Mentionsy
Pierwsza Młodość #152
Ostatnio jestem na krawędzi, jest mi trudno, zatem dzisiaj jest opowieść o tym, co ludzie robią, jak się czują, jak mogą być zmanipulowani, gdy do tej krawędzi dojdą…Brzmi tajemniczo? I dobrze.
Ten podcast powstaje dzięki Patronite: https://patronite.pl/karolinakp
0:00:00 Intro 0:04:59 Dom dobry 0:23:46 Reportaż Michała Janczury 0:42:19 Heweliusz 1:00:12 Outro
Szukaj w treści odcinka
Dzień dobry Państwu.
Karolina Korwin-Piotrowska przed mikrofonem.
To jest 152 odcinek podcastu Pierwsza Młodość.
Witam wszystkich ciepło, serdecznie, jesiennie i...
Porozmawiamy sobie o tym, jak to jest być na krawędzi.
Sama jestem na krawędzi od paru tygodni, ale nie będę o tym mówiła, natomiast zdecydowanie może przez to, w jakiej sytuacji się znalazłam, jakieś takie rzeczy do mnie same przychodzą tego typu i po prostu dzisiaj z autopsji pogadamy sobie o życiu na krawędzi i o tym, czym jest ta krawędź, bo są takie trzy rzeczy, które pojawiły się ostatnio.
w przestrzeni publicznej, które bardzo rezonują z tym, co ja mam ostatnio w głowie.
Ale zanim to, przypominam niedługo trzecie urodziny podcastu Pierwsza Młodość.
Z tej okazji będą różne bonusy i prezenty i słuchajcie, kubki, no cudawianki będą naprawdę.
Śledźcie bardzo uważnie newslettery, szczególnie patroni od progu 25 i 55, bo to będzie podzielone.
Przypominam także, że ten podcast powstaje dzięki Patronite i to patroni od progu 25 mają w momencie premiery podcastu newsletter i w nim różne fajne rzeczy.
Jakaś pani napisała do mnie nauczycielka niedawno.
że ona w ogóle według tych newsletterów robi lekcje w swojej szkole praktycznie i to jest bardzo miłe dla mnie.
Ja nie wiem, co z tej młodzieży wyrośnie.
Chciałabym, żeby wyrośli jacyś bardzo fajni ludzie i bardzo się z tego cieszę.
A jeszcze chciałam powiedzieć, że słuchajcie, dla patronów od progu 25 jest raz w miesiącu specjalny bonus.
To jest odcinek komentary wyłącznie dla patronów.
No trochę się rozgrzała sieć po tym ostatnim odcinku.
Bardzo dużo wiadomości.
Bardzo ciekawych.
Między innymi wiem, ile kosztuje podcinek u żurnalisty, bo mi ktoś podesłał.
Dość zabawne to jest.
Ale no, słuchacie i bardzo się cieszę.
to macie dostęp do wszystkich odcinków w komentary na Spotify.
No dobra, no to posłuchajmy tej zajawki najnowszego, świeżutkiego odcinka komentary, który jest dla patronów od progu 25.
W ogóle nie przykłada się wagi do merytoryki.
Ilość fake newsów, przekłamań, manipulacji jest po prostu horrendalna.
I mówienie, że więzienne zupy są gorsze od tych, które były w obozach koncentracyjnych, jest to poziom żenady niespotykany w ogóle.
Takich kwiatków u żurnalisty jest bardzo dużo.
To jest taki wywiad, w którym żurnalista padł na kolana i nie podniósł się z nich do samego końca.
Podcast biznesowy, naprawdę widać, że oni wiedzą o czym mówią.
W przeciwieństwie do bardzo wielu dziennikarzy, którzy prowadzą wywiady z różnymi ludźmi, którzy po prostu obwijają ich sobie wokół palca.
Dziennikarze traktowani są jak PR-owcy.
Zadajesz te pytania, które są miłe, łatwe i przyjemne, a jak nie, to pójdziemy z Tobą do sądu.
Nie sprawdza się, nie zadaje się żadnego niewygodnego pytania.
To trzeba takiego fetysza czy szalonego reportera, żeby zadać pytanie, które powinno paść, jeżeli się chcesz nazywać dziennikarzem.
No dobrze, proszę Państwa, już teraz... Aha, jeszcze chciałam powiedzieć, że miesiączka jest.
Miesiączka niedługo będzie nowa, pachnąca, ale jeszcze mamy tą poprzednią, która bardzo ładnie się słucha, więc też czekam w ogóle na Wasze oceny, co byście tam chcieli dorzucić, pozmieniać, bo w głowie mi pojawiają się różne nowe pomysły, ale ze względu na to, że ostatnio jestem mocno na krawędzi i nie udaję, bo się śmieję trochę, że nie po to wydaję pieniądze na terapię, żeby całe życie jeszcze udawać.
Nie chcę mi się udawać.
No, nie jest łatwo z wielu powodów.
Więc ta krawędź, to bycie na krawędzi, to bycie testowanym przez życie po raz kolejny, nie jest łatwą rzeczą.
I dlatego zacznijmy w takim razie od filmu, który zobaczyłam parę dni temu i który siedzi mi w głowie bardzo, bardzo.
I o którego istnieniu wiedziałam na długo, zanim został nakręcony o pomyśle na jego powstanie, bo rozmawiałam z Wojciechem Smarzowskim, kiedy jeździłam z nim i z jego aktorami w trasie promocyjnej filmu Weselę 2.
I on wtedy powiedział, że ma taki pomysł,
I on się będzie nazywał właśnie może Dom Dobry, ale tak chodzi mu po głowie i że bardzo dużo czyta, analizuje, robi research związany z przemocą domową.
No jak to wygląda?
No i parę dni temu obejrzałam film pod tytułem Dom Dobry na premierze w Warszawie i czytałam dużo o tym filmie po festiwalu filmów fabularnych w Gdyni.
Zdania były podzielone, ale wszyscy byli zgodni, że to jest taki film, który bardzo mocno kopie ludzi w podbrzusze.
Niektórym się nie podobał, używali takich słów jak pornografia przemocy.
No dobrze, to może najpierw taki klip, który się pojawił w internecie z filmu Dom Dobry, który już możecie oglądać w kinach.
Ale pani sędzia, ja ją po prostu bardzo kocham.
No i to jest, proszę państwa, klips ze sądu, gdzie mąż mówi do żony, że no generalnie bardzo cię kocham, Mysza.
To jest taki film, który po raz kolejny pokazuje, że Wojciech Smarzowski ma jakiś tajemny klucz, tajemną drogę, mapę do nas, do naszych głów i do naszych umysłów i do naszych emocji i potrafi uderzyć w mocny, wyrafinowany, przemyślany sposób.
Jeżeli się spojrza na filmografię Smarzowskiego, to widać, że jego interesują ludzkie przywary, ludzkie ułomności wsadzone w taki szerszy kontekst.
To nie jest ktoś, kto pokazuje pewne sceny nawet trudne dla samej radości, bądź też podniecenia pokazywania takich scen.
On je wsadza w kontekst właśnie.
On je owija trochę takim kokonem informacyjno-społeczno-obyczajowym i my nagle dostajemy taki, powiedziałabym, betonowy kokon, który wali nas po głowie, po plecach.
Sami chodzimy po siniaczeni, jakby nas ktoś pobił i myślę, że tym razem jest dokładnie tak samo jak zawsze ze Smarzowskim.
Co myślę, że w czasach, kiedy oglądamy coraz więcej filmów, których nie pamiętamy, ja to mam, ostatnio to zauważyłam, dlatego mimo, że mnie pytacie, ja praktycznie nie oglądam nowości teraz, bo...
Zauważyłam u siebie coś takiego, że ja praktycznie nie pamiętam tego, co obejrzałam w momencie, kiedy jeszcze są napisy końcowe.
Zapewniam was, nie mam Alzheimera ani demencji, ale pomyślałam sobie, że coraz więcej niestety oglądam rzeczy, z racji także zawodowych, o których zapominam po tym, jak się kończą.
W związku z tym myślę, że Smarzowski na te czasy, gdzie my zapominamy, gdzie przez nas przelatują jakieś kolorowe, ładnie zmontowane obrazki, robione, kręcone, wymyślane pod algorytm, bo nie wiem czy wiecie, ale na serwisach streamingowych praktycznie wszystko wymyślane jest pod algorytm.
Jest analizowane co do sekundy, jak to jest oglądane, czy to jest w ogóle oglądane, kiedy ludzie wychodzą.
Już nawet scenariusze pisze się, seriali i filmów pod algorytm.
Tu ma mój ogromny szacunek do Zgonny, bo ten film, można o nim powiedzieć bardzo wiele rzeczy, ale na pewno nie można powiedzieć, że jest pisany w jakimś specjalnie interesie, że ma tu jakąś wielką sprawę do załatwienia w stylu takim, że nie wiem, specjalnie prowokuje, czy właśnie przez to, co się pojawia w niektórych recenzjach, nie czytajcie ich, że tam się właśnie pojawia ta pornografia przemocy.
