Mentionsy
115. Józef Chełmoński. Realista, który skończył jako samotnik.
Oh Józef! Moi drodzy dzisiaj opowiem Wam o jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich Artystów XIX wieku. Przynajmniej tak został okrzyknięty! Z racji, że trwa teraz wielka wystawa jego prac, warto zagłębić się w jego biografię, żebyśmy mogli łatwiej zrozumieć twórczość, z której zasłynął. Dzisiaj będzie nie tylko o Artyście, ale też o człowieku, który był przemocowy, który odrzucił swoją córkę i który na koniec życia stronił od ludzi.
Miłego słuchania, Marika Szwal.
Wszystkie zdjęcia na instagramie:https://www.instagram.com/marika_szwal_niewinnasztuka/Zostań Patronką/Patronem: https://patronite.pl/niewinnasztukaSKLEP: https://www.szwalmarika.com
Szukaj w treści odcinka
Cześć, witam was w kolejnym niewinnym odcinku.
Dzisiaj, moje drogi i moi drodzy, czas wziąć na tapet pana Chełmońskiego.
Skoro są teraz wielkie wystawy z jego sztuką, to pomyślałam, że miło będzie się o nim czegoś dowiedzieć.
Na pewno ułatwi to wycieczkę do muzeum.
Ostatnio i ja wpadłam z przyjaciółkami do Poznania i wybrałyśmy się na wystawę.
O tym też wam opowiem, bo miałyśmy wielkie szczęście spotkać moją słuchaczkę, która nam pomogła.
Także wyprasujcie garsonki, bo zaczynamy od początku, jak zwykle.
Józef Chełmoński określany jest jako jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystów XIX wieku i tym zdaniem zaczyna się praktycznie każdy artykuł i każda książka o nim.
To ciekawe.
Bo o jego dzieciństwie i życiu jest bardzo mało informacji.
Trochę się nagimnastykowałam, więc przyznam, że to dosyć tajemniczy artysta.
I pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją, że jest o nim mało informacji, jak na takie boom, które przez wystawę wybuchło.
Nie ma co ukrywać, kolejki były ogromne i przednarodowym w Warszawie i teraz przednarodowym w Poznaniu.
I już kilka razy dostałam zapytanie, ale o co w ogóle chodzi, że nagle wszyscy jarają się Chełmońskim?
Nie wiem moi drodzy, spróbujemy odpowiedzieć dzisiaj na to pytanie w trakcie podcastu.
Więc tutaj dla chętnych powiem, że jest luka, którą wypadałoby uzupełnić w przyszłości w formie jakiejś dobrej biografii, a nie nudnych faktów, jakie znajdują się w literaturze i w artykułach.
Ja tego nie będę robić, bo Chełmoński to nie jest artysta, o którym chciałabym napisać książkę, ale postaram się opowiedzieć Wam o nim oczywiście w ciekawy sposób tutaj, żebyśmy wszyscy miło spędzili dzisiaj wspólny dzień, czas.
Dowiedziałam się, że pochodził ze szlacheckiej rodziny, która nie była zamożna, ale bardzo ceniła sztukę.
Jego ojciec Józef Adam grał na skrzypcach i rysował, dziadek za to również Józef malował i pisał,
Więc jak widzicie od najmłodszych lat miał wspaniały przykład i nie ma co ukrywać obcowanie ze sztuką na pewno pozwoliło mu na zakochanie się w malarstwie.
Mama Izabela dużo czytała, była też ciepła i dbała o całą rodzinę, a w przyszłości będzie czytała bajki dzieciom Chełmońskiego jako wspaniała babcia.
Kiedy miał 11 lat wyjechał do Warszawy, zamieszkał u cioci, by móc chodzić do szkoły i on bardzo dobrze się uczył.
To było ważne dla rodzin szlacheckich, bo mimo skromnego stanu finansowego, ale jednak tytułu, nauka była czymś, czego nikt nie był w stanie im odebrać, a niestety wtedy odbierano resztki majątków takim rodzinom jak ta Chełmońskiego.
Ale widzicie, nic się nie zmieniło, nauka zawsze pozostanie jedną z nielicznych rzeczy, która nas określa, tworzy i sprawia, że jesteśmy bogaci, ale w wiedzę i świadomość, a to bezcenne.
Po dwóch latach wrócił jednak do Łowicza, mieszkał z babcią, bardzo dobrze wspominał ten czas.
Wiecie no, ja sobie to wyobrażam, piękne łąki dookoła, kwitnące kwiaty, zwierzęta, no i zapach siana, na którym sypiał gdzieś tam w letnie wieczory.
Brzmi dosyć utopijnie, ale utopia zazwyczaj nie trwa długo, bo był też stresujący moment i wątek w rodzinie Chełmońskiego.
Ojciec zachorował, wybuchło też powstanie styczniowe.
Ja sobie nawet nie chcę wyobrażać, co musiał czuć taki młody chłopak.
Musiał być naprawdę przerażony tym, co się dzieje w kraju.
No i że jego ojciec, myślę, że bardzo mocno chorował wtedy.
No ale pomijając te straszne chwile, no to kiedy był w gimnazjum, ojciec zabierał go na wystawy sztuki i to tam na żywo zobaczył pierwszy raz obraz Kosaka, Simlera czy Gersona.
I na przykład obraz pod tytułem Śmierć Barbary Radziwiłłówny Józefa Simlera to chyba był pierwszy, jakby taki największy zachwyt w życiu Józefa.
Wtedy miał powiedzmy 16 lat i on dowiedział się tak naprawdę po tych wycieczkach po sztuce ze swoim ojcem, kim chce zostać, kiedy dorośnie chciał zostać artystą.
Kiedy miał 18 lat chodził do warszawskiej klasy rysunkowej no i prywatnie uczył się u owego Wojciecha Gersona, którego obrazy oglądał jako dziecko, więc to jest absolutna zazdrość.
Na pewno się tym jarał, nie wierzę, że nie.
Wiecie, po prostu po powstaniu styczniowym ASP zostało zamknięte, więc nie miał wyjścia i musiał liczyć na prywatną edukację.
Domniemam, że rodzina musiała też się nagimnastykować jak ja dzisiaj, by znaleźć na to wszystko finanse, ale no chcieli wspierać syna.
Gerson, jak widzicie po obrazach Chełmońskiego, wspaniale wypracował jego warsztat, ale też ewidentnie był, no nie wiem, mogłabym powiedzieć podwaliną do stylu i tematów, jakie później malował Chełmoński.
Ponieważ Józef tęsknił za swoimi rodzinnymi stronami, które zatopione były w łąkach, bezdrożach i naturze,
a mieszkając w Warszawie nie miał wyjścia i szukał podobnych miejsc, więc najczęściej wychodził w plener.
To zdecydowanie był jego ulubiony sposób na malowanie.
I tutaj, moi drodzy, okazało się, że miał on wręcz fotograficzną pamięć, co również przypisuje się, no, po trosze Gersonowi, który wyciskał z Józefa Ilem w lezie.
Był to wymagający nauczyciel, kazał mu malować gipsowe figury, dopóki dopóty nie będzie to rysunek idealny, jego zdaniem.
Kazał mu też szkicować ręce Giocondy non-stop, dopóki nie będą jak oryginalne.
Nie chcę myśleć ile ołówków zużył przy tych ćwiczeniach, ale myślę, że było warto.
Gerson był wielkim fanem Da Vinci'ego, ale nie tylko, on też uwielbiał, wiecie, ogólnie epokę odrodzenia, więc na lekcjach pokazywał na przykład pracę
Rafaela, które mogę tylko domniemać służyły uczniom za wzór.
Uważał też, że jego uczniowie muszą malować z natury, jak najwybitniejsi swoich czasów.
Skupiał wielką uwagę na najmniejszych detalach.
Mówił, żeby...
Zwracali uwagę na szczegóły codzienności, które umykają innym ludziom, takim zwykłym.
Wiecie, źdźbło trawy, pyłek unoszący się nad łąką, jakiś mały kamyczek, ale to co istotne, nie mieli oni kopiować, chociaż tak to brzmi, oni mieli zagłębić się w świat, który ich otacza, mieli nauczyć się patrzeć, malować, no i przede wszystkim myśleć.
Tu trochę wyprzedzę historię, ale pasuje mi do wątku, bo Witkiewicz, z którym później zaprzyjaźnił się Chełmoński, tak mówił o ich nauczycielu.
Wszyscy uczniowie Gersona wyszli od niego przygotowani do pojmowania, odtwarzania każdego kształtu, jaki w naturze spotkali.
Gdziekolwiek się znaleźli, na wsi, czy w mieście, w salonie, czy w polu, obracali się swobodnie i potrafili wszystko rysować.
I to zapamiętajcie, bo to bardzo istotny fakt, rysowanie z pamięci, które oczywiście na wszelkich uczelniach czy w licach plastycznych jest praktycznie niedozwolone, teraz przynajmniej, ale też powstała ciekawa legenda, którą powtarzali jego znajomi.
Kiedy pojechali w plener, wszyscy uczestnicy przycupnęli sobie przy sztalugach na zewnątrz poza Chełmońskim.
On leżał sobie na trawie, palił fajeczkę i oglądał niebo.
Kiedy wrócili do pracowni, byli zaskoczeni, bo Chełmoński zaczął malować bez żadnego szkicu.
Więc nie są to wyssane z palca opowieści albo jakieś takie nadbudowywanie tego wielkiego, nie wiem, talentu Chełmońskiego.
On miał ewidentnie pamięć, która pozwoliła mu potem rozwinąć styl, który w mniemaniu wielu był niedopuszczalny.
A Chełmoński miał tę umiejętność, że potrafił namalować pejzaż, który widział wiele miesięcy przed w ogóle dotknięciem płótna.
Dla mnie to jest coś niesamowitego.
Bo ja na przykład nie pamiętam, co robiłam tydzień temu, ale w sumie przez całe życie mnie to jakoś ratowało.
Chociaż przyznam tutaj taka dygresja osobista, że dzięki podcastowi poprawiła mi się pamięć i to bardzo.
Takie intensywne przyswajanie wiedzy, czytanie i pisanie robi robotę i moi przyjaciele to potwierdzają, bo zawsze słynęłam z kiepskiej pamięci.
Ale dobra, wracając do Józefa.
Kiedy miał 21 lat, to był 1870 rok, a ja mówię tutaj daty, żebyśmy po prostu wiedzieli, czy dobrze policzyłam, czy nie.
On wtedy dostał się na Akademię Sztuk Pięknych w Monachium.
To była dosyć popularna destynacja dla młodych artystów.
