Mentionsy
Katarzyna Michalak "Opus magnum"
W połowie listopada media obiegła informacja o niecodziennej operacji przeprowadzonej przez lekarzy z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie. Medycy wycięli z brzucha 56-letniego pacjenta 16-kilogramowy guz. Mężczyzna spod Hrubieszowa po kilku dniach w dobrej formie wrócił do domu. W czwartkowym reportażu powrócimy do tego wydarzenia, aby zastanowić się nad zagadkami ludzkiego organizmu i zachęcić do profilaktyki.O fenomenie pracy chirurga opowie prof. Karol Rawicz-Pruszyński, pod którego kierunkiem odbyła się operacja.
Szukaj w treści odcinka
Szybko taką pocztą pantoflową się rozniosło, że na sali numer 5 jest taka, a nie inna operacja.
I tak nawet takiej ciekawości zwyczajnej część koleżanek i kolegów przyszło zobaczyć.
No bo faktycznie ten guz sam w sumie wyglądał dość imponująco.
Jest to coś obcego, a zarazem wychodzącego z naszych własnych tkanek, które zostały na drodze przynajmniej kilkunastu, a często kilkudziesięciu różnych sekwencji genetycznych i molekularnych i tkankowych przeistoczone w coś innego niż tkanka fizjologiczna.
Nie każdy guz jest rakiem, czyli tak zwanym nowotworem złośliwym.
To na pewno.
Lekarze z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie wycięli z brzucha 56-letniego pacjenta ogromny guz.
Na bóle w tym miejscu mężczyzna skarżył się od około roku.
Kierownik oddziału chirurgii onkologicznej USK1 w Lublinie prof. Karol Rawicz-Pruszyński powiedział Polskiej Agencji Prasowej, że mężczyzna z małej miejscowości pod Zamościem od około roku uskarżał się na bóle brzucha, które były bagatelizowane z powodu niezdrowego stylu życia.
Witam Panią się.
Trudno trafić do Was.
No nie, no to te gorsze bidy nie ma jak u mnie, także łatwo.
Wcale nie, wcale nie, ale okolica piękna.
Ja miałem takiego Urbanowicza, doktor, to trzeba coś robić, aby robić.
Chyba że najwyżej pójdziemy do sąsiada, bo sąsiada to czyściej ma niż ja.
No ale w sumie jest takie jest.
Niesamowite.
Spodziewałam się takiego chorowitka.
No jedynie tam jeszcze te szwy.
Ja się boję schylać, bo tam na tej, jak to kiszka, tam też mam szwy.
Nie, no mam dietę, ja to prowadzę sobie dietę taką, po swojemu.
Staram się tak, no, galonkę na wieczór walić.
Nie, nie wierzę, nie wierzę.
Ja mogę wyjąć.
Pan jest żartowniczy.
Najpierw babcia je, troszkę ja tam uskubię, troszkę kotom pokażę, co ja jem, żeby wiedzieli i później z powrotem je zabieram.
Lubię dużo zieleniny, wszystko, wszystko owoce.
Postęp cywilizacyjny i technologiczny powoduje, że dzisiaj znajomi lekarze, chociażby z roku i do tego właśnie zmierzam, wysyłają na Whatsappie skan tomografii z pytaniem słuchaj zrobisz, bo jest taka pilna sprawa.
I tak też było tutaj w tym przypadku.
Pani doktor Sylwia Romanowska-Schab z Zamościa, przyjaciółka z roku.
Onkolog kliniczny objęła opieką naszego bohatera, który to tak chodził, nie chodził do lekarza POZ-u, wydawał mu się, że to właśnie te zupy chmielowe powodują ten narastający obrzęk brzucha.
No troszkę taka może niefortunna ścieżka, ale to często przecież jest tak, że opieramy się na pewnych jakichś stereotypach, a rzeczywistość wydaje się być zupełnie inna.
No i tak było też w tym przypadku, że u pana dopiero po roku praktycznie zostało wykonane USG, później już piorunująca decyzja o pilnej tomografii i w zasadzie w dniu wyniku tego badania od razu konsultacja z nami i skierowanie chorego do nas.
Większość guzów w naszej populacji to zmiany łagodne, bo praktycznie co drugi z nas będzie miał w wątrobie naczyniaka, które jest zmianą łagodną.