Wiecie, ja chodzę na premiery bardzo rzadko filmowe, bo nie lubię, bo są ścianki, bo są różni fotoreporterzy i generalnie ta cała Warszawka obrana w cekiny i wypomadowana od rana nie tyle mnie śmieszy, trochę mnie żenuje.
Ale poszłam na premierę, bo nie widziałam tego filmu w Gdyni.
I wiecie, na premierach jest dość specyficzne towarzystwo.
Tam się wszyscy oglądają, patrzą kto ile przytył, kto ile schudł, kto jaki ma nowy nos albo usta, a te cykiny to z Witkaza czy może jednak z Sheena.
No, ale rzadko się zdarza, żeby po premierze była absolutnie cicho na sali.
Po prostu gdyby tam była jakaś mucha, to byłoby słychać jak ona przelatuje.
Ludzie, ja byłam zadziwiona, że niektórzy przed seansem brali sobie jakieś tam naczosy, jakieś tam, wiecie, jedzonko, pićku, bo miałam takie przeczucie, że to chyba im stanie w gardle i rzeczywiście bardzo szybko Smarzowski w tym filmie zaciska nam na szyi pętlę albo zaciska nam pięści.
To jest film, który moim zdaniem nie jest tylko o tej przemocy domowej, bo tak on jest sprzedawany i tak możecie o nim przeczytać.
Ja miałam po prostu w mojej głowie biednej, jak oglądałam ten film, całą masę obrazów.
Nie wiem, czy Wam to mówiłam, ale napisałam to w poście u siebie na Instagramie, że miałam taką koleżankę wiele lat temu, ponad 20 w jednej z prac.
To była taka dziewczyna, zawsze bardzo elegancka i co mnie fascynowało, ponieważ ja się generalnie nie maluję, ale ona się malowała od rana i ona zawsze była bardzo zrobiona, ale w taki sposób, który mi też imponował, bo widać było, że tam te cienie, te usta, jakby ta tapeta bez względu na pogodę.
Wiecie, upał, mróz, ona zawsze w tapecie i do tego bardzo często miała szaliki na szyi.
Czasem bardzo drogie, niektóre od Hermesa, czyli jedwabne najdroższe.
Taki synonim klasy i luksusu, a wtedy, na początku lat dwutysięcznych, Jezusie, co to było.
I tak trochę się z niej śmiałam, tak patrzyłam na nią i mówię, jejku, tato ma naprawdę, no nie ma nic innego do roboty, tylko rano się malować.
Po wielu latach spotkałam się z jedną koleżanką, z którą pracowałam w tej redakcji i ona mi powiedziała, że właśnie nasza koleżanka, która taka była umalowana od rana, z czego myśmy sobie dworowały czasami, ona się uśmiechała na to zawsze tak półgębkiem.
No, że właśnie ona zakrywała tę sińcę od objawów miłości swojego już byłego męża i że właśnie się udało jej rozwieść po jakiejś długiej sprawie rozwodowej.
Na szczęście nie mieli dzieci, więc nie było tutaj opieki nad dzieckiem, ale z tego, co mi mówiła ta koleżanka, jakieś były inne sprawy.
To nie była jakaś bliska dla mnie osoba, ale ja pamiętam, jak potem wracałam do domu, kiedy dowiedziałam się, że ten makijaż przykrywał po prostu siniaki.
że te szaliczki, te apaszki, z których myśmy sobie darły łacha, że po prostu 48 stopni, no mniej więcej, a ona zawsze w tym.
I ona zawsze taka zrobiona i że czy to jej nie spłynie, a ona się właśnie bała, żeby to jej nie spłynęło, bo wtedy może ktoś zobaczy to, co ona ukrywa pod tym makijażem.
Ja miałam to szczęście, że urodziłam się w domu, wychowałam się w domu, w której nie było przemocy domowej.
Natomiast nigdy nie zapomnę sytuacji ze szkoły.
Nigdy, przenigdy.
Miałam koleżankę, która była z tak zwanego dobrego domu.
Jej rodzice byli dentystami.
Miała nawet w domu gabinet.
Dziewczyna taka, wiecie, bogata.
I ona kiedyś mnie z taką inną koleżanką zaprosiła do siebie po szkole.
I tak sobie siedzimy, pijemy chyba jakiś kompot, jej mama była i nagle przyszedł ojciec.
I to był człowiek bardzo pijany.
To był człowiek, jak dzisiaj powiedzielibyśmy, bardzo przemocowy i bardzo brutalny.
Ja tego do końca życia nie zapomnę.
Ja się dawno, rzadko się w życiu tak bałam jak wtedy.
Ja miałam wtedy jakieś 11 lat.
Przeszłam do domu.
Matka się od razu zorientowała, że coś jest nie tak.
Usiadła, zaczęła ze mną rozmawiać.
Ja nie od razu chciałam powiedzieć, bo oczywiście chciałam to gdzieś zakopać najgłębiej, jak tylko mogłam.
No i powiedziałam.
I ja pamiętam, jak ona mi tłumaczyła, że w niektórych domach tak jest i że my na pewno tej Magdy, bo ona się Magda nazywała, by nie traciła z nią kontaktu, że może ona będzie potrzebowała, żeby z nią porozmawiać.
No i że generalnie, żebym uważała, jak będę do niej chodziła, bo jak takie sytuacje się będą powtarzały, to może być po prostu dla nas niebezpieczne.
Myśmy, ja byłam z drugą koleżanką, myśmy uciekły stamtąd.
Ale zauważyłam, że ta Magda i jej mama bardzo tak mechanicznie, jakby znając sytuację od spodu, zareagowały.
I my byłyśmy już tam w ogóle niepotrzebne, wyszłyśmy, chyba nikt pewnie nie zauważył, żeśmy wyszły, żeśmy uciekły po prostu stamtąd.
I to były takie dwa przykłady takiej historii z mojego życia gdzieś bardzo bezpośrednio, które cały czas miałam gdzieś w głowie, jak oglądałam ten film, film Dom Dobry Wojciecha Smażewskiego, który możecie oglądać w kinach i który dla mnie jest przede wszystkim opowieścią
właśnie o ludziach na krawędzi.
Tak chcesz iść do ludzi?
Ta scena, którą słyszeliście przed chwileczką, to jest taki klip z filmu Dom Dobry.
No taka właśnie scena, która bohaterka tej sceny grana przez Agatę Turkot nie do końca rozumie.
Jakby łapie ten tak zwany dowcip jej mężczyzny życia.
Dla mnie to jest opowieść o tym...
że właśnie do tego życia w przemocy jesteśmy wychowywani od dziecka.
Bo ten film nie od razu pokazuje nam główną bohaterkę z jej przemocowym mężem.
On pokazuje jej dom.
I to jest dom, wiecie, to nie jest jakaś patologia.
To właśnie bardzo dobrze, że Smarzowski nie bawi się tutaj w jakieś ocenianie, że nie bawi się od razu w pokazywanie, no tak, patologia, dno społeczne.
Nie, to jest jakaś, wiecie, zwykła rodzina w blokach, gdzieś w jakimś mieście wojewódzkim.
Wszyscy mieszkają na kupie, znaczy jest matka, jest córka, druga siostra wyszła za mąż i jest Wigilia i główna bohaterka, no ewidentnie flirtuje smsowo z facetem poznanym w internecie.
I ktoś powie red flag, no ale cała masa ludzi poznaje się w internecie, nawet świeżo wybrany burmistrz Nowego Jorku swoją żonę poznał w internecie, więc jakby internet, fajnie, że Smarzowski to wprowadza, bo internet staje się nieodzowną częścią naszego życia.
I ta główna bohaterka właśnie sobie leży na łóżku i tam sobie piszą smsy, bawią się w taką grę, czy rozpoznasz cytat i myślimy sobie, aha, czyli to nie jest jakiś, wiecie, facet spod budki z piwem, nie jakiś menel, tylko w ogóle inteligentny, wykształcony człowiek, on jest od niej starszy.
Jest Wigilia, ta siostra przychodzi z mężem, tam się średnio im wiedzie, dowiadujemy się, że nasza główna bohaterka była w Anglii, że ma trochę pieniędzy odłożonych, ale z tej Anglii wróciła, potem dowiemy się, że wróciła, no bo dom, bo matka, bo coś tam i ewidentnie ona mieszka z tą matką, opiekując się nią, chociaż ta matka, delikatnie mówiąc, niezbyt ją chyba nawet lubi.
I to jest taki klasyczny parentyfikacyjny schemat, gdzie słyszy się od własnej matki albo własnego ojca straszne zdanie, tutaj pada, szkoda, że cię nie wyskrobałam.
To jest takie zdanie, ona oczywiście po niej to spływa, bo ona pewnie słyszała to wiele razy.
Widać, że z tą siostrą są doskonale obeznane w humorach swojej matki, typowe dzieci z takiej właśnie rodziny niepełnej, nie ma w ogóle ojca, o ojcu się nie mówi.