Tam też zaprzyjaźnił się właśnie ze Stanisławem Witkiewiczem, czyli ojcem Witkacego, o którym wam opowiadałam w podcaście o Witkacym.
W tym samym okresie niestety umarł ojciec Chełmońskiego, co nim wstrząsnęło.
Wiedział oczywiście, że choruje i to długo jego ojciec, ale go kochał i cenił za wsparcie, jakie tata mu okazywał.
W Monachium wynajmował wspólnie mieszkanie z Witkacym.
Nie był to dla nich łatwy czas, to trzeba przyznać.
Trochę takie potwierdzenie hasła, które do dzisiaj jest powtarzane, że artysta to biedak i zawsze głoduje.
No, moi drodzy, brakowało im pieniędzy.
Musieli kombinować, by mieć pieniądze chociażby na jedzenie, nie wspominając o innych podstawowych rzeczach potrzebnych do przeżycia.
I z tego co wiem, to on nie lubił Monachium, nie lubił języka niemieckiego, chciał wracać do Polski.
Irytowało go wszystko.
Smak piwa, ludzie, a nawet to, że jak chciał sobie spędzić czas w parku, żeby na przykład pomalować, poszkicować, to on nie mógł po prostu zrozumieć, dlaczego Niemcy plewili każdy najmniejszy chwast, odbierając jakby autentyczność i piękno natury.
No ale został tam dwa lata, sprzedał też kilka obrazów, co już było jakimś tam sukcesem, wystawił się nawet w jednej z galerii, ale do końca życia twierdził, że to był zmarnowany czas, te lata nauki, dlatego że nauka u Gersona była dużo lepsza, nauczył się więcej niż w tej wielkiej monachijskiej akademii.
Kiedy wrócił do ojczyzny, to jeździł po Polsce i po Ukrainie, którą notabene uwielbiał.
Jeździł tam, by malować pejzaże, może żeby przeżyć jakieś przygody, ale niestety o tym nic więcej nie wiemy.
To co wiem na pewno, to że z tych podróży później przywiózło wiele kadrów zapisanych w głowie, które umieścił potem na płótnie.
I tutaj zrobię dygresję, ponieważ na wystawie w Poznaniu, na której ostatnio byłam, psia psi zapisała nas na wykład.
Śmieję się moi drodzy, ale tutaj muszę w miły sposób to opisać.
Ona zapisała nas na ten wykład z zamysłem, że najpierw dowiemy się czegoś o Chełmońskim, a potem sobie zejdziemy na dół pooglądać jego sztukę.
Ja nie byłam przygotowana na wystawę Chełmońskiego, więc stwierdziłam, że to jest dobry pomysł.
Dlatego, że ja od dwóch tygodni siedziałam nad podcastem o wielkich artystkach, więc z jednej strony stwierdziłam, że to jest spoko pomysł, ale byłam wręcz pewna na 99%, że wykład będzie wyglądał tak jak zwykle w takich instytucjach, czyli że będzie po prostu nudny.
W sensie nudny dla mnie.
No i miałam rację, ale i tak na niego poszłyśmy, skoro Sylwia chciała, no to czemu nie.
Zawsze pozostawała jakaś tam nadzieja na to, że się mogę mylić.
Pan prowadzący, nie będę tutaj mówiła po nazwisku, głównie skupił się na drzwiach i mapach Paryża.
Jakbyśmy co najmniej wszyscy mieli pojęcie jak one wyglądają, te mapy, te uliczki paryskie, szaleństwo.
Ja ledwo znam mapę mojego miasta, a co dopiero Paryża, w którym byłam raz w życiu.
Uważam, że fajniej by było, chociaż wiem, że nie taki był zamysł, bo to chyba była seria wykładów, no ale uważam, że najciekawiej byłoby, gdyby takie wykłady skupiały się jednak na biografii, tak ogólnie, plus na opisaniu niektórych najistotniejszych dzieł, bo wtedy dla mnie miałoby to sens.
Oglądanie wystawy po takim wykładzie byłoby na pewno przyjemniejsze mając taką wiedzę, no i na pewno byłoby łatwiejsze, a te wszystkie jakieś niuanse o pracowniach, te pineski w tych mapach jakby...
Myślę, że to był wykład dla pasjonata albo prowadzony przez pasjonata, który bardzo dużo wie i dla niego podstawowe informacje są po prostu zbędne.
No ale dobra, mówię o tym, dlatego że los chyba chciał, byśmy się tam znalazły i wytrwały.
Bo w trakcie trwania napisała do mnie moja słuchaczka.
I tak moi drodzy, ja na wykładach nie używam telefonu, ale zaczęłam sobie czytać informacje o Chełmońskim, bo chciałam się czegoś dowiedzieć przed wykładem, o czego się nie mogłam na wykładzie dowiedzieć i sprawdziłam od razu Instagram.
Czy to ja tam siedzę z tyłu, bo mnie widzi, albo kogoś podobnego.
I po wykładzie godzinnym, z którego niczego się nie dowiedziałyśmy, Patrycja zaproponowała, że nas oprowadzi, bo ma godzinę wolną do następnego oprowadzania, a ona pracuje w Muzeum Narodowym w Poznaniu.
Moje psiapsi powiedziały, że już nigdy nie będą chodziły do muzeum beze mnie.
Bo Patrycja okazała się takim kolorowym ptakiem, w pięknym outficie, bardzo zabawna, inteligentna, no i z wielką wiedzą, co mnie nie zdziwiło, bo słuchanie winnej sztuki i totalnie była w naszym klimacie, więc miałyśmy ogromne szczęście, no bo normalnie takie oprowadzanka nie były nam pisane.
Chociaż można się zapisać w inne dni, także ja Wam polecam, jeżeli będzie to Patrycja, to już w ogóle.
Więc zrobiła nam takie oprowadzanko, że byłyśmy naprawdę zachwycone tym wszystkim i mówię o tym po pierwsze, żeby jej podziękować, no i sobie, że założyłam ten podcast i że mam takie wiecie możliwości, że moja słuchaczka podejdzie i zaproponuje coś takiego.
Ale przede wszystkim chciałam o tym powiedzieć, że niektóre z faktów i ciekawostek wiem właśnie od niej.
I chciałam to tutaj ująć, bo historia jest super i wiem, że to nie jest ostatni raz, kiedy Patrycję wykorzystamy do prowadzenia w Poznaniu, dlatego, że ja często tam bywam u moich psiapsi.
Także Patrycjo, bądź gotowa.
I jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za oprowadzanie i w ogóle za miło spędzony czas.
I ja Wam też mówię o tym, że jest taka opcja, idźcie na oprowadzanko, a nie na wykład.
Jestem pewna, że ten Pan nie będzie słuchał niewinnej sztuki, ale i tak wolałam być po prostu miła.
Chyba wyszło, nie?
No dobra, ale wracając do tych pejzaży.
Dowiedziałam się, że Chełmoński często bywał na Ukrainie, ale zawsze zimą, a obrazy malował na przykład z pamięci w klimacie letnim.
I uważam, że to jest bardzo ciekawe.
Nad tym wątkiem też mogłabym się rozwodzić, ale nie przesadzajmy.
Tutaj jest niewinna, ciekawa sztuka, a nie każdy szczegół z życia Chełmońskiego, który się do niczego nam nie przyda.
W 1874 roku bodajże postanowił rozejrzeć się za pracownią, oczywiście w Polsce, wraz ze swoim psiapsi Witkiewiczem, Chmielowskim i jeszcze tam chyba kilkoma innymi.
Znaleźli takie miejsce w hotelu europejskim, co było dosyć niekonwencjonalne, musicie przyznać.
Ale wtedy nie było żadnych innych dostępnych miejsc.
Nie wiem, czy były zajęte, czy może były poza ich budżetem, więc i tak mieli szczęście, że cokolwiek znaleźli.
No i tutaj jest historia, bo w pracowni mieszkał pewien pan krawiec, więc mogli ją wynająć dopiero jak pan krawiec się z niej wyprowadził.
Postanowili po prostu, w podstawowy sposób, najłatwiejszy go przekupić.
Złożyli się oczywiście, bo byli biednymi artystami, ale podziałało.
Pan krawiec się wyprowadził.
Ja nie wiem, czy oni się targowali, czy nie, ale potrafili sobie poradzić, więc chciałam wam o tym opowiedzieć.
No i nie mieli dużo pieniędzy, więc pracownia była pusta, ale miała to co najpotrzebniejsze, żeby mogli tworzyć, czyli ściany i podłogę.
I nie tylko oczywiście tam tworzyli, bo na dodatek, moi drodzy, to było też miejsce do mieszkania dla nich.
I wyobraźcie sobie, że na czterech art koleżków tylko jeden, Piotrowski, miał łóżko.
Chełmoński i Witkiewicz spali na podłodze.
Jeden z nich spał na jakiejś stercie zasłon, drugi spał na jakiejś skórze niedźwiedzia czy czymś takim.
Także takie trochę legowiska mieli, ale myślę, że i tak było im wygodnie.
I tak naprawdę był to jeden duży i skromny pokój, ale wpadało tam wspaniałe światło, idealne do malowania, co im było więcej potrzebne tak naprawdę.
Było biednie, no jakby to trzeba przyznać, ale z każdym dniem ściany zapełniały się szkicami, rysunkami, więc to tworzyło jakiś klimat.
Tam było chyba z dwa krzesła jakiś stół, także czegoś się dorobili.
Nigdzie w ogóle nie znalazłam, czy tam było jakieś bailando, jakieś imprezy, czy oni pili, czy coś brali.
Chociaż to był Witkiewicz Senior.
No dobra, nie będziemy się w to zagłębiać.
Skupimy się po prostu na hełmońskim, a nie na jakichś bailando ciekawostkach.
Bo to, co mi się bardzo podobało, to fakt, że panowie bardzo lubili się nawzajem, wspierali i mieli dużo radochy, kiedy razem mieszkali, a co najważniejsze, tworzyli naprawdę wspaniałą sztukę.
Wiecie, ja lubię szczegóły, które mogą innych nie interesować, a wiem, że i wam się podobają, skoro słuchacie.
Także opowiem wam, jak wyglądał ich standardowy dzień, taki daily day tych wszystkich artystów.
Najpierw jedli skromne śniadanie, wiadomo, pewnie musieli oszczędzać na farby i płótna.
Potem, kiedy Chełmoński zrobił już poranną gimnastykę, jak to nazywano, która składała się z kilkunastu gwałtownych ruchów...
nie wiem czy on robił pajacyki, czy ganiał po tej pracowni, mogli wtedy wszyscy zabrać się do tworzenia i to już od rana.
Czyli widzicie, nie wszystkie kreatywne osoby jednak wybierają wieczór.
