Mentionsy

Krzyk Horror Podcast
13.12.2025 02:00

Klozet zabił księdza? Tragiczny wypadek czy klątwa? #97

Chcesz więcej odcinków? Słuchaj i obserwuj Krzyk Horror Podcast, zostaw ⭐⭐⭐⭐⭐ i wyślij link z tym odcinkiem do tych, którzy lubią takie historie.


Trudno w to uwierzyć, ale ta historia wydarzyła się naprawdę.

Noc, ciemna droga i duchowny wracający samochodem. Nagle na środku ciemnej drogi zauważył… stary sedes. Chwilę później doszło do tragedii.

Nieszczęśliwy wypadek, czy złowroga magia szpetuchy? Plotki mówią, że ten klozet mógł zostać przeklęty.


Źródło: Fakt, Super Express

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 420 wyników dla "K"

Ta historia jest inna od wszystkich, które do tej pory opowiadałem.

Tragedia, magia, wiara i zawiść splatają się tu w jedno, ale centrum tej opowieści nie jest człowiek, lecz klozet.

To prawdziwa historia z Podlasia, gdzie stara muszla klozetowa stała się symbolem czarnej magii, śmiertelnych konsekwencji i nierozwiązanej sprawy kryminalnej.

Krzyk Horror Podcast

Jeśli słuchasz tego odcinka na Spotify, zostaw komentarz, obserwacji i pięć gwiazdek.

Dlaczego to takie ważne?

No cóż, tematy, które ostatnio poruszam, a dokładniej słowa, których nie wyciszam, nie zawsze podobają się sztucznej inteligencji.

Algorytmy próbują spychać ten projekt na margines, dlatego każda aktywność to sygnał, że ten program jest wartościowy i nie powinien zniknąć w odmętach internetu.

Dziękuję bardzo.

Jest pewien specyficzny rodzaj samotności, który dopada nas tylko w samochodzie nocą.

Kiedy jedziesz pustą drogą, otoczony jedynie przez ciemność lasu, twoja rzeczywistość kurczy się do dwóch stożków światła rzucanych przez reflektory auta.

W końcu jako kierowca masz nad wszystkim kontrolę.

Kierownica, pedał gazu, hamulec.

Wydaje ci się, że jesteś obserwatorem, który przemyka przez świat, nie dotykając go.

Antropolodzy nazywają to przestrzenią liminalną, stanem pomiędzy, o którym już parokrotnie mówiłem we wcześniejszych odcinkach.

Tym, kim byłeś wyjeżdżając, a tym, kim będziesz, kiedy dotrzesz na miejsce.

W dawnych wierzeniach, szczególnie tych głęboko zakorzenionych w słowiańskiej ziemi, droga, a zwłaszcza rozstaj dróg, to miejsce, którego należało się bać.

To tam na skrzyżowaniu traktów granice między naszym światem a tym drugim stawały się niebezpiecznie cienkie.

W wielu ludowych podaniach czaiły się demony, wieszczyce i licho, które nigdy nie śpi.

To tam wynosiło się choroby, bóle i nieszczęścia, aby porzucić je z dala od ludzkich siedzib.

Wierzono, że zło zostawione na rozstaju dróg przyczepi się do pierwszego wędrowca, który będzie miał nieszczęście tamtędy przechodzić.

Ale żyjemy w XXI wieku.

Kiedy jedziesz nocą przez las, boisz się raczej dzikiego zwierzęcia, pijanego kierowcy albo oblodzonej nawierzchni.

Twoja racjonalna głowa nie dopuszcza do siebie myśli, że zagrożenie może przybrać formę czegoś tak absurdalnego, tak groteskowego, że na pierwszy rzut oka wygląda jak ponury żart.

Wyobraź sobie tylko ten moment.

Jedziesz dość szybko, bo chcesz być już w domu.

Twoje reflektory wyłapują na asfalcie biały kształt.

Twój mózg próbuje to zidentyfikować.

Kamień?

Zwykła, ceramiczna muszla klosetowa.

Przedmiot tak intymny, banalny i związany z fizjologią, że jego obecność na środku drogi...

Wydaje się, błędem w matryksie.

To przedmiot, który kojarzy nam się z brudem, z czymś, co ukrywamy za zamkniętymi drzwiami łazienki.

Na pewno nie kojarzy się nikomu ze śmiercią.

A jednak w tej sekundzie ten kawałek ceramiki staje się czymś twardszym niż stal i groźniejszym niż nabita broń.

Przenosimy się do Hajnówki.

Jest 2 maja 2009 roku.

Tą trasą podróżuje człowiek, który w lokalnej społeczności uchodzi za uosobienie spokoju i dobra.

Prawosławny duchowny, ksiądz Tomasz, wraca od przyjaciela, któremu właśnie ochrzcił dziecko.

Wraca z celebracji nowego życia, z sakramentu włączenia niewinnej istoty do wspólnoty wiernych.