Matka ucieka w chorobę, poproszona o córkę, żeby powiedziała jej coś miłego, mówiła, ach serce mnie boli.
Nie ukrywam, znam to z doświadczenia.
Ta choroba jest taką enklawą, w której ona się czuje bezpiecznie zaopiekowana, no bo wie, że chociaż szantażem emocjonalnym zmusi te córki, żeby się nią zajęły, bo ona się ewidentnie czuje niedopieszczona.
który oczywiście gdzieś jest ukrywany, ale w trakcie filmu dowiadujemy się, że obie dwie siostry niejednokrotnie matkę, jak drzewiej bywało, pijaną spod sklepu zabierały.
Aha, w tle oczywiście Radio Maryja, mamy kolędy, ma być po Bożemu, pytanie, żebyś ty sobie tego męża znalazła.
no wiadomo, no taki po prostu polski klasyk, ale jednocześnie nie taki do końca klasyk, bo mamy jednak rodzinę, która jest gdzieś przyzwoita, no to nie są ludzie, którzy mieszkają w jakimś, wiecie, namiocie, nie.
Tam się starają, znaczy tam widać, że oni...
To nie są źli ludzie.
Myślę, że ona też kiedyś była fajną, radosną, zabawną kobietą.
I może nawet gdzieś się cieszy, że wreszcie ta córka, która jest trochę takim wrzodem na dupsku, znalazła sobie kogoś.
Chociaż na początku trochę tam nie podoba jej się, że on jest starszy.
Ale ta dziewczyna, jak sobie patrzyłam na nią i sobie myślę, mam nadzieję, że to ludziom oglądającym ten film zapadnie w pamięć.
To jest dziewczyna, której życie mogłoby potoczyć się zupełnie inaczej, która mogłaby zostać w tej Anglii, może by mogła zarabiać pieniądze, bo co też jest bardzo ważne, ona nie ma tak naprawdę pracy.
Ona daje przez internet korepetycje z angielskiego.
Ona nie ma pełnego wykształcenia, czyli mamy taką... Wiecie, my żyjemy dzisiaj w takich czasach, że się mówi, zostań influencerem, pokaż dupę w internecie i to ci po prostu ustawi cię do końca życia.
No tak, tylko że trafisz na kolesia, który tak jak bohaterka filmu Dom Dobry może się okazać przemocowy i będziesz miała gówno, a nie zarabianie.
Będziesz po prostu zależna od niego po kokardę.
Ta dziewczyna nie jest złą dziewczyną, ona jest fajna, ona jest wykształcona, ona rzeczywiście świetnie zna angielski, ma marzenia, chce się nauczyć hiszpańskiego, chce podróżować.
Ona już liznęła tego świata i ona by bardzo chciała gdzieś tam pojechać jeszcze.
To nie jest dziewczyna, która jest stracona, to nie jest jakieś, wiecie, właśnie dno społeczne, jakbyśmy chcieli powiedzieć.
To jest normalna dziewczyna i po prostu się zakochuje, a do tego jeszcze matka nie pomaga.
który rzeczywiście przyjeżdża na białym koniu, bierze jej rzeczy i bierze ją do swojego mieszkania.
Dom, o którym ona myślała, że jest zły, prowadzi ją do domu, który ma być dobry, gdzie jest ładne mieszkanie w bloku, dobre osiedle, jest gdzie zaparkować samochód i gdzie wyjść z pieskiem na spacer i jest ładnie urządzone i są książki i wszystko jest pięknie do pewnego momentu.
Bo nagle się okazuje, że pojawiają się kolejne red flagi.
Zresztą ten film jest prowadzony nielinearnie.
My się możemy domyślać, co się stało, ale przez cały czas trwania Domu Dobrego oglądamy dziewczynę, która wcale nie musiała wylądować tu, gdzie wylądowała.
Która wcale jej życie nie musiało tak wyglądać.
Która jest totalnie uzależniona od swojego męża.
Która bardzo szybko zachodzi w ciążę.
Nie stosuje żadnej antykoncepcji.
On się potem przyznaje, że przedziurawił kondomy.
Tam jest masa takich zdań, takich scen, takich...
Takich powiedzonek, które się słyszy w internecie i które faceci czasami bezmyślnie powtarzają.
Jak zrobiłam post o filmie Dom Dobry u siebie na Instagramie, czytam te wpisy kobiet, które na przykład niektóre nie mogą obejrzeć w ogóle tego filmu, boją się na niego pójść, bo się boją, że powróci to, od czego uciekły.
Niektóre piszą do mnie na brief w DM-ach, że to jest historia o nich i że jak czytały tego mojego posta o tej apaszce na szyi bez względu na porę roku, to one też nosiły apaszkę, a jedna pani mi napisała, wie pani, ja przez trzy lata nosiłam golfy bez względu na pogodę.
I boję się na ten film pójść, ale chyba jednak wezmę moją nastoletnią córkę, żeby wiedziała, czego ma unikać, bo bez względu na to, jak oceniać będziecie artystycznie ten film, ja go oceniam wysoko, tam nie ma żadnej pornografii, przemocy, to jest po prostu film o przemocy, między innymi, ale też także o tym, jak się do tego dopuszcza, co daje grunt do tego, że ta dziewczyna wchodzi jak w masło w tę historię.
My siedzimy w komfortowym kinie i myślimy sobie, Boże, jaka idiotka, my jesteśmy mądrzy, niektórzy z nas może coś przeżyli.
Tu mamy dziewczynę, która tak naprawdę w pewnym momencie jest bezdomna.
I ten chłopak, ten facet, starszy od niej, wzbudzający zaufanie, chcący robić karierę w świecie polityki i biznesu, no na miłość boską, no przecież on wygląda i zachowuje się przynajmniej na początku w sposób absolutnie idealny.
My się potem z czasem dowiadujemy, że tam od początku były red flagi,
Ale ona na początku tego nie widzi.
Ona ma dach nad głową, on się jej oświadcza, jeżdżą za granicę, co prawda za jej pieniądze.
No właśnie, bo w tym filmie, bez względu na to, jak będziecie go oceniać, ja bym chciała, żeby go w szkołach puszczali.
Ja bym chciała, żeby go młode dziewczyny zobaczyły i młodzi chłopcy też, bo tam są wszystkie red flagi, które się pojawiają w momencie, kiedy wchodzisz w toksyczną relację.
I jak one są mistrzowsko pokazane w taki niezobowiązujący czasem sposób, to czasami jest jakiś dowcipasek, to czasami jest jakieś dziwne zachowanie, a to takie wesołe miało być, a to jest właśnie manipulacja emocjonalna.
I myślę, że dlatego ludzie z minuty na minutę oglądając Dom Dobry coraz bardziej kamienieją, kostnieją po prostu, boli ich żołądek.
Mnie wczoraj, jak oglądałam ten film, bolało wszystko.
Wyszłam z kina i myślałam o tej mojej koleżance, myślałam o paru sytuacjach, które mi się przydarzyły w życiu i myślę, że uratował mnie przede wszystkim mój sarkazm.
I może paradoksalnie trudna sytuacja domowa, w której wtedy byłam i stwierdziłam, że ja tam nie mam czasu na jakieś pierdololo romantyczne.
Miałam inne rzeczy ważniejsze i wiem, że to mnie uratowało, bo wiem, kto wpadł potem w te sidła i słyszałam historię, ale z piątych ust, więc, ale no myślę, że nie było za miło.
Więc ja bym chciała, żeby ten film, jeżeli macie córkę, jeżeli macie koleżankę, jeżeli macie dziewczynę, żonę,
Po prostu idźcie na to.
Bo poza wszystkim to jest opowieść o tych wszystkich red flagach, o tych wszystkich momentach, które gdzieś nam umykają, które wydają się zabawne, albo przypadkowe, albo nierobione z rozmysłem.
I, że warto mieć swoje pieniądze, że warto mieć zawsze pod swoją pracę miejsce, do którego możesz uciec.
To nie jest film o polskim domu dobrym.
To jest film o domu dobrym, który może być wszędzie na świecie.
Bo to jest dom dobry, staje się w końcu domem z ogrodem.
zarabia pieniądze i wszystko jest w ogóle łała-wiła.
To też znowu nie jest opowieść o tym, co my lubimy kojarzyć ze słowem przemoc domowa, tylko to jest opowieść o białym kołnierzyku w eleganckim garniturku, który pieska wyprowadza, który ma bardzo ustosunkowanych znajomych i który z policjantami jest na tym.
I to jest opowieść, która może się zdarzyć wszędzie, nie tylko w Polsce.
To jest uniwersalna opowieść o tym, jak bardzo samotni są ludzie, którzy doświadczają przemocy
I jak bardzo nie wierzą w to, że ktokolwiek im pomoże, już na pewno nie pomoże im system.
Ci ludzie są na krawędzi.
Ta dziewczyna jest na krawędzi.
Ona staje na krawędzi klifu.