Mówię to ja o północy 47 w blasku świec.
A nad podcastem pracuję od rana do nocy, więc pozdrawiam chłopaków naprawdę.
Ale w nocy najbardziej lubię nagrywać, znaczy nie mam wyjścia, bo jutro już musi być ten podcast, ale po prostu całe miasto jest wyciszone, wszyscy śpią, także to jest mój ulubiony moment.
No i mieszkańcy tej pracowni nieraz sobie wzajemnie pozowali, ale też dawali korekty, co jednak przy malowaniu może być pomocne.
Miodolili sobie cały czas, więc się nie nudzili, ale ciekawa jestem, czy rozmawiali o pierdołach, czy może o sztuce, a może tylko o swoim malowaniu, a może wchodziły jakieś tematy polityczne, no bo to zawsze istotne.
Na pewno rozmawiali o kobietach, a może o wszystkim naraz, no.
Jakby wiecie, to takie dosyć standardowe w gronie przyjaciół, że się rozmawia jednak i omawia wszelkie interesujące i te bardziej błahe sprawy.
Po skończonej pracy i umyciu pędzli szli na kawkę, żeby sobie odpocząć gdzieś do jakiejś lokalnej kawiarenki, pewnie obok tego hotelu.
Chociaż oni to nazywali leżakowaniem, więc ja nie wiem w jakiej formie była ta kawiarenka, ale to byłoby dosyć ciekawe, że sobie leżysz i pijesz kawkę.
I nie wiem czy wiecie, ale czytając dużo o artystach w XIX wieku, głównie tych w Paryżu, no bo kocham rozpustny Paryż, często przewijał się fakt, że dzielili oni jakiś lokal.
Wiadomo, artysta biedny, więc tak było łatwiej, by mieć wspólną pracownię.
Tutaj od razu przychodzi mi do głowy Picasso, który zawsze miał pracownię za młodu, oczywiście ze swoimi przyjaciółmi.
Dużo było takich przykładów.
Ten Gugę to z wszystkimi zawsze musiał się dzielić, niestety, miejscem pracy.
Ale poza tym, że było to łatwiejsze ekonomicznie, to też istotnym było to, że oni się wzajemnie inspirowali, uczyli i rozmawiali o tej sztuce.
To taka była dla mnie baby wersja Akademii.
Ale też w momencie jakiegoś większego kryzysu mogli dzielić się na przykład farbami, czy płótnami, czy po prostu poklepać się po plecach.
Wydaje mi się, że takie wsparcie jest istotne nawet przy wielkich ego.
Przyjaciele są po prostu bardzo ważni w życiu, bo to my ich wybieramy i są czasami nawet bliżsi niż rodzina.
I to wtedy właśnie w tej pracowni przy tych ludziach Chełmoński namalował jeden z najbardziej znanych dzisiaj obrazów, czyli Babie Lato.
Widziałam na żywo i jest zachwycający, przyznaję.
Namalował tę scenę z pamięci, wystawił obraz w zachęcie i wiecie co?
Wszyscy byli oburzeni.
Jak to gruba baba ze wsi z brudnymi stopami może być tematem sztuki?
Według odbiorców, znawców, krytyków było to zbyt dosłowne i realne, no i nie wypadało chwytać się takich tematów.
Wiecie, powinny być doniosłe, z pięknymi osobami, z osobami z jakichś wysokich półek, no.
Klasowych, to mam na myśli.
Ale realiści odchodzili od scen wyniosłych i koloryzowanych właśnie na rzecz codzienności i ludzi z niższych klas.
Mówi się też, że wyjazd jego na Ukrainę otworzył Chełmońskiego malarsko, wiecie, wykruszył z siebie ten akademicki schemat, który był mu gdzieś tam przez lata wpajany.
Ja Wam powiem, że ta pajęczynka, to właśnie tytułowe Babie Lato, które namalował jest...
Tak delikatna, taka nierealna i mocno impresjonistyczna moim zdaniem, czuć taką lekkość, takie ciepło tego lata w powietrzu.
Wiecie jak pachnie lato, prawda?
Wspaniale.
No i też jak się na to patrzy, no to od razu przypomina się ta wilgoć trawy, na której leży ta zrelaksowana dziewczyna o brudnych stopach.
I to moim zdaniem jest taka lekkość, takie niedomówienie, taka mygła, ale nie chodzi mi o dosłowną mygłę, tylko taką malarską, taką, nie wiem jak mogę to nazwać, bardzo rzuciło mi się to w oczy na wystawie, a ewidentnie nie umiem tego normalnie opisać.
Bo wiele z momentów na danym płótnie kojarzyło mi się z impresjonizmem, jak Wam powiedziałam, bo impresjoniści mieli takie wciągające światło.
Wiecie, taki niezwykły klimat i taką miękkość.
I oczywiście u nich wszystko było takie miękkie, a u Chełmońskiego tylko fragmenty.
Tak jak tutaj ten element tej pajęczynki, a reszta już była w realistycznym stylu.
Nie umiem tego wyjaśnić, ale ja właśnie tak patrzyłam na ten obraz, tak go odczuwałam.
Plus to, że za prawie każdym razem w obrazie jest jeden intensywny kolorystycznie element, taki, który się skrzy albo świeci.
Niesamowite.
No tutaj w Babim Lecie może nie aż tak mocno była ta żółta chustka, którą ona miała na głowie, gdzieś tam pod szyją miała jakąś inną chusteczkę pomarańczową.
Ale chodzi mi o to, że jest wiele obrazów, na których widać jakąś chałupę w oddali czy z bliska jakiś kościół i wszystko jest w dosyć ciemnych barwach, takich wiecie, już nocnych i gdzieś w oddali się skrzy ten jeden element i on tak mocno błyszczy, to jest po prostu tak ekscytujące, jak się na to patrzy.
No Jezus, musicie po prostu to zobaczyć na żywo, ale chyba wiecie, o co mi chodzi, nie?
Ja bardzo lubię patrzeć na obraz właśnie w taki sposób fragmentami, w sensie, że jakiś element mnie mocno do niego przyciąga.
Oczywiście dzięki temu całość nabiera jakiejś takiej niezwykłej, trochę tajemniczej atmosfery.
Wow, ja ewidentnie nie umiem opisywać obrazów, ale mówię Wam co czuję, bo rzadko to robię w sumie.
No i też nigdy nie chciałabym Wam powielać jakichś, wiecie, opisów ze stron, jakichś oficjalnych, bo to zawsze jest nudne i jest nadinterpretacja jakby.
W każdym razie, w tej skromnej i biednej pracowni stworzył wiele prac, które teraz uznawane są za jego kultowe obrazy, które tworzył dla siebie, nie powielał ich na sprzedaż, tylko malował dokładnie to, co chciał.
Ale jak wiemy, nie samą sztuką artysta żyje.
Więc Witkiewicz senior zapoznał swoich kolegów z pracowni z Heleną Modrzejewską, do której miał niebywałą słabość, nawet kiedy miał już żonę, ale o tym wspominałam.
I to, co od pokoleń w Polsce jest ważnym elementem budowania swojej kariery, to znajomość.
Nie ukrywajmy, na przykład mój tata Don Vito nieraz mi mówił, że potrafił kiedyś załatwić dobry biznes czy jakiś nawet lokal za pęto, kiełbasy i wódkę.
Myślę, że te czasy się zmieniły, a ceny wzrosły, ale dobre stosunki z ludźmi potrafią nadal wiele zdziałać.
Ale na przykład Chełmoński u Modrzejewskich poznał wielu ciekawych i znaczących ludzi, którzy kupowali na przykład jego obrazy, jak sam Henryk Sienkiewicz.
Witkiewicz, Modrzejewska, Chełmoński i Sienkiewicz w jednym pokoju.
No to jest wspaniała wizja.
I ja, no nieraz mi się wydaje, że tych wybitnych ludzi po prostu w tamtych czasach było więcej, albo nie wiem, wszyscy znajdowali się w jednym miejscu, no i jakoś tam ich drogi się przecinały.
I pewnie jest to złudne z wielu względów, ale zawsze mnie to zachwyca i zadziwia.
I przepraszam, że się powtarzam, ale no taka jest prawda, przy każdym podcaście to mówię, ale czy to nie jest niesamowite?
I to właśnie Modrzejewska i rzeźbiarz Cyprian Godebski namówili Chełmońskiego, by spróbował swoich sił w Paryżu.
Skoro polska scena artystyczna średnio się nim interesowała i generalnie go nie doceniała, no to stwierdzili, że Paryż będzie bardzo dobrym pomysłem.
Pomogli mu uzbierać pieniądze i jeszcze w tym samym roku wyjechał do naszego ulubionego rozpustnego Paryża.
Więc jak zdjęliście marynareczki, bo się rozluźniliście, to proszę natychmiast je wkładać z powrotem, bo czas wybrać się do Paryża.
Wiecie no, Paryż to również salon paryski, czyli wielki deal dla artystów, o czym już oczywiście wiemy.
I w 1876 roku, czyli jak miał 27 lat, wystawił tam swoje dwa obrazy, które faktycznie wzbudziły zainteresowanie wśród bohemki paryskiej.
Pokazał wtedy obraz roztopy i przed wójtem.
To, co jeszcze bardziej ucieszyło Chełmońskiego poza dobrym słowem i podbiciem ego, w końcu go nie jechali jak w ojczyźnie, to fakt, że sprzedał te dwa obrazy.
Ja dokładnie nie wiem za ile.
Wiem też, że dla Francuzów i ludzi mieszkających w Paryżu polskie i ukraińskie pejzaże były bardzo egzotyczne.
Brzmi zabawnie, ale poważnie tak było.
Te wszelkie stroje i te chatki, dla nich było to czymś totalnie pociągającym.
I wtedy poznał też mecenasa, właściciela galerii sztuki Adolfa Gupila, który podpisał z nim umowę.
Józef bardzo się cieszył, chociaż miał obawy, że jest to jednorazowy sukces i nic z tego nie wyniknie.
Myślę, że wiele osób, które coś tworzą, nawet jeżeli są naprawdę zdolne, no to mają takie podejście i na początku może nie wierzą zbytnio.
Jego obrazy zaczęły być trendy i kupowali je bogaci Francuzi, ale też Anglicy nawet jeden obraz.
Pod tytułem Czwórka został zakupiony przez Amerykanina, milionera.
Chełmoński w życiu nie miał tyle pieniędzy, moi drodzy, co wtedy.
Czuł się jak pan, odwaliła mu taka soduwa, to trzeba przyznać, ale sam na to zarobił, więc miał do tego prawo, bo w Polsce cały czas biedował.