Nierzadko kobiety będą palpacyjnie wyczuwały zmianę w piersi.
Nie zawsze jest to rak, czasami będzie to gruczolakowłókniak.
Natomiast zdarza się niestety, że mówimy o guzie w kategorii tzw.
zmiany pierwotnej.
Czyli sytuacja też robi się troszkę bardziej poważna, bo mamy do czynienia najczęściej wtedy właśnie z nowotworem złośliwym.
Czyli taką zmianą, która jest łobuzem nieograniczającym się tylko do własnego podwórka.
czyli tzw.
błony podścieliskowej, ale łobuz ten lubi, jak taki rasowy kibol, nie tylko chodzić na mecze domowe, ale też wyjazdowe.
No więc rak może dawać przyrzuty.
I cały ambaras polega na tym, żebyśmy tego łobuza zdążyli wyłapać na tak wczesnym etapie, żeby on jeszcze tego spustoszenia w naszym organizmie nie zasiął.
No mnie już to niepokoiło, na przykład to ból kutania brzuchu, że to mi nie dawało dużo na raz wypić.
Troszkę kłopoty z sikaniem miałem, takie częściejsze, ale to sobie lekceważyłem.
Bo mówi się, tak wyczytałam, że zwlekał pan rok.
To chlopotanie w brzuchu.
A przy rozdwagi?
Ja ważyłem bardzo dużo, 120 mijałem.
I tak po drebinie mi była bida wychodzić.
Gdzieś wysoko.
A rodzina nie zauważyła, że fizycznie się Pan zmienia?
Chodziłem porozbierany na przykład w lato.
No to pierwsze widać było brzuch dopiero ja.
Tak w początku myślałem, że tam woda się jakaś ozbierała, może coś.
Trzeba się go wytrzymać z tym wszystkim.
Robiłem wszelkie badania wcześniej, te 40+, wyniki piękne.
Wiesz, ja się martwię, może tam trzustka na nic, może ja już wątroby nie mam ze względu na ten alkohol.
On to sprawdza, śmieje się.
A ja tylko chciałem, że interesowany bym, jak u mnie wygląda trzustka.
No tam cukier dzisiaj to każdy ma ciut większy, tak?
Jeszcze jedne powtórzyłem i nic tam nie było widać takiego.
Gdybym się może i dalej nie skarżył, gdyby mi naprawdę już coś zaczęło, że to te buty.
Musiałam najmować ludzi, żeby mi skarpetę nakładali.
No ale już jak się dowiedziałem o tym USG, które zwlekałem bardzo długo, lekarz mnie kierował, a ja mam czas.
Prywatnie na szczęście da się.
No i już jak mi tam w WSG coś wykryto, skierował mnie na tomograf.
Jakiś guson, tego nie wie co to jest, jak to jest, trzeba będzie badać.
Mówi, to coś niemożliwego jest.
I szybko to się wszystko już potoczyło, bardzo szybko.
Tu jestem bardzo wdzięczny dla lekarzy z Lublina, bo ja miałem tę operację mieć aż w grudniu, prawie pod koniec grudnia.
Być może, że byśmy się już może nie widzieli w grudniu.
Od czasu tej wiadomości pan był na stole w ciągu dwóch tygodni tak naprawdę, bo zaliczył po drodze jeszcze poradnię anestezjologiczną, gdzie lekarz kwalifikuje do znieczulenia ogólnego i w momencie, jeżeli mamy zielone światło od anestezjologa, którego pieszczotliwie tutaj nazywamy dusicielem, no to wtedy już możemy działać.
Oczywiście sami tą tomografię komputerową przeanalizowaliśmy.
Wiedzieliśmy, że będzie to wezwanie, ale z drugiej strony chory już zaczął mieć trochę objawy tak zwanej podniedrożności, czyli coraz trudniej było mu przyjmować pokarmy stałe, bo te płynne absolutnie kontynuował jak dotychczas.
I gdybyśmy my jako lekarze nie zainterweniowali, no to tak można przypuszczać, że święta Bożego Narodzenia mogłoby się skończyć gdzieś tam operacją w trybie pilnym, która znowuż mogłaby już nie umożliwiać takich, no nazwijmy to, dobrych pod kątem sterylności warunków operacyjnych.
Więc zaczęło się od zdjęcia, czy od wyniku badań na Whatsappie?