Dom dobry.
Pierwsza opowieść o człowieku na krawędzi.
Idźcie do kina, nie bierzcie naczosów, nie bierzcie coli, nie będziecie w stanie tego przełknąć.
No i znowu na krawędzi.
To jest taka historia, która się toczy już kilka dobrych miesięcy, w moim przypadku od pandemii, kiedy, no delikatnie mówiąc, nie dałam się wkręcić w jakieś tam sytuacje rodem z teorii spiskowych i wtedy w ogóle do mnie trafiło, jak bardzo wiele osób z mojego otoczenia
Wierzy tak zwanym naturopatom i przeróżnym innym uzdrawiaczom.
Nie ukrywam, czytałam różne wpisy wtedy w internecie, to był 2020, z narastającym zdziwieniem, nie do końca może przerażeniem, bo wiecie, ja wychodzę z założenia, że jak ktoś chce się zabić, to trzeba mu pozwolić.
Szczególnie, kiedy na przykład nie korzysta z dobrodziejstw medycyny, tylko na przykład leczy raka burakami.
Taką historię sama znam z bliskiego otoczenia, gdzie odstawiono leki i zaczęto jeść buraki.
To oczywiście jest ciężar dla ludzi, którzy są rodziną takiej osoby, albo też w to wchodzą.
Ale problem zaczyna się w momencie, kiedy na przykład właśnie czytacie historię, taką jaką śledzi od paru dobrych miesięcy wirtualna Polska.
Bo w wirtualnej Polsce pojawił się artykuł, który jest kontynuacją tego, co pojawiało się od zimy, gdzie pojawił się audioserial Szarlatan.
Bardzo Wam polecam.
On jest na Wirtualnej Polsce na YouTubie i jest też na Audiotece.
I to jest opowieść, no generalnie, no jak sama nazwa wskazuje, o tych różnych szarlatanach, którzy pojawiają się wszędzie w przestrzeni publicznej.
pojawiły się takie głosy, że w ogóle kto tych ludzi zaprasza.
No to ja chciałam powiedzieć, że pan Zięba był pana żurnalisty, więc proszę bardzo, morda w kubeł.
Od miesięcy, od lat narasta zainteresowanie tak zwanego mainstreamu różnymi osobami, które kiedyś były gdzieś na obrzeżach nauki szczególnie, a teraz wchodzą do mainstreamu i na przykład u takiego żurnalisty, czy u Rymanowskiego opowiadają różne swoje banieluki.
Banieluki skąd wiemy, bo ludzie umierają.
I na przykład właśnie to, co robi Wirtualna Polska,
śledząc historię pewnego Oskara D, no dotarła do prokuratury i prokuratura, słuchajcie, sprawa Oskara D, za chwilę wam opowiem dwa słowa na ten temat, ale słuchajcie, wirtualnej polscy dziennikarze dotarli do akt tej sprawy.
Ta sprawa zaczęła się zimą tego roku, Oskar D został aresztowany, no i zaczęto przesłuchiwać ludzi, prokuratura wzięła się bardzo mocno do roboty i słuchajcie, prokuratura pozwoliła przejrzeć wirtualnej polscy akta toczącej się jeszcze sprawy
Pozwoliła dlatego, że chodzi o to, żeby pokazać opinii publicznej hipokryzję ludzi podających się za uzdrowicieli.
Bo to jest myślę bardzo ważne, dlatego że sami to widzicie pewnie dookoła siebie, wystarczy założyć biały kitel albo niebieski stetoskop na szyję i od razu jesteśmy lekarzem.
A jeszcze do tego, kiedy wypowiadamy się do kamery w sposób dość autorytarny, no to każdy się prawie da na to złapać.
Mamy w kleju, wbity do głowy obraz lekarza w kitlu i może sobie pan Ziutek albo pani Hela w czasie wolnym z chęcią zarobienia pieniędzy założyć taki kitel i udawać lekarza.
że Wirtualna Polska zrobiła kolejny bardzo dobry tekst.
Tekst, który opowiada o tym, co jest w tych aktach.
Ja Wam nie będę wszystkiego czytała, nie po to tutaj jestem, ale przede wszystkim musicie mieć świadomość, że pan Oskar D., chyba wiecie o kogo chodzi, rozsyłał pacjentom te same rozpiski suplementów bez względu na dolegliwości.
I to już wiadomo, prokuratura to odkryła.
Zalecał chorym zażywanie leków weterynaryjnych, bo jego znajomy twierdził, że działają.
To są cytaty z akt w prokuraturze, tego nie wymyślił jakiś dziennikarz.
Mało tego, założył farmę fikcyjnych kont, by zachwalać samego siebie oraz zastraszać niezadowolonych klientów.
To był wątek, który się pojawił w tych zimowych materiałach, które wyszły na temat pana Oscara i nie tylko, bo generalnie zakładanie ferm
To nie pierwszy Pan Oskar wymyślił, to różne firmy, różne korporacje to wymyślają.
To nie jest takie trudne wbrew pozorom.
Ja dostałam całkiem niedawno propozycję zrobienia czegoś takiego i w ogóle zatkało mnie.
No i słuchajcie, to śledztwo prowadzone przez prokuraturę ewidentnie potwierdza wszystko to, do czego dotarła wirtualna Polska.
Do tego jeszcze udało się zabezpieczyć jakieś pieniądze, kilkaset tysięcy złotych na wypłatę za dość uczynień dla osób poszkodowanych, bo tych poszkodowanych słuchajcie jest bardzo dużo.
A teraz cofnijmy się na chwilę do lutego 2025 roku, bo to jest początek materiałów, pojawienia się materiałów na wirtualnej Polsce w związku
z panem Oskarem D. I ja pamiętam, jak to wybuchło, jak oni zaczęli puszczać te materiały u siebie.
Zrobili ogromne dziennikarskie śledztwo.
No i słuchajcie, okazało się, że jak puścili to swoje śledztwo, ten serial Szarlatan, audioserial Szarlatan, tak to się nazywa, wystarczy, że to wpiszecie na YouTubie, okazuje się, że zaczęły się do nich zgłaszać, do nich i do prokuratury, kolejne osoby, które czuły się poszkodowane przez działalność tego pana Szarlatana,
Wśród nich jest pani, która kilkadziesiąt dni walczyła na ojomie o życie, słuchajcie, więc to nie są jakieś, wiecie, że ktoś wypił wybielacz do kibla, tak jak kiedyś w pandemii, nawet Trump to mówił, że trzeba się napić jakiegoś, już nie powiem jak to się nazywało, ale że to generalnie zniszczy zarazki.
Posłuchajcie może fragmentu serialu Szarlatan, to jest odcinek drugi, on jest na YouTubie, bo to jest opowieść, jak po prostu dziennikarz wirtualnej Polski, Michał Janczura, udał się do miejscowości, gdzie mieszkał pan Oskar, po prostu postanowił pogadać z sąsiadami, tak zwane rozpytanie, no to jest coś, co dziennikarze robią.
Posłuchajcie, to jest fragment odcinka drugiego serialu, audioserialu Szarlatan, o działalności pana Oskara.
Proszę bardzo, usiądźcie wygodnie, bo...
No, muszę przyznać, to robi duże wrażenie, aczkolwiek nie jest dla mnie jakimś wielkim zdziwieniem.
Proszę bardzo.
Krajową 27 z Zielonej Góry jechałem nie więcej niż pół godziny.
Dobra, jest tabliczka Nowogród Bobrzański.
Nowogród Bobrzański ma 5 tysięcy mieszkańców.
Maleńkie miasteczko, głównie niskie domki jednorodzinne.
Mnie interesował jeden adres na obrzeżach tego miasta.
Z dokumentacji wynika, że to tu swój biznes zarejestrował Oskar Dorosz i tu go prowadzi.
Jest nazwisko Dorosz nad...
Okazuje się, że siedziba firmy to nic innego jak dom rodzinny Doroszów.
Cicha uliczka, niedaleko szkoła, duży plac zabaw.
Nie ukrywam, liczyłem na to, że może zastanę go w domu, że wreszcie będę miał szansę zadać kilka pytań.
Na maile, telefony nie odpowiadał.
Do trzech razy sztuka.
Czekałem kilkadziesiąt minut.
Próbowałem kilka razy dzwonić, ale nikogo nie było na miejscu.
Przeszedłem się po okolicy i popytałem okolicznych mieszkańców, co wiedzą na temat sąsiada.
Dzień dobry.
Przepraszam, że nachodzę, ale nietypowa sprawa.
Niektórzy nic nie wiedzieli.
Jak mówiłem, że został internetowym uzdrowicielem, to robili wielkie oczy.
Że jak to ten maleńki Oskarek?
To jest jego dom, jego rodziny?
Tak, rodziny.
Zupełnie przypadkiem trafiłem na sąsiada, który coś tam słyszał, ale sam niewiele wie, za to ma dzieci, które wiedzą i to sporo, bo niedawno chodziły z Oskarem Doroszem do szkoły.
