tak by mogli przesiedzieć ten cały rok, po prostu nie wchodząc sobie w drogę, ale niestety ma miejsce pewien niefortunny zbieg okoliczności, który sprawia, że między mężczyznami rodzi się konflikt.
Wszystko zaczyna się od tego, że któryś z księży, być może wyższy rangą, a może równy Robertowi, mówi mu, że mógłby on być bardziej pracowity, na przykład taki jak Mateusz.
To była tylko i wyłącznie intencja tego księdza.
Mateusz nie wiedział, że takie słowa padły, ale mimo tego Robert połączył to w jakiś swój tok rozumowania i uznał, że skoro inni tak mówią, to dlatego, że Mateusz musi go oczerniać przed wszystkimi, rozpowiada o nim, że jest leniwy, a plotki te musiały się już rozejść po całej parafii.
Nie wiadomo czy się konfrontują, Mateusz raczej unika konfliktów, więc do jakiejś eskalacji po jego stronie nie dochodzi, ale Robert bardzo koncentruje się na tej myśli, że młodszy kolega rzekomo go obraził.
Z czasem zaczyna mu nawet wysyłać smsy z pogróżkami.
w których pisze, że jeśli nadal będzie go obrażał, to będą musieli umówić się na rozmowę z Frodo, czyli z psem księdza Roberta, który jak podaje wyborcza był agresywny, zdarzało mu się atakować ludzi, więc była to dość obrazowa groźba.
W kolejnych kapłan też powołuje się na swojego psa.
Pisze, tutaj cytuję, że Frodo będzie na ciebie czekał częściej niż zazwyczaj, a Mateusz próbuje to ignorować, ale przychodzi mu to z coraz większym trudem.
W lutym diakon pierwszy raz na dłużej opuszcza parafię, bo są ferie zimowe i jedzie do domu rodzinnego.
W ostatni dzień, kiedy ma już wyjeżdżać, rano mama namawia go, żeby został jeszcze na kilka godzin, na co on w końcu przystaje.
Spędza jeszcze jeden dzień w domu rodzinnym, spotyka się nawet ze swoim młodszym kuzynem, z którym tego dnia przez kilka godzin gra w gry, aż w końcu około godziny 17 oznajmia, że teraz to już definitywnie musi jechać.
To wszystko dzieje się w sobotę 18 lutego 2023 roku i to właśnie tego dnia Jolanta oraz Andrzej widzą swojego syna po raz ostatni.
Na początku marca, jako że trudno mu radzić sobie już z tym wszystkim samodzielnie, dzwoni do kolegi z seminarium, któremu zwierza się, że non-stop dostaje wiadomości z groźbami od księdza Roberta.
Kolega pyta, czy zgłaszał to komuś, na co Mateusz odpowiada, że tak, proboszczowi parafii, ale ten powiedział, że mają to wyjaśnić między sobą.
Kolega dopytuje go więc jeszcze o dalsze szczegóły, ale Mateusz nie ma aż tyle czasu na rozmowę.
Poza tym nie chce tego omawiać telefonicznie, więc mówi tylko, że za kilka dni będzie w seminarium, bo przyjeżdża na obronę magisterki, więc wtedy pogadają.
Poza tym jednym kolegą nigdy nie zwierzył się nikomu bliskiemu ze swoich problemów.
Jedynie jego ciotka, siostra mamy, pewnego razu, gdy Mateusz u niej był i ładował telefon, widziała, że dzwoni jakiś ksiądz Robert, ale siostrzeniec tego połączenia nie odebrał.
Tymczasem sytuacja cały czas eskaluje, a Mateusz ponownie informuje o wszystkim przełożonych.
Tym razem proboszcz chyba jednak postanawia zainterweniować, bo w niedzielę 5 marca zaprasza zarówno Mateusza jak i Roberta na rozmowę.
Ta rozmowa przebiega trochę dziwnie, bo ostatecznie to Mateusz, jako że jest dużo bardziej ugodowy, wyciąga rękę na zgodę i przeprasza Roberta, mimo tego, że to on sam jest ofiarą.
Oczywiście wyjaśnia przy tym, że Robert posądza go o zrobienie czegoś, czego nigdy nie zrobił, ale zależy mu na zakończeniu tego konfliktu.
Robert nie odtrąca wyciągniętej ręki, mówi, że wobec tego sprawa jest dla niego zakończona i tak na oczach proboszcza dochodzi do pojednania.
Po wszystkim wspólnie idą na śniadanie, później na obiad, a oba te spotkania przebiegają w bardzo miłej atmosferze.
Proboszcz uznaje, że była to na tyle błaha sprawa i zresztą została już zamknięta, że nie informuje o zajściu Curie, więc wydaje się, że wszystko w końcu wraca do porządku dziennego.
Przeskoczymy teraz o dwa dni, jest wtorek, 7 marca.
Tego dnia Jolanta, czyli mama Mateusza, po południu wraca z pracy, następnie razem z mężem je obiad, po czym wspólnie włączają telewizję.
Nagle kątem oka widzi, że ktoś podchodzi do ich domu.
Po chwili rozlega się dzwonek do drzwi, a gdy otwiera, po koloratce rozpoznaje, że to ksiądz.
Nie zna go, ale on szybko się przedstawia.
Konrad Kościk z Częstochowy, czyli seminaryjny rektor.
Jolanta czuje ukłucie niepokoju, który wzmaga się jeszcze bardziej, gdy ksiądz mówi, że stało się coś złego.
Jest jej słabo, siada na kuchennym krześle, a ksiądz klękając obok niej dopowiada, że Mateusz nie żyje.
Zanim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, Jolanta sama z siebie odpowiada, zamordowali go.
Nie wie skąd jej to przyszło do głowy, bo wcześniej nie dotarła do niej żadna informacja na ten temat.
Po prostu taka myśl nagle się pojawiła i jak się po chwili okazało, trafiła.
