Mentionsy
Od tygodni śmierdziało w piwnicy. Ale tylko on wiedział,dlaczego| 410.
🕵️ [autorpomocja] Bilety na konwent znajdziesz tutaj: https://www.ebilet.pl/biznes/konferencje/kryminalne-miasto?partner=mymusicliv
Szczecin, PRL. Kobieta znika bez śladu, ale nikt nie zgłasza zaginięcia. Przez miesiące ktoś regularnie odbiera jej rentę. Wszystko działa perfekcyjnie – do dnia, w którym kasjerka pyta o złotówkę. Wtedy wychodzi na jaw plan, który trudno sobie wyobrazić… Historia pełna niedopowiedzeń, fałszywych tożsamości i szczegółów, których nie da się odzobaczyć.
Szukaj w treści odcinka
Spójrz uważnie, czy patrząc na to zdjęcie domyśliłabyś się, że to nie starsza pani, tylko młody mężczyzna w przebraniu.
A teraz wyobraź sobie, że ten człowiek przez kilka miesięcy skutecznie oszukiwał wszystkich.
Aż do chwili, gdy zabrakło mu jednej złotówki.
I wtedy na jaw wyszła historia, której nikt nie był gotów usłyszeć.
W dzisiejszym odcinku przenosimy się do Szczecina, do lat siedemdziesiątych, gdzie za elegancką peruką, starannym makijażem i damskimi rajstopami kryła się nie tylko desperacja, ale i sekret, który zszokował cały kraj.
Sprawa, która zaczęła się od brakującej złotówki na poczcie, bardzo szybko przerodziła się w jedno z najbardziej niepokojących śledztw PRL-u.
A jej głównym bohaterem okazał się młody mężczyzna, który być może wcale nie chciał być potworem.
Ja nazywam się Marcin Myszka, a ty słuchasz Kryminatorium.
W każdy poniedziałek znajdziesz tu nową, mroczną sprawę śledczą.
Prosiliście o polskie sprawy z czasów PRL, więc spokojnie.
Takie tematy będą się tutaj pojawiać, ale od czasu do czasu.
I skoro już jesteśmy przy zbrodniach sprzed lat, słuchajcie, mam dla was super newsa.
Na naszym konwencie True Crime Kryminalne Miasto, który odbędzie się w maju we Wrocławiu, jednym z prelegentów będzie Michał Fajbusiewicz.
Tak, legenda polskich spraw kryminalnych.
Przez lata prowadził kultowy program na TVP 997.
Człowiek, który robił True Crime w Polsce na długo przed erą podcastów i YouTube'a.
Naprawdę ogromnie się z tego cieszę.
Tym bardziej, że pan Michał weźmie udział aż w dwóch panelach na scenie głównej.
Jeżeli nie masz jeszcze biletu na jedyny konwent True Crime w Polsce, kup go teraz i spotkajmy się na Kryminalnym Mieście już 16 i 17 maja we Wrocławiu.
Otwieramy akta tajemnic.
Wtorek, ostatni dzień maja 1977 roku, przed południe.
W szczecińskim urzędzie pocztowym nr 34 przy alei Wojska Polskiego 35 panował tłok większy niż zwykle.
Był to czas, kiedy wielu seniorów przychodziło odebrać swoje renty i emerytury osobiście, nie mogąc ich otrzymać od listonosza w domu.
W długiej kolejce stali z awizami w dłoniach i cierpliwie czekali na wypłatę pieniędzy.
Pracowniczki poczty za okienkami skrupulatnie liczyły banknoty, prosząc każdego klienta o podpis potwierdzający odbiór gotówki.
Zawsze ktoś się z kimś pokłóci w kolejce.
Ktoś inny zrzuci komuś we pchnięcie się przed niego, bo przecież pan tu nie stał.
Ja byłam pierwsza.
Ja odszedłem tylko na chwilę.
A mi się śpieszy, bo mam umówioną wizytę do lekarza.
Jakby nie można było się tak po prostu zamknąć i cierpliwie odczekać swoje.
Inni umilali sobie czas pogawędkami.
Wśród cichych rozmów dało się wyłowić w różnych proporcjach zarówno narzekania na ciężkie czasy, jak i najnowsze plotki z życia miasta.
Można by powiedzieć zwykły dzień na poczcie, zwłaszcza pod koniec miesiąca, gdy wypłacane są renty i emerytury.
W tłumie czekających do okienka numer 6 stała kobieta w okularach.
Na pierwszy rzut oka zupełnie niewyróżniająca się.
Nikt nie zwracał na nią szczególnej uwagi.
Jej wygląd i zachowanie opisali kilka lat później Sylwester Kończyk i Henryk Wciórka w swojej publikacji zatytułowanej Osobliwe zabójstwa dokonane w Szczecinie, wydanej przez Departament Szkolenia Doskonalenia Zawodowego MSW w Warszawie.