W samochodzie jest jego żona i dwójka małych dzieci.

Poppy jeszcze nie wie, że za chwilę jego życie zderzy się z czymś, co wymyka się logice.

Że sacrum, czyli świętość, którą reprezentuje, zderzy się z najbardziej wulgarnym profanum.

Starym sedesem, porzuconym na środku jest dni.

Z góry uprzedzam, że to nie jest horror o duchach, które wychodzą z lasu, aby straszyć kierowców.

O ludzkiej nienawiści, która jest tak gęsta i tak desperacka, że sięga po metody rodem ze średniowiecza.

Wypadek, do którego doszło tamtej nocy, nie był wynikiem błędu kierowcy czy awarii auta.

Był skutkiem umieszczenia na drodze pułapki, która w zamyśle sprawcy miała być magicznym rytuałem, sposobem na wyniesienie zła z własnego domu.

Kiedy samochód z impetem wbija się w drzewo, kończy się racjonalny świat, jaki znamy.

Zaczyna się mroczna opowieść o podlasiu, szeptuchach i klątwach, które, niezależnie od tego, czy w nie wierzysz, mają realne, krwawe konsekwencje.

Ktoś postawił ten sedes na drodze celowo.

Musiał zadać sobie trud, aby przenieść ciężką ceramikę na skrzyżowanie.

Ktoś wierzył, że w ten sposób odmieni swój los, nie dbając o to, czyje życie przy tym zniszczy.

Czasami jednak to licho nie ma rogów ani kopyt.

Czasami jest po prostu starym, niepotrzebnym przedmiotem, który ktoś postanowił naładować nienawiścią.

I ten przedmiot czekał.

Czekał na kogoś, kto nigdy nie powinien go spotkać.

Żeby zrozumieć dzisiejszą historię, musisz najpierw zrozumieć miejsce, w którym się ona wydarzyła.

Jeśli spojrzysz na mapę Polski, na jej wschodnie rubieże, znajdziesz tam krainę, która wydaje się żyć własnym, odrębnym rytmem.

Dla turysty z Warszawy czy Krakowa to kraina żubra, są kacza i malowniczych drewnianych chałup.

Ale dla tych, którzy tam mieszkają, to ziemia przesiąknięta czymś znacznie głębszym.

Jest to Tygiel, miejsce gdzie wschód spotyka się z zachodem, gdzie katolickie krzyże stają ramię w ramię z prawosławnymi krzyżami o ośmiu końcach.

W sercu tego regionu leży Hajnówka, miasto zwane bramą do Puszczy Białowieskiej.

To określenie jest czymś więcej niż tylko hasłem reklamowym.

Relikt czasów, gdy natura była niepodzielnym władcą świata.

Kiedy mieszkasz w cieniu takich drzew, nabierasz pokory.

Zaczynasz rozumieć, że są rzeczy starsze niż cywilizacja, prawo i być może starsze niż kościół, do którego chodzisz co niedzielę.

W tym specyficznym mikroklimacie, w cieniu potężnych dębów i złotych kopuł cerkwi, przetrwało coś, co w innych częściach Europy zostało wyplenione wieki temu.

Jeśli nigdy nie byłeś na Podlasiu, możesz kojarzyć je z bajkowymi wiedźmami albo, co gorsza, z oszustkami żerującymi na naiwności.

ale rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana.

Szeptuchy w lokalnej gwarze zwane po prostu babkami to zazwyczaj starsze, głęboko wierzące kobiety.

W ich domach pełnych świętych obrazków, ikon Matki Boskiej i zapachu woskowych świec zaciera się granica między oficjalną religią a magią ludową.

Zamawiają choroby czy odczyniają uroki.

Lokalna społeczność traktuje je z szacunkiem, ale i z pewną dozą lęku.

Jeśli ktoś potrafi odczynić zło, to teoretycznie posiada również wiedzę, jak to zło uczynić.

To jest jak z lekarzem, który zna anatomię, aby ratować życie, ale ta sama wiedza pozwala mu zadać śmiertelny cios w najczulszy punkt.

Szeptuchy to strażniczki wiedzy, która nie podlega naukowym rygorom.

To do nich idziesz, gdy lekarz rozkłada ręce, albo gdy twoje dziecko płacze po nocach bez powodu.

Odwiedzisz ją także, kiedy krowa przestaje dawać mleko.

Czy stara babka z różańcem w ręku zgodzi się być narzędziem zemsty?

A może wystarczy, że podpowie ci, co zrobić, aby oddać zło temu, kto na nie zasłużył?

W tym właśnie świecie, w 2009 roku, splatają się losy ludzi, którzy teoretycznie powinni stać po dwóch stronach barykady.

Z jednej strony mamy mroczny, atawistyczny konflikt rodzinny, o którym opowiem ci za chwilę, a z drugiej człowieka, który reprezentował światłość, porządek i oficjalną wiarę.

