Mentionsy

Śniadanie z Mistrzem 2020 - 2026
19.12.2025 10:40

śp. Adam Zagajewski 19.12.2025

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 91 wyników dla "AK"

Wieczorem mamy przyjemność powitać w Krakowie pana Adama Zagajewskiego.

Trochę się, jak cały świat, zmieniają i kręcą, aby dla nikogo nie zabrakło miejsca przy wigilijnym stole.

A kiedy jesteśmy przy wigilii, to przypomniał mi się taki tekst, który Pan napisał w książce, lekka przesada, który był taką opowieścią o niezwykłości i pewnej przewrotności świąt Bożego Narodzenia.

I trzymając się tego tekstu z pańskiej książki, chciałbym zacząć od takiego, poprosić pana o przeczytanie takiego wiersza z ojcem na spacerze.

Tak, o Józefie biblijnym.

Tak, no bo to ten wiersz jest kluczem do osoby Józefa.

Czy pamiętasz, jak naprawiałeś nadajniki dla AK?

Jak pachną kwitnące lipy?

Mógłby tak powiedzieć.

To jak jest z naszymi ojcami?

Jak jest z pamięcią o tacie?

Z pańską pamięcią, jako kluczem może do pamięci wszystkich tych, którzy z tą pamięcią mają kłopot.

I to jest takie zbawienie dla naszych ułomnych pamięci, które jak jesteśmy bardzo młodzi, to wydaje nam się, że nie...

Już tak, zawsze.

Przychodzisz tu jak obcy?

A słońce jak remowany pierwszoklasista zajęte jest pilnie kolorowaniem cieni.

Wszystkie noce od twojego wyjazdu skłębiły się jak włóczka starego sweta, w którym gnieżdżą się dzikie kocury.

Przychodzisz tu jak obcy, a to jest twój rodzinny dom.

Jakie rozmowy pamięta Pan najbardziej z życia rodzinnego?

Jeżeli rodzina się zbierała, to o czym taka rozmowa została przez Pana zapamiętana?

Także zawsze trzeba było...

a jakiegoś bodźca trzeba było ich zachęcić.

Pytać o konkretne rzeczy, gdzie kto mieszkał, jaki co był.

Kiedy ojciec wędrował po górach, niestrudzenie, cierpliwie, niekiedy całymi godzinami w deszczu pod peleryną, jak niegdyś pielgrzymi ciągnący do Hiszpanii.

Wydawało mi się, że właśnie tak, po łagodnych zboczach, przejdzie któregoś dnia na drugą stronę.

które przecież muszą towarzyszyć ścieżkom zdobionym znakami dla turystów.

Tak, ale no za mało wędruję.

Poza Tatrami, bo ojciec uważał, że Tatry są jakoś bezczelnie wysokie i że to nie nadaje się.

Czy w Krakowie, czy pod Krakowem.

Także w pewnym sensie tak.

Ale kiedy tak Pan wędrował z tatą, zaskoczył Was kiedyś wieczór, jakaś gwieździsta noc?

Tak, to znaczy nigdy nas nie... Ojciec był poza wszystkim bardzo zorganizowanym człowiekiem.

I wielokrotnie patrzyłem na takie niebo.

Nigdy nie było to tak, żeby się zgubić drogę i zostać w nocy bez szlaku czy poza szlakiem.

Panie Kierzycie, było wędrowaniem także takim emigracyjnym?

Jak to odczuwanie świąt zmieniało się z tymi miejscami, gdzie się Pan znajdował?

Od momentu, kiedy ta właśnie mała rodzina taka, ojciec, matka i siostra, kiedy się rozpadła naprzód po prostu geograficzno.

No jeszcze z Krakowa, kiedy tam studiowałem, a nawet wiele lat później przyjeżdżałem naprzód tam, potem z żoną przyjeżdżaliśmy do Gliwic na święta.

Ale te prawdziwe święta to były właściwie grewickie, bo w Paryżu już, w Paryżu było tak, że świętowanie po polsku było pewnym odchyleniem od normy.

Francuzi właściwie w ogóle jakoś nie mają nagło wigiliń.

Ale to były takie wysepki.

Chyba wszystkie dzieci tęsknią za taką magią tego pięknego czasu.

I jest taki wiersz pański, grudzień.

Tak, już czytam.

Jakby mówił, zobacz, oto czym są twoje sekrety, twoje skarby.

Namiętny tryl małych ptaków.

Czy czekanie jest takim stanem poetyckim w naszym życiu?

Tak, na pewno.

Dzisiaj myślałem, pewnie bez związku z naszą rozmową, jest taka figura retoryczna, która się nazywa retardacja, czyli opóźnienie.

I chodzi o to, że retardacja to jest takie celowe opóźnianie czegoś ważnego, co się ma wydarzyć.

To jest ciekawy, elektoryczny pomysł, żeby niejako sztucznie wzbudzić to oczekiwanie na coś, co się ma wydarzyć.

Nawet ci, którzy stracili wiarę, myślę, że jakoś...