Kobieta nie rozmawiała z nikim.
Na pytania reagowała jedynie wzruszeniem ramion albo grzecznym ruchem głowy.
Co chwilę nerwowo spoglądała na zegarek, jakby bardzo jej się spieszyło.
Ale to akurat nie było niczym dziwnym.
Niektóre kasjerki mogły już kojarzyć jej twarz, bo kobieta od pół roku regularnie odbierała swoją rentę na tej poczcie.
Tamtego dnia jak zwykle była bardzo elegancka.
Pod szyją kolorowa apaszka przykrywająca niebieską bluzkę.
Miała na sobie brązowy prochowiec, popielatą spódnicę i beżowe rajstopy.
Na nogach zamszowe kozaczki.
W końcu, tuż po godzinie 11, przyszła i jej kolej.
Kobieta w okularach podeszła do okienka numer 6.
Kasierce, która miała na imię Elżbieta, podała dwa awiza.
Łączna kwota 4699 zł.
Razem z awizami wręczyła swój dowód osobisty.
Elżbieta zanim wypłaciła pieniądze, zgodnie z procedurą sprawdziła dane interesantki.
Wszystko się zgadzało.
Nazwisko?
Również pasowało.
Nawet zdjęcie w dowodzie przedstawiało elegancką kobietę w okularach.
Wszystko szło zgodnie z planem.
Aż do momentu, gdy pojawił się niespodziewany problem.
W kasie zabrakło drobnych.
Aby uprościć transakcję, Elżbieta przygotowała równą kwotę.
I poprosiła kobietę, by ta oddała jej złotówkę resztę.
Kobieta nie powiedziała ani słowa, tylko pokręciła przecząco głową.
Kasierka jednak nie zamierzała rezygnować.
Nie chciała odchodzić od stanowiska, żeby szukać drobnych, więc raz jeszcze uprzejmie, ale stanowczo poprosiła.
Może jednak ma pani złotówkę?
W portfelu, luzem, w torebce, a może w kieszeni płaszcza?
Wie pani, zazwyczaj każdy nosi przy sobie jakieś drobniaki.
Z każdą kolejną sekundą wydawała się coraz bardziej zniecierpliwiona.
Rozglądała się nerwowo na boki, a na każde ponowne pytanie Elżbiety odpowiadała krótkim, zdecydowanym potrząśnięciem głowy.
W końcu straciła cierpliwość.
Po raz pierwszy od momentu wejścia na pocztę Halina się odezwała.
Niski, wyraźnie męski głos, który nagle wydobył się z ust eleganckiej ręcistki, natychmiast wzbudził czujność kasjerki.
Zaskakujące brzmienie głosu w połączeniu z rosnącym zdenerwowaniem interesantki.
To wywołało u Elżbiety konkretne podejrzenie.
Czy to możliwe, że osoba stojąca przed nią wcale nie jest kobietą, tylko mężczyzną przebranym za kobietę?
Kasjerka postanowiła działać ostrożnie.
Starając się nie zdradzić zaniepokojenia, uśmiechnęła się i odpowiedziała spokojnym tonem, że musi na chwilę odejść, by przynieść brakujące drobne zza plecza.
Zapewniła, że wróci dosłownie za moment.
Ale zamiast pomonety Elżbieta skierowała się prosto do naczelnika poczty.
szybko i rzeczowo przedstawiła swoje podejrzenia.
Osoba, która właśnie próbowała odebrać rentę, może być oszustem, przebranym mężczyzną.
Naczelnik nie zwlekał.
Natychmiast zadzwonił na milicję, a jednocześnie polecił zamknąć drzwi urzędu, żeby uniemożliwić podejrzanej osobie ewentualną ucieczkę.
W wyczekiwaniu na przyjazd funkcjonariuszy, rencistkę poproszono o przejście do gabinetu naczelnika.
I to właśnie tam, za zamkniętymi drzwiami, poinformowano ją o podejrzeniach, jakie wzbudziła swoim zachowaniem.
Kolejny kwadrans upłynął na ustnych zapewnieniach pilnujących jej pracowników poczty, że naprawdę jest ona kobietą o imieniu Halina, a jej dowód osobisty nie został sfałszowany i że nie można bezpodstawnie oskarżać ludzi tylko na podstawie ich głosu.
Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wtedy jakiekolwiek wątpliwości, zostały one rozwiane w jednej chwili, tuż po przyjeździe milicjantów.
A właściwie w momencie, gdy jeden z nich podszedł do tej podejrzanej osoby i zdecydowanym ruchem zerwał z jej głowy perukę.
Wątpliwości zniknęły.
Rencistka okazała się w rzeczywistości młodym mężczyzną przebranym za kobietę.
Próbował odebrać rentę należącą do jego matki, Heleny, która od kilku miesięcy, jak twierdził, przebywała poza Szczecinem.
Przewieziono mnie na komisariat M.O.