To był ksiądz Tomasz, miał 38 lat, był człowiekiem stąd, swoim.

Był wikariuszem w parafii św.

Trójcy, tej samej, której potężny sobór dominuje nad panoramą miasta.

Nie był typem surowego, niedostępnego duchownego, który patrzy na wiernych z góry.

Był zaangażowany, pełen życia, z głową pełną pomysłów, jak łączyć tradycje z nowoczesnością.

Był aktywny, obecny, miał żonę, małe dzieci, miał przed sobą całe życie.

Jest w tej historii pewna bolesna ironia, która sprawia, że ciarki przechodzą po plecach.

Tamtego feralnego dnia ksiądz Tomasz nie wracał z imprezy czy wakacji.

Wracał z posługi, która jest esencją chrześcijaństwa.

Odwiedził swojego przyjaciela, któremu właśnie urodziło się dziecko.

Ksiądz Tomasz pojechał tam i brał udział w sakramencie chrztu.

Początek nowej drogi.

Był chroniony przez swoją wiarę, funkcję i cel swojej podróży.

Wracając do Hajnówki, do bramy puszczy wjeżdżał jednak w strefę cienia.

Droga z Bielska Podlaskiego do Hajnówki nie jest autostradą.

To trasa, która wije się wśród pól i lasów, gdzie ciemność jest gęsta i nieprzenikniona.

Kiedy mijasz kolejne wsie, Hołody, Nowoberezowo, czujesz oddech puszczy.

Ksiądz Tomasz znał te drogi, lasy i ludzi.

Wiedział, że w cieniu cerkiewnych kopuł szepcze się zaklęcia.

Jako duchowny prawosławny na pewno wielokrotnie spotykał się z parafianami, którzy łączyli wiarę w Chrystusa z wizytami u szeptuch.

Ale tamtej nocy na trasie z Bielska Podlaskiego nie spodziewał się, że sam stanie się celem albo przypadkową ofiarą sił, w które oficjalnie nie powinien wierzyć.

Nie wiedział, że kilka kilometrów przed jego domem, na skrzyżowaniu z lokalną szutrówką, rzeczywistość została nagięta.

Że ktoś postanowił zagrać w Boga albo w diabła i zmienić krajobraz, tworząc pułapkę, która miała wymiar nie tylko fizyczny, ale i symboliczny.

Ksiądz Tomasz jechał w stronę światła, ale na jego drodze stanęło coś, co pochodziło z mroku ludzkiej zawiści.

Jest 2 maja 2009 roku.

Większość mieszkańców Hajnówki i okolicznych wsi przygotowuje się do snu albo kończy wieczorne spotkania przy grillu.

Jest to moment dnia, kiedy świat zwalnia, a ciemność poza terenem zabudowanym staje się absolutna.

Ksiądz Tomasz siedzi za kierownicą swojego auta.

Obok niego żona, a na tylnym siedzeniu dwójka małych dzieci.

Wszyscy są zmęczeni, ale w ten przyjemny sposób, który towarzyszy powrotom do domu po udanym dniu.

Od celu dzieli ich zaledwie 7 kilometrów.

Kilka piosenek w radiu.

Chwilę wcześniej, około godziny 22 z telefonu księdza wychodzi krótka wiadomość SMS do przyjaciela, u którego gościli.

To zdanie, które wysyłamy tysiące razy w życiu.

Obietnica spokoju.

Sygnał, że wszystko jest w porządku, że podróż dobiega końca, że za chwilę przekręcisz klucz w zamku własnych drzwi.

Jest dowodem na to, jak bardzo mylimy się, zakładając, że przyszłość, nawet ta oddalona o 10 minut, jest nam zagwarantowana.

Bo tak nigdy nie jest.

Samochód mknie drogą wojewódzką relacji Bielsk-Podlaski-Chajnówka.

To dość wąska trasa otoczona szpalerem drzew, które w świetle reflektorów wyglądają jak milczący świadkowie.

Ksiądz jedzie pewnie.

Każdy zakręt i nierówność.

Być może jedzie nieco bliżej środka jezdni.

To typowy nawyk kierowców na podlaskich drogach.

Pobocza bywają dziurawe, a z lasu w każdej chwili może wyskoczyć sarna albo dzik.

Środek drogi daje iluzję marginesu błędu.

Teoretycznie daje czas na reakcję.

Ale nikt nie jest przygotowany na to, co wyłoni się z mroku w rejonie skrzyżowania z drogą do Nowoberezowa.

I nagle, w ułamku sekundy, twoje światła umiatają obiekt, który nie ma prawa tam być.

Stoi idealnie na środku twojego pasa ruchu, jakby ktoś go tam zamontował.

Jakby czekał właśnie na ciebie.

Twój mózg potrzebuje cennych milisekund, żeby przetworzyć ten absurdalny obraz.

Sedes na środku drogi i w środku lasu?

To wygląda jak błąd w rzeczywistości.