I co pan profesor pomyślał, jak przyszła ta wiadomość?
Jaka była pierwsza myśl?
Pierwsza myśl była taka, że to będzie fajna operacja.
Może to jest jakieś skrzywienie zawodowe, ale postęp chirurgiczny, bo coraz częściej operujemy czy to robotem, tym słynnym da Vinci, czy laparoskopem, czy na otwarto.
Tak czy inaczej postęp w naszych umiejętnościach, w tych technikach operacyjnych sprawia, że ta utrata krwi, która kiedyś była jednym z głównych problemów w czasie operacji chirurgicznych,
Dzisiaj może być w mniejszym lub większym stopniu kontrolowana.
Jeżeli mamy dobrą kwalifikację do leczenia i widzimy, że guz nie nacieka naczyń, to ryzyko krwawienia nie jest aż tak duże.
Natomiast chirurg musi całe życie tę krew czuć.
My musimy być głodni, mówiąc krótko, musimy być tej krwi żądni w dobrym tego słowa znaczeniu.
W momencie kiedy chirurg traci pewien zapał czy entuzjazm czy chęć bycia na bloku operacyjnym
To w zasadzie ucieka nam to, co najpiękniejszego w chirurgii, czyli cała ta magia bloku operacyjnego, sali operacyjnej, tej takiej niesamowitej więzi, którą chirurg łapie z pacjentem, bo faktycznie kwalifikacja do operacji, konsultacja, analiza badań, zlecenie czasami pewnych leków, prehabilitacja, czyli przygotowanie metaboliczne i psychologiczne do operacji
Ono i tak kończy się właśnie tym opus magnum, nazwijmy, czyli operacją, gdzie po prostu wszystko zależy od naszych rąk.
Ale to pan tak żartuje o tym piciu, czy naprawdę było?
Ale to był taki mocniejszy alkohol, czy piwo?
Wszystko.
No ale jak tam się czasami ten kumple zejdą razem, sobie zejdziemy się, no nie da się nie wypić.
Czyli nie traktuje Pan tego jako nauk, tylko towarzysko?
Ja mam w domu alkoholu ile trzeba.
No w tej chwili to już nie.
Ale jeszcze przed operacją parę dni, to tak jeszcze, no się sobie nikt, tylko anestezjolog wyczuje.
Tego się też troszkę bałem, bo to takiej operacji nigdy w życiu nie miałem.
Kiedyś na palce to żadna operacja, tam na żywca mi tam puszczywali na ukrętkę, abym tylko sobie do domu jechał zaraz.
Czy powiedzieli Panu, że to jest olbrzym?
Że to jest wielkie i ciężkie?
Nie, dopiero później już, jak już byłem w Lublinie, co zawiozłem tę płytę, to przyszedł lekarz, mi tą podotykał, pomacał, poruszał tędy.
Jak ja to wyhodowałem?
No ta sama wersja, co cały czas.
Ja nawet nie wiem, co tam jest.
Także to dla mnie to jest silna nowość.
I na pewno, gdybym wiedział wcześniej, że coś takiego mi rośnie, no na pewno bym mnie zlekał.
Pamięta Pan, jak przygotowywali Pana do operacji?
To wszystko szybko poszło, nie?
Aż mnie to wszystko dziwiło.
Ja przyjechałem, dajmy na to, w środę, a czwartek, dzisiaj tydzień, tak?
O taka pora to już prawie byłem wybudzany.
I nie wiem, czym oni mnie tam uśpili, kiedy, jak, nie wiem, nie pamiętam nic.
Ten guz przebijał się przez powłokę.
On był wyraźnie widoczny.
Ktoś by mógł powiedzieć, że USG nie było potrzebne do diagnozy.
No nie jest to prawda, bo potrzebujemy badania obrazowego, żeby móc ocenić charakter i topografię tak zwanej tej zmiany.
Natomiast tutaj po otwarciu brzucha to cięcie musiało być dość szerokie z uwagi na gabaryty zmiany.
Pokazała się wielka masa.
I w zasadzie dla niektórych na pewno byłoby to taki moment, w którym teoretycznie można byłoby wziąć igłę biopsyjną, pobrać wycinki i ten brzuch zamknąć.