Tam najpierw mnie sfotografowano w przebraniu i bez.
Milicjanci musieli mieć przy tym niezły ubaw, bo oprócz peruki, płaszcza, spódnicy i rajstop miałem na sobie 14 sztuk damskich majtek w różnych kolorach, nałożonych kolejno na siebie.
Dodatkowo wypchany watą biustonosz.
Po dopełnieniu wszystkich formalności Andrzejowi oficjalnie przedstawiono zarzut usiłowania wyłudzenia renty na szkodę Państwowego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Przyznał się do winy i złożył obszerne wyjaśnienia.
Twierdził, że do popełnienia przestępstwa zmusiło go życie, a dokładniej sytuacja, w której się znalazł po tym, jak został porzucony przez własną matkę.
Kobieta, która przez całe życie go utrzymywała, nagle zniknęła z jego codzienności.
A on został praktycznie bez środków do życia.
Podczas przesłuchania Andrzej opowiedział milicjantom, jak na początku lutego oznajmił matce, że przerwał naukę w policealnym studium zawodowym.
Ta wiadomość wyjątkowo rozwścieczyła 61-letnią emerytowaną pielęgniarkę.
Wcześniej dwukrotnie porzucał studia na różnych uczelniach.
I choć już wtedy matka reagowała gniewem, to tym razem, jak powiedział Andrzej, miarka się przebrała.
W publikacji Osobliwe zabójstwa dokonane w Szczecinie autorzy Sylwester Kończyk i Henryk Wciurka opisują ten moment jako punkt zwrotny.
Decyzję, która na zawsze zmieniła losy matki i syna.
Nagle silnie wzburzona postanowiła opuścić mieszkanie, nie mówiąc synowi dokąd się udaje.
Nie zabrała ze sobą żadnych rzeczy osobistych, nawet pieniędzy.
Zostawiła w domu także swoje dokumenty, więc Andrzej był przekonany, że niedługo wróci.
Ku jego ogromnej rozpaczy już nie wróciła.
Pieniądze, które Andrzej zarabiał udzielając korepetycji z matematyki, nie wystarczały na codzienne życie.
Dlatego postanowił pobierać rentę w imieniu swojej matki.
Zdarzało się, że to właśnie on odbierał pieniądze, gdy akurat był sam w domu.
I w lutym jeszcze mu się udało.
Powiedział listonoszce, że mama wyjechała do rodziny, która mieszka poza Szczecinem.
Kobieta niczego nie podejrzewała i wypłaciła mu rentę.
Ale w marcu sytuacja się zmieniła.
Tym razem listonoszka odmówiła wydanie pieniędzy.
Zamiast gotówki Andrzej otrzymał jedynie awizo wystawione na Halinę, jego matkę.
Zdesperowany postanowił działać.
Wymyślił, że pójdzie na pocztę przebrany za kobietę, za swoją własną matkę i w jej imieniu odbierze należne świadczenie.
Do realizacji tego planu potrzebował jednak czegoś więcej niż tylko damskiego ubrania.
Potrzebował dowodu osobistego, należącego do 61-letniej ręcistki.
Takiego z odpowiednimi danymi i co kluczowe, z pasującym zdjęciem.
Na głowę założyłem perukę, ubrałem damską garderobę.
Włożyłem też okulary, bez których niewiele widziałem.
Tak przebrany poszedłem do zakładu fotograficznego, gdzie zrobiłem zdjęcie do dowodu.
Pomyślałem wtedy, że skoro fotograf się nie poznał, to i na poczcie musi mi się udać.
Ale takie zdjęcie trzeba było jakoś umieścić w dowodzie osobistym kobiety.
W tamtym czasie dokument tożsamości miał formę niewielkiej papierowej książeczki, w której znajdowały się wszystkie dane.
Od imienia i nazwiska, przez adres zamieszkania, stan cywilny, aż po znaki szczególne.
Andrzej spędził długie godziny pracując nad tym fałszerstwem.
Ostrożnie odkleił oryginalne zdjęcie matki i wkleił w jego miejsce swoje własne.
Ucharakteryzowane oczywiście na kobietę.
Odpowiednią pieczątkę podrobił, odciskając orła z monety w żywicy epoksydowej.
Zarówno matki, jak i swój.
Musiał się przecież odmłodzić, aby wiek kobiety ze zdjęcia pasował do daty w dokumencie.
I z tak spreparowanym dowodem osobistym 23-letni Andrzej przebrany za swoją matkę zjawił się pod koniec marca w urzędzie pocztowym trzymając w ręku awizo.
Ponownie bezbłędnie.
I gdyby 31 maja 1977 roku miał przy sobie choć tę jedną złotówkę, wszystko zapewne poszłoby gładko.
I dlatego właśnie trafił do aresztu.
Jego wyjaśnienia brzmiały dla milicjantów zaskakująco wiarygodnie.