Ale fizyka nie czeka na to, aż twój mózg zrozumie ironię tej sytuacji.

Fizyka działa natychmiastowo.

Ksiądz reaguje instynktownie.

Nie chce uderzyć w przeszkodę.

W łąku sekundy szarpie kierownicą w lewo, próbując ominąć białą bryłę.

To naturalny odruch każdego kierowcy.

Ale przy tamtej prędkości gwałtowny manewr na wąskiej drodze to wyrok.

Skoda wpada w poślizg.

Samochód staje się bezwładną masą metalu, nad którą nikt już nie panuje.

I wtedy następuje koniec.

Huk giętej blachy, dźwiękkającego szkła i ten straszny, tępy odgłos uderzenia w drzewo.

Później nastaje cisza, ale tylko na chwilę.

Ciszę przerywa płacz przerażonych dzieci i krzyk rannej żony.

Kobieta i dwójka maluchów mają szczęście w nieszczęściu.

Są mocno potuczeni, w szoku, ale żyją.

Z księdzem Tomaszem jest niestety inaczej.

Uderzenie w drzewo nastąpiło od strony kierowcy.

Siła była nieszczycielska.

Ma rozległe obrażenie głowy i uszkodzony kręgosłup.

Teraz jest uwięzione we wraku, podczas gdy jego dusza balansuje na krawędzi.

Niebieskie światła kogutów rozcinają mrok, rzucając upiorne cienie na las.

Stabilizują księdza.

Karetka na sygnale pędzi do szpitala w Białymstoku, a na środku drogi, w świetle policyjnych latarek, wciąż stoi sedes.

Stoi tam, jakby był pomnikiem ludzkiej głupoty albo złośliwości.

Samochód go ominął, aby roztrzaskać się na drzewie.

Przedmiot martwy, a jednak dziwnie sprawczy, dominuje nad krajobrazem tragedii.

Policjanci, którzy zabezpieczają miejsce zdarzenia, patrzą na to z niedowieszaniem.

Widzieli w swojej karierze wiele zdarzeń, ale to, to wygląda jak scena z jakiegoś chorego filmu.

Walka o życie księdza trwała tydzień.

Modlitw parafian, którzy gromadzili się w cerkwiach, błagając o cud.

Duchowny umiera w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności.

Zostawia żonę, dwoje małych dzieci i społeczność, która nie potrafi zrozumieć, dlaczego Bóg pozwolił na tak bezsensowną śmierć.

To nie jest zwykłe.

Zwykły wypadek drogowy.

Ktoś przyniósł ten przedmiot na drogę.

Sedes jest ciężki, nieporęczny.

Nie wypadł nikomu z kieszeni.

Technicy kryminalistyki podchodzą do klozetu jak do bomby.

Oglądają go z każdej strony.

Widać na nim śladu użytkowania, jakby ktoś wymontował go podczas remontu.

Ale to, co znajdują w środku muszli, zmienia kwalifikację tego czynu z chuligańskiego wybryku na coś znacznie mroczniejszego.

Wewnątrz leży rękawiczka.

Zwykła, robocza rękawica, ale to właśnie na niej technicy dostrzegają coś, co sprawia, że sprawa nabiera rumieńców.

To ślady krwi.

Ktoś, kto niósł ten sedes, zranił się, zostawił swoje DNA.

Ślad, który mówi, to wymagało wysiłku.

To nie był żart pijanych nastolatków, którzy dla hecy przesunęli śmietnik na środek ulicy.

To było działanie celowe, okupione bólem i krwią.

Krew na rękawiczce to dowód na determinację.

Ktoś bardzo chciał, żeby ten sedes znalazł się dokładnie w tym miejscu, o tej porze.

Policja szukała chuliganów, pijanej młodzieży, która zrobiła sobie głupi żart.

Ale wkrótce na komendę zgłosił się człowiek, który rzucił na sprawę zupełnie nowe, mroczne światło.

Śledztwo w sprawie wypadku drogowego zazwyczaj podąża utartym szlakiem.

Szuka się śladów hamowania, pada stan techniczny pojazdu, sprawdza trzeźwość kierowcy.

Gdy przyczyną jest przeszkoda na drodze, policja szuka zwykle chuliganów.

Pijanej młodzieży, która wracając z dyskoteki wpadła na genialny pomysł.

Policjanci z Hajnówki początkowo też tak myśleli.

Przeczesywali okolice, pytali o miejscowych wyrostków, sprawdzali czy ktoś nie robił remontu łazienki i nie pozbył się gruzu w nielegalny sposób.

Wszystko zmieniło się półtora miesiąca po wypadku.

Na komendę w Hajnówce wszedł mężczyzna.

Nie był świadkiem zdarzenia.

Nie widział wypadku, ale wiedział coś, co sprawiło, że śledczy musieli usiąść i wziąć głęboki oddech.

Był mieszkańcem jednej z sąsiednich wsi.

