Mentionsy

Reportaże | Radio Katowice
26.01.2026 15:38

Reportaż: Leksykon lekarzy

Nigdy nie czuł się bogiem. Razem ze współpracownikami zajmował się remontem pomieszczeń tworzonej kliniki, wynoszeniem gruzu. Potem wędrował po gabinetach partyjnych działaczy, dyrektorów zakładów pracy i ministerstw, aby wyprosić potrzebne na wykończenie i wyposażenie pieniądze.
Anna Sojka proponuje dziś opowieść o człowieku, którego znali wszyscy. I  wszyscy mówili o nim, że jest dobrym człowiekiem.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 119 wyników dla "Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu"

Po prostu dla niego był najważniejszy pacjent.

No i to chyba było jego największą cechą i to stanowiło jego wielkości.

To nie jest tak, że to jest spokojny człowiek, który tam się pięć minut zastanawia, co ma powiedzieć i tak dalej.

własne serce wyhodowane z własnych komórek, czyli z mojej własnej komórki nowy narząd w momencie, kiedy stary mi się popsuł.

Wizjoner, szaleniec, dobry człowiek, człowiek niezłomny, walczący o każdego pacjenta jak lew.

To nie będzie jednak opowieść o zasługach, zaszczytach, funkcjach i orderach.

To będzie opowieść o człowieku.

Gdy 16 grudnia 1938 roku w niewielkich podwarszawskich Miedniewicach tamtejszemu dyrektorowi szkoły Eugeniuszowi Relidze urodził się syn, z pewnością nikomu nie przyszło do głowy, że kiedyś o Zbyszku usłyszą wszyscy.

Zwłaszcza, że był łobuziakiem i nad podręczniki przedkładał czas spędzany z rówieśnikami na wybrykach i wagarach.

Marzył o filozofii lub dziennikarstwie.

Wybrał jednak studia medyczne w Warszawie.

Wtedy zaczął się czas dwóch miłości.

Z mężem zaczęliśmy studia razem i właściwie w jednej grupie byliśmy do końca studiów.

Anna Wajszczuk-Religa.

No i w okresie już po zdanych ostatnich egzaminach, myśmy zdecydowali o ślubie.

To był rok 1962, koniec studiów i dalej się potoczyło już przez 47 lat.

W 1966 roku po ukończeniu stażu podyplomowego i odbyciu służby wojskowej Zbigniew Religa rozpoczął pracę w Szpitalu Wolskim w Warszawie.

Tam też uzyskał pierwszy i drugi stopień specjalizacji lekarskiej z chirurgii, a w 1973 roku obronił doktorat.

Przełomem okazały się odbyte w Stanach Zjednoczonych staże w zakresie chirurgii naczyniowej i kardiochirurgii.

Po powrocie okazał się najlepiej wyszkolonym lekarzem w kraju.

Był przygotowany do wielu operacji ratujących życie i zdrowie pacjentów chorujących na choroby sercowo-naczyniowe.

Zbigniew Religa zaczął marzyć o tym, co do tej pory w Polsce wydawało się niemożliwe.

No i w takim przypadku należy się rozstać albo podporządkować.

On wolał się rozstać i wyjechać i robić to, co uważał za słuszne.

Aby móc realizować te plany Zbigniew Religa musiał stworzyć swój własny zespół z dala od Warszawy.

Od niczego, od zera stworzył potęgę kardiochirurgii w Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu.

Postawił na młodych.

Bardzo otwarty człowiek, który nie miał w sobie jakiejś zazdrości profesjonalnej.

Człowiek, który potrafił pociągnąć za sobą ludzi, stwarzał możliwości, nie robił żadnych barier.

Był bardzo bezpośredni w kontaktach, imponował swoim profesjonalizmem, imponował swoją otwartością i był taką lokomotywą, a my byliśmy wagonikami i tak po kolei wskakiwaliśmy za tą lokomotywą.

Wspaniały człowiek skracał dystans.

Rozmowa z panem profesorem to była wielka przyjemność.

Człowiek się nie stresował.