Niedługo po tym do domu przychodzą też policjanci, którzy zastają Jolantę i księdza płaczących w kuchni i którzy potwierdzają jego wcześniejsze słowa.
Informacja o śmierci Mateusza już od kilku godzin powtarzała się w mediach, ale ze względu na to, że rodzice cały dzień spędzili w pracy, to wszystko wcześniej ich ominęło.
I może dobrze, że tak się stało, bo media, tak jak się można spodziewać, wykorzystują tę tragedię do przedstawienia swojej osobistej narracji, która ma niewiele wspólnego z prawdą.
Jeszcze tego samego dnia na antenie TVP pojawia się materiał o tym, że śmierć księży to efekt antykościelnej nienawiści sianej przez jedną z partii politycznych.
Tym samym pojawia się też sugestia, że Mateusza zabił ktoś spoza kościoła, wrogo nastawiony do tej instytucji.
Zwłoki obu poszkodowanych zostają zabezpieczone i przetransportowane do zakładu medycyny sądowej.
Obu poszkodowanych, którzy, jak się już pewnie domyśliliście, ten, który leżał w bramie przy domu katolickim, to był Mateusz, a ten, który wszedł pod pociąg, to był ksiądz Robert.
Jak się okazuje po dokładnej analizie sprawca zadał Mateuszowi najpierw 6 strzałów z rewolweru kaliber 6 mm, a potem 11 ciosów nożem w klatkę piersiową oraz szyję.
Użył noża o ostrzu długości 21 cm, jeden z ciosów trafił w tętnicę szyjną, co ostatecznie doprowadziło do wykrwawienia.
W organizmie Mateusza nie wykryto śladu alkoholu ani żadnych innych środków odurzających.
Ale zupełnie inaczej sytuacja ma się w przypadku Roberta, który gdy wszedł pod pociąg, bo nie ma wątpliwości, że zrobił to samodzielnie, był pod wpływem alkoholu, a dodatkowo leków antydepresyjnych, przeciwlękowych i nasercowych, aczkolwiek to chyba w jakichś resztkowych ilościach, bo według świadków ksiądz jakiś czas temu przestał zażywać leki zapisane przez psychiatrę.
Na nożu znalezionym przy ciele księdza Roberta wykryto ślady krwi diakona, więc przebieg wydarzeń nasuwa się sam.
Wspominałam też wcześniej, że przy ciele Mateusza znaleziono broń, badania potwierdziły, że to z niej został on postrzelony, a Robert na tą broń nie miał pozwolenia.
Kościół nie przekazuje jasnego stanowiska odnośnie tego, co zaszło.
Biskup zamieszcza jedynie wpis na stronie internetowej, w którym potwierdza, że obaj duchowni nie żyją
i prosi o modlitwę w ich intencji.
W związku z tym ludzie prześcigają się w domysłach, a zarówno po ulicach Sosnowca, jak i w przestrzeni medialnej zaczynają krążyć kolejne hipotezy, co tak naprawdę było powodem konfliktu.
Mówi się o nieodwzajemnionych uczuciach, o rywalizacji oraz o niepowodzeniach Roberta na drodze zawodowej,
I chyba właśnie ta ostatnia wersja jest najbliższa prawdy.
Mimo, że pomocą duszpasterską stał się na własne życzenie, to chyba jednak tak nieznacząca funkcja po tak długim czasie posługi zaczęła go uwierać.
Znajomym nieraz opowiadał, że źle to wszystko znosi, że czuje się jak na zesłaniu i ogólnie to chce tylko przetrwać ten rok, a później idzie do zakonu.
Zupełnie inaczej niż Mateusz, który zdawał się rozkwitać, był spełniony w tym, co robił, często spotykał się z proboszczem, z wiernymi.
Poza tym przez wszystkich był chwalony i to spowodowało, że w Robercie zaczęła kiełkować zazdrość.
Pogrzeb diakona ma miejsce tydzień po tragedii, we wtorek 14 marca, a sama uroczystość zostaje zorganizowana w jego rodzinnej parafii w Wolbromiu.
W trakcie ostatniego pożegnania Mateusz ma na sobie sutannę.
Mimo, że nie ukończył seminarium, to zostaje pochowany na cmentarnej Alei Księży, a jego grób wyróżnia się spośród innych ze względu na to, że jest ozdobiony wieloma sentencjami.
Nagrobek jest naprawdę bardzo zadbany, bo nie tylko rodzina, ale i pozostali mieszkańcy wsi regularnie go odwiedzają, stawiają świeże kwiaty oraz znicze, a uroczystość pogrzebowa jest bardzo nagłośniona, bo o pogrzebie oficjalnie informuje nawet kuria, zupełnie inaczej niż w przypadku Roberta, którego ciało tydzień później nadal czeka na pochówek.
W końcu, tak jak się można było spodziewać, zostaje on pochowany w rodzinnej czeladzi, ale po cichu, bez żadnych oficjalnych informacji.
Robert pewnie, tak jakby sobie życzył, trafia do wspólnego nagrobka ze swoją zmarłą 4 lata wcześniej mamą.
W ciągu kolejnych tygodni śledztwa zostaje odtworzona rekonstrukcja wydarzeń z 7 marca i w związku z tym nie ma już żadnych wątpliwości, to Robert zabił Mateusza, a później odebrał sobie życie wchodząc pod rozpędzony pociąg.
Dwa dni wcześniej, czyli w niedzielę 5 marca, czyli też tego dnia, gdy Robert oraz Mateusz odbyli rozmowę z proboszczem i rzekomo się pogodzili, Robert zmienił swój testament.
Zapisał w nim, że chciałby być pochowany w obrządku katolickim, ale nie chce na swoim pogrzebie biskupa Kaszaka.
Dodał też wzmiankę o pieniądzach, mianowicie zgromadzone oszczędności zapisał w spadku jednemu z diecezjalnych księży.
Dwa dni później, czyli we wtorek rano, odprawił mszę, po czym długo modlił się w samotności, jak to zresztą miał w zwyczaju.