Jest takie święto, które ten czas kolędowania czyni zamkniętym, czyli święto Trzech Króli.

Tak, no to jest takie bardzo śmiałe wpisanie się w tradycję.

Ta linijka jest taka, przybędziemy za późno.

Jest jakby coraz mniej pewne.

Także pomyśleliśmy, może naprawdę któryś z nas jest monarchą.

i spojrzenia wiejskich dziewcząt złaknionych od tej miłości.

Raz zasnęliśmy i spaliśmy wiele miesięcy, a sny huczały w nas, niebezpieczne, ciężko, jak hale przybojów podczas pełni księżyca.

Przez cztery lata wiał zimny wiatr, a gwiazda była żółta, przyszyta do płaszcza, niedbale jak tarcza szkolna.

Taksówka pachniała amyszkiem i wiekiem dwudziestym.

Kierowca mówił z rosyjskim akcentem.

Samolot zakołysał się nagle.

Nie jestem pewien, czy grudniowa noc otworzy się kiedyś jak źrenica aparatu fotograficznego.

Czy my w świecie ludzi dorosłych szukamy tej nadziei tak samo bardzo, jak wtedy, kiedy byliśmy dziećmi i mieliśmy nadzieję na tak wiele rzeczy?

Ja myślę, że tak.

Tylko, że ta nadzieja jakby zmienia kształt.

Ja myślę, że jak jesteśmy już starsi, no mówię teraz w perspektywie człowieka już bardzo młodego, to nadzieja odnosi się do takiego pragnienia, żeby życie nie było na marne, żeby było coś, co całe nasze życie jakoś ocawi, nie w takim sensie nawet, żeby ono było

Jest taki wiersz pański, dzieciństwo.

Tak, to jest wiersz z domu, asymetria.

Teraz już wiedziałbym na pewno, jak być dzieckiem.

Wiedziałbym, jak patrzeć na oszronione drzewa.

Jak żyć nieruchomo.

No ten paradoks jest wpisany jakby w istotę życia tych wszystkich miliardów ludzi, którzy po ziemi stąpają w chwili obecnej, że kiedy im lat przybywa, to tak jak Pan zapisał, teraz już bym wiedział, czy wiedzielibyśmy na pewno, jak być dzieckiem.

Tak, to chyba w tym wierszu przeczytałem, jest taki paradoks, bo trudno sobie wyobrazić nieruchome dzieciństwo.

To dzieciństwo jest także takim mitem, że gdzieś kiedyś wyruszymy do takich miast nieznanych, gdzie te miasta nasze

które będziemy spotykać, będą inne niż te, w których żeśmy dorastali, że to będzie coś takiego innego, wyjątkowego.

I jest taki pański wiersz, miasto nieznane.

W cesarskim lesie, w królewskiej spiżarni czekały dzikie czereśnie, tak słodkie i czarne, że można było nimi karmić lewiatana.

Czy my zapadając się trochę, tak jak Pan powiedział wcześniej, w magię, świąt, zwłaszcza tutaj, nie zapominamy właśnie o tym, że to życie znów się dopełni i każdemu z nas jest jakieś cierpienie pisane?

No tak, ale ja przecież niechętnie o tym myślimy.

Pytanie każdy zna, ale właśnie jak się zbiera 24 grudnia, no to ono jest jakby przykryte, jeżeli to możliwe, przykryte oczekiwaniem, czy tym czymś magicznym, co w naszym życiu jest taka wieczna walka między tym, co nieudane, co...

Czasami spotykamy niczemnych ludzi, czasami sami pochłaniamy błędy, a z drugiej strony są te momenty magiczne i to jest zawsze taka waga, na której się te dwie rzeczy kołyszą.

A zmierzając do końca naszej rozmowy, trochę tak jak do końca roku kalendarzowego, czy siła tych świąt, świąt Bożego Narodzenia, też nie wynika z tego, co Wam powiedział, nie tylko takiego kalendarza liturgicznego, którego w sposób świadomy bądź nieświadomy doświadczamy, ale generalnie z kalendarza, że przemija cały rok, rok w sensie takim administracyjnym nawet, urzędniczym, on się kończy,

Zaczyna się jakiś nowy etap.

I teraz zwieńczeniem tego roku jest ten ostatni tydzień, który ma być taki miły, szczęśliwy, pełen nadziei i go otwierają te późne święta.

To wieczność uczkana jest pomiędzy dniami tygodnia, jak mech w drzdelkach drewnianego domu.

Od czasu do czasu, tak.

To jest meket wtedy, to jest taka rozpacz bez granic i...

Dla mnie nie tylko pisanie, ale w ogóle myślenie to jest taka walka, żeby właśnie tę radość ukrytą wśród banalności, czy nawet niekiedy wśród złych rzeczy, żeby ją umieć odnaleźć.

A kiedy w naszej tradycji święta niewątpliwie związane są z tekstami kolęd, to kiedy pojawia się taki sposób myślenia właśnie tym językiem radości o świętach, to jaki tekst kolędy brzmi tak poetycko w uchu poety?

Ostatnie odcinki