Czuliśmy się w jego otoczeniu przede wszystkim bezpieczni, a na tym zyskiwał przede wszystkim chorym, bo mogliśmy o tym chorym powiedzieć wszystko.

On kochał ludzi, on wierzył w ludzi.

5 listopada 1985 roku docent Zbigniew Religa przeprowadził pierwszą w Polsce udaną transplantację serca.

Gdyby się nie udała, walczyłbym dalej, mówił.

W 1987 roku profesor Religa przeszczepił serce 61-letniemu pacjentowi.

Podarował mu kolejne 30 lat życia.

To jest ranek, cudowne uczucie.

Tadeusz Żytkiewicz.

Cudowne uczucie, naprawdę.

Człowiek patrzy, że żyje, nic go nie boli, jeszcze działają środki przeciwbólowe.

Dopiero się rozkleiłem, rozpłakałem, jak rodzina przyjechała wieczorem i...

Nie zwalniał tempa.

Wielokrotnie w wywiadach podkreślał, jak ważna jest kardiologia w Polsce, bowiem choroby sercowo-naczyniowe już w latach 80. były główną przyczyną nagłych zgonów.

Nie wszyscy pamiętają, że Zbigniew Religa był kardiochirurgiem, który miał oryginalne własne osiągnięcia w zakresie leczenia skomplikowanych złożonych wrodzonych wad serca, że pokazywał nam ciekawe obszary chirurgii naczyniowej.

Jego największe dzieło to mechaniczne wspomaganie krążenia.

Właśnie wtedy powstała w Zabrzu Fundacja Rozwoju Kardiochirurgii, a z nią pojawiła się niezwykła przyjaźń.

wi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to nieprawda.

Oczywiście, że mi go brakuje.

Brakuje mi tych kontaktów z nim, zwłaszcza tych kontaktów wieczornych, tych prywatnych.

Tych, kiedy spotykaliśmy się albo u niego w domu, tu na remont, albo u mnie w domu.

Tych spotkań wieczornych, nawet mniej tych wspólnych wyjazdów na różnorodne tam wakacje, ryby i tak dalej.

Najbardziej mi brakuje właśnie tych spotkań prywatnych dwóch wieczorami.

To było tak, że jak kończyłem pracę tak koło piątej czy jak tam fundacji, to szedłem do niego do domu, powiedzmy raz na dwa tygodnie czy jak tam.

Wstępowałem do Wierzynka, był tam sklep na rogu 3 Maja i Sienkiewicza.

Kupowałem pół litra, dwie bułki i pęto kiełbasy jałowcowej.

No i szedłem do niego do domu, on robił herbatę i zasiadaliśmy i mieliśmy cały wieczór dla siebie i gwarzyliśmy, a to o tym, a to o tamtym, a to o siątym, jak to między przyjaciółmi.

I rozmawialiśmy i o medycynie oczywiście, i o pacjentach, ale mniej.

Więcej mówiliśmy o sobie, więcej mówiliśmy o górniku Zabrze, więcej mówiliśmy o rybach, więcej mówiliśmy o rodzinie.

Normalne rozmowy jak między dorosłymi ludźmi, po prostu o wszystkim.

Polityka, także ta wielka, kilka razy wkraczała w życie profesora.

Nigdy jednak nie działo się to kosztem pacjentów.

Na wyjazd na ryby też trzeba było znaleźć czas i zatroszczyć się o środowisko.

Jako stały, wielki, na wielu lat niewłaśnik tego wędkarstwa, zebrałbym wszystkich mądrych ludzi, żebyśmy coś i musieli coś wydalić.

Co tu zrobić, żeby w polskich wodach, w polskich jeziorach były ryby?

Wszyscy, którzy znali profesora Religę podkreślają, to był człowiek, który właściwie nie odpoczywał.

On miał taką właściwość, że jak kończył jedno, a rozpoczynał jakąś drugą aktywność...

to on przy tej drugiej aktywności odpoczywał od tej poprzedniej aktywności.

On w zasadzie nigdy nie był zmęczony, co było wkurzające.