W końcu około godziny dziesiątej ze swojego okna zauważa Mateusza, który pakuje się do drogi.
Mateusza uchwyca też kościelny monitoring, na którym widać jak ze spakowaną sutanną oraz torbą i laptopem zmierza w stronę garażu.
Jak już wiemy, tego dnia miał jechać do Częstochowy na obronę pracy magisterskiej.
Ksiądz Robert długo się nie zastanawiając wziął broń oraz nóż, którego, jak twierdzą świadkowie, czasem używał do otwierania zacinającego się zamka bramy.
Niektóre źródła podają też, że dodatkowo wziął ze sobą swojego psa, chociaż nie wiadomo, co miałby z nim później zrobić.
W każdym razie z całym tym ekwipunkiem podszedł do Mateusza, do którego najpierw kilka razy strzelił, a gdy ten upadł na ziemię, zaczął go uderzać nożem.
Może gdyby znaleziono go wcześniej, byłaby jakaś szansa na ratunek, ale niestety pracownicy firmy remontowej znaleźli go dopiero blisko trzy godziny później.
I to mnie szczerze mówiąc trochę zastanawia, bo on jednak leżał na dworze, w miejscu ogólnodostępnym.
Więc ciekawe, że dopiero po takim czasie była jakaś reakcja, tym bardziej, że mówimy tu też o strzałach, które musiały wygenerować jakiś hałas.
Dziwne, że nikt tego nie słyszał.
Robert po wszystkim wrócił jeszcze na chwilę do swojego mieszkania, po czym skierował się na dworzec.
Po drodze zadzwonił do kapłana, któremu w testamencie przepisał swoje oszczędności, ale nie wiadomo o czym rozmawiali, bo ten mężczyzna unikał kontaktu z dziennikarzami.
Co prawda nie on jeden, to akurat może nie jest aż tak zastanawiające, ale fakt, że chciał usunąć ślady po tym połączeniu z telefonu już trochę tak.
No ale policji oczywiście udało się dojść do tego, że taka rozmowa była po analizie telefonu Roberta.
On po rozmowie dociera na dworzec i dalej już wiadomo co było.
Biegły psycholog analizując całą sprawę potwierdza wcześniejsze domniemania, wskazuje na narcystyczne usposobienie Roberta, na to, że zapewne postrzegał on młodego diakona jako rywala, a kluczowym motywem do popełnienia zbrodni była zazdrość o pozycję w parafii.
Trudno to racjonalnie wytłumaczyć, bo w końcu oni byli na zupełnie innych etapach zawodowych i tu nie ma czego porównywać.
Ksiądz Robert po prostu potrzebował odpoczynku, zrobić krok w tył.
Mateusz z kolei potrzebował się wykazać, bo to był jego zupełny początek.
Ale ten pierwszy zdawał się tego nie widzieć.
Robert mierzył ich tą samą miarą, widział tylko i wyłącznie zagrożenie, to, że jest pomijany, poniżany i to poczucie w końcu doprowadziło go do najgorszego.
Dwa miesiące po zabójstwie w Bazylice Katedralnej w Sosnowcu koledzy Mateusza otrzymują święcenia kapłańskie.
28 maja 2023 roku, gdyby żył, odprawiałby swoją pierwszą mszę w rodzinnym kościele w Wolbromiu.
Ale zamiast niego mszę odprawia standardowo tamtejszy proboszcz, który pamiętając o tragicznie zmarłym diakonie w trakcie kazania zwraca się do jego rodziców.
Mówi, że skoro żaden z hierarchów nie przeprosił rodziny, to w imieniu kościoła on przeprasza.
Bo faktycznie takich przeprosin nie było i mimo, że jedyny zabójca właściwie sam wymierzył sobie karę, to pewnie można by się zastanawiać, czy temu wszystkiemu nie dało się jednak zapobiec.
Czy proboszcz nie powinien zareagować wcześniej, a nie gdy sprawa była już na ostrzu noża?
Albo czy biskup nie powinien dokładniej przyglądać się Robertowi i w związku z ciągnącymi się od lat problemami zdrowotnymi odsunąć go na jakiś czas od posługi?
To już jest kwestia dyskusyjna, natomiast osoby właściwie z centrum wydarzeń, czyli rodzice Mateusza, samego Roberta aż tak nie winią.
Dziennikarzowi, który przygotowuje reportaż na temat sprawy, Jolanta mówi, że, tutaj cytuję, jak pan będzie u taty Roberta i zgodzi się na rozmowę, to proszę powiedzieć, że my mu współczujemy i nie mamy żadnych pretensji.
Wiemy, że ten tata przez księży chciał nas przeprosić.
Mimo tak empatycznego i nie ma co ukrywać godnego podziwu podejścia, rodzice tak średnio się trzymają.
Jolanta zawsze, gdy rano się budzi, to jej pierwszą myślą niezmiennie jest to, że jej jedyny syn nie żyje.
Co prawda stara się wychodzić do ludzi, rozmawiać, wypełniać swoje obowiązki, ale gdy zostaje sama, praktycznie codziennie ma chociaż chwilę załamania.
O Mateuszu to tyle, ale sprawa jakiś czas później doczekała się kontynuacji, chociaż to bardziej przez Roberta.
Natomiast zanim do tego przejdziemy, to jeszcze parę innych ciekawostek, więc kontynuujemy podróż po diecezji sosnowieckiej.
Zaledwie kilka kilometrów od Łobzowa, w którym to dorastał Mateusz.
W obrębie tej samej gminy znajduje się wieś Gołaczewy.
W Gołaczewach swoją karierę rozpoczynał kolejny ksiądz, którego zasługi dla diecezji sosnowieckiej swego czasu obiły się echem w całej Polsce, czyli ksiądz Tomasz Z.
Ksiądz Tomasz zaczynał w wiejskiej parafii, później przejął funkcję asystenta Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, prowadził gazetkę Niedziela Sosnowiecka, a także pełnił funkcję diecezjalnego kustosza.