Oskar zawsze był takim swaniaczkiem, zawsze miał wójną wyobraźnię, wypożyczał auta w wypożyczalni, szpanował, stwierdził, że to jego.
Trafiam też na sąsiadów, którzy doskonale wiedzą, co Dorosz robi.
Oczywiście proszą o anonimowość, bo się boją reakcji jego samego i rodziny.
Dlatego zmieniłem ich głosy.
Taki grudniarz, przecież go znamy dobrze, przecież on taki wszędzie, gdzie tam, przy okna, gdzie on nie pracował, tam ten.
A teraz wielce jest neuropatą, bo dla dwóch gimnazjów skończył, nie?
Nie był na studiach?
Koleżanki ze szkoły Dorosza chętnie opowiadają, czym się wcześniej zajmował.
No i teraz o co chodzi z panem Oskarem, gdybyście nie wiedzieli, to jest pan, który ma 25 lat i który nie ma wykształcenia medycznego, ale to nikogo dzisiaj nie dziwi, bo każdy może dzisiaj dawać rady zdrowotne w internecie.
Pandemia otworzyła drzwi do przeróżnego rodzaju historii, ludzi, karier.
Wiecie, celebrytka siedzi, dostała brief z jakiejś firmy PR-owej i coś tam opowiada do kamery i wszyscy jej wierzą.
Ale ja wychodzę z założenia, że jak macie tyle pieniędzy i macie tyle determinacji, żeby wydawać na nie wiadomego pochodzenia suplementy pieniądze albo tak zwane leki, bo nazywane to też jest lekami, no to jest to wasz problem.
Szkoda tylko, że potem możecie chorować, a niektórzy mogą na przykład umrzeć.
Co ciekawe, prokuratura przez jakiś czas w ogóle, mając nawet dowody na pana Oskara, nie wykonywała żadnej czynności, ale w końcu, tak jak rozmawiała z przedstawicielami prokuratury Wirtualna Polska i Michał Janczura, no wiedzą, że to nie było zbyt mądre, to jest eufemizm i mają świadomość, że to był duży błąd i to śledztwo teraz jest traktowane bardzo poważnie.
Tam są w tych tekstach, ja to wyślę wszystko patronom, bo tego jest naprawdę strasznie dużo w internecie i wirtualna Polska poświęciła temu wiele czasu i wiele energii i bardzo dobrze, bo są przykłady ludzi, którzy niestety stracili życie.
No i teraz słuchajcie, jest nowy tekst, tekst świeżutki, który właśnie jest opowieścią o tym, co dziennikarze wirtualnej Polski, Michał Janczura przede wszystkim, odkryli w aktach prokuratury.
No i się nagle okazuje, słuchajcie, że na przykład ja nie byłam za bardzo zorientowana w tym, jak reklamuje się pan Oskar i generalnie co tam pisał do swoich fanów, ludzi i tak zwanych pacjentów, ale on na przykład opowiadał, że jest na diecie keto i zabraniał im jeść, zabraniał ludziom, mówił, żeby nie jedli bułek,
No nie daj Bóg jeść na przykład jakieś jedzenie z fast foodów.
Czasami mówił, że nawet warzywa są niezdrowe, a okazuje się, że z rachunków, bo on był bardzo sprytny i wszystko sobie zapisywał na firmę.
Z paragonów wynika, że on się regularnie zajadał i stołował w fast foodach.
Jak się robi takie pieniądze jak ten pan, po kilkanaście tysięcy w tydzień, jak według dowodów zebranych przez prokuraturę, no to by wypadało, nie wiem, tak mi się wydaje, ale jakaś pewnie głupia i naiwna jestem, to wypadałoby jednak trzymać gardę i zachowywać się tak, jak się innym nakazuje.
Tam jest więcej historii, między innymi, słuchajcie, okazuje się, że jego rodzina...
wcale nie poddawała się tym terapiom, które on serwował ludziom za ciężkie pieniądze, wyobraźcie sobie.
Bowiem pan Oskar zarabiał miliony strasząc ludzi lekarzami, mówiąc, że lekarze nie potrafią leczyć, że w ogóle zabijać ludzi, podważając ich kompetencje notorycznie.
No ale słuchajcie, w tym samym czasie medycy, medycyna, z której tak on szydził i ją oczerniał, ratowali jego rodzinę.
Jego ojciec między innymi zeznał, syn nie leczył.
Nie leczył również żony, ani członków rodziny.
Czyli w momencie, kiedy jego pacjenci, między innymi ta pani Ewa, którą opisuje Wirtualna Polska i cała jej historia wstrząsająca jest opisana, więc kiedy pani Ewa, klientka pana Oskara, za jego namową zrezygnowała z biopsji i leczenia onkologicznego, matka pana Oskara zrobiła sobie biopsję i korzystała z pomocy lekarzy.
W tym tekście na Wirtualnej Polsce są także fragmenty rozmów pana Oskara z jego narzeczoną.
Czyta się to bardzo smutno, bo o tej krawędzi dzisiaj jest.
Ja sama znałam ludzi, którzy doszli do pewnej krawędzi wytrzymałości ze swoją chorobą.
Moja mama w pewnym momencie, o czym dowiedziałam się tak naprawdę po jej śmierci, zastanawiałam się na co jej te pieniądze są potrzebne.
Ale okazało się, że ja po jej śmierci odkryłam prawie dwie szafki takie łazienkowe, wypełnione przeróżnymi suplementami, jakimiś gównami z internetu, które ona kupowała po prostu hurtowo.
To było dawno temu.
Te historie dopiero raczkowały, ale ja pamiętam, ja po prostu patrzyłam na to i zastanawiałam się nie tyle ile to kosztowało,
Bo te pieniądze już zostały wydane i bardzo szkoda, ale co trzeba było przeżywać, jakiego rodzaju ból musiał ją dotyczyć, musiał ją dotknąć, że ona była gotowa kupować jakieś bardzo dziwne, tam były ziółka właśnie, jakieś kapsułki, jakieś... Wiecie, potem rozmawiałam ze specjalistami i mi powiedzieli, i ja się absolutnie z tym zgadzam, że właśnie najgorzej jest, kiedy widzi się jak tacy samozwańczy lekarze albo cwaniacy po prostu...
nazwijmy rzecz po imieniu, żerują na ludziach paliatywnie chorych, śmiertelnie chorych, którzy wiadomo, że żeby obniżyć, trochę zmniejszyć ból, który nie daje im żyć, nie daje im funkcjonować, są gotowi wydać wszystkie pieniądze.
I ta historia pana Oskara, którą opisuje Wirtualna Polska i teraz pojawił się ten ostatni tekst, bardzo mocny, wstrząsający, naprawdę czyta się go i chce się płakać.
Mi się naprawdę w pewnym momencie zrobiło, prawie się popłakałam, nie tylko dlatego, że mam teraz taki okres, że dużo płaczę, ale po prostu czytałam, jak oni cynicznie odnoszą się do tych ludzi, dzięki którym żyli na jakiejś totalnej stopie w ogóle życiowej.
Oni wiedzieli, że oszukują tych ludzi.
To nie jest tak, że to się stało przypadkiem.
W pewnym momencie pan Oskar mówi, że on chciał zarobić pieniądze, to trzeba było iść, kurde, do normalnej pracy.
Wiecie, czyta się to i do tego jeszcze on błyszczał w mediach społecznościowych.
Pani Szabatin robiła z nim live'a na Instagramie, skasowała już, no proszę bardzo.
To nie było tak, że ktoś się w ogóle zastanowił, ktoś w ogóle poddał wątpliwość.
Znaczy, myślę, że każdy, kto poddawał wątpliwość jego działalność, był natychmiast hejtowany.
nawet fermetroli wysłać na konto kogoś, kto wstawiał się w opozycji do niego, bo takie ataki hejterskie, ja też to przechodzę, to nie biorą się z sufitu, to musi ktoś to koordynować i tutaj już prokuratura ma na to dowody i on się też do tego przyznał i on mówi, że po prostu chciał zarobić pieniądze.
Naprawdę.
Ludzie odstawiali leki, ludzie brali jakieś wiecie, leki weterynaryjne albo jakieś suplementy, dokładnie te same wszyscy dostawali, bo to też nie było tak, że one były jakoś różnicowane.
Okazuje się, że po prostu wszyscy dostawali to samo.
Wszyscy dostawali kopiuj i wklej po prostu tego samego maila i czyta się ten tekst i ma się ochotę z jednej strony popłakać prawie nad...
nad tymi ludźmi, z drugiej strony pokiwać głową nad głupotą ludzką i naiwnością, a z trzeciej strony pomyśleć sobie, jak ten świat jest potwornie skonstruowany, że jakiś cwaniak po prostu żeruje na ludzkim bólu i na tym, że właśnie ludzie dochodzą do krawędzi wytrzymałości...
że pewnie tak i boją się i boli i nie wiedzą, co będzie dalej.