Zaczęli go nawet postrzegać jako ofiarę, no bo jak inaczej patrzeć na sytuację, w której matka zostawia swojego syna na wiele miesięcy bez środków do życia, bez ojca, bez stałej pracy.
Biedny syn i wyrodna matka.
Wszystko wydawało się klarowne, ale mimo to coś nie dawało milicjantom spokoju.
Skoro Helena zniknęła trzy miesiące wcześniej, dlaczego jej syn przez cały ten czas nie zgłosił jej zaginięcia?
Andrzej miał gotową odpowiedź, bo wciąż wierzył, że matka nie zaginęła, że wyjechała i że w końcu wróci.
Brzmiało to przekonująco, ale pojawiła się kolejna wątpliwość.
Skoro Andrzej pobierał jej rentę, a jak sam przyznał, Helena nie zabrała ze sobą żadnych pieniędzy, to z czego żyła przez te wszystkie miesiące?
Gdziekolwiek była, musiała się jakoś utrzymać.
A może wcale nie było już wtedy wśród żywych?
Milicjanci postanowili to sprawdzić.
W tym celu dokonali przeszukania jej mieszkania w bloku przy ulicy Jagiełły.
Znaleźli w nim wiele należących do niej przedmiotów osobistych, w tym legitymację ubezpieczeniową kobiety, jej prawo jazdy, książeczkę oszczędnościową PKO oraz garderobę.
Nie natrafiono na jakikolwiek trop mogący sugerować, dokąd mogła się udać.
Znaleziska w mieszkaniu potwierdzały częściowo słowa Andrzeja, że jego matka wyszła z domu tak jak stała.
W szafkach brakowało jej ubrań, dokumentów czy osobistych drobiazgów.
Ale prawdziwe zdziwienie śledczych przyszło dopiero po przeszukaniu pokoju Andrzeja.
wiatrówkę sportową produkcji NRD, na którą 23-latek nie miał wymaganego w Polsce zezwolenia.
Natrafiono również na pięć ołowianych odlewów pieczęci urzędowych.
Pudełka po zapałkach wypełnione grzywicą epoksydową, w której odbite były stemple z godłem państwowym.
Narzędzie fałszerza, skrupulatnie wykonane i gotowe do użycia.
Ale najważniejsze znalezisko jeszcze przed nimi.
W pokoju odnaleziono aż 16 dowodów osobistych.
Wszystkie wystawione na różne nazwiska i jedną podrobioną legitymację żołnierza Wojska Polskiego.
W tym momencie pojawiło się pytanie, które wisiało w powietrzu od samego początku.
Czy Andrzej naprawdę był tylko zagubionym chłopakiem, ofiarą losu i porzuconym przez matkę synem?
Dowody osobiste ukradłem z kurtek wiszących na wieszakach, w stołówkach studenckich i w przychodniach zdrowia.
Kilka z nich kupiłem na targu od nieznanego mi człowieka.
Miałem zamiar przerabiać te dokumenty i później sprzedawać je z zyskiem.
Na wiatrówkę nie miałem wymaganego zezwolenia, bo przewiozłem ją nielegalnie przez granicę.
Dlatego nigdy jej nie zarejestrowałem.
Przy kolejnym przesłuchaniu milicjanci ponownie zapytali Andrzeja o okoliczności zniknięcia jego matki.
Tym razem jego wersja wydarzeń diametralnie się zmieniła.
Przyznał, że rzeczywiście od dłuższego czasu dochodziło między nimi do kłótni i jak opisali autorzy publikacji osobliwe zabójstwa dokonane w Szczecinie, przyczyną rodzinnych awantur była powtarzająca się sytuacja.
Andrzej co jakiś czas rezygnował z nauki na kolejnych uczelniach, a jego matka, emerytowana pielęgniarka, nie kryła z tego powodu frustracji.
Ale, jak twierdził, na początku lutego 1977 roku wszystko się między nimi ułożyło.
Pogodzili się i zakopali topór wojenny.
I właśnie wtedy, kilka dni po tej domniemanej zgodzie, wydarzyło się coś dziwnego.
Matka, nie mówiąc ani słowa, nagle wstała z kanapy, założyła zimowy płaszcz i po prostu wyszła z mieszkania.
Bez żadnych wyjaśnień, bez słowa i bez bagażu.
Nie wiedział dokąd poszła, ani na jak długo.
Tak przynajmniej twierdził.
Kiedy milicjanci zapytali go wprost, czy możliwe, że jego matka targnęła się na swoje życie, zaprzeczył i to zdecydowanie.
Nie, na pewno nie.
Według niego najprawdopodobniej przebywała u jakichś krewnych albo znajomych.
Po złożeniu tych nowych wyjaśnień Andrzej został formalnie aresztowany.
Usłyszał zarzuty, wyłudzenia dwóch rent, kradzieży dokumentów tożsamości oraz nielegalnego posiadania broni.