Nic dziwnego, bo jak sam siebie określa jest wielbicielem sztuki i nawet ukończył studia w tym kierunku.
Mimo tego, że ksiądz Tomasz od wielu lat pełni posługę, to jak podają źródła miał pewne wątpliwości czy przyjąć święcenia kapłańskie, bo jeszcze w trakcie studiów spotykał się z pewnym chłopakiem.
Jednemu z portali nawet udało się do tego chłopaka dotrzeć, udzielił on komentarza, powiedział, że Tomek był jego partnerem, byli w stałym związku, więc też nie wiedział co dalej robić, czy rzucić seminarium, czy brnąć w to dalej.
Ostatecznie zdecydował się jednak pójść tą ścieżką duchową, został w seminarium, skończył studia, przyjął święcenia, a z chłopakiem się rozstał.
To tyle z informacji wstępnych na temat księdza Tomasza, więc przechodzimy teraz do kluczowych wydarzeń, które miały miejsce zaledwie kilka miesięcy po tragedii w Bazylice Katedralnej w Sosnowcu, bo w sierpniu 2023 roku...
I zaledwie kawałek dalej, bo wszystko działo się w Dąbrowie Górniczej.
To wtedy ksiądz Tomasz Z. organizuje huczną imprezę, w czym pomijając aspekt katolicki i patrząc na niego wyłącznie jak na człowieka, a nie na księdza...
Może nie byłoby niczego złego, gdyby nie fakt, że na tej imprezie doszło do przestępstwa.
W tym sierpniu 2023 roku ksiądz zajmuje jedno z mieszkań znajdujących się na terenie wspomnianej już przeze mnie parafii Najświętszej Maryi Panny Anielskiej w Dąbrowie Górniczej.
Tej samej, gdzie swego czasu bardzo nie chciał mieszkać ksiądz Robert, bo proboszcz miał rzekomo trudny charakter, a na parafii panowały imprezowe zwyczaje.
Nie inaczej jest właśnie tego dnia, kiedy ksiądz Tomasz do swojego mieszkania na terenie parafii zaprasza znajomych.
On sam mówi później, że na spotkaniu nie było innych księży, źródła jednak podają, że wszystko wskazuje na to, że byli.
W każdym razie na pewno poza innymi duchownymi były tam dwie osoby świeckie, jakiś znajomy księdza Tomasza oraz przyjaciel tego znajomego.
Używam określenia znajomy, bo oni się chyba wcześniej znali, ale to raczej nie była taka czysto koleżeńska relacja, jaką się ma na myśli, gdy się mówi o znajomych.
Bo akurat ten znajomy, jak podają media, zajmował się świadczeniem usług seksualnych dla innych mężczyzn i w takim charakterze został na tą imprezę zaproszony.
W związku z tym można chyba założyć, że cel imprezy został z góry określony, tym bardziej, że wszyscy uczestnicy w trakcie zażywają środki na potencje i prawdopodobnie też inne środki.
W pewnym momencie znajomy księdza pod wpływem tego wszystkiego traci przytomność, co jednak nie jest dla innych powodem do przerwania zabawy.
Zaniepokojony jest jedynie jego przyjaciel, który próbuje go ratować, wpada w panikę, zaczyna nawoływać wszystkich, żeby przestali, żeby mu pomogli, ale ksiądz Tomasz nie tylko nie reaguje na jego błagania, ale też ostatecznie wyrzuca go z mieszkania i zamyka drzwi.
Mężczyzna próbuje się dobijać, ale oni go nie wpuszczają.
Na szczęście ma ze sobą telefon, więc od razu dzwoni po pogotowie.
Na nagraniu słychać, jak nieskładnie tłumaczy, że jego kolega potrzebuje pomocy, że jest nieprzytomny, że próbował unieść mu głowę, ale z ust zaczęła mu lecieć piana.
Tłumaczy też, że poszkodowany ma tylko 27 lat i że jak nikt mu nie pomoże, to umrze.
Po kilku minutach pod plebanie podjeżdża karetka, ale to na nic, bo uczestnicy imprezy, mimo że do drzwi dobijają się już nie tylko ten kolega, ale też ratownicy, nie chcą nikogo wpuścić do środka.
W końcu, gdy ratownicy wzywają na miejsce policję, ktoś dopiero otwiera drzwi.
Albo nawet nie, może w końcu wchodzą siłą.
W każdym razie mogą wreszcie udzielić pomocy.
Jedyne informacje, jakie się pojawiają, to, że w momencie, gdy ratownicy weszli do środka, poszkodowany leżał nagi na łóżku, nie było z nim kontaktu, a poza tym miał poważne obrażenia w dolnych częściach ciała.
Niezwłocznie został przetransportowany do szpitala, udało się go uratować, a po tym jak trochę doszedł do siebie, chciał jak najszybciej wypisać się na własne żądanie.
Nie trudno sobie wyobrazić, co się działo w mediach po tym wszystkim.
Ksiądz Tomasz pod wpływem całej tej burzy napisał nawet list do Gazety Wyborczej.
który w sumie nie wiadomo co miał na celu, ale raczej nie okazanie skruchy, bo pisał w nim m.in.
że opisywanie tej sprawy to jest uderzanie w kościół, a gdyby cokolwiek podobnego wydarzyło się osobie mało znanej, o innej profesji, niemedialnej i nieduchownej, to sprawy by nie było.
I no nie wiem, czy by nie było.
Pewnie byłaby mniej nagłośniona, to na pewno, ale czy medialność sprawy musi zawsze być wprost proporcjonalna do szkodliwości czynu?
Zapewne wiele tragicznych zbrodni nie jest nagłośnionych i mało kto o nich słyszał, ale to nie odbiera im powagi.
Tak czy inaczej, sąd nie podchodzi do tego tematu tak lekko jak ksiądz Tomasz w swoim liście, bo proces sądowy się odbywa, a w efekcie duchowny zostaje skazany na półtora roku więzienia.