Człowiekiem majątnym jak na lokalne warunki.

Właścicielem okazałego domu.

Na ten biały, popękany sedes, który stał się przyczyną śmierci księdza.

I powiedział słowa, które zmieniły bieg tej historii.

Stefan K. wskazał na charakterystyczne uszczerbienie z lewej strony muszli.

Wiedział o nim, bo ten sedes stał kiedyś w jego domu.

Został zdemontowany podczas remontu i wywieziony na posesję jego rodziców w miejscowości Istok, 12 kilometrów od Hajnówki.

Miał tam czekać na lepsze czasy albo na wywózkę na wysypisko, ale wcześniej zniknął.

Kto go zabrał?

Odpowiedź Stefana nie wskazywała na złodziei złomu czy chuliganów.

Stefan wskazał na krew ze swojej krwi, na swoje dwie rodzone siostry, Eugenię i Annę.

W tym momencie opuszczamy sterylny świat policyjnych procedur i wchodzimy w sam środek piekła.

Nie biblijnego, ale tego bardziej przyziemnego, polskiego, piekła rodzinnego.

Okazało się, że rodzina K od lat trawiona jest przez konflikt, przy którym scenariusze telenovel wydają się łachy.

Wszystko zaczęło się, jak zwykle to bywa, od pieniędzy i ziemi.

Po śmierci wujka w 2000 roku Stefan rzekomo przywłaszczył sobie zasiłek pogrzebowy.

To miała być iskra.

Została ziemia, dom i troje rodzeństwa, które nie potrafiło się dogadać co do podziału spadku.

To wrząca, toksyczna żółć, która sączy się przez lata.

Siostry i brat nie rozmawiali ze sobą dokładnie od ośmiu lat.

Spotkali się tylko na salach sądowych.

Eugenia opowiadała później dziennikarzom, że gdy jechała rowerem, a Stefan mijał ją samochodem, pokazywał jej przez szybę obraźliwe gesty.

Stefan z kolei twierdził, że siostry zazdroszczą mu majątku, że nie mogą znieść tego, iż jemu się powiodło, a one zostały na mieliśnie.

Ale nie myśl, że Stefan poszedł na policję, żeby zgłosić kradzież starego, niezniewartego klozetu.

O nie, przyszedł zgłosić usiłowanie zabójstwa, albo raczej usiłowanie zniszczenia go za pomocą sił, które nie mieszczą się w kodeksie karnym.

Według jego zeznań siostry nie wyniosły tego sedesu na drogę, żeby zrobić komuś żart.

Nie chciały też zabić księdza.

Duchowny był przypadkową ofiarą.

Stefan, mężczyzna z pełnym przekonaniem oświadczył policjantom.

One chciały rzucić na mnie urok.

Tu narracja Stefana wkracza w strefę, która dla człowieka z zewnątrz może wydawać się szaleństwem, ale na Podlasiu ma swoją pokrętną logikę.

Mężczyzna twierdził, że siostry udały się do Szeptuchy, lokalnej znachorki, o której wspominałem wcześniej.

Miały poprosić o sposób na pogłębienie brata, odebranie mu szczęścia i majątku.

Żeby kogoś przeklnąć, aby zadać mu cierpienie albo pecha, trzeba wziąć przedmiot, który do niego należy.

Najlepiej taki, który jest nasycony jego energią, który miał kontakt z jego ciałem.

A co jest bardziej intymne, bardziej w magicznym sensie brudne i związane z fizjologią niż sedes, z którego korzystał.

W magii ludowej ekskrementy i toaleta mają potężne, ambiwalentne znaczenie.

Stefan twierdził, że szeptucha kazała siostrom wziąć ten nieczysty przedmiot należący do wroga i wynieść go na rozstaj dróg.

Dlaczego akurat tam?

Musimy wrócić do początku naszej historii.

W tym miejscu zostawia się również urok, aby poszedł w świat.

Wystawienie sedesu na skrzyżowanie miało być aktem magicznego oczyszczenia ich życia z obecności brata, a jednocześnie przekazaniem mu złej energii.

Wyobraź sobie tylko determinację tych kobiet, jeśli wersja Stefana jest prawdziwa.

Dwie starsze kobiety w nocy dźwigały ciężki ceramiczny sedes.

To nie jest przecież lekki przedmiot.

Waży całkiem sporo i w dodatku jest nieporęczny.

Dla niego ten sedes nie był przeszkodą drogową, ale wycelowaną w niego klątwą, która rykoszetem trafiła w niewinnego człowieka.

Dla mundurowych z Warszawy, Poznania czy Krakowa to brzmiałoby jak bełkot szaleńca.

jak próba odwrócenia uwagi albo objawy paranoi.

Ale tutaj, na Podlasiu, granica między rzeczywistością a zabobonem jest cienka jak mgła nad puszczą.

Funkcjonariusze, słuchając zaznań Stefana, musieli zadać sobie pytanie, które rzadko pada w nowoczesnej kryminalistyce.