Ale to nie wszystko.
W oczach śledczych narastały kolejne wątpliwości.
Coś w jego opowieści zaczynało się nie zgadzać.
Zmiana wersji opuszczenia domu przez matkę, wyniki przeszukania mieszkania, odnalezienie rzeczy osobistych kobiety oraz fakt, że Andrzej nie usiłował jej odszukać ani nie zgłosił jej zaginięcia wzbudziły podejrzenia popełnienia zabójstwa matki przez syna.
Z tego powodu 23-letni Andrzej został osadzony w areszcie śledczym.
Od tej pory był już nie tylko podejrzany o wyłudzenie renty, ale również o coś znacznie poważniejszego.
W międzyczasie rozpoczęto oficjalne poszukiwanie Haliny, żywej lub martwej.
Pierwsze rozmowy z rodziną i znajomymi kobiety nie pozostawiały złudzeń.
Nikt nie widział Haliny w całym 1977 roku.
Ostatni raz miała kontakt z kimkolwiek tuż przed świętami Bożego Narodzenia, w grudniu poprzedniego roku.
Ale najbardziej niepokojące okazały się jednak słowa jej syna.
Na pytania, gdzie jest jego matka, odpowiadał za każdym razem co innego.
Raz mówił, że wyjechała na początku stycznia do województwa poznańskiego.
Innym razem twierdził, że przebywa u znajomej w okolicach Szczecina.
A w kolejnej wersji, że opiekuje się chorą babcią w Wejherowie.
Pewnej osobie powiedział nawet, że Halina wróciła na Wielkanoc, ale zaraz potem ponownie wyjechała.
Najczęściej jednak, konfrontowany z pytaniami, ucinał temat.
Mówił, że nie wie, gdzie jest jego matka i że nie ma z nią kontaktu.
Rozpoczęto więc oficjalne, ogólnokrajowe poszukiwanie zaginionej.
Jedna z sąsiadek Haliny powiedziała milicjantom coś, co pogłębiło ich wątpliwości.
Według niej kobieta była typem matki nadopiekuńczej.
Nie zostawiłaby swojego jedynego syna samego nawet na jeden dzień, a co dopiero na kilka miesięcy.
Nie wyjechałaby bez słowa.
Nie zniknęłaby w ten sposób.
8 czerwca Andrzej został przesłuchany ponownie.
Tym razem śledczy skoncentrowali się na niespójnościach w jego wcześniejszych wersjach.
Nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego przez ostatnie miesiące udzielał tak wielu sprzecznych informacji.
Uparcie twierdził, że matka zaginęła, ale stanowczo zaprzeczał, że mogło jej się przydarzyć coś złego.
I oczywiście kategorycznie zaprzeczał, jakoby miał jakikolwiek związek z ewentualnym przestępstwem.
Poproszony o ponowne opisanie dnia, w którym matka opuściła mieszkanie, znów przedstawił inną wersję wydarzeń.
Według jego najnowszej wersji, 3 stycznia 1977 roku powiedział matce, że po raz kolejny rzucił studia.
Rozmowa odbyła się w kuchni i zakończyła się ostrą wymianą zdań.
Halina, jak twierdził, obraziła się i przez kilka godzin nie odzywała się do niego ani słowem.
W końcu wstała, ubrała zimowy płaszcz i skierowała się do drzwi.
Odpowiedziała tylko, to nie twoja sprawa.
I wyszła.
Domyśliłem się, że pojechała do Niemiec, bo z domu zniknęło dwieście marek.
Później, jak gdyby nigdy nic, wróciła.
Nie chciała powiedzieć, gdzie była.
Następnego ranka wszystko było w porządku.
Zrobiła mi nawet śniadanie, gotowane jajka.
Ale były prawie surowe, więc zwróciłem jej na to uwagę.
Wtedy wpadła w szał.
Zdaniem Andrzeja zareagowała bardzo gwałtownie.
Wyrzuciła go z kuchni, po czym została tam sama przez kolejne dwie godziny.
Przez większość tego czasu płakała.
Gdy próbował pomóc, odrzuciła jego ręce i powiedziała, że nie potrzebuje pomocy.
Sama wstała i przeszła do swojego pokoju.
Jak twierdził Andrzej, ubrała się jak do podróży.
Po chwili opuściła dom.
Na pożegnanie powiedziała tylko, że od tej pory będzie musiał sobie radzić sam.
W tę wersję wydarzeń milicjanci nie uwierzyli.
Ich śledztwo nabierało tempa, a trop prowadził coraz wyraźniej w jedynym kierunku.
Zbrodni dokonanej przez jej własnego syna.
Problem w tym, że nie było ciała.
Jedyną nadzieją na rozwiązanie sprawy było przyznanie się podejrzanego.
Andrzej jednak uparcie wszystkiemu zaprzeczał.
Przesłuchiwali go codziennie.