Jak argumentuje sąd, kara zostaje wymierzona za przestępstwo przeciwko wolności seksualnej, a także za nieudzielenie pomocy oraz za umożliwienie dostępu do narkotyków.
Dwa miesiące po tych wydarzeniach, w październiku 2023 roku, w mediach pojawia się informacja, że papież Franciszek przyjął rezygnację Grzegorzaka Szaka z pełnienia posługi biskupa Sosnowieckiego.
W jednym z artykułów jest taka wzmianka, że takich rezygnacji się raczej dobrowolnie nie składa, tym bardziej, że tutaj biskup był relatywnie młody, w pełni sił, więc stan zdrowia pozwalał mu na utrzymanie tej posługi.
A skoro nie zrezygnował dobrowolnie, to pewnie dostał propozycję nie do odrzucenia, chociaż może nawet lepiej dla niego, bo za jego kadencji wiele skandali się wydarzyło, ale te najgorsze miały dopiero nadejść.
Kilka miesięcy później jego obowiązki przejmuje nowo mianowany biskup, czyli Artur Ważny i na nieszczęście biskupa ważnego i nie tylko, zaledwie dwa miesiące po tym jak objął posługę, na terenie diecezji sosnowieckiej dochodzi do kolejnej tragedii, ponownie z ofiarą śmiertelną.
Tym samym przechodzimy do księdza Krystiana K., zajmującego jedno z mieszkań na terenie parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny ponownie w Sosnowcu.
Ksiądz Krystian ma tam status rezydenta, co oznacza, że nie pełni posługi w tej parafii, a jedynie w niej mieszka.
Jest zatrudniony dużo wyżej w strukturach, bo od ponad roku pracuje w sosnowieckiej kurii, a to dlatego, że ma on imponujące wykształcenie.
Jest cenionym wykładowcą, a także autorem wielu publikacji, m.in.
z zakresu prawa karnego, często porusza też tematy pedofilii, a także ogólnie mówiąc rodzinę.
W przeszłości bywał na prestiżowych stażach w Rzymie, które to pozwoliły mu zdobyć posadę w sądzie biskupim, gdzie do jego obowiązków należy przede wszystkim weryfikacja, czy procesy są prowadzone poprawnie, zgodnie z przyjętymi normami.
Niestety kilka lat wcześniej doszło do niecodziennej sytuacji, po której jak się zdawało kariera księdza Krystiana mogła znacznie ucierpieć.
Pod koniec czerwca 2017 roku patrol policyjny jeżdżący po mieście zauważył zaparkowaną w centrum miasta Skodę Oktawię.
Samochód zwrócił ich uwagę, bo niby stał zaparkowany, ale tak tylko częściowo.
Kierowca wjechał jedynie na mały kawałek zatoczki parkingowej.
Poza tym miał włączony silnik oraz światła, tak jakby z jednej strony szykował się do pełnego zaparkowania, a z drugiej do odjazdu, ale ostatecznie nie wykonywał żadnych ruchów, więc tak naprawdę torował przejazd.
Radiowóz skierował się więc w jego stronę, żeby sprawdzić, czy może coś się stało, ale na ich widok kierowca wrzucił bieg i poprawnie zaparkował.
Mimo wszystko policjanci do niego podeszli i już po chwili okazało się, że dobrze zrobili, bo kierowca zachowuje się co najmniej dziwnie.
Kontakt z nim jest utrudniony, mówi nieskładnie, więc funkcjonariusze robią mu badania alkomatem, ale wynik wychodzi negatywny.
Uznają więc, że trzeba sprawdzić inną opcję i wykonują narkotest, który z kolei wychodzi pozytywnie.
Dodatkowo zauważają, że wewnątrz samochodu leży fiolka z jakąś dziwną substancją, w związku z czym zabierają mężczyznę na komisariat, gdzie okazuje się, że jest to ksiądz, ksiądz Krystian.
Zatrzymany cały czas prosi ich o możliwość wykonania jednego telefonu,
Na co policjanci w końcu się zgadzają, a on, jak się okazuje, dzwoni do innego księdza, którego prosi o poprowadzenie za niego mszy, bo nie zdąży dojechać na czas.
Po tym przebłysku trzeźwego myślenia wraca do swojego dziwnego zachowania i zaczyna błogosławić panie sprzątające na komisariacie.
Tymczasem policjanci kontynuują procedurę, bo na podstawie samego narkotestu jeszcze nie można orzec winy ze stuprocentową pewnością.
Próbka krwi księdza zostaje wysłana do przebadania, dlatego też do czasu wyjaśnienia zostaje mu zabrane prawo jazdy, natomiast on sam zostaje wypuszczony do domu.
W ciągu następnych dni policjanci zdobywają nakaz i przeszukują jego mieszkanie, ale nie znajdują tam śladów niczego niedozwolonego.
Po kilku tygodniach z laboratorium przychodzą wyniki krwi i wbrew oczekiwaniom wynik jest jednak negatywny, więc sprawa zostaje umorzona, ale mimo wszystko to jest trochę dziwna sytuacja.
Nie wiadomo też co było w tej fiolce znalezionej w samochodzie, ale co było to było, minęło kilka lat, nikt tego dalej nie rozstrząsał.
A teraz wracamy do chronologii wydarzeń, czyli jest rok 2024, dokładnie 19 marca, a 44-letni ksiądz Krystian zaprasza do swojego mieszkania pewnego 21-letniego chłopaka.
Nigdzie nie zostało podane, jak ten chłopak się nazywa, więc żeby było łatwiej opowiadać, wymyślę mu imię i niech będzie, że jest to Michał.
Nie wiadomo o której się spotykają, ale około godziny 20 Michał potwierdza znajomym, że nadal jest na plebanii u księdza Krystiana.
O 21.37 wysyła im dla żartu jakiegoś mema i po tym kompletnie milknie.
To jest niestandardowe zachowanie z jego strony, bo nawet jak się z kimś spotykał czy wychodził na imprezę, to zawsze pozostawał w kontakcie ze znajomymi przez cały czas.