Wynajął bardzo fancy paryskie mieszkanko, takie jak teraz możemy sobie oglądać gdzieś na Pintreście.
Kupił do niego meble, ubierał się w jedwabne ubrania i jadał w najlepszych takich...
LPP restauracjach i jak to bywa w takim momencie, człowiek w końcu czuje się bezpiecznie, nie musi się martwić i kombinować, no i liczyć, wiecie, że jakiś pejzaż się niebawem sprzeda, więc to był idealny czas dla Józefa, a w jego wypadku ta stabilizacja finansowa doprowadziła do myśli, jakże głębokiej i popularnej wtedy, by znaleźć sobie w końcu żonę.
Co prawda natrafiłam na jakieś informacje, że przed wyjazdem do Monachium miał narzeczoną Paulinę Fechner, ale ją zostawił.
Nie wiadomo dlaczego, tam nie dokopałam się do konkretnych informacji, myślałam, że tam był jakiś wielki dramat.
Możliwe, że był, ale nie chcę wam mylić.
Chodzi o to, że tutaj główną kobietą jest dziewczyna, która mu się bardzo podobała.
Poznał ją w Polsce, chociaż inne źródła mówią, że w Paryżu.
Miał plan, by wrócić na chwilę do Warszawy.
Ale nie chciał jechać nie wiedząc o różnych rzeczach, więc wysłał sobie Witkiewicza, który do mnie mam gdzieś po prostu był pod ręką w Warszawie, żeby on upewnił się, czy ta oto jego wybranka nie jest zajęta.
Tą niewiastą była Maria Szymanowska, która miała chyba 17 lat, z moich obliczeń tak wynika.
I słuchajcie, w ostatnim podcaście pod tytułem Dlaczego nie było wielkich artystek?
Mówiłam Wam, że damy w tamtych czasach musiały mieć przyzwoitki.
Tak samo było podczas spotkania Józefa i Marii, no bo w końcu do niego doszło, umówił się.
Ona przyszła razem ze swoją mamunią.
Spacerowali sobie po parku, w ciszy, no bo oboje byli zestresowani.
Tak naprawdę pierwszy raz spędzali ze sobą
dłuższą chwilę, ale Józef tak pokierował ich spacerem, że mama została w tyle gdzieś przy drzewku, może dała im po prostu chwilę prywatności i w pewnym momencie Chełmoński zauważył, że na ramieniu jego wybranki usiadł komar.
Więc on go zabił z całych sił, czaić?
Zachód słońca, wiatr smyra, ich zarumienione policzki, kaczki gdzieś tam pływają w stawie, a ten z całej siły klepnął ją w ramię.
Dziewczyna tak się przestraszyła, że uciekła od niego z płaczem i poleciała do matki, która gdzieś tam na nią czekała.
No, to jest chyba pierwszy znak, że nie możemy spodziewać się wątków lafirindowych, skoro to był jego poziom flirtu i adoracji kobiet.
albo znaki, że nie panował nad sobą, albo po prostu chciał ją wybawić z opresji.
Kto wie, nie zrobił na niej dobrego pierwszego wrażenia, no nie dziwię się, że się przestraszyła, ale spotkali się na drugi dzień w teatrze, moi drodzy.
Chełmoński twierdził, że był absolutnie zakochany.
Niestety nie wiem dokładnie jak one wyglądały, a szkoda, bo ja zawsze lubię ten moment i szperam w źródłach, żeby znaleźć opis.
Przyznam też, że nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać tempo, że ludzie potrafili i pewnie nadal potrafią po tygodniu czy miesiącu się ze sobą ochajtać.
Z tego co wiem, to spotkali się na Wielkanoc, bo tak jest podane, więc domniemam, że to był kwiecień, tak jak teraz.
Jak się nie mylę, to już w czerwcu byli po ślubie.
Przy czym nie ma informacji, że przez te dwa miesiące się jeszcze ze sobą spotkali chociażby raz, czy się w ogóle poznawali.
Czy Józef na przykład po oświadczynach wrócił do Paryża i tylko przyjechał na ślub?
Nie wiem.
Podobno też w momencie, kiedy wchodzili do kościoła, już wiecie, podczas ceremonii, nadeszła wielka i złowroga burza, co mimo tego, że tam znajdowali się sami wierzący ludzie...
No to dali się wpędzić w pułapkę za Bobonu, bo Chełmońskiemu przeszło przez myśl, że uuu, może to nie jest dobry znak na przyszłość.
Po ślubie zabrał swoją małżonkę do Paryża, gdzie już wspólnie zamieszkali.
Byli szczęśliwi i po roku związku w 1979 roku Maria urodziła pierwszą córkę Jadwigę.
Chełmoński nadal dobrze sprzedawał swoje obrazy, naprawdę żyli na wysokim poziomie.
On głównie sprzedawał obrazy z pejzażami, ze scenami konnymi, których na wystawie w Muzeum Narodowym w Poznaniu jest naprawdę bardzo wiele.
I wspominałam Wam wcześniej o czwórce, czyli wielgachnym obrazie, no bo Bigger is Better i Chełmoński o tym wiedział.
To obraz, który na pewno robi wrażenie, ale nie robił na polskich krytykach.
Kupił go ten amerykański milioner, ale to jest ciekawe, bo w innym artykule wyczytałam, że na szczęście tego dzieła Chełmoński nie sprzedał, więc...
Trochę byłam zdezorientowana, domyślam się, że po prostu z innych informacji, które wyczytałam, że on wtedy w tym Paryżu malował jeden temat kilka razy, ponieważ się sprzedawał.
Jego marszant mu grzecznie kazał powielać te same obrazy, by nadal mogli żyć na poziomie otoczeni dolarami, wiecie.
Wielu ludzi zarzucało mu też, że robił te powtórki, że tak po prostu nie wypada, bo traci to na oryginalności.
W Polsce wystarczająco biedowo, więc on nie chciał tego powtarzać.
Jeżeli już jesteśmy przy pieniądzach, no to jego obrazy sprzedawały się tak od 8 do 40 tysięcy franków, czyli naprawdę bardzo dużo.
bo z tego co wiem, to w tym samym czasie obrazy Monet czy Renoir sprzedawano za jakieś tam setki tysięcy, więc no 40 tysięcy, 100 tysięcy, no to jest, wiecie, niewielka różnica powiedzmy.
No i prawdopodobnie przez ten dobry czas w Paryżu sprzedał około 100 prac, więc faktycznie mógł chodzić w tych jedwabiach.
Te prace były różnych rozmiarów, ale większość jednak na wystawie ma imponujące rozmiary.
I na tym konkretnym obrazie widzimy wóz, na którym siedzi dwóch panów.
Jeden kieruje pojazdem, Jezu, ja nie wiem jak to się mówi, prowadzi wóz, może tak.
W każdym razie próbuje okiełznać cztery wielkie, dorodne, szybkie, pędzące konie, a pan z tyłu jara fajkę, taką wielgachną.
Aż dziwne, że mu nie zgasła przy tej prędkości, bo naprawdę jak na niego patrzymy, to czuć tę prędkość, czujemy się jakby te konie miały zaraz nas staranować, co jest świetne.
I to, co krytykom w Polsce nie pasowało, to fakt, że obraz jest nierealistyczny, ale nie pod względem technicznym, tylko jakim cudem on mógł namalować taką scenę z, wiecie, jakby...
To sprawiało wrażenie, jakby te konie miały zaraz go rozjechać, więc on nie mógł tam sobie siedzieć i ich malować, a pan z fajeczką na pewno nie mógł tak spokojnie jej podpalać.
Czyli to, co teraz jakby my cenimy w związku z czwórką, kiedyś było wielkim problemem.
Dziwne, bo to jest dosyć nowatorskie rozwiązanie stworzyć takie złudzenie niepowstrzymanego i takiego agresywnego ruchu, a im to przeszkadzało.
A przecież wielcy artyści zazwyczaj gdzieś tam wychodzili poza schematy.
No ale w sumie faktycznie to nie oznacza, że krytycy też wychodzili poza te schematy.
Mam nawet fragment z krakowskiego pisma pod tytułem Diabeł.
Ten fragment powstał po sukcesach Chełmońskiego w Paryżu.
Co to za Chełmoński, co dostał wielką nagrodę w Paryżu?
Czy to jaki imiennik tego, którego obrazu w tym roku nie przyjęło Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych?
Więc Paryż nagradza medalami takich, których u nas nie uznają za godnych wystawienia?
Patrz, o ile wyżej od Paryża stoimy.
Także wydaje mi się, że nie ma co słuchać nieraz krytyków, moi drodzy.
I to, co jest istotne a propos Bigger is Better, to to płótno w szerokości ma 6,5 metra.
Zajmuje całą ścianę tak naprawdę.
Więc wręcz niemożliwym jest, by on malował takiego giganta w plenerze.
Robił to po prostu w pracowni w Paryżu, chyba ze szkicu malarskiego.
Właśnie na wystawie w Poznaniu często przy obrazach jest zdjęcie, chociaż w sumie to jest chyba oryginał, które pokazuje szkic głównego dzieła.
Czasami to łówek głównie jest po prostu malarski szkic, strasznie fajna sprawa, bardzo mi się to podobało, żeby móc sobie właśnie zerknąć jak on początkowo myślał i z czego malował, niesamowite i nie wiem czy ja gdzieś się wcześniej z tym spotkałam, może nie zwróciłam na to uwagi, ale fajna sprawa.
Bo wiecie, często chodził na przykład w teren, siadał sobie z mniejszym płótnem, malował jakąś scenę, a potem w pracowni przenosił to na wielki format.
Bo nie ma co ukrywać, jakby on mógł malować z pamięci, ale no nigdy obraz nie będzie tak dobry, kiedy ma być realistyczny, to powinien być malowany jednak po prostu w danym momencie.
No świetna sprawa, dobra.
Zresztą jak zobaczycie w twórczości Chełmońskiego jest bardzo, ale to bardzo dużo koni.
I z jednej strony pewnie ze względu na klientów, ale on był pasjonatem koni, podobno też świetnie jeździł konno i najbardziej lubił malować półdzikie konie, bo mógł wtedy pokazać taką dramaturgię sceny i siłę tych zwierząt, a przecież konie to naprawdę potężne i takie majestatyczne zwierzęta.
Najlepszymi klientami jednak okazali się Amerykanie, jak Wam wspominałam.
Niestety w 1981 roku w Stanach zostało wprowadzone cło, więc nagle główny klient Józefa nie mógł już finansować jego życia, co stało się ogromnym problemem i dla niego i dla Marszanda.
A na dodatek niebawem Maria urodziła kolejne córki, Marię i Zosię oraz synka Józefa, więc
Jak możecie się domyślić, tych wydatków było coraz więcej, a obrazów praktycznie nie sprzedawał.