Starali się go przekonać, że nie sposób żyć dalej dźwigając na barkach ciężar takiej winy.
Winy za śmierć własnej matki.
Jak napisali Sylwester Kończyk i Henryk Wciórka w swojej publikacji, ta metoda w końcu przyniosła oczekiwany efekt.
W toku dalszych przesłuchań w dniu 14 czerwca 1977 roku, a więc blisko dwa tygodnie po aresztowaniu, podejrzany przyznał się, że zamordował matkę.
Odmówił jednak opisania szczegółów tej zbrodni, twierdząc, że takie słowa nie przejdą mu przez gardło.
Zgodził się wyjaśnić, opisać wszystko wręcznie z pisanym oświadczeniu.
W ciągu następnych trzech dni w swoim obszernym rękopisie wyjaśnił krok po kroku, w jaki sposób pozbawił matkę życia.
Próbował też wytłumaczyć przyczyny tej zbrodni, a nawet naszkicował narzędzia, których w tym celu użył.
A wszystko zaczęło się w późny, wigilijny wieczór w 1976 roku.
Po śmierci ojca całą swoją miłość przelała na mnie.
Zupełnie nie miało dla niej znaczenia to, że byłem dzieckiem adoptowanym.
Robiła dla mnie wszystko i starała się uchronić mnie przed całym złem tego świata.
Wciąż mnie przy tym upominała.
Uważaj, bo się poparzysz.
Nie biegaj, bo się przewrócisz.
A we mnie powoli zaczął się rodzić sprzeciw.
Denerwowała mnie cała ta jej bezgraniczna dobroć i opiekuńczość.
Chciała, żeby został w życiu kimś, jak jego ojciec, inżynier.
Gdy tylko pojawiały się trudności, szybko się zniechęcał.
W takich chwilach matka wyręczała go.
Dwa razy rzucał uczelnię.
Za każdym razem kończyło się awanturą.
Wybuchała złością, oskarżeniami, pretensjami.
Za trzecim razem wybrał wydział elektroniki w Policjalnym Studium Zawodowym w Szczecinie, ale i tam nie zagrzał długo miejsca.
W grudniu 76 roku porzucił naukę i na początku postanowił zataić to przed matką.
Chciał uniknąć kolejnej domowej sprzeczki.
Wigilia.
Odkąd zmarł jego ojciec, każde święta były dla niego trudnym, niemal traumatycznym przeżyciem.
Był spięty i nerwowy.
Ale widział, że matka się stara.
Uśmiechała się, próbowała zachować pogodny nastrój.
Wtedy podjął decyzję.
Po kolacji wyzna jej prawdę.
Przyzna się, że znowu rzucił szkołę.
Siedzieli razem oglądając telewizję.
Zajadali się orzechami, które rozłupywali żelaznym przecinakiem.
Czekał na odpowiedni moment.
Usiadł obok niej na kanapie i przyznał się do tej, jak sam to nazwał, edukacyjnej zbrodni.
Bardzo ją to zdenerwowało.
Zaczęła mu robić wymówki, co z kolei rozwścieczyło jego.
Oboje używali przy tym ostrych słów, wysuwając wzajemne pretensje.
W pewnym momencie matka kazała mu iść do swojego pokoju, ponieważ nie chciała go na razie widzieć.
Odpowiedział, żeby nie histeryzowała.
Te słowa mocno ją oburzyły.
Zapytała, jak on śmie się tak odnosić do matki, po czym zaczęła go bić po twarzy otwartą dłonią.
Nie za mocno, tak aby się wyładować, ale nie robiąc mu przy tym krzywdy.
Natychmiast padł na podłogę i zaczął ich szukać na dywanie.
W tym czasie matka usiadła na kanapie i zaczęła płakać.
Podnosząc swoje okulary, Andrzej zauważył leżący pod stołem przecinek.
Ten, którym wcześniej rozbijał twarde łupiny orzechów.
Zadał nim silny cios w głowę płaczącej matki.
Po chwili uderzył jeszcze kilka razy.
Krwawiąca Halina nie przestawała szlochać.
Jednocześnie zaczęła coraz chrapliwiej oddychać.
Nie chcąc, aby spojrzała mu prosto w oczy, zaszedł ją od tyłu.
Swoją dłoń zacisnął na jej nosie i ustach.
Nawet się wtedy nie poruszyła.
Trzymał tak długo, aż całkowicie przestała oddychać.
Po wszystkim długo dochodziłem do siebie.
Później zacząłem się zastanawiać, co teraz zrobić.
W pierwszej chwili postanowiłem zadzwonić na milicję, ale po wykręceniu numeru odłożyłem słuchawkę.
Nie chciałem, aby ktokolwiek dowiedział się o tym, co zrobiłem.
Dlatego musiałem to wszystko jakoś zataić przed całym światem.
Przez chwilę rozważał nawet odebranie życia sobie samemu.