Może leki od razu nie działają, a może po prostu sąsiadka im powiedziała, że i tak nie zadziałają, bo u pani Heli nie zadziałały, to u pana też nie zadziałają.
Mi opowiadano różne historie, mam dużo znajomych, którzy mają rodziców w wieku już takim mocno podeszłym.
No te historie, które się słyszy, jak ci ludzie wpadają czasami w siedły jakichś dziwnych znajomych, albo sąsiadek, albo pani z zieleniaka.
No niektórzy są fajni i w ogóle, wiecie, nie dają się wkręcić.
Ale słyszałam całkiem niedawno jakąś taką historię, przy której opowieść, którą mi serwowano, że jedna z babć moich znajomych po prostu odstawiła za plecami rodziny, nie informowawszy nikogo leki onkologicznej, zaczęła jeść buraki nałogowo.
Niestety zmarła w szpitalu, bo lekarze powiedzieli, że po prostu tak z rozwiniętego nowotworu to już nie da się zrobić nic z tym w ogóle.
I że ona po prostu za plecami rodziny odstawiła leki, bo po prostu ktoś jej powiedział i ona w to uwierzyła, że trzeba jeść buraki.
Bo teraz jeszcze do tego dochodzą na przykład podróbki leków z Chin, kupowane w internecie, które sprzedawane są jako jakieś cudowne specyfiki i czasami ludzie dają się złapać, myślą sobie, a nie zaszkodzi.
No właśnie, to może jeszcze w takim razie fragment szarlatana, bardzo ciekawy.
Michał Janczura jedzie na konferencję, czego lekarz ci nie powie.
O tej konferencji też zrobił bardzo ciekawy materiał Samiec Beta.
Oni pojechali na tę konferencję też, tylko oni tak bardziej, powiedziałabym, komediowo do tego podeszli, aczkolwiek no nie zawsze się da podejść do wszystkiego komediowo, wierzcie mi.
Michał Janczura jedzie na konferencję, czego lekarz ci nie powie.
Proszę bardzo.
Witamy Państwa bardzo serdecznie na drugiej odsłonie konferencji Nauka przeciw dezinformacji.
To było 9 października 2024 roku.
Siedziba Śląskiej Izby Lekarskiej.
Proszę Państwa, zdrowie mamy jedno, dbajmy o nie szczególnie i pilnujmy, aby nie oddawać się w ręce szlatanów.
W jednym rzędzie stanęli obok siebie rektor Uniwersytetu Medycznego, szef szpitala uniwersyteckiego, prezes Okręgowej Izby Lekarskiej i prezydent Gliwic.
To oszustwo można porównać tylko do tych naciągaczy, którzy na wnuczka
czy na policjanta próbują wyciągnąć od ludzi pieniądze.
Nie zebrali się tam przypadkiem.
Trzy dni później właśnie w Gliwicach miała się odbyć konferencja Czego Ci Lekarz Nie Powie.
Chciałem też zaprotestować przeciwko tego typu spotkaniom, bo one szerzą niewiedzę.
Swój udział zapowiedzieli różni uzdrawiacze, szamani i zbuntowani lekarze, często bez prawa wykonywania zawodu.
Miał być profesor Frydrychowski, no i oczywiście na sam koniec gwiazda wieczoru Jerzy Zięba.
Gdy na dodatek odbywa się to w hali, która jest wybudowana za pieniądze gliwiczan, to jest mi po prostu wstyd.
Impreza miała się odbyć w Arenie Zero, pięknej, monumentalnej hali należącej do miasta Gliwice.
Prezydent Gliwic twierdziła, że nic nie może zrobić.
Wstydzę się tego, że moi poprzednicy podpisali taką umowę na zarządzanie tą halą, która nie daje mi żadnego narzędzia.
Skoro więc konferencja ma się odbyć...
Postanowiłem, że pojadę na miejsce.
Różne są drogi docierania na krawędź.
Niektórzy chorują, niektórych boli, inni mają przemoc w domu, a jeszcze inni po prostu włączają pewnego dnia o świcie radio i tam się okazuje, że w katastrofie promu Heweliusz zginął ktoś im bardzo bliski.
Nie ma żadnej szans, żeby tam jeszcze ktokolwiek przeżył.
No i właśnie, najbardziej oczekiwany serial, myślę, ostatnich lat w Polsce.
Ogromna produkcja Netflixa, Heweliusz, wyreżyserowany przez Jana Holoubka do scenariusza Kaspra Bayona.
Niesłychanie oczekiwana historia, oczekiwana produkcja.
I powiem Wam tak, ja wcześniej słuchałam podcast Polskiego Radia Heweliusz Historia Prawdziwa, który między innymi narratorem tam jest Roman Czejarek.
Bardzo Wam polecam, bo to są nagrania nie tylko ze statku, te ostatnie, ale w ogóle rozmowy z ludźmi, którzy to przeżyli, którzy to próbowali zbadać, którzy to próbowali ocenić też prawnie.
Więc już gdzieś tak ubezpieczona w tę historię, bo ja nie śledziłam tego, nie będę udawała Wam eksperta w ogóle.
Byłam ciekawa przede wszystkim, jak to, co usłyszałam w podcaście Heweliusz.
Prawdziwa historia będzie rezonowało z tym, co zobaczę w serialu Heweliusz na Netflixie.
Ona się dzieje w 1993 roku, w styczniu.
My bardzo lubimy oglądać zdjęcia z tamtych czasów i tak sobie romantyzujemy te czasy i tak myślimy sobie, o jakie to było retro i takie to wszystko było szare i były dresy kreszowe i ludzie sprzedawali rzeczy na ulicach i budował się ten fantastyczny kapitalizm.
Ja pamiętam, jak wtedy wszystko było prawie jak w Europie albo prawie jak na świecie i mieliśmy straszne ambicje, ale przede wszystkim Polacy pierwszy raz od wielu, wielu dekad
dostali możliwość zarabiania pieniędzy i robienia tak zwanych karier.
I jakimi drogami te kariery robili, pieniądze zarabiali, to było różnie, ale generalnie pieniądz zaczyna rządzić.
I jak oglądałam ten serial, to pomyślałam sobie, że to jest też historia o tym,
jak pieniądz zdeterminował chęć zarobienia, chęć utrzymania się na rynku, zdeterminował pewne działania, bo to nie jest tylko w ogóle historia o tej katastrofie, co jest świetnym, moim zdaniem, świetną rzeczą, to jest świetny zabieg autorów tego serialu, bo to jest historia o ludziach, o ludziach na grawędzi.
W latach 90. nikomu by do głowy nie przyszło, żeby ludzi, którzy przeżyli coś takiego, jak na przykład ocaleli z promu Heweliusz, zaoferować opiekę psychologiczną.
Nie przyszło nikomu do głowy, żeby rodziny ofiar albo ocalałych też miały opiekę psychologiczną.
Nikt nie pomyślał o tym, że ci ludzie przeżyli coś tak potwornego, że to położy się cieniem na całym ich życiu.
Na życiu ich dzieci, na życiu ich rodzin.
I ja potem sprawdzałam, że rzeczywiście ci wszyscy ludzie, którzy w jakikolwiek sposób byli związani z tą potworną katastrofą, byli sami z tym bólem.
odrzuceni, poniżani, ale w ich głowach działy się rzeczy straszne i nikt się ich nie zapytał.
Wiecie, tam pięć tysięcy zaproponowali jako rekompensatę za śmierć jednego z tych marynarzy.
Znaczy wiecie, jak się ogląda ten serial i jak się słucha na przykład podcastu Polskiego Radia o Heweliuszu, to moim zdaniem to, co dla mnie jest uderzające, poza wszystkim innym, to jest to, jak bardzo źle traktowano ludzi, jak
Bardzo nie było świadomości wtedy w ogóle tego, że tym ludziom trzeba pomóc nie tylko dając im do ręki pieniądze za małe, bo nie wiem jak można w ogóle wycenić ludzkie życie, ale tym ludziom trzeba pomóc, żeby z nimi ktoś porozmawiał, żeby z nimi się ktoś zaopiekował emocjonalnie.
Oni są tak bardzo zostawieni sami sobie.
Te żony, te dzieci.
Tam jest wątek żony Jolanty Ułasiewicz, żony kapitana Andrzeja Ułasiewicza.
Tą żonę gra Magdalena Ruszczka, a kapitana Heweliusza gra Borys Szyc.
I to jest bardzo ważny wątek, bo pierwotnie próbowano obciążyć odpowiedzialnością za katastrofę właśnie Ułasiewicza.
już mamy pierwsze tabloidy, które piszą, że załoga była pijana.
No i przede wszystkim właśnie żona Łasiewicza chce zrobić wszystko, żeby ratować imię męża, ponieważ jego chciano uczynić bezpośrednim odpowiedzialnym za śmierć tylu ludzi.
I to jest historia o kobiecie, która jest świetnie pokazana, bo ona wychodzi z domu, jest rano, 14 stycznia, śpieszy się, córkę musi odprowadzić do szkoły i ona nie wie, co się dzieje do pewnego momentu w ogóle.