On był głową rodziny i on musiał utrzymać piątkę ludzi.
Więc w 1987 roku nie widział już odwrotu, postanowił wrócić do Polski.
Skoro wiecie, w Paryżu już nie zarabiał, no to stwierdził, że spróbuje w domu.
Nie był to łatwy powrót.
Zmarł wtedy też jego najmłodszy syn, a potem kolejne dzieci w przyszłości, Hania i Tadzio.
Józef i Maria zaczęli się wtedy bardzo mocno kłócić po tej tragedii, ale też dlatego, że ona nie chciała wracać do Warszawy.
Maria uwielbiała Paryż i chciała tam mieszkać i wychowywać swoje dzieci.
No i swoją drogą też była przyzwyczajona do wysokiego poziomu życia.
do którego ją przyzwyczaił właśnie Józef, no i tak naprawdę ona w Paryżu czuła się najlepiej.
Ale Józef mieszkał w Paryżu 12 lat, on nie chciał już się męczyć na obczyźnie, a wiadomo, w tamtych czasach kobieta nie miała nic do gadania, miała po prostu rodzić dzieci i siedzieć w kuchni, no oczywiste.
Sam Józef też chyba miał dość tego Paryża, on wspominał, że jedyny plus Paryża to zapoznanie się z pejzażystami francuskimi, bo uważał, że to dzięki nim potem zmienił styl, przestał malować narwane konie, które pozwoliły mu nadostatnie, bądź co bądź życie, a skupił się właśnie dzięki nim na mniej dynamicznych i mniej agresywnych scenach.
I kiedy wrócili do tej Polski, to Chełmoński odkrył swój raj na ziemi, czyli kuklówkę.
Kupił dworek dla siebie i dla rodziny w 1988 roku i w końcu poczuł się na miejscu.
On nie chciał już udawać nikogo innego, a trochę...
tak w Paryżu musiał się zachowywać.
Tego też od niego wymagano, żeby wpadał na te imprezki, rozmawiał z ludźmi, z potencjalnymi klientami, brał udział w życiu tej socjety, tej bohemki.
Wiecie, no tak jak Wam powiedziałam, znajomości są bardzo istotne i domniemam, że tak budowano jakieś kontakty.
ale w kuklówce praktycznie przestał spotykać się z ludźmi.
Nie jest dokładnie to powiedziane, dlaczego on się odcinał od ludzi.
Nie wiem, czy miał tak dość, czy coś się wydarzyło pomiędzy, o czym my nie wiemy, ale on skupił wyłącznie się wtedy na sztuce.
Pracownię sobie zrobił na strychu, więc dom nie mam, że latem było bardzo duszno.
Było mało miejsca, dopóki nie zarobił trochę pieniędzy, to wiecie, było ciasno, ale potem podwyższył sufit, co od razu też rozjaśniło to pomieszczenie.
Malował wtedy już nie na sztaludze, a na ścianie, w sensie przybijał płótno do ściany.
Ja nie wiem dlaczego, czy tak było mu wygodniej, czy miał za małą sztalugę.
Ja sama lubię sobie rozkładać płótno na ziemi albo na ścianie, chociaż sztaluga zawsze jest najwygodniejsza.
Ale mieszkając w takim otoczeniu często wychodził w plener, czyli to co uwielbiał najbardziej.
A wszyscy chyba musimy sobie wyobrazić jak na Mazowszu musi być pięknie.
Znaczy ja nie byłam, może wy byliście, więc to inna sprawa.
W każdym razie wspaniały sielski klimacik.
No i w 1990 roku miał swoją pierwszą wystawę w Zachęcie w końcu.
Zaczął być znowu doceniany już nie tylko w Polsce, na czym chyba mu zależało, ale doceniono go również we Lwowie, w Monachium, w Berlinie, a nawet w San Francisco.
I on namalował w tamtym momencie obraz pod tytułem Bociany, czyli kolejny kultowy obraz, który mogłam zobaczyć na wystawie,
Ja w ogóle Wam opowiadam tylko o obrazach z wystawy, chociaż ich było dużo więcej, bo ja tu wspomnę tylko kilku.
No i nie ma co ukrywać, że naturę kochał ponad wszystko, był jej częścią i potrafił oddać tę atmosferę danego momentu.
tego, jakby to opisać, spokój leniwej polskiej wsi.
Chociaż słowo leniwy nie jest odpowiednie, bo chłopi ciężko pracowali w tamtym czasie, ale na obrazie Bociany widzimy chłopa z synem, którzy prawdopodobnie zrobili sobie przerwę od pracy na obiad, ojciec siedzi na trawie bez butów, syn stoi obok i wpatrują się w niebo, na którym widać klucz Bocianów, które przylatują do Polski na wiosnę.
I tutaj zacytuję słowa Mieczysława Sterlinga.
W dziele Chełmońskiego powietrza ani słońca nie widzi się, a jednak widz staje przed nim w zadumie głębokiego sentymentu pól.
Pól pełnych powietrza i słońca i szumu skrzydeł.
Rdzeniem kompozycji Chełmońskiego nie jest ani renesansowa umiejętność konstrukcji, ani jedność atmosfery, ani też harmonia barw.
Lecz motyw jak gdyby pozamalarski, owa prosta wrzeźbie czy z obrazu ludowego prymitywna bijąca serdeczność i bezpośredniość.
Zaduma chłopków wśród zieleni pól łączy ich przez podniesienie głów i wyraz całych ciał z półkolem odlatujących ptaków.
I widzicie, to co on kochał najbardziej przyniosło mu w końcu uznanie nawet w ojczyźnie, ale no niestety w tym samym roku.
Wydarzyła się tragedia, ponieważ rozstał się z żoną w wielkim skandalu.
To jest bardzo ciekawy wątek, w sumie najbardziej kontrowersyjny w całej tej historii, no i który podzielił, a jakże, miłośników sztuki, kiedy otwarto wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie.
Kiedy Maria była w ciąży z Wandą, czyli najmłodszą córką, Chełmoński podejrzewał ją o romans i postanowił wyrzucić z domu, kiedy ona była w zaawansowanej ciąży.
I powiem wam tak, jest bardzo mało informacji o prywatnym życiu Chełmońskiego, ale zachował się rękopis jego pozwu rozwodowego, czy jakiejś tam separacji.
którym on opisał jej rzekomą zdradę z przyjacielem rodziny, lekarzem, której Maria nie potwierdziła.
Ona zaprzeczała, mówiła, że nie zdradziła męża.
Chełmoński też wyparł się córki Wandy.
Powiedział, że na pewno nie jest ona jego dzieckiem.
A jak wiecie, w XIX czy tam na początku XX wieku nie było badań genetycznych, plus Maria była kobietą, więc w mniemaniu społeczeństwa była niżej w hierarchii niż jej mąż i nie miała.
jak się bronić, jak udowodnić swojej racji.
Istnieje akt urodzenia Wandy Chełmońskiej, w którym nie jest wpisany ojciec, tylko imię położnej.
Ja się dowiedziałam, że tak się właśnie robiło, kiedy dziecko było nieślubne, czyli wpisywało się osobę, która przyjęła poród.
Ten temat w ogóle zbadał bardzo wnikliwie znawca biografii i twórczości malarza, czyli Tadeusz Matuszczak, także bardzo dziękujemy, a mówię to nazwisko, bo może będziecie mieli ochotę sobie jeszcze coś doczytać.
W testamencie Chełmońskiego widnieją też tylko jego trzy córki, czyli Jadwiga, Zofia i Maria, które z nim zamieszkały po rozstaniu rodziców.
Podobno to one same tak zdecydowały.
Nazywał też ich dom córnikiem.
Z tego co wiem, to niestety Chełmoński wtedy bardzo uniemożliwiał spotykanie się z dziećmi swojej byłej żonie.
Są źródła, w których też Maria mówiła, że Chełmoński był przemocowy.
Profesor Joanna Sosnowska czytała te pamiętniki, z których wynikało, że Chełmoński bywał agresywny, oblewał żonę wodą, no i też ją bił.
No i moi drodzy, kiedy otwarto wystawę w Muzeum Narodowym w Warszawie, co było dla mnie niespodziewanym boom, tak jak wam mówiłam, no bo wielkie kolejki, wyprzedane bilety, nagle wszyscy zlecieli się, by obejrzeć jego pracę.
Wybuchła mała drama, a nawet oskarżenia, że dlaczego kolejny raz ukazuje się portret i twórczość artysty jako geniusza, jako osoby ponad innymi, a nie wspomina się w ogóle o tym, jakim był człowiekiem i jak traktował swoją rodzinę.
I to było bardzo ciekawe, że opinia publiczna zdołała wciągnąć Muzeum Narodowe w Warszawie w rozmowę.
Z tego co wiem, wszystko zaczęło się od Sylwii Ziętek i jej wpisów.
Sylwię możecie oczywiście znać, bo napisała książkę Polki na Montparnasse, czy na przykład tylko one polska sztuka bez mężczyzn.
Sylwia oburzyła się na takie przedstawienie historii i nieźle się jej za to oberwało, uwierzcie mi.
No ale zadziałało, bo muzeum zorganizowało debatę, która była również transmitowana na żywo.
Tytuł tej debaty to Oddzielić twórców dzieła, biografia a sztuka.
Już w pierwszych minutach pani historyczka sztuki, kuratorka wystawy Chełmońskiego powiedziała, że on należał do realistów, a podstawowe założenia realistów to uwolnienie od wszelkich uwarunkowań ideowych i zaangażowania politycznego.
Mówiła, że tematy jego dzieł nie były polityczne czy patriotyczne i że fakty z biografii artysty nie miały wpływu na to, co malował.
Powiem Wam, że jak ja to usłyszałam, to sobie pomyślałam wow, nie?
Będzie ciekawie.
Zważywszy, że ostatnio przecież zrobiłam też dwa podcasty bardzo mocno w temacie, czy można skancelować geniusza, no i dlaczego nie było wielkich artystek.
A to wszystko się bardzo ze sobą łączy i również my o tym dyskutowaliśmy na bazie książki Potwory Dylematy Funky.
Znacie moje zdanie, ja uważam, że nie da się oddzielić sztuki od życiorysu, że jedno wynika z drugiego, no i że to jest istotne, by mieć pogląd na całość, mieć dostęp do tych informacji, a nie tylko ślepo oglądać obrazy, że jednak ta biografia jest istotna.
Szczególnie w XXI wieku, kiedy nasza świadomość się zmieniła.
No i chyba nikt nie chce się cofać do poglądów i systemu z XIX wieku, prawda?