Wtedy jego myśli skierowały się ku kolejnemu problemowi.
Jak pozbyć się zwłok?
Wynieść je i gdzieś zakopać?
Nie, to zbyt ryzykowne.
Ktoś na pewno by go zauważył.
Nagle przypomniał sobie o pewnej makabrycznej metodzie, o której niedawno czytał.
O rozczłonkowaniu ciała.
Zawsze uważał takie praktyki za potworne i nieludzkie.
Do tego nie znosił widoku krwi.
Paradoksalnie jednak doszedł do wniosku, że to jedyny sposób, by ukryć zbrodnię.
Wyniósł więc z pokoju wszystkie meble.
Później, podczas przesłuchania, odmówił szczegółowych odpowiedzi na pytania o sam proces rozczłonkowania.
Stwierdził tylko, że co chwilę robił sobie przerwy.
W tych momentach garściami łykał tabletki na uspokojenie.
Próbował opanować narastający lęk i odrazę.
Potem dzielił je na jeszcze mniejsze kawałki i wrzucał do sedesu, a potem spłukiwał.
Twarde kości przepiłowywał piłą do metalu lub przecinał nożycami do blachy.
Próbował je spalić, oblewając denaturatem.
Wtedy przyszło mu do głowy inne rozwiązanie.
Środka używanego m.in.
Akurat miał tego specyfiku w domu pod dostatkiem, bo aż kilka opakowań.
Do wiadra z wodą wsypał pół kilograma sody kaustycznej.
Do roztworu włożył kilka kości i gotował je przez blisko 20 minut.
Po tym czasie kości zmieniły się w galaretowatą, płynną masę, którą bez problemu mógł wylać do sedesu i spłukać wodą.
Rozpuszczenie tych wszystkich kości zajęło mu kilka dni.
W tym czasie praktycznie nic nie jadł i nie spał.
Wychodził z domu tylko do sklepu i po więcej sody.
Zużył jej łącznie ponad 10 kilogramów.
Później usunął wszystkie ślady zbrodni.
Narzędzie wyrzucił do osiedlowego pojemnika na śmieci, podobnie jak zakrwawione szmaty i prześcieradła.
Rozbryzgi krwi ze ściany zeskrobał nożem, a miejsca po nich zamalował farbą.
Wielkie porządki zakończył 29 grudnia.
Jednak kiedy po raz pierwszy wyjechałem poza miasto i zobaczyłem innych ludzi, znowu zapragnąłem żyć i cieszyć się z faktu, że nadal żyję.
Pogodziłem się też z tym, że zabiłem własną matkę.
Starałem się o tym w ogóle nie myśleć.
Na początku stycznia 1977 roku po raz pierwszy ogarnęła go prawdziwa panika.
Wracając do domu, przypadkiem usłyszał rozmowę sąsiadek.
Kobiety narzekały, że znów zapchała się kanalizacja w piwnicy.
Co gorsza, hydraulik wyciągnął z rur duże kawałki zepsutego mięsa.
Andrzejowi od razu przyszło na myśl najgorsze, że to fragmenty ciała jego matki.
Wydawało mu się, że zbrodnia wyszła na jaw, a teraz to tylko kwestia czasu, zanim milicja zapuka do jego drzwi.
Wpatrywał się w sufit, nasłuchiwał kroków na klatce schodowej, czekał na nieuniknione.
Nikt go nie przesłuchiwał.
Nikt nawet nie zadawał pytań.
Dopiero później przypadkiem dowiedział się od sąsiadek prawdy.
Okazało się, że ktoś z wyższych pięter kupił na święta za dużo mięsa.
Gdy się zepsuło, zamiast wyrzucić je do śmietnika, pokroił je i spuścił w toalecie.
Choć winowajcy nigdy nie ustalono, wyjaśnienie było na tyle wiarygodne, że sprawa ucichła, a Andrzej mógł znowu odetchnąć z ulgą.
Robił dokładnie to, na co wcześniej nie pozwalała mu nadopiekuńcza matka.
Pił alkohol z kolegami, urządzał w mieszkaniu prywatki, głośno słuchał muzyki.
Nawiązał też intymną relację z jedną ze swoich koleżanek.
Dziewczyna spędzała u niego noce.
Nie miała pojęcia, że na kanapie, na której się kochali, doszło niedawno do potwornej zbrodni.
Gdy zaczęło mu brakować pieniędzy, sięgał po rentę matki.
W styczniu i lutym wypłacała mu ją listonoszka.
W marcu i kwietniu pobierał pieniądze na poczcie przebrane za swoją matkę.
W maju wpadł.
Tylko dlatego, że zabrakło mu jednej złotówki.
A gdy trafił już do milcyjnego aresztu, sprawiał wrażenie człowieka, który wcale nie żałował swojego czynu.