No może nie non-stop, ale przynajmniej raz na jakiś czas, na przykład raz na godzinę im odpisywał, a w tym przypadku przez kilkanaście kolejnych godzin jest cisza.
Następnego dnia, 20 marca, przed południem, dyspozytor numeru alarmowego przyjmuje zgłoszenie.
Dzwoni ksiądz, jak już się pewnie domyślacie, ksiądz Krystian, który informuje, że znajomy przebywający u niego w mieszkaniu nie daje oznak życia.
Pod plebanie podjeżdża karetka, świadkowie widzą jak kapłan wybiega ratownikom naprzeciw i krzyczy, żeby się pośpieszyli, ale po wejściu do mieszkania okazuje się, że i tak już nie ma kogo ratować, bo Michał nie żyje i to od dłuższego czasu.
Ksiądz twierdzi, że nie wezwał pomocy wcześniej, ponieważ spał, obudził się dopiero niedawno i wtedy zauważył, że z kolegą nie ma kontaktu.
Niestety 21-latek nie ma przy sobie żadnych dokumentów, a duchowny z miejsca odmawia współpracy i nie chce powiedzieć jak on się nazywa, więc tożsamość zmarłego pozostaje zagadką.
Oczywiście z czasem udaje się ją ustalić, ale na prośbę rodziny dane nie zostają przekazane do mediów.
Sam ksiądz Krystian niezmiennie odmawia składania wyjaśnień, zostaje jednak przeszukany i to przeszukanie przynosi rezultat, bo śledczy zabezpieczają przy nim ponad 3,5 g mefedronu.
Mefedron zostaje znaleziony nie tylko przy nim, ale też w nim, bo przeprowadzone badania wykazują, że ksiądz znajduje się pod wpływem właśnie tego środka.
Te 3,5 g to praktycznie czysta, skoncentrowana postać substancji, która, jak ocenili specjaliści, mogła zostać poporcjowana nawet na kilkadziesiąt działek dilerskich.
To jednak nie koniec przewinień, bo okazuje się, że duchowny próbował też zacierać ślady.
Gdy zadzwonił po pogotowie, był bardzo rozgorączkowany.
Później, jak pamiętamy, poganiał ratowników, żeby się pospieszyli.
Ale mimo tego wcześniej miał czas, żeby jeszcze przed wykonaniem telefonu wyjść przed plebanie i wyrzucić coś w krzaki.
Zainstalowany monitoring zarejestrował go, jak dosłownie chwilę przed wykonaniem połączenia wychodzi, a potem wraca.
Krzaki zostają oczywiście przeszukane z użyciem psa tropiącego i tak policjanci natrafiają na małą buteleczkę, w której jak wychodzi w badaniach znajduje się substancja o nazwie 1,4-butanoidol.
Butanoidol nie jest środkiem zakazanym, posiadanie go jest legalne, natomiast wykorzystywany jest często w celach nielegalnych.
To substancja psychoaktywna, silnie oddziałująca na ludzki organizm i też silnie uzależniająca.
W małych ilościach powoduje utratę świadomości, w związku z czym bywa wykorzystywana jako tzw.
pigułka gwałtu.
Nie wiadomo skąd taka reakcja księdza Krystiana, bo jak wykazały badania, Michał nie miał w organizmie śladu butanoidolu, ale wiadomo za to, że podobnie jak kapłan zażywał mefedron.
I możliwe, że nie tylko to, bo zgodnie z wynikami sekcji zwłok zmarł właśnie w wyniku zażycia różnych środków, które najpewniej dostał od samego księdza.
Co do innych ustaleń z sekcji, to wiadomo, że Michał przed śmiercią nie odbył stosunku i to właściwie tyle, bo jest to jeden z tych przypadków, gdzie rodzinie mocno zależało na zachowaniu prywatności, więc informacje na jego temat są bardzo ograniczone.
Prokuratura stawia księdzu Krystianowi zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci, posiadania znacznej ilości narkotyków, a także jeszcze jeden zarzut, którego treść nie zostaje podana do wiadomości publicznej, co prokurator tłumaczy dobrem poszkodowanego.
Po przesłuchaniu księdza wypuszczono go na wolność, natomiast nałożono na niego dozór policyjny oraz zakaz opuszczania kraju.
Prokuratura zatrzymała też jego paszport i póki co na tym się skończyło, bo jako że wydarzenia są bardzo świeże, to też proces jeszcze się nie odbył.
Najnowsze doniesienia są z marca tego roku, to wtedy prokuratura sformułowała wszystkie zarzuty, a ksiądz Krystian cały czas oczekuje na postępowanie sądowe na wolności.
Mniej więcej w czasie, gdy trwa zamieszanie wokół księdza Krystiana, prokuratura po ponad roku od tragedii podejmuje decyzję o umorzeniu śledztwa w sprawie śmierci księdza Roberta oraz diakona Mateusza.
W tym wypadku koniec jednego to początek drugiego, bo w czasie oględzin prowadzonych w mieszkaniu księdza Roberta technicy natrafili na niektóre źródła podają, że notatki, inne, że na korespondencję,
W każdym razie zapiski, które mimo, że nie miały związku z tą sprawą, to bardzo zainteresowały śledczych.
Na podstawie zebranych tam informacji wszczęto kolejne postępowanie, w efekcie którego 1 października ubiegłego roku oficerowie z Komendy Wojewódzkiej w Katowicach zatrzymali dwóch księży i jednego byłego księdza.
Na całej trójce ciążą bardzo poważne zarzuty, więc teraz po kolei opiszę Wam, co to za postacie.
Jako pierwszy zostaje zatrzymany Jacek K., 63-letni proboszcz z miejscowości Mostek, leżącej znów pod Wolbromiem, czyli w tym samym rejonie, z którego pochodził Mateusz.
Parafia liczy około 600 osób, a ksiądz Jacek stanowisko proboszcza zajmuje już od 13 lat.