Akurat jak w radiu zaczynają mówić, to ona to radio wyłącza, wychodzą z domu, śpieszą się i dopiero potem dowiaduje się.
Przychodzi do znajomych, tam jest włączony telewizor i w telewizorze pokazują wrak Heweliusza i ona już się może domyślać, że tam na tym wraku gdzieś jest jej mąż.
I to jest historia kobiety, która rzuca się w wir na początku obrony imienia swojego męża, czyli trochę działa tak, jak nas nauczono, że aktywność cię wyzwoli, aktywność da ci przeżyć.
Ona nie ma w ogóle danego czasu na to, żeby tą żałobę jakoś próbować przeżyć, przetrawić.
Nie ma takiej możliwości, tym bardziej, że długo nie ma ciała, więc nie ma pogrzebu długo, to też jest okropne, w ogóle straszne.
I w pewnym momencie dywiduje się, że dwa tygodnie ona nie chodzi do szkoły.
Ta dziewczyna po prostu nie potrafi znaleźć sobie miejsca.
Dzisiaj to by pewnie była większa świadomość na temat tego, jak pomóc takim ludziom.
Bo mamy kobietę, która ma męża, którego bardzo kochała.
Oni mieli bardzo fajną relację.
Wiecie, wtedy nie było komórek, były automatyczne sekretarki.
I on jej się nagrał, bo miał taki zwyczaj, że zawsze się jej nagrywał, gdyby jej nie było w domu.
I on jej się nagrał, ona odsłuchuje potem wielokrotnie tego nagrania, bo to jest ostatni głos, ostatni moment, kiedy może usłyszeć głos swojego męża.
I ta dziewczyna, która bardzo długo nie wierzy, że jej tata nie żyje, bo nie ma ciała.
No powiem wam, to jest opowieść o tych ludziach, którym ta katastrofa, nawet długo po tym jak ona się wydarzyła, po prostu nie tyle ryje berety, ryje głowy, ryje mózgi, ryje emocje, ona niszczy im życia.
Tam jest niesamowita postać grana przez Konrada Elleryka, on nazywa się Skirmund, on był trzecim oficerem pokładowym.
On jest wyłowiony przez niemiecki statek, trafia do Niemiec, do szpitala, totalna hipotermia, ale wychodzi z niej i okazuje się, że jego kolega, z którym myślał, że udało mu się ocalić, niestety umiera na zawał.
No w każdym razie to jest taki facet, który zamiast się cieszyć tym, że przeżył, że żyje,
Ewidentnie zaczyna mieć coraz większy problem z tym, że przeżył, że został uratowany, że tylu kolegów zginęło, że statek zatonął, że jego dowódca zatonął.
Ma małe dziecko, ma żonę, Michalina Łabacz gra jego żonę, ma malutkie dziecko.
Dom w stanie surowym, wiecie, no jakieś w ogóle wszystko rozkopane, życie zaczęte, wydawałoby się miało być pięknie, ale wsiadł na ten pokład tego promu, zdarzyła się katastrofa, wyłowili go Niemcy, zawieźli go do szpitala i to jest facet, który potem myśli tylko o tym, jak skończyć ze sobą.
To jest niesamowita postać, bardzo ciekawie prowadzona przez cały ten serial i dla mnie taką najbliższą chyba jest postacią.
Ja ten serial obejrzałam na dwa odcinki.
Nie byłam w stanie, na dwa rzuty jakby, w sumie to dwa i pół.
Odcinek trzeci mówi wam, jak macie złudzień, a ja akurat miałam.
Znaczy przerwijcie, albo usiądźcie, nie wiem, napijcie się kawy, herbaty, co tam lubicie najbardziej, bo ja usiadłam, musiałam przerwać, musiałam wyjść z domu.
Nie byłam w stanie tego oglądać, bo tam rzeczywiście widzimy tę katastrofę, my słyszymy te krzyki, my słyszymy ten tonący statek, my słyszymy ludzi, którzy giną, widzimy ciała.
Ja jeszcze po tym podcaście Polskiego Radia wiedziałam, w jakim stanie były te niektóre ciała.
W zwiastunie, który zaraz usłyszycie, jest moment, kiedy Michał Żurawski, który gra kapitana Petra Bintera, on był zmiennikiem Młasiewicza, który nie płynął wtedy tym statkiem, ale on się pyta, dlaczego oni tak wyglądają.
I to był straszny widok, po prostu potworny.
Oglądałam to i po prostu czułam, jak to mi wszystko gdzieś grzęźnie w gardle, w żołądku.
A z drugiej strony zastanawiałam się właśnie, co by było, gdyby ktoś się tymi ludźmi zajął.
Jej mąż był kierowcą Tira, który właśnie wjechał z dość tajemniczym ładunkiem, nie będę Wam to spoilerować, na Heweliusza i niestety tam utonął.
I to jest w ogóle historia kobiety, która jest w ciąży, ma nastoletniego syna, który zaczyna się prowadzać z jakimiś dziwnymi typami na osiedlu, która z brzuchem najpierw dostaje informację, że jej mąż ocalał.
Jedzie go zobaczyć, ale potem okazuje się, że pomylono nazwiska.
Myślicie, że jesteście w tej szczęśliwej grupie, która tych kilku rodzin, tych kilku ocalonych.
Jedziecie na spotkanie z nimi i okazuje się, że
I cała ta historia, jak ona musi wyprzedawać rzeczy w lombardzie, nie ma pieniędzy na jedzenie, nie ma pieniędzy na życie.
Ten syn jej w ogóle nie do końca ją rozumie.
Też ewidentnie nikt z nim nie rozmawia, nikt mu nie próbuje pomóc.
Jest tak strasznie sama i tak bardzo by się chciało ją przytulić.
Ja cały czas oglądając Heweliusza miałam w tle lata dziewięćdziesiąte, które próbuję się romantyzować, a jednocześnie, słuchajcie, to są początki transformacji w Polsce po 1989 roku, po latach komuny.
Mamy ogromne aspiracje i mamy ogromną chęć zarabiania pieniędzy, czasami za wszelką cenę.
Ci ludzie tam też zarabiają pieniądze.
Tam na przykład właśnie ów mąż Wasilewskiej, Tomasz Szuchart, on nie pyta tak do końca, co on ma w tym ładunku.
Nie za bardzo się zadaje pytania, ma się opłacać.
To jest bardzo ważne.
Zarabiamy na tym pieniądze.
Mamy ludzi, którzy zamienili komunistyczne szare ubranka na w miarę jakieś tam zagraniczne, kupowane na łóżkach turystycznych na ulicy ubrania.
Już myślę, że są wielkimi biznesmenami i myślę, że będą wszystkich rozstawiać na planszy.
Jeden z tych marynarzy mówi, że będzie w Malmö i kupi dziecku łóżeczko.
No wiecie, to jeszcze tylko te rodziny marynarzy, które uchodziły za takie w miarę dobrze sytuowane, mieli fajne rzeczy.
Ktoś jeździł na narty, ktoś miał wieżę stereo, ktoś miał fajny telewizor, ktoś miał odtwarzacz, kaset wideo.
Tam wszystko to jest, ale jednak mental był komunistyczny.
I jak oglądałam ten serial, to jak sobie pomyślałam, no tak, my mieliśmy aspiracje zachodnie, ale mental mieliśmy komunistyczny i ta katastrofa trochę właśnie wynika też niestety z tego.
W ogóle wyobraźcie sobie, że mogło nie zginąć tyle osób, gdyby na przykład w Polsce znali niemiecki.
Gdyby się umieli porozumieć.
Dzisiaj, wiecie, ja już nie mówię, że masz smartfona, jesteś w stanie podać swoją lokalizację, jak nie znasz języka, to tłumaczysz na żywca i nie ma problemu.
Wtedy tego nie było.
Oglądałam ten serial i myślałam sobie, że jednak czas, są pewne zdobycze techniki, które uratowałyby życie tym wszystkim, no albo prawie wszystkim ludziom.
Nie byłoby tego, co tam oglądamy, tą potworną bezradność, chaos, brak jakichkolwiek zasad, reguł, regulacji w ogóle, jak postępować w pewnych sytuacjach.
I ta Polska tego 1993 roku, taka szara bura, jeszcze ta zima, ta sól na ulicach, to błoto, to wszystko jest takie, o Jezus, po prostu my tak romantyzujemy te lata, naprawdę nie ma czego, bo ten kraj z tego serialu jest okrutny, jest bezlitosny, jest skorumpowany.
On nie ceni ludzi, on nie docenia tych ludzi, on w dupie ma te żony, on w dupie ma te wdowy, te dzieci, które będą musiały sobie jakoś poradzić z tą potworną traumą, która nie jest do zaleczenia.
O tym jest moim zdaniem ten serial.
Ta katastrofa, gdzieś tam jest Fleona, jest punktem wyjścia do opowieści o tym, jak...
Kiedyś nie szanowano ludzi, których powinno się przytulić.