I powiedzieć, no zobaczymy co to jest i co wyjdzie, może jakieś leczenie indukcyjne, może się on zmniejszy, może to, może tamto.
To tak jak w życiu.
Pewne sytuacje czasami dzieją się szybko.
I tutaj biorąc pod uwagę, że już ten chory miał te wspomniane objawy płodniedrożności, czyli ten guz zaczynał przeszkadzać mu już w takim codziennym funkcjonowaniu, no to trzeba było podjąć decyzję ryzykowną.
No tak, ale chirurgia jest też pewnego rodzaju ryzykiem.
jest w zasadzie taką szkołą podejmowania dobrych decyzji w ekstremalnie trudnych warunkach.
Więc tutaj po prostu krok po kroku zaczęliśmy uwalniać ten guz od boku, od okolicznych tkanek, od tej zdrowej części jelita, bo niestety na pewnym odcinku okrężnicy ten guz się w nią wtapiał, więc po prostu musieliśmy ją wyresekować.
Później szczęśliwie udało się zrekonstruować.
Przewody pokarmowe, jelito grube i można powiedzieć już po tygodniu od zabiegu, który będzie jutro, no to taka wczesna faza gojenia, zespolenia jest za nami, więc Pan może już śmiało spożywać pokarmy stałe.
No bo musimy te tkanki napinać w odpowiedni sposób i przeciągać go gdzieś na naszą stronę, mieć go już pod palcami, żeby doprowadzić do momentu, kiedy odcięcie się tego guza jest możliwe dzięki jednemu krótkiemu ruchowi nożyczek, czy powiedzmy narzędzia, które przy okazji tę ostatnią tkankę skoaguluje.
i sprawi, że ona nie będzie krwawić.
Cytując klasyka, każda operacja jest wyjątkowa.
Ja może jestem troszkę też skażony obecnością na bloku z innych powodów.
Mianowicie tak moje życie się ułożyło, że i asystowałem, i wykonywałem też przynajmniej kilkadziesiąt cięć cesarskich.
To nie tylko w Polsce, ale też na czarnym lądzie, gdzie ta otoczka jest jeszcze inna.
i jeszcze piękniejsza i takie warunki można powiedzieć prawie jak z dżungli.
Do czego zmierzam, że nawet cięcie cesarskie, w momencie kiedy na świat przychodzi nowe życie i wyciągamy maluszka i nie jest to zabieg jakiś bardzo skomplikowany, chociaż się zdarza, ale zabieg trwający 45 minut też jest w pewien sposób magiczny.
Mamy też taki trend, żeby pozwalać te ostatnie cięcie wykonać najmłodszej osobie w zespole, żeby każdy mógł poczuć, że był ważną częścią tej operacji.
I tutaj akurat pani doktor rezydentka, która była tą trzecią osobą bezpośrednio przy stole, to ona finalnie wzięła ten guz i przeniosła go na inny obszar bloku.
Tu nawet były pewne skojarzenia z Królem Lwem, kiedy Rafiki podnosi małego Simbę jako przyszłego króla.
To może bardziej w kontekście takim, że się udało, że ten cały blok, który się zleciał oglądać tą operację, ona nie była łatwa.
Tam powiedzmy nie było powikłań i chorusz jest w domu.
I bardzo się cieszymy, ale nie zawsze jest tak różowo i mogło być różnie.
I ta świadomość, że mogło być właśnie różnie, ale jednak wybrzmiał najlepszy możliwy happy end.
To powoduje, że też ten stres po naszej stronie chirurgów, który jest, może nie zawsze jest widoczny, ale gdzieś wybrzmiewa i rezonuje.
Operację przeprowadzili w czwartek prof. Karol Rawicz-Pruszyński, urolog dr Paweł Iberszar i rezydentka chirurgii onkologicznej dr Emilia Maleszyk.
Zabieg trwał 2,5 godziny.
Lekarze wycięli z ciała 56-latka 35-centymetrowy guz o masie 16 kg wraz z lewą nerką i fragmentem okrężnicy.
Był przy tym obecny praktycznie cały blok operacyjny, ponieważ takie przypadki widuje się niezwykle rzadko.
Pani Ireno, pani zdawała sobie sprawę, jak chory był syn?
Tak, ale on mi nie powiedział nic.
Babci niewiele tłumaczyłem.
Niewiele.
No bo co babci będę jeszcze zaumiewał?