W trakcie zatrzymania prosi on o chwilę rozmowy z sołtysem, któremu przekazuje, aby zamknął plebanię i kościół, a także oddaje mu dokumenty dotyczące remontu kościoła.
Potem w towarzystwie policji odjeżdża z kuty kajdankami i zresztą nie tylko on, bo na lawecie odjeżdża też jego zabezpieczony przez śledczych samochód.
Wierni nie rozumieją, co się dzieje, gdy po południu nabożeństwo różańcowe odprawia nie jak zwykle ich proboszcz, a duchowny z sąsiedniej wsi, ale już w wieczornych wiadomościach znajdują odpowiedź.
Jeden z programów pokazuje księdza prowadzonego przez policjantów i mimo, że na głowie ma on naciągnięty kaptur, wierni i tak bez trudu go rozpoznają.
Jak podają w telewizji, na księdzu ciążą zarzuty popełniania przestępstw na tle seksualnym, tym wobec małoletnich.
Atmosfera w mostku robi się bardzo nerwowa.
Mieszkańcy wsi nie wiedzą co myśleć, bo zarzuty są oczywiście oburzające, ale jak mówi jedna z mieszkanek, dziwne, że nikt niczego nie zauważył, bo mostek to nie metropolia i gdyby u nich takie rzeczy się zdarzały, ktoś na pewno widziałby chociaż drobne sygnały.
Jak wiadomo różnie to bywa z tym zauważaniem, ale w pierwszej chwili policja nie podaje do wiadomości jakich lat dotyczą zarzuty, więc jest szansa, że faktycznie nie chodzi o czasy kadencji w mostku.
Mimo tego wraz z upływem czasu nastroje we wsi się zaogniają, a mieszkańcy podkreślają, że jeśli to wszystko okaże się prawdą, to ksiądz Jacek nie ma po co do nich wracać.
I faktycznie on dosłownie nie ma po co do nich wracać, bo po zatrzymaniu kuria nakłada na niego zakaz publicznego udzielania sakramentów, kontaktów z dziećmi, a także zawiesza go w pełnieniu obowiązków proboszcza.
Po wywiadzie środowiskowym okazuje się, że ksiądz przez ostatnie lata mieszkał sam, nie miał zatrudnionej żadnej gosposi, więc teoretycznie na plebanii wszystko mogło się dziać.
W końcu dwa miesiące później zarzuty zostają sprecyzowane, dotyczą popełniania przestępstw seksualnych na szkodę dwóch małoletnich poniżej 15 roku życia, a poszkodowane to dwie obecnie już dorosłe kobiety.
Pierwszą z nich ksiądz wykorzystywał aż kilkanaście lat wcześniej, z kolei drugą zaledwie kilka lat temu, czyli już za czasów pobytu w mostku.
W związku z tym dziennikarze wnikliwie badają jego przeszłość i natrafiają na informację, że przed tym jak trafił do mostka, ksiądz Jacek przez wiele lat pełnił funkcję proboszcza gdzieś indziej, dokładnie w oddalonym o trochę ponad 30 kilometrów Bukownie,
a dodatkowo był też katechetą w tamtejszej szkole podstawowej numer 2.
Już wtedy dało się zauważyć bardzo niepokojące sygnały, niestety reakcja miejscowej społeczności pozostawiła wiele do życzenia.
Ksiądz Jacek w trakcie pełnienia posługi w bukownie już z daleka zwracał uwagę swoim wyglądem, a to dlatego, że chodził świetnie ubrany, nosił drogie zegarki i jak mówią parafianie, na plebanii bywał rzadko.
Mówiło się wtedy, że ma romans z jedną mieszkanek wsi Krze, leżącej pod bukownem.
Sąsiedzi często widzieli jak do niej przyjeżdżał, regularnie się z nią spotykał i spędzał u niej bardzo dużo czasu.
Co oczywiście oburzało parafian, ale to jeszcze nie było najgorsze.
Ta kobieta miała wtedy 14-letnią córkę, którą jak mówiło się we wsi, ksiądz również się zainteresował.
Regularnie odwoził tą dziewczynę do szkoły własnym samochodem i jak wynika z kontekstu zachowywał się na tyle dwuznacznie, że spowodowało to spotęgowanie plotek.
W końcu, gdy sprawy zaczęły eskalować, a kobieta nie mogła znieść tego, że jest ciągle obgadywana, razem z córką gdzieś się wyprowadziła.
Księdza nie wspominają tylko ci, którzy, gdy to wszystko się rozgrywało, byli już dorośli, ale również dzieci.
Jedna z byłych uczennic mówi dziennikarzowi, że po latach widzi, jak bardzo nieodpowiednie było zachowanie księdza, który zarówno ją, jak i jej koleżanki głaskał po plecach, po pośladkach, a czasem nawet wkładał rękę pod bluzkę.
Wmawiał im w takich momentach, że Jezus też kochał dzieci, więc im ze względu na raz, że młody wiek, a dwa niższą świadomość w tamtych czasach, wydawało się, że takie zachowanie jest normalne.
Dopiero gdy osiągnęły dorosłość, zdały sobie sprawę, że padły ofiarą przestępstwa, ale na szczęście już wcześniej problem został zauważony przez dwie nauczycielki.
To znaczy na szczęście dla dzieci, ale zdecydowanie na nieszczęście dla tych nauczycielek, bo co prawda dzięki swojej determinacji w końcu doprowadziły do wyrzucenia księdza ze szkoły, ale jednocześnie weszły w zatarg z instytucją kościoła.
15 lat temu to było nie do pomyślenia, w związku z tym były stygmatyzowane, a wszystkie te wydarzenia odcisnęły na nich piętno traumy.
Tym bardziej, że to nie było tak, że zgłosiły problem, uczennice to potwierdziły i ksiądz wyleciał, tylko batalia ciągnęła się miesiącami.