Tam jest taka scena, gdzie jedna z żon marynarza, który ocalał, grozi jej to, że po prostu zamarźnie w nowym domu, bo nie mają jak zreperować pieca i musi iść i żebrać o pieniądze z dzieckiem na ręku.
Słuchajcie, ogląda się to i my się już myślimy sobie, ja sobie tak myślałam, ja mam teraz bardzo ciężki okres w ogóle, ale tak patrzyłam na to i myślę sobie, poza wszystkim...
Dzisiaj to wyglądałoby inaczej.
Na pewno wyglądałoby inaczej.
I tak mi się strasznie żal zrobiło tych wszystkich ludzi i tych rodzin, bo oni do dziś żyją, oni funkcjonują.
Większość z tych ludzi miała dzieci.
Były z różnych krajów, bo tam na przykład właśnie byli ci kierowcy tirów.
I pomyślałam sobie o tych wszystkich córkach, o tych synach, o tych dzieciakach, które dorosły i gdzie są dorosłymi ludźmi.
Może oglądają ten serial i myślą sobie, kurde, co to były za czasy.
że wyobraźcie sobie, oni nie byli w stanie zrozumieć depeszy z Niemiec o tym, że idzie potworny sztorm, bo to było po niemiecku.
Ludzie na krawędzi.
Ja byłam trochę na krawędzi, jak ten serial się skończył.
Oglądałam napisy końcowe.
Bardzo to jest mocna rzecz, powiem wam tyle.
Ja nie powinnam była tego oglądać w moim stanie emocjonalnym, w jakim się teraz znajduję, no ale obejrzałam i nie żałuję.
Ja sobie znajdę jeszcze czas, żeby to obejrzeć jeszcze raz.
Bo to jest moim zdaniem w ogóle taka metafora o tym, do czego doprowadza pogoń za pieniędzmi, za marzeniami, które są czasami bez sensu, za aspiracjami, na które nas nie stać.
Tam wszyscy są na dorobku, każdy chciałby być kimś innym.
I to bycie na przykład właśnie żoną marynarza dawało ci iluzję być jakimś, nie wiem, bardziej kolorowym w tej szarej Polsce.
Jeszcze do tego, słuchajcie, to jest styczeń i to są takie miesiące właśnie takiej pluchy, no bo kiedyś był śnieg w zimę, ok?
A to jest dziewięćdziesiąty trzeci rok, więc tam jest ta plucha, taka szarość, to błoto i tak sobie myślisz, Boże, jakie to okropne po prostu, jakie to straszne i te biedne kobiety, których nikt nie rozumie,
Dzisiaj by to wyglądało inaczej.
I to tak jeszcze media, to też jest opowieść o mediach.
Wiecie, ja już wtedy pracowałam w radiu i ja pamiętam te jedynki w gazetach, że załoga Heweliusza była pijana.
Obejrzyjcie koniecznie, chociaż od razu wam powiem, uważajcie na swoje emocje, bo ja nie do końca uważałam Heweliusz o ludziach na krawędzi.
O tych rodzinach moim zdaniem przede wszystkim.
O tych wszystkich, którzy zostali na lądzie i oglądali w telewizji miejsce, gdzie zginęli ich bliscy.
Tutaj na Poznaniu prawdy nikomu nie zależy.
Tutaj żadnej sprawiedliwości nie będzie.
Pomódlmy się dzisiaj za wiernych, którzy zginęli na promie Jan Heveli.
Czemu i tak wyglądają?
Kto odpowiada za wypadek, to wykaże śledztwo.
Chodzi mi tylko o to, żeby obronić dobre imię męża.
Nie widzę, co panowie tu wyprawiają.
O co tu chodzi?
Mayday, mayday, mayday.
A koszty tego ponoszą wdowy i rodziny ofiar.
Jak można, że Maksymika i ciała jeszcze nie odnaleziono?
Przecież pan dobrze wie, jak było.
Musi pan to powiedzieć na Izbie.
I tak trochę ku przestrodze, zbliżając się już do końca, teraz chyba każdy będzie ekspertem od Heweliusza, zresztą dzisiaj zweszłam na YouTube i zobaczyłam, że już teraz wszyscy robią materiały o Heweliuszu, no bo to się klika, tak?
To się klika jak cholera, ale bardzo uważajcie, bo tam podejrzewam, że to będzie w oparciu o jakieś tam, wiecie, różne informacje, które już ktoś podał.
Sprawdzajcie źródła, szukajcie wywiadów z ludźmi, którzy na przykład poświęcili wiele lat na napisanie książek na temat tej katastrofy, którzy to zbadali, którzy byli blisko.
Nie szukajcie jakichś plotkarskich historii, bo wszyscy, którzy znają się nad tym i między innymi to też jest w podcaście Polskiego Radia Heweliusz Prawdziwa Historia, mówią wprost, znaczy trzeba bardzo weryfikować źródła, trzeba bardzo uważać, do jakich tak zwanych informacji się można dokopać, bo jest masa teorii na ten temat, także teorii spiskowych.
Więc bardzo Was o to proszę, chociażby z szacunku dla tych biednych kobiet.
Wiecie, tam jest taka scena w serialu Heweliusz, gdzie
No to jest scena identyfikacji ciał, gdzie rodziny stoją w takiej hali, widać, że jest zimno.
Te rodziny stoją, czekają i na noszach poukładane są zwłoki i one są takimi zwykłymi, wiecie, kocami.
Nie tak jak dzisiaj by to wyglądało, że nie wiem, byłoby w kostnicy, w worku, w czymkolwiek, nie wiem.
A to jest taka, wiecie, publiczna wielka hala i w tej hali po prostu położone są te ciała i te rodziny nagle podchodzą taką masą i słychać krzyki, płacze, po prostu patrzy się na to.
Mi rozdarło serce.
To jest taka scena, która mi się w ogóle skojarzyła z inną katastrofą lotniczą sprzed kilkunastu lat.
Tylko tam zadbano, przynajmniej próbowano o te rodziny, natomiast tutaj po prostu to jest jakiś chaos, to jest krzyk i te ciała przykryte tymi brudnymi kocami na ziemi.
Myślisz sobie, matko jedyna, co to były za czasy, jak można romantyzować lata dziewięćdziesiąte.
To był podcast Pierwsza Młodość, odcinek 152.
Dzisiaj było o krawędzi.
Sama jestem na krawędzi, mam nadzieję, że Was trochę z tej krawędzi jednak sprowadziłam, bo na końcu wszystkiego i na końcu całego zła też jest jakieś dobro, chcę w to wierzyć.
Powtarzam to sobie ostatnio bardzo często.
Przypominam, że niedługo miesiączka.
Będzie podcast dla patronów.
Przygotowujemy specjalne podsumowanie roku dla patronów.
I będą trzecie urodziny podcastu Pierwsza Młodość.
Ja mam ostatnio trudny czas, ale ten podcast trochę ratuje mi też życie.
Pełni rolę takiego koła ratunkowego, bo muszę usiąść i zrobić podcast.
I to jest dla mnie też bardzo ważne.
I tym bardziej dziękuję patronom za to, że ze mną są i że mogę spokojnie usiąść i to robić.
Wydawcą tego podcastu jest Mateusz Nawosat i na koniec piosenka.
Piosenka, która pojawia się w filmie Dom Dobry.
Ale pomyślałam sobie, że jednak wolę wykonanie oryginalne.
Do usłyszenia.
Będziesz spierać kwiaty, będziesz się uśmiechać Będziesz liczyć gwiazd, będziesz na mnie czekać Ty, właśnie ty, będziesz moją danką
Ty, tylko ty będziesz moją panią, Będą ci grały skrzypce i płyty, Będą śpiewały jarzębinowy drzewo, liście, ptak i wszystko.
Będę z tobą tańczyć, bajki opowiadać,
Słońce z pomarańczy w twoje dłonie składać Ty, ty, właśnie ty będziesz moją damą
Ty, tylko ty będziesz moją parą Będą ci grały nocą sierpniową Wiatry strojone w barwo słońca Będą śpiewały, śpiewały bez końca Będziesz miała imię jak jesienna róża Będziesz miała miłość jak jesienna burza
To jest podcast Pierwsza Młodość.
Ten podcast powstaje wyłącznie dzięki Patronite.
Ostatnie odcinki
-
Pierwsza Młodość #164
30.01.2026 16:45
-
Pierwsza Młodość #163
23.01.2026 16:45
-
Pierwsza Młodość #162
16.01.2026 16:45
-
Pierwsza Młodość #161
09.01.2026 16:45
-
Pierwsza Młodość #160
02.01.2026 16:45
-
Pierwsza Młodość #159
26.12.2025 16:45
-
Pierwsza Młodość #158
19.12.2025 16:45
-
Dwumiesiączka na zimę by KKP #25
15.12.2025 18:45
-
Pierwsza Młodość #157
12.12.2025 16:45
-
Pierwsza Młodość #156
05.12.2025 16:45