Czy w XX wieku ktoś mógł zabić człowieka, próbując rzucić urok za pomocą domowego przedmiotu?

W tym wypadku sedesu?

Czy nienawiść rodzinna może być tak silna, że sięga po narzędzia z innego świata i najważniejsze?

Czy prawo ma w ogóle narzędzia, aby sądzić kogoś za rzucanie uroku, który skończył się realnym trupem?

Dla niego siostry były winne i w jego oczach to, że zginął ksiądz, było tylko dowodem na to, jak potężne niebezpieczeństwo.

Bo w świecie magii istnieje zasada, o której zapominają amatorzy.

Zło wypuszczone w świat zawsze kogoś trafi.

A czasami jak bumerang, wraca do tego, kto je wysłał.

Zanim ocenisz Stefana jako człowieka owładniętego paranoją albo jego siostrę jako bezwzględne wiedźmy, pamiętaj o wyjątkowej mechanice świata, w którym oni żyją.

Dla większości z nas klątwa to motyw z filmu fantasy, ale w antropologii kultury, a zwłaszcza w pracach badających magię ludową Podlasia, takich jak te autorstwa profesor Anny Engelking, klątwa jest czymś znacznie bardziej namacalnym.

Naukowcy nazywają to aktem performatywnym.

To moment, w którym słowo przestaje być tylko dźwiękiem, a staje się czynem.

Kiedy sędzia mówi, wskazuje cię, jego słowa zmieniają rzeczywistość.

Człowiek wtedy traci wolność.

Kiedy ktoś rzuca klątwę, wierzy, że uruchamia mechanikę, której nie da się zatrzymać.

Jednak słowa to za mało.

Żeby klątwa zadziałała, potrzebny jest rekwizyt.

I tutaj powracamy do najbardziej groteskowego elementu całej tej historii, czyli do sedesu.

Dlaczego akurat on?

Dlaczego nie zdjęcie, włosy czy kawałek ubrania?

Tak jak już wcześniej wspomniałem, w folklorze brud, nieczystości, ekskrementy mają potężną, podwójną symbolikę.

Stefan K. był bogaty, a konflikt dotyczył spadku.

To komunikat.

To nie jest przypadkowa lokalizacja, bo w magii ludowej skrzyżowanie to miejsce graniczne, przestrzeń niczyja.

To tam demony spotykają się z ludźmi.

Od wieków narostaje wynosiło się choroby.

Jeśli ktoś w domu chorował, brało się jego ubranie albo wodę po myciu.

Wylewało się tam, gdzie krzyżują się drogi.

Nienawiścią sióstr do brata, którą chciały po prostu porzucić w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc?

Jeśli tak, to zadziałała tu inna, przerażająca zasada magii ludowej.

Zasada lustra, znana także jako prawo bumerangu.

Mówi ona, że każda klątwa musi gdzieś osiąść.

Jeśli rzucisz w kogoś kamieniem, on zrobi unik, to kamień poleci dalej i trafi w kogoś, kto stoi za nim.

Klątwa nieuzasadniona, rzucona na niewinnego, wraca do nadawcy ze zdwojoną siłą.

Ale co jeśli po drodze napotka kogoś innego?

Kogoś, kto znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie?

Ksiądz Tomasz był niewinny.

Nie brał udziału w spoczu ospadek, a jednak to on przyjął na siebie uderzenie.

Przejął przedmiot, który miał zniszczyć kogoś innego.

Dla antropologa to fascynujący przykład myślenia magicznego.

Dla prokuratora to tragiczny splot okoliczności.

Ale dla mieszkańców Hajnówki to był dowód na to,

że zło wypuszczone z rąk nie ma oczu, jest ślepe i głodne.

Sugerował, że siostry mogły korzystać z tak zwanych czarnych książek.

To mityczne woluminy przypisywane w folklorze najpotężniejszym czarownikom.

Wiedźmarzom, którzy paktują z diabłem.

Według podań, kto posiada taką księgę ma władzę nad demonami, ale płaci za to straszną cenę.

Jeśli siostry naprawdę sięgały po tak mroczne metody, to według Stefana śmierć księdza nie była przypadkowa.

Była ofiarą konieczną, aby nakarmić demony, które zostały przywołane.

To brzmi jak scenariusz horroru klasy B.

Stefan bał się tak bardzo, że poszedł na policję i oskarżył własną rodzinę o czary.

Musieli sprawdzić, czy w tej szalonej teorii nie ma przypadkiem ziarna prawdy.

Czy te dwie kobiety były rzeczywiście zdolne do takiej nienawiści?

Czy faktycznie odwiedzały szeptuchy?

Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

Albo w tym przypadku.

Kto magią wojuje, ten ściąga na siebie uwagę sił, których nie da się kontrolować.

Policjanci postanowili więc sprawdzić, czy siostry naprawdę sięgały po te zakazane metody.