Więc ja wiem, że wam często o tym biadolę, ale to jest bardzo ważne, żeby o tym mówić, żeby o tym myśleć.
Znowu powiem, że zważywszy, że od kilku lat toczy się głośna debata na temat wybielania geniuszy, prawda?
Więc i ja do niej dołączam po prostu za każdym razem, kiedy tylko mogę.
Okazało się, że pan w muzeum w Warszawie to był ten sam pan, na którego wykładzie byłam w Poznaniu.
Powiedział on, że jako kuratorzy zagłębiają się w twórczość, a nie w życie osobiste.
No i wtedy sobie pomyślałam, że o, pewnie nie czytali tej książki Potwory Dylematy Funky czy eseju Lindy Nocklin, ale to nieprawda, bo też się niektórzy do niego odnosili, czytam do nich.
Pani kurator powiedziała, że esej Lindy Nocklin Dlaczego nie było wielkich artystek powstał 50 lat temu, więc on nie jest aktualny, z czym się raczej wiele osób, w tym i ja, no nie zgodzi.
Esej jest krótki, więc wypadałoby przeczytać jeszcze raz i zobaczyć, że tam bardzo wiele rzeczy się zgadza i nadal jest aktualne.
W tej debacie brała udział też artystka Iwona Demko i Angelika Kuźniak, autorka na przykład biografii Stryjeńskiej, z której niedawno korzystałam.
Ewidentnie one tam były postawione w kontrze do pracowników muzeum.
Opowiadały się za stroną, by widz czy odbiorca miał dostęp do całej biografii, a nie tylko do finalnego dzieła.
I pani Iwona przytaczała właśnie Lindę Noklin, mówiła o wykluczeniu i istocie feminizmu, nie tylko w sztuce.
Jedna pani w ogóle z widowni, to jest ciekawe, powiedziała, że chyba to wszystko poszło za daleko i po co nam ten feminizm w kontekście sztuki.
Po co zagłębiać się w złe czyny danego twórcy, skoro chodzi wyłącznie o sztukę?
Poważnie, dla mnie mocna ignorancja, mocna naprawdę, ale to się ciekawie obserwowało, bo faktycznie wyglądało jakby były dwa obozy.
I każdy oczywiście miał prawo do własnego zdania.
Pani z widowni miała takie samo prawo do swojego zdania jak pani profesor.
Ale czy jako instytucja państwowa nie powinni jednak rozegrać tego w mądry sposób, taki dopasowany do obecnych czasów?
Bo trochę to wyglądało, wszystko jakby wybielano Chełmońskiego, skoro nie informowano o jego czynach.
Wtedy każdy mógłby sam sobie zdecydować, czy go to rusza, czy go to interesuje, czy nie.
Bo miałby wybór.
mógłby sobie, wiecie, albo przyjść pooglądać obrazy, albo przyjść z pewną wiedzą i wtedy na pewno inaczej odczuwałby tę sztukę.
Ja jestem pewna, że wiele osób, które udaje się na tę konkretną wystawę, czy jakąkolwiek, nie ma pojęcia o biografii Chełmońskiego.
Skoro mi ciężko było dotrzeć do wielu źródeł, to wątpię, by każdy odwiedzający miał czas na takie wertowanie książek i internetu.
Nie wiem.
Tylko uważam, że jakby nie każdy musi wertować i faktycznie szukać tych informacji takich konkretnych.
Dlatego uważam, że instytucja muzeum mogłaby nam, odbiorcom, zapewnić po prostu biografię.
No w końcu to ich praca, prawda?
Pokazanie sztuki i edukowanie ludzi, którzy przychodzą obcować z kulturą jest ważne, moi drodzy, nie ukrywajmy.
I naprawdę szkoda, że tak często jest to jakby zwalane na ludzi, którzy tam przychodzą dla rozrywki.
Owszem, ale na pewno wiele osób się nie obrazi, jeżeli będzie mogło poznać historię pełną, historię Chełmońskiego, jego rodziny, jego czynów.
Bo tak jak Wam już wspominałam i ja nie wiem, czy Wy się zgodzicie, ale tu jest ta kwestia, czy też myślicie, że to trochę jest wybielanie artysty, czy to był przypadek.
Nie wiem, może inaczej, połowiczny dostęp do całokształtu jego biografii, czyli też takie jakby tuszowanie całości jego życia.
A ja zawsze powtarzam, że jednak fajnie jest znać całość, bo nic nie jest ani czarne, ani białe.
Wtedy świat byłby absolutnie mydły.
No i wybiórcze informacje nie są zgodne z rzeczywistością.
A chyba nie po to od kilku lat toczy się dyskusja o tej rzetelnej historii sztuki, o uczłowieczaniu tego mitycznego geniusza, żeby nadal siedzieć w XIX-wiecznym systemie i poglądach.
Nie wiem, czy fakt, o którym pisała profesor Joanna Sosnowska właśnie w swojej książce Poza kanonem, że Chełmoński oskarżał żonę o zdradę, że wyrzucił ją z domu, kiedy ona była w ciąży, że nie przyznał się do córki Wandy, czy to coś, co chcielibyśmy pomijać.
Możliwe, że była to tylko jedna strona medalu, bo już się od Chełmońskiego nie dowiemy jak było, a nie ma żadnych dzienników, żadnych listów, ale dlaczego by nie uwzględnić tej wersji żony?
Przecież ona była drugą stroną tego związku.
Czy naprawdę nadal wierzymy tylko mężczyźnie?
Nawet jeżeli niektórzy tak, no to co im szkodzi poznać też jej wersję?
Jakby z wątpliwą przyjemnością czytałam też komentarze pod wieloma postami na ten temat, ja bardzo lubię to robić, na temat tej debaty i mężczyźni pisali wiadomo, no nie wszyscy, ale było dużo, którzy pisali, że no ale w czym problem, o co chodzi, przecież to ona zdradziła męża, więc to jest jej wina.
Ale były też głosy o zgrozo kobiet pod postami o Wandzie Chełmońskiej jako artystce, bo poszła w ślady ojca, tutaj spoiler, jakby wybaczcie.
No i była taka jedna kobieta i tutaj muszę zacytować ten komentarz.
Oba dzieła są tragiczne i nieudolne, świadczą o braku talentu.
Wiem, że teraz jest moda na promowanie kobiet, ale może wreszcie czas przyznać publicznie, że kobiety nie mają talentu do malarstwa ani do poezji.
Kobiety są za to nieporównywalnie bardziej spostrzegawcze i mają lepszą pamięć.
Mocne, prawda?
Tutaj jeszcze raz powtórzę.
Moda na promowanie kobiet.
Jakby kobiety nie mają talentu do malarstwa.
Pewnie, moi drodzy, kiedyś nie ugryzłabym się w język i powiedziała, że jestem pewna, że ta pani głosuje na Konfederację, ale dzisiaj tego nie zrobię, bo po ostatnim takim tekście w podcaście napisała do mnie pewna dziewczyna.
Feministka liberalna działająca w partii Konfederacja, także wolę dzisiaj nie podpadać.
Myślałam, że dzisiaj opowiadam o realizmie, a jednak pachnie surrealizmem, nie?
No dobrze, wracając do tematu.
Czy bardzo przeszkadzałby wam fakt, gdybyście znali pełną biografię?
Czy bardzo przeszkadzałby Wam fakt, gdybyście znali pełną biografię przed pójściem na wystawę?
Czy Was to nie interesuje i wolicie po prostu sobie oglądać obrazy bez kontekstu?
Jakby tutaj każda odpowiedź jest dobra.
Pamiętajcie, ja w felietonie dla moich patronów na pewno dodam od siebie swoje trzy grosze, bo się nie powstrzymam.
Także zapraszam Was do zostania patronami, patronkami jak macie ochotę.
Bardzo mnie to ciekawi, więc jak możecie, odpowiedzcie mi proszę pod postem na Instagramie na to pytanie, bo ja wiem, że są różne formy oglądania wystaw.
Ja uwielbiam wiedzieć przed wystawą, jak wiecie, zazwyczaj się bardzo mocno przygotowuję, ale na przykład Jaśmin, moja droga, w ogóle nie lubi się przygotowywać, ona lubi iść na spontanie.
Ja wiem, różni moi znajomi, moi przyjaciele lubią chodzić, na szczęście wszyscy lubią chodzić po muzeach, ale nie każdy musi wszystko wiedzieć, chociaż ja uważam, że fajnie przeczytać jakąś broszurkę przed wejściem gdzieś tam na tę przestrzeń galeryjną.
Ale dlatego się Was pytam, już tutaj nie mącę dalej, bo ja myślę, że warto w naszych czasach po prostu dopuszczać ludzi do dyskusji.
a nie ma dyskusji bez wiedzy.
Wiecie, bo trochę tutaj też wybrzmiewa znowu ta elitarność, której ja bardzo nie lubię i takie niedopuszczanie ludzi, w sensie, że przedstawimy idealnego artysty, idealnego malarza, jakby przecież nie możemy pokazać, że był on tylko człowiekiem i jakby miał różne wersje samego
i różne zachowania, jak to bywa z człowiekiem, że nawet geniusz może być zły, a mamy takich przypadków wiele od pierwszego odcinka Niewinnej Sztuki.
No na przykład, czy zachwycanie się obrazami Caravaggio jest złe?
Nie, ale czy kiedy dowiemy się o tym, że był mordercą, powtórzę, zabił człowieka, a chronił go dodatkowo kościół, no to nie zmieni jednak naszego podejścia do jego twórczości?
Może, ale myślę, że nie wszystkim to będzie przeszkadzało, wiecie, to jest indywidualne, też o tym wspominałam.
I fajnie by było, gdyby po prostu można było rozpatrywać te wszystkie wydarzenia z poprzednich wieków przez pryzmat obecnych czasów.
I powiem Wam jeszcze, bo wiem, że tutaj się rozgadałam, ale podczas tej debaty pracownicy muzeum byli ewidentnie zirytowani tym tematem.
Szkoda, bo jak zaznaczyła jedna z pań, która ich kontrowała, że tak powiem...
No to nie był to atak, tylko początek rozmowy na ważny temat.
Myślę, że się irytowali i tymi zarzutami, ale też tym, że rozmowa bardzo często się rozjeżdżała i omijała de facto temat Chełmońskiego.
Oni chcieli do tego wracać.
No trudno, no wiecie, nikt nie chciał usunięcia czy zamknięcia wystawy, tylko po prostu dodania biografii i odpowiedzenia, dlaczego ten wycinek historii jest dla nich wystarczający.
W każdym razie wrócę jeszcze do córki.
Wanda mieszkała z mamą, nie miała kontaktu z ojcem, no bo się jej wyparł.