Jak byliśmy na różnorodnych wczasach czy tam gdzieś, to tu przyszedł ryb, tu po obiedzie to w ping-ponga gramy.

Myśmy musieli wszyscy uciekać, bo on bez przerwy chciał tam coś robić, a nas tam było paru kolegów, chcieliśmy mieć święty spokój, albo piwa się napić, albo tam coś.

A on je w pinglach, to my tam uciekali.

Zawsze był jakiś dyżurny, który nie zdążył uczyć, to potem musiał w nim ping-ponga grać cały popoł.

Był profesor Religa człowiekiem wielkim.

Wzrostem, wiedzą, poświęceniem pacjentom.

Był jednocześnie skromny i niewymagający.

Był skromny, był bardzo skromnym człowiekiem.

Profesor Liga nie dbał o taką powierzchowność swoją, nie dbał o swój samochód.

Miał ten samochód zawsze pełen petów po papierosach.

Nie dbał o codzienne sprawy, nie dbał o pieniądze, nie był osobą warunkującą w jakikolwiek sposób swoje usługi, swoje zaangażowanie za pieniądze.

Był naprawdę człowiekiem

poświęcający się bez jakichkolwiek ograniczeń pacjentowi.

Po prostu dla niego był najważniejszy pacjent.

No i to chyba było jego największą cechą i to stanowiło jego wielkości.

Był raczej człowiekiem takim skromnym i raczej prostym, w sensie prostolinijnym.

To mam na myśli, mówiąc prosto.

I potrzebował od życia niewiele.

On potrzebował, żeby mieć zawsze paczkę papierosów przy sobie i pełny bak.

Lubił prowadzić, potrafił prowadzić, ale dla mnie jeździł za szybko.

Jak każdy człowiek nietuzinkowy miał też swoje słabości i przyzwyczajenia.

Najbardziej ulubionym daniem profesora były pierogi z mięsem, mocno okraszone i do tego barszczik czerwony.

Był miłą osobą, sympatyczną, nie wywyższał się, traktował ludzi...

na równi ze sobą.

Kawa musiała być porządna, musiał być papieros.

Ewa Maksymowicz.

Tak się zaczynał dzień i kończył oczywiście.

To nie jest tak, że spokojny człowiek, który tam się pięć minut zastanawia, co ma powiedzieć i tak dalej.

Ale za dwie minuty mu przeszło.

Jak cholerykowi.

Większość chirurgów jest takich, ja także jestem cholerykiem.

Nie byliśmy tacy wrażliwi.

Woleliśmy, żeby się wykrzyczał, żeby powiedział, co ma na sumieniu.

Akceptowaliśmy albo nie akceptowaliśmy tego, ale to było normalne dla nas.

Można się zastanawiać, skąd brało się to zaufanie do profesora.

Bo kochali go wszyscy.

Rodzina, pacjenci, dziennikarze i współpracownicy.

Przede wszystkim z jego bezpośredniości i z prawdopodobności.

Ja muszę powiedzieć, że po raz pierwszy, kiedy z nim się spotkałem, faktycznie uważałem go za wizjonera i za człowieka, który opowiada raczej takie drdy małe, bo nie będziemy nigdy w Polsce, w tej siermiężnej Polsce wszczepiać ani sztucznych serc, ani nie będziemy.

Byliśmy w momencie, kiedy z trudem byliśmy w stanie robić bypassy i wymieniać zostawki, a co dopiero w takich skomplikowanych rzeczach.

I sam byłem sceptykiem, ale ta chęć dążenia do realizacji tych celów powodowała, że wierzyliśmy mu.

No taki był, bo była robota do wykonania, pacjent był, no i tyle.

Wiosną 2007 roku wybitny kardiochirurg usłyszał druzgocącą diagnozę.

Nowotwór złośliwy płuc.

Medycyna okazała się wobec niego bezradna.

Zbigniew Religa zmarł 8 marca 2009 roku.

Wydaje mi się, że udało mi się w życiu coś zrobić.

Tak profesor od serca podsumował lata swojej pracy.

Ostatnie odcinki