I żeby zweryfikować prawdę w świecie, w którym rządzą klątwy i uroki, użyli narzędzia rodem z filmów szpiegowskich.

Chłodnego, bezdusznego i na wskroś naukowego.

Wyobraź sobie dwie starsze kobiety wyrwane o świcie ze swoich domów, z rytmu dnia wyznaczonego przez dojenie krów i pracę w polu.

To były proste kobiety z podlaskiej wsi, które nagle znalazły się w centrum kryminalnej burzy.

Teraz siedziały w dusznych pokojach przesłuchań.

Policjanci naciskali.

Tak, wyniosłyśmy ten sedes.

Ale kobiety milczały.

Albo płakały.

Eugenia w akcie desperacji, przytłoczona ciężarem oskarżenia, rzuca do funkcjonariuszy słowa, które mrożą krew w żyłach.

To dajcie sznurek i się powieszę!

To nie jest chłodna kalkulacja przestępcy.

To był krzyk bezsilności kogoś, kto czuje, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

W kawkowskim koszmarze, gdzie logika została zastąpiona przez absurdalny przedmiot zbrodni.

Wobec braku twardych dowodów i zaprzeczeń kobiet, śledczy zdecydowali się na krok rodem z filmu fakcji.

Sięgnęli po wariograf, czyli wykrywacz kłamstw.

To moment, w którym świat magii i zabobonów zderza się z chłodną technologią.

Elektrody podpięte do

To ciał kobiet, które rzekomo paktowały z siłami nieczystymi.

Igły kreślące wykresy na papierze, mające oddzielić prawdę od fałszu.

Pytania były proste, ale obciążone gigantycznym ładunkiem emocjonalnym.

Czy zleciła pani do komuś?

Maszyna wydała werdykt.

Wariograf nie odnotował reakcji stresowych, które wskazywałyby na kłamstwo.

Według maszyny Eugenia i Anna nie miały nic wspólnego z fizycznym umieszczeniem przeszkody na drodze.

Jeśli kłamały, to były mistrzyniami manipulacji na poziomie agentów wywiadu.

Ale bardziej prawdopodobne było to, że Stefan K. w swojej nienawiści i paranoi oskarżył niewinne osoby.

Skoro siostry same tego nie zrobiły, może ktoś zrobił to za nie.

Policjanci pojechali do miejscowości Rutka.

Zapukali do drzwi Hanny B., starszej kobiety, o której we wsi mówi się, że wie więcej.

Scena, którą zastali była daleka od sabatu czarownic.

Na widok policjantów Hanna była przerażona.

Jej mąż, próbując bronić żony przed oskarżeniami, krzyczał na mundurowych, każąc im się wynosić.

Sama Hanna zamiast rzucać klątwy, zrobiła to, co robią ludzie na Podlasiu w chwilach trwogi.

Przeżegnała się znakiem krzyża i zaczęła modlić.

I znów wynik negatywny.

Była tylko starszą kobietą, która leczyła modlitwą, a nie morderczynią zastawiającą pułapki na drogach.

Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Jest też narzędzie zbrodni, czyli zakrwawiony sedes z rękawiczką w środku.

Krew z rękawiczki zostaje zabezpieczona.

Mąż Anny odmawia oddania próbki, do czego ma prawo.

W polskim systemie prawnym bez twardych dowodów sprawa musi trafić do archiwum.

Dwa lata po śmierci księdza prokuratura umarza śledztwo z powodu niewykrycia sprawców.

Oficjalnie nieszczęśliwy wypadek z udziałem nieznanego sprawcy, który porzucił odpad na drodze.

Koniec?

Że energia, która została uwolniona tamtej nocy, wciąż krąży nad tą drogą.

Jest marzec 2016 roku.

Ta sama droga relacji Bielsk-Podlaski-Chajnówka.

Za kierownicą siedzi prokurator Andrzej.

To nie jest przypadkowy kierowca.

Człowiek prawa, racjonalista.

Andrzej jednak był też kimś więcej.

Był kuzynem zmarłego księdza.

Mężczyzna bardzo mocno przeżył śmierć kuzyna.

Co więcej, ten człowiek, reprezentant wymiaru sprawiedliwości, głęboko wierzył w wersję o szeptusze i klątwie.

Krytykował decyzję o umorzeniu śledztwa.

Uważał, że zło nie zostało ukarane, że sprawiedliwości nie stało się zadość.

Każdego dnia, jadąc do pracy, zatrzymywał się w soborze, aby zapalić świeczkę.

Był człowiekiem, który żył w cieniu tamtej tragedii.

Tamtego marcowego dnia pogoda była niespokojna.

Kiedy samochód prokuratora mijał miejscowość Hołdy, niedaleko miejsca, gdzie siedem lat wcześniej zginął ksiądz, stało się coś, co można nazwać pechem, przeznaczeniem albo dopełnieniem klątwy.

Potężny konar oderwał się od przydrożnego drzewa.