Kuria bardzo opornie reagowała na wszystkie informacje, chyba nie chcieli tego w ogóle przyjąć do wiadomości, a gdy w końcu przedstawiciele zjawili się w szkole, mieli wielkie pretensje do nauczycieli, że w ogóle wpłynęło od nich jakieś zawiadomienie.
Ostatecznie za karę przeniesiono księdza na posługę w szpitalu, ale nie zabawił tam długo.
Ze szpitala trafił prosto do mostka, gdzie jak już wiemy spędził kilkanaście następnych lat.
Po latach te nauczycielki przyznają, że nikt wtedy nie zawiadomił policji ani prokuratury, dla nich sukcesem było już samo pozbycie się księdza Jacka ze szkoły, a na dalszą samotną walkę nie miały już sił.
Jako drugi zostaje zatrzymany 57-letni ksiądz z Sosnowca, Dariusz L. Odnośnie jego poczynań również już wcześniej pojawiały się sygnały, ale ponownie sprawę trochę zignorowano.
Zaledwie trzy lata przed zatrzymaniem, w 2021 roku, ksiądz był zatrudniony w jednej ze szkół podstawowych w Dąbrowie Górniczej.
W pewnym momencie do dyrektorki szkoły zaczęły docierać sygnały od uczennic, które kolejno informowały, że ksiądz Dariusz je molestował w czasie lekcji, m.in.
W związku z tym dyrektorka rozwiązała z nim umowę, a także zawiadomiła prokuraturę, która wszczęła postępowanie.
Niestety nie wiadomo z jakich przyczyn, ale rok później, w czerwcu 2022 roku, sprawa została umorzona.
Mimo tego, tym razem kuria jakoś zareagowała i nałożyła na księdza zakaz pełnienia jakiejkolwiek publicznej posługi duszpasterskiej, a także zakaz kontaktu z dziećmi oraz młodzieżą.
Nie wiadomo gdzie dokładnie, jest jedynie informacja, że w miejsce wskazane przez biskupa, no ale skoro nie mógł publicznie pełnić posługi, to chyba zostaje tylko jakiś zamknięty zakon.
W każdym razie ksiądz sobie z tego zakazu chyba nie za wiele zrobił, bo w styczniu 2024 roku na prośbę jakiegoś znajomego proboszcza chodził po kolędzie, za co dostał upomnienie od przełożonych.
Takie same jak na księdzu Jacku, ale chyba w tym przypadku ofiar było znacznie więcej.
W jednym z artykułów jest wzmianka, że wskutek działania obu tych księży nawet kilkanaścioro dzieci mogło być krzywdzonych przez wiele lat, więc skoro w przypadku księdza Jacka mówimy o dwóch ofiarach, to tutaj te statystyki wypadają dużo gorzej.
Trzeci z zatrzymanych to, tak jak wspominałam, były ksiądz, który w 2019 roku został przeniesiony do stanu świeckiego.
On ma trochę inne zarzuty niż poprzednicy, bo nie wykorzystywał dzieci, tylko dorosłych i nie w sferze seksualnej, a finansowej.
Od swoich parafian miał pożyczyć łącznie kilkadziesiąt tysięcy złotych i, jak się już pewnie domyślacie, tych pieniędzy nigdy nie oddał.
Kilka dni po zatrzymaniu całej trójki kuria sosnowiecka profilaktycznie rozsyła do swoich księży instrukcję, jak mają się zachowywać w przypadku zatrzymania i przeszukiwania.
W instrukcji zwracają uwagę na prawa przysługujące osobom zatrzymanym, a także przypominają, że w razie braku dostępu do adwokata księża zawsze mogą zwrócić się z prośbą o pomoc właśnie do kurii albo do sądu biskupiego.
W instrukcji znajduje się też informacja o samym przeszukiwaniu, że jest z niego sporządzany osobny protokół i że do tego protokołu można zgłosić zastrzeżenia, co jak się wkrótce okazuje jest informacją najbardziej przydatną dla samej kurii, bo to właśnie tam prowadzone jest kolejne przeszukanie.
Poza tym policja sprawdza też biuro delegata biskupa, który miał za zadanie reagować na zgłoszenia wnoszone przez ofiary przestępstw seksualnych i jak widać chyba nie wywiązał się z tego zadania najlepiej.
W związku z tym jeszcze w tym samym miesiącu biskup ważny powołuje do życia komisję o nazwie wyjaśnienie i naprawa, która ma się zajmować wyjaśnieniem i naprawą spraw wrażliwych diecezji sosnowieckiej.
Więc jak się łatwo domyślić, komisja będzie mieć pełne ręce roboty.
Póki co nie wiadomo, wyroki prawdopodobnie jeszcze nie zapadły, ale pozostaje mieć nadzieję, że tym razem poniosą konsekwencje swoich czynów.
Jeżeli podoba Ci się, w jaki sposób opowiadam o sprawach i chcesz wesprzeć moją dalszą podcastową twórczość, możesz postawić mi kawę na BuyCoffee2.
Link jak zawsze jest w opisie.
Ostatnie odcinki
-
Gdzie zniknęła Mirella? Przez 26 lat zamknięta ...
21.01.2026 19:10
-
6 najgłośniejszych Polskich spraw kryminalnych ...
12.01.2026 19:50
-
U mnie zawsze jest do dna | Elżbieta W. Marek G...
13.12.2025 18:00
-
Chciał ją ukarać | Anna F., Daniel R.
06.12.2025 19:00
-
Zniknął w trakcie rejsu ekskluzywnym wycieczkow...
29.11.2025 18:00
-
Gdzie zniknęła matka i dwóch synów? | Władysław...
21.11.2025 19:15
-
Wszyscy zostali zmanipulowani | Renata i Tomasz N.
07.11.2025 19:00
-
Sąsiad z klubu Mensa - co było w butelce Coca-c...
24.10.2025 18:20
-
Była jedną z kilkudziesięciu ofiar? Ciało ukrył...
17.10.2025 19:07
-
Skazano go mimo braku dowodów | Piotr Mikołajcz...
10.10.2025 20:00