Kochała tworzyć, już od kiedy była małą dziewczynką, małym dzieckiem i jej talent odkrył wuj, którym był Władysław Ślewiński, o którym opowiadałam wam w podcaście o secesji.
Również bardzo zdolny malarz i on powiedział tak.
W dzieciństwie nikt jej do rysowania nie nakłaniał.
Nie kreowano jej na malarkę.
Sięgając po łówki i pędzle, kierowała się własną potrzebą, potrzebą serca, jak za jej dni ładnie mawiano.
Wyjechały razem z mamą w 1914 roku do Paryża, bo tak jak Wam wspominałam, Maria od zawsze chciała tam mieszkać, więc powrót do Polski był dla niej najgorszym wyborem i w końcu...
Po rozwodzie już nie musiała podporządkowywać się mężowi, więc mogła zabrać do Paryża i córkę.
Wanda, moi drodzy, studiowała w najbardziej epickiej i cenionej Ecole des Beaux-Arts i by utrzymać je, Maria pracowała w redakcjach gazet, pisała różne recenzje, artykuły, opisywała wystawy, a na dodatek założyła swoje wydawnictwo.
I powiem Wam, że ja nie wiem, czy ona to zrobiła już w Polsce czy w Paryżu.
W każdym razie to jest jeden fragment z jej życia.
Także widzicie, te źródła są faktycznie dosyć skromne.
Ale i tak Wam o tym wspominam.
I też powiem, że ja nie wiem, czy to Wanda, czy jej mama, może obie w sumie, chciałyby Wanda stała się tą wspaniałą artystką.
Właśnie by udowodnić Chełmońskiemu, że się mylił, że to jest jego córka.
No i nie wiem czy Was zaskoczy, ale owszem, bo kiedy Wanda stała się ceniona w Paryżu jako artystka, a polska prasa zaczęła o niej pisać, no to ojciec, nie ojciec powiedział, że ewidentnie talent odziedziczyła po nim.
Także hipokryzja na najwyższym poziomie, ale faktycznie i Maria i Wanda dopięły swojego.
Przeczytam Wam też fragmencik, co o niej pisano, bo myślę, że to jest istotne, żeby też w tej biografii Chełmońskiego powiedzieć o jego córce, która również była artystką, aczkolwiek zapomnianą.
Prace Wandy Chełmońskiej odznaczają się imponującym ładem kompozycyjnym, wspaniałą architektoniką, niezwykle harmonijną kolorystyką.
Tonacja jej obrazów jest zawsze ciepła i miła, niezależnie od tego, czy malarka użyła barw świetlistych, spokojnych czy ognistych czerwieni, czy też tonów ciemnych, czarnych, zieleni i brązów.
Urzeka niczym niezakłócona integralność tego malarstwa.
Chłonąc z obrazów Chełmońskiej głęboką afirmację świata, doznając uszczęśliwiającego uczucia wewnętrznego wyciszenia i spokoju, odczuwamy głęboki podziw i wdzięczność dla malarki.
Bardzo ładnie, prawda?
I powiem Wam też, że Wanda przyjaźniła się z naszą drogą Olgą Boznańską.
Uwielbiały się i wzajemnie inspirowały, miały też swoje wzajemne portrety, które dla siebie stworzyły i które ja wstawię oczywiście moim patronkom i patronom do newslettera.
I jeszcze Wam przeczytam, co Wanda o Oldze mówiła.
Mówiłam już, że jest ona zjawiskiem niezwykłym, gdyż jako wielka, poważna artystka maluje co dzień.
Pracuje ciągle, zawsze szukając bezpośredniego odczucia, szczerości i emocji.
Poza tym jest niesłychanie skromna, aż do zaniku własnej osoby i własnych potrzeb.
Godność jej wielka i spokój zdobywają jej u wszystkich bez wyjątku szacunek głęboki lub uwielbienie za dobroć.
Iluż ludziom pomagała egzystować lub wskazała środki, czy drogi młodym lub świeżo przybyłym artystom.
Każdy, kto przyjeżdżał bodaj przez Paryż, był w jej pracowni.
I nie wiem, czy czujecie też ten dysonans, który chciałam pokazać, bo boznańska jest bardzo znana do dzisiaj, a no nie to co Wanda, prawda?
Słyszeliście kiedyś o Wandzie Chełmońskiej?
Nie teraz przy tej wystawie Chełmońskiego.
Widzieliście jej pracę?
A przecież była bardzo uznana w tym samym momencie, kiedy zachwycano się również Olgą i w Polsce i w Paryżu.
I znalazłam wiele tekstów, które mówiły o tym, że w jej twórczości faktycznie czuć ojca, czuć też tragedię, jaka spotkała małą dziewczynkę odrzuconą przez tego ojca.
Nie wiem.
Powiem Wam, że ja znam wiele historii mężczyzn, którzy wychowali czy wychowują swoje niebiologiczne dziecko i kochają je ponad wszystko.
Naprawdę.
Możliwe, że fakt, że została artystką faktycznie był spowodowany udowodnieniem Chełmońskiemu tego, że była jego rodzoną córką.
Z ciekawości poczytałam i dowiedziałam się, że talent dziedziczy się faktycznie po ojcu.
Ciekawa jestem jaka jest prawda, jeżeli chodzi o historię tej rodziny.
Też wiecie, to nie było tak, że Wanda Chełmońska się wychowywała z ojcem i na przykład chłonęła, nie wiem, tę całą atmosferę tworzenia, bo tak nie było, ona była z matką.
Nie wiem, czy miała jakiś dostęp, no ale chociaż w sumie był wujek, no to to jest prawdopodobne.
Ale jeżeli jest to prawdą, że talent dziedziczy się po ojcu, no to jest to lepsze niż test DNA, powiem wam.
Już ok, kończymy wywód o dziewczynach hełmońskich.
Wrócę jeszcze do tego hełmońskiego, no bo to o nim de facto jest ten podcast.
W 1991 roku namalował kolejne dzieło, którym tak wielu się zachwyca, w tym ja, czyli Kuropatwy.
Bardzo zaciekawiła mnie też kwestia, o której się dowiedziałam, że wiele ptaków, które malował Chełmoński w obecnych czasach już znikają, wymierają te gatunki, które możliwie niebawem będziemy mogli podziwiać tylko na jego obrazach i w podręcznikach i teraz już by nie miał możliwości, żeby stworzyć niektóre z obrazów.
I te kuropatwy są namalowane bardzo realistycznie, bardzo precyzyjnie i Chełmoński wiernie oddał ich wygląd.
To jest ciekawe, bo podobno to są bardzo płochliwe ptaki i trudno się do nich zbliżyć tak jak na tym obrazie, a każde jedno pióreczko jest doskonale jakby odwzorowane tak jak powinno być.
bo było to sprawdzone przez, nie wiem, chyba ornitologów, tak myślę.
Znaleziono też oczywiście szkice, więc nie malował tego z pamięci, tylko pewnie dużo czasu poświęciłby studiować te zwierza.
I mimo, że te kuropatwy stoją w śniegu, to nie dominuje tam biel i chłód.
Obraz jest naprawdę ciepły, zbudowany z brązów, trochę róży, jakieś tam odcienie żółci,
Mówi się, że ten obraz może być metaforą a propos przeciwności losów, które napotkał, że ma w sobie dużo duchowości i religijności, bo na starość Chełmoński faktycznie twierdził, że natura to dzieło twórcy i on tam miał jakieś odłamy duchowości.
mimo że przez całe życie był niewierzący.
Nie wiem, ja nie lubię takich interpretacji, jakby wolę sama podchodzić w jakiś tam mocno emocjonalny sposób do obrazów, ale Wam o tym mówię, bo to przeczytałam i stwierdziłam, że może Wam się to przyda, żeby też gdzieś tam sobie...
wśród przyjaciół zacząć dyskusję, jak będziecie stać przy kuropatwach.
Jak ja patrzyłam na te wielkie kuropatwy powieszone na chabrowej ścianie Muzeum Narodowego w Poznaniu, to byłam zachwycona i oczarowana.
Słowo mięciutkie pewnie jest nieprofesjonalne, ale takie dla mnie były kuropatwy.
Mięciutkie w odbiorze.
W sensie nie jako ptaszki te piórka, tylko...
Ta kreska, te malarskie pociągnięcie pędzlem, to dla mnie było mięciutkie, takie otulone w ciepłe światło, mimo że była zima.
I wchodziłam w ten obraz, jakby mimo wielkiego tłumu go nie było, kiedy patrzyłam na ten obraz.
Naprawdę to była wielka przyjemność, kiedy mogłam na niego spoglądać, coś niesamowitego.
Chełmoński, kiedy źle się czuł albo miał gorszy dzień, to on wychodził na dwór, tak jakby ten powrót z Paryża i zamknięcie się przed światem w tym dworku na wsi go uleczyło i połączyło z naturą.
To dla mnie jest ciekawe, bo w sumie do dzisiaj jak się źle czujemy, mamy zły humor, no to wychodzi się gdzieś na spacer, wystawić buzię do słońca, prawda?
To jest faktycznie ta natura ma jakieś właściwości lecznicze.
Ale myślę też, że wiele tych dzieł, które tworzył mieszkając w Kuklówce, były wyrazem miłości i właśnie oddania do tej polskiej natury.
To tutaj spędził ostatnie 25 lat swojego życia.
Był samotnikiem, trochę dziwakiem, jak określali go sąsiedzi i znajomi, którzy się od niego odwracali niestety.
Jeden nawet powiedział tak.
Józef coraz bardziej dziwaczał.
Zdrowie zaczęło się psuć, a razem ze zdrowiem psuł się humor i pojęcia.
Zrobił się dewotem, podejrzliwym odludkiem.
Starych znajomych przyjmował niechętnie.
Ciągle mu się zdawało, że ktoś chce go okraść.
Czegoż te złodzieje kieszonkowce tu przyjechały?
Pytał córki Jadzi, gdy jacyś starzy znajomi przyjechali go odwiedzić.
Będą tu przepatrywać kąty.
Także widzicie, mogły to być objawy jakiejś choroby albo po prostu miał dość ludzi po całym życiu.
Za to on bardzo kochał zwierzęta.
Myślę, że bardziej niż ludzi na pewno w tamtym momencie.
Miał sporo psów, ale jego ukochanym pieskiem był ten o imieniu Kwiatek.
Ładnie, prawda?
I kiedy były na przykład mroźne zimy, to on robił dziuple dla ptaków albo zlecał zrobienie dziupli dla ptaków, żeby mogły się tam ogrzać i schronić i coś zjeść.