Uderzył w dach, miażdżąc go i zabijając kierowcę na miejscu.

Andrzej zginął na tej samej trasie, co jego kuzyn.

Obaj byli związani krwią, obaj byli ludźmi głębokiej wiary i obaj zginęli w okolicznościach, które zmuszają do zadawania pytań.

Dla policji to był kolejny nieszczęśliwy wypadek.

Siła wyższa, wiatr, stare drzewo, statystyka.

Ale dla mieszkańców Hajnówki, dla tych, którzy pamiętają historię o sedesie, szeptuchach i o nienawiści Stefana, to nie była statystyka.

To był znak, dowód na to, że coś w tych lasach wciąż działa.

Że klątwa raz rzucona nie wygasa wraz z zamknięciem akt prokuratorskich.

Że domaga się kolejnych ofiar.

Dwa wypadki, dwaj ludzie związani krwią i wiarą.

Jeden przedmiot, który 7 lat wcześniej stał się katalizatorem koszmaru.

Sprawa została oficjalnie zamknięta, ale miejscowi wciąż szepczą.

Bo w świecie szeptuch zamknięcie akt przez prokuratora nie oznacza końca historii.

To oznacza tylko, że prawo ludzkie jest bezsilne wobec praw, które rządzą się inną, mroczną logiką.

Spójrzmy na to wszystko z dystansu.

Kiedy opadnie kurz po policyjnych radiowozach, ucichną plotki w wiejskich sklepach.

Pozostaje tragedia rodziny, która straciła męża i ojca w okolicznościach tak absurdalnych, że aż trudno je w ogóle opowiedzieć.

Pozostaje też druga rodzina, zniszczona nie przez klątwę, ale nienawiść.

Przez chciwość, spóro kawałek ziemi i parę złotych, które doprowadziły ich na skraj szaleństwa.

Najstraszniejsza jest psychologia przekleństwa.

Nawet jeśli jesteś racjonalistą i uważasz magię za bajki dla dzieci, musisz uznać jedną rzecz – wiarę.

Siła ludzkiej wiary jest potężna.

Jeśli ktoś wierzy, że stawiając sedes na drodze zniszczy swojego wroga,

Ten, kto wyniósł tę przeszkodę na asfalt, nie widział w niej tylko kawałka ceramiki.

To sprawia, że niezależnie od wyroków sądów czy umorzeń prokuratorskich, mamy tu do czynienia z morderstwem.

Morderstwem dokonanym z premedytacją, choć narzędziem zbrodni był zabobon, a mechanizmem wykonawczym nieszczęśliwy wypadek.

Czy można zabić kogoś samą nienawiścią?

W materiałach etnograficznych dotyczących magii słowa pojawia się koncepcja złej godziny.

Wierzy się, że słowa wypowiedziane lub czyny wykonane w złej godzinie nabierają natychmiastowej, niszczycielskiej mocy sprawczej.

To wtedy rzucone w gniewie, obyś zdechł, staje się wyrokiem.

To właśnie wtedy absurdalny rytuał z sedesem na rozstaju dróg przestaje być groteską, a staje się śmiertelną pułapką.

Być może tamtej nocy, 2 maja, zegary w Hajnówce wybiły właśnie taką godzinę.

Moment, w którym ludzka podłość zgrała się idealnie z fizyką, prędkością samochodu i ciemnością lasu.

Moment, w którym profanum spotkało się z sakrum, a wynik tego spotkania był tragiczny.

Cedes zniknął.

Został zabezpieczony jako dowód, a potem najpewniej zniszczony.

Drzewo, które rozbiło się auto, zarosło nową korą.

W Hajnówce, w Bielsku, w małych wsiach ukrytych w puszczy ludzie wciąż pamiętają i wciąż patrzą na rozstaje dróg z niepokojem.

To przestroga przed tym, do czego zdolny jest człowiek, gdy pozwoli, aby nienawiść wymieszała się z zabobonem.

Kiedy przestajemy widzieć w drugim człowieku brata, a zaczynamy widzieć cel magicznego ataku, przekraczamy granicę, za której nie ma już powrotu.

Zastanów się nad tym dzisiaj, kładąc się spać.

Czy wierzysz, że stara porcelana może być nośnikiem klątwy?

A może zło nie potrzebuje rekwizytów?

Być może zło jest tylko w nas, czekając na odpowiedni moment, na naszą własną złą godzinę, żeby wyjść na zewnątrz.

Tak jak słyszysz, czasami najstraszniejsze potwory kryją się w sercu brata, który patrzy na siostrę i życzy jej byszcze zła.

I czasami, tylko czasami, wszechświat postanawia spełnić to życzenie w najbardziej okrutny sposób.

W dzisiejszym odcinku Krzyk Horror Podcast to by było na tyle.

Podcast ten znajdziesz również na TikToku czy Instagramie.

Dziękuję, że jesteś.

0:00
0:00