Tak, wszystko dobrze.
Nawet babcia nie wiedziała, gdzie ja jadę, po co jadę, do kogo.
Dwóch zostało.
No, jak babcia nie chce jeść, to ja chcę do Smuligowa oddać.
A u nas w Smuligu to taki przytułek.
Ale ja kiedyś tak o sobie, no tak sobie mówiłem, że jakby panie broń, jakimiś moimi przyjacielowi czy przyjaciółce.
Zabrakło tej nerki, bo tyle się o tym mówi czasami, tak?
Tak, tylko tam się nie zawsze.
Już teraz to się na pewno nie nadaje.
Bo tą nerkę nie szło, jak mi lekarz wytłumaczył, nie szło uratować, bo cała obrośnięta, tak.
Nawet nie wiem, ile tam wyciągnął.
Jego prawo.
Też jestem bardzo wdzięczny.
Podejrzewam, że jakbym trafił na inny szpital,
To by się nie załamywali nade mną, nic, nic, nic nie przemyślali.
Chlasnęli 15 minut.
Człowiek później chodzi z workiem, ja sobie tego nie wyobrażam.
A tam obsługa super, wszystko, wszystko czyściuteńko, milutko, aż się chce leżeć.
Tego guza musieliśmy przeciąć na pół, ponieważ okazało się, że żaden pojemnik w szpitalu nie jest na tyle duży, aby go pomieścić.
w trybie pilnym, no więc mamy nadzieję, że gdzieś tam w ciągu dwóch tygodni będziemy wiedzieć dokładnie, jaki jest garnitur tego łobuza.
No i on też będzie warunkował ewentualną dalszą ścieżkę postępowania.
Na pewno sobie tak nie pozwolę tamtymi litrami, bo nerka jedna.
A teraz widzę wzruszenie.
Dziękuję za to wszystko.
Wzruszający jestem.
Nawet jak się napiję, to też płaczę.
Sam z siebie człowiek.
Nierzadko jest tak, że pacjenci po znieczuleniu, no to troszeczkę tak się czują, jak po jakimś udanym weselu w remizie.
Natomiast tutaj to, co było ujmujące, to widok takiej ulgi na twarzy tego pana i tak świadome poczucie, że jest 16 kilogramów lżejszy.
Tak zażartowaliśmy, że jest silnym zawodnikiem, bo poradziliśmy sobie z tym łobuzem, na co pan stwierdził, że kiedyś trzech ochroniarzy nie było w stanie dać mu rady.
No więc to było takie wymowne i jednoznaczne.
To też jest bardzo taki urokliwy moment, kiedy patrzymy na chorych po operacji i kiedy przekazujemy im dobre wieści i widzimy tą ulgę w ich oczach i właśnie ucieczkę tego ciężaru, który im towarzyszył.
Niestety czasami też te informacje nie są dobre i czasami wręcz widzimy, że ten ciężar jeszcze bardziej przytłacza.
I to są te momenty, kiedy tak naprawdę my musimy wchodzić na najwyższe obroty i myślę, że to jest świadectwo tego, czy jesteśmy dobrymi lekarzami.
Nie fakt zoperowania w imponujący sposób takiej czy innej zmiany, ale umiejętności zderzenia się z tym światem, który się właśnie naszym pacjentom czasami wali na głowę.
To jest ten moment, kiedy my musimy troszeczkę być jak ten atlas i spróbować go podtrzymać.
Ostatnie odcinki
-
Monika Malec "Ich świat"
02.02.2026 20:30
-
Magda Grydniewska "O tym, jak lubelski ratusz b...
01.02.2026 16:34
-
Katarzyna Michalak „Muzyka jest pamięcią”
28.01.2026 21:00
-
Monika Niedziałek "Wietnam szlakiem Kazika"
27.01.2026 20:55
-
Monika Malec "Dusza tułacza"
26.01.2026 20:30
-
Mariusz Kamiński "Hrabina"
25.01.2026 10:00
-
agnieszka czyżewska jacquemet "własna pięciolinia"
20.01.2026 09:32
-
Monika Malec "Muzeum a sprawa polska"
19.01.2026 20:20
-
Magda Grydniewska "Światy pana Jana"
12.01.2026 20:14
-
Monika Malec "Autoportret z tajemnicą"
07.01.2026 10:45