Uroczo się to czyta w perspektywie innych jego zachowań, ale też nie jest to obce, ponieważ na przykład Picasso był okrutny dla wielu ludzi, a dla zwierząt był absolutnie wspaniały.
Także widzicie, nie zawsze to powiedzenie, że jak traktuję zwierzęta, świadczy o człowieku w sumie.
Kilka lat przed śmiercią miał udar, co niestety sparaliżowało jego prawą rękę i uniemożliwiło mu malowanie.
To musiała być dla niego wielka tragedia, jakby stracić coś, co go tak naprawdę w większości procentów określało.
Wtedy z tego co wiem opiekował się nim jego brat i oczywiście piesek Kwiatek, który nie odstępował pana na krok.
Chełmoński czuł się coraz gorzej, ale cały czas dochodziły go wieści o sukcesach, o uznaniu jego sztuki.
Nawet został prezesem elitarnego Stowarzyszenia Artystów Polskich.
Został też honorowym członkiem Krakowskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, które zrzeszało najwybitniejszych polskich artystów.
Tam było dużo więcej tych nagród, już nie będę tutaj wyczytywała.
ale widzicie, że on bardzo szybko i odnosił duże sukcesy w swoim życiu, także może dlatego teraz tak wiele ludzi chętnie wpada na te wszystkie wystawy, które są organizowane.
W 1914 roku, dokładnie 6 kwietnia, mając 64 lata, umiera.
Po śmierci jego piesek, kwiatek, nie jadł, nie pił, na nikogo nawet nie patrzył, był skulony i siedział w kącie.
I powiem Wam, że zwierzaki są niesamowite.
Ten piesek naprawdę musiał mocno kochać swojego...
Także to taka dodatkowa historia pokazująca właśnie ostatnie chwile z życia Chełmońskiego i te już po.
I sam powiedział, tutaj Wam przytoczę jeden krótki cytat opisujący chyba idealnie Chełmońskiego.
Sztuka to nie są żarty i nie wolno robić jej byle jak.
To jeszcze na koniec Wam muszę powiedzieć kilka słów o tej wystawie.
Po pierwsze było super, że mogłam tam sobie pójść i to z moimi przyjaciółkami, które również kochają sztukę.
My w ogóle doszłyśmy do wniosku, że można wiele rzeczy robić samemu, ale jednak z przyjaciółmi jest najlepiej.
Wiecie, potem do końca życia będziemy wspominać wszystkie te chwile, które razem przeżyłyśmy.
No i też bardzo mi się podobało, że Patrycja nas oprowadziła i sprawiła, że to oglądanie było wyjątkowe i obfite w ciekawostki i fakty, które się bardzo przydały do obcowania z tą sztuką.
Co prawda było strasznie dużo ludzi, za dużo, bo ciężko było dostać się do każdego obrazu, trzeba było długo czekać.
Ale też tego w sumie się spodziewałyśmy, no bo to był weekend, z drugiej strony jednak miło w sumie, że ludzie tak chętnie wpadali do tego muzeum, zamiast siedzieć gdzieś na kanapie przed telewizorem, więc w sumie na to nie mogę narzekać, bo to mnie zawsze cieszy, że ludzie wybierają sobie sztukę jako atrakcję na przykład na weekend.
I jeszcze na koniec dwa moje przemyślenia, które gdzieś się pojawiły podczas chodzenia pomiędzy tymi obrazami Chełmońskiego.
Po pierwsze powiem Wam, że jak patrzyłam na przykład na Babie Lato czy Wieczór Letni, no to naprawdę nie mogłam od nich oderwać wzroku.
One zachwycały nie tylko kunsztem, ale właśnie tą atmosferą.
I mimo, że był realistą, to dla mnie w tych obrazach było bardzo dużo impresjonizmu i pomyślałam sobie, że no kurde, no ewidentnie inspirował się impresjonistami tą ich lekkością, wiecie, taką mgłą, takim niedopowiedzeniem, a z drugiej strony pomyślałam, no może jednak nie, nie znam się pewnie.
Kiedy zapytałam się Patrycji, to ona powiedziała, że on się odcinał, nigdy nie chciał być łączony z impresjonistami.
Nie wiem dlaczego, ale na wystawie gdzieś pod koniec w tej takiej chabrowej wielkiej sali był obraz, który przypominał bardzo Patrycję.
Mój ukochany obraz Claude Monet, czyli Impresja Wschód Słońca.
Naprawdę był wielki, robił wrażenie, ale od razu przychodziło mi do głowy, o Claude Monet, a naprawdę uwielbiam ten obraz, nawet mam go na tapetzie.
No więc kiedy go zobaczyłam, to sobie pomyślałam, okej, uff, nie, jednak już wiem skąd te moje wrażenia, czyli jednak gdzieś tam kombinował z tym impresjonizmem.
Bo no, mam nadzieję, że jak będziecie to sami spróbujecie to dostrzec, ale ja widziałam ten impresjonizm w wielu jakichś tam niuansach, pociągnięciach pędzla, które nie były na pierwszy rzut widoczne.
A drugie, według mnie bardziej ciekawe przemyślenie, to jest to, że te obrazy według mnie nie były równe.
Równe pod względem jakości.
Bo z jednej strony te takie naprawdę znane obrazy, myślę, że nie bez powodu są najbardziej rozpoznawalne, miały w sobie ten niebywały sznyt, że patrzysz i wiesz, że to stworzył wybitny artysta.
a pomiędzy nimi było sporo obrazów, no kilka obrazów, które wyglądały trochę jakby namalował je student, tutaj nie chcę nikogo obrażać, chodzi mi bardziej o to, że nie było czuć tej atmosfery hełmońskiego, on był bardziej sztywny ten obraz, jakby był poprawny, świetnie się prezentował, na pewno gdzieś u kogoś w kuchni albo w salonie,
Ale nie miał tego pierwiastka, o którym zawsze gdzieś tam myślę, patrząc na to dzieło sztuki.
Wiecie, nie wywoływał we mnie jakichś emocji i nie byłam nim zachwycona.
Do końca też nie umiem tego wyjaśnić, o co mi tu chodzi, ale rozmawiałam z moim przyjacielem i on się zapytał, Mika, może po prostu te obrazy, które tam średnio ci się działy, no to były pierwsze, jakie tworzył, jeszcze nie był tak dobry technicznie, na przykład nie miał pomysłu, gdzieś tam swojego stylu.
Ale właśnie tak nie było, bo te obrazy po pierwsze były świetnie technicznie namalowane i ta wystawa w Muzeum Narodowym w Poznaniu była ustawiona chronologicznie, a te niektóre obrazy, o których Wam teraz mówię, były po prostu wymieszane.
Niektóre były z początków, niektóre ze środka, z końca, także to nie był ten powód.
Po prostu artysta jest też człowiekiem, więc według mnie nie zawsze są równe te jego obrazy.
I zazwyczaj znamy tylko wycinek twórczości danego artysty, a tutaj przy Chełmońskim ta wystawa była ogromna, więc można było się naoglądać.
I to, że ta wystawa była pokazana, jakby poprowadzona chronologicznie, bardzo mi się podobało, że mogłam po kolei zobaczyć jego etapy,
Wiem, że ta wystawa, która się już zamknęła w Warszawie, była w inny sposób posegregowana, więc cieszę się, że tutaj miałam okazję, bo ja bardzo lubię chronologię, moi drodzy, wszelkie kalendaria i osie, także dla mnie tak przyjemniej się to ogląda.
No, ale przyznaję, była pięknie zrobiona, super było na tej wystawie.
Jeszcze była taka mała salka ze szkicami, bardzo ciemna, klimatyczna, co jest takim dodatkowym bajerem do poznania bliżej jego kunsztu.
Oczywiście było bardzo dużo koni, ale to chyba nas w ogóle nie szokuje.
Ja nie wiem, czy ja zdołałam Wam opowiedzieć o tym Chełmońskim wszystko, ale mam nadzieję, że wystarczająco, żebyście mogli poznać jego twórczość i życie osobiste, bo na tym mi najbardziej zależało.
On był człowiekiem, ale i wielkim, zdolnym artystą.
bo dzięki niemu możemy podziwiać świat widziany właśnie jego oczami w danym momencie, jego emocjami.
Był na szczycie, był doceniony w Paryżu, potem w wielu innych miejscach na świecie.
Był też przemocowcem, w pewnym momencie był złym mężem, był niesprawiedliwy wobec swoich dzieci, ale za to na przykład kochał mocno zwierzęta i naturę.
Umarł samotnie w miejscu, które było dla niego i jego sztuki łaskawe i go miło.
inspirowało, więc mam nadzieję, że mimo wszystko w szczęściu.
Także bardzo dziękuję Wam za wysłuchanie tego podcastu, dziękuję Wam słuchaczom, moim patronkom, patronom.
Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście, że czegoś się dowiedzieliście i że napiszecie mi po prostu niebawem, że hej Mariczka, właśnie wracamy, czy wracam z wystawy Chełmońskiego i że Twój podcast
Trochę ułatwił to obcowanie z jego sztuką, bardzo bym tego chciała.
Także, moi drodzy, jest druga w nocy, gaszę świecę i uciekam, bo czas przygotować kolejne odcinki.
Także słyszymy się już niebawem w czwartek.
Ja jak zwykle zachęcam Was oczywiście, żebyście wpadli na Instagram, żebyście zobaczyli, czy nie podoba Wam się coś w moim sklepie szwalmarika.com.
No i oczywiście zachęcam do zostania patronką, patronem, dlatego że patroni dostają prezencik, taki list ode mnie, plus newsletter po każdym jednym odcinku.
A uwierzcie, staram się i te newslettery naprawdę wychodzą fajnie.
Także dobra, już się nie rozwodzę dalej.
Słyszymy się niebawem.
Ostatnie odcinki
-
130. Sztuka we Florencji, Livorno i Pizie. ART ...
29.01.2026 10:00
-
Wywiad z Mariną Abramović i Blenardem Azizaj
15.01.2026 20:37
-
129. Balkan Erotic Epic. Nowy, największy perfo...
18.12.2025 14:30
-
128. Najbardziej trujące farby w historii. Życi...
13.11.2025 05:00
-
127. Keith Haring. Linia, która zmieniła sztukę...
24.10.2025 17:18
-
126. Andy Warhol. Ojciec influencerów i prekurs...
02.10.2025 13:33
-
125. Boznańska. Kameralnie. Malarka duszy prywa...
18.09.2025 11:57
-
124. Największa wystawa DAVIDA HOCKNEY'a w Paryżu!
28.08.2025 13:15
-
123. Rozpustny ART Paryż. W poszukiwaniu XX wie...
15.08.2025 13:49
-
122. Kultowe zabawki z lat 90!
24.07.2025 13:52