20 czerwca prokurator rejonowy w Szczecinie przedstawił Andrzejowi zarzut zabójstwa matki.
Dzień później ponownie przeszukano jego mieszkanie.
Tym razem chodziło o zabezpieczenie śladów, które mogły potwierdzić, że to właśnie tam doszło do zbrodni.
Ślady krwi znaleziono na kanapie, na ścianach w kuchni i pokoju ofiary, a także na kloszu lampy oraz podłodze.
Badania potwierdziły, że była to krew ludzka.
Jej ilość nie pozwoliła jednak na określenie grupy krwi, ani na jednoznaczne udowodnienie, że należała do Haliny.
Andrzej został poddany szczegółowym badaniom psychiatrycznym.
ale nie stwierdzono u niego żadnej choroby psychicznej, która uniemożliwiałaby mu udział w procesie.
Innymi słowy, w momencie zabójstwa był w pełni świadomy swoich czynów i zdolny do kierowania swoim postępowaniem.
Relacje z rozpraw publikowały lokalne gazety.
10 marca kurier szczeciński donosił, że obrońcy oskarżonego od początku domagali się powołania nowego zespołu biegłych psychiatrów.
Chcieli udowodnić, że Andrzej powinien trafić do szpitala psychiatrycznego, a nie stać przed sądem.
Sąd jednak odrzucił wszystkie ich wnioski.
Gdy tuż przed ogłoszeniem wyroku sędzia zapytał oskarżonego, czy chce coś powiedzieć, ten nie ukrywał, że znajduje się dokładnie tam, gdzie powinien.
Dziękuję panu prokuratorowi, że żądał dla mnie kary śmierci.
To jest najsprawiedliwsza dla mnie kara za to, co zrobiłem.
Nie może być dla mnie miejsca w społeczeństwie, gdyż nie umiałbym nikomu spojrzeć w oczy.
Chcę jednak wszystkich tu obecnych przekonać, że nie chciałem zabić matki, mimo że tak się stało.
Andrzej został uznany winnym nie tylko zabójstwa, ale także kradzieży, nielegalnego nabycia kilkunastu dowodów osobistych, fałszowania dokumentów urzędowych, nielegalnego posiadania broni sportowej oraz wyłudzenia renty.
Skazano go na karę śmierci oraz dożywotnie pozbawienie praw publicznych.
Wyrok natychmiast wywołał w Polsce burzliwą dyskusję.
Poczes sprawca zasługiwał na tak surową karę?
Wielu dziennikarzy zaczęło postrzegać go jako ofiarę zaborczej i nadopiekuńczej matki.
W publicznej debacie wzięli udział znani przedstawiciele świata kultury i sztuki, którzy otwarcie sprzeciwiali się karze śmierci.
Jak donosił 20 czerwca 1978 roku kurier szczeciński, sąd nie uznał żadnych okoliczności łagodzących.
Sąd najwyższy uchylił wyrok i skierował sprawy do ponownego rozpatrzenia.
Andrzeja ponownie przebadali biegli psychiatrzy.
W serialu dokumentalnym Archiwum Zbrodni wyprodukowanym przez Telewizję Polską w odcinku poświęconym tej sprawie przytoczono jego słowa.
Miał twierdzić, że nic nie pamięta od momentu, gdy wziął do ręki przecinek.
Dodatkowo mówił, że wciąż widział ogromną głowę krasnala, który próbował go zjeść.
Psychiatrzy od początku podejrzewali, że symuluje.
Jednak podczas nowego procesu sędziowie wzięli pod uwagę okoliczności łagodzące, czyli młody wiek sprawcy oraz jego pełne przyznanie się do winy.
W maju 1979 roku Sąd Wojewódzki w Szczecinie skazał go na 25 lat pozbawienia wolności.
Był wzorowym więźniem, wielokrotnie nagradzanym przez władze penitencjarne.
Nie stwarzał żadnych problemów wychowawczych i nie wchodził w konflikty z innymi osadzonymi.
Zawsze wywiązywał się z przydzielonych mu obowiązków.
Wykazywał zdyscyplinowanie i poszanowanie dla przepisów regulaminu więziennego.
W 1988 roku po raz pierwszy zwrócił się do Rady Państwa z prośbą o ułaskawienie.
Wtedy jeszcze otrzymał odmowę, jednak cztery lata później los się do niego uśmiechnął.
Dzięki dobremu sprawowaniu w 1992 roku odzyskał wolność po spędzeniu 15 lat w więzieniu.
Dziesięć lat później odnalazła go dziennikarka szczecińskiego wydania Gazety Wyborczej.
Próbowała namówić go na rozmowę, ale on stanowczo odmówił.
Nie chciał wracać do tragicznych wydarzeń wigilijnej nocy z 76 roku.
I do dziś chyba nie zmienił swojego zdania, bo nigdzie nie udzielił wywiadu.
Po opuszczeniu więzienia zmieniłem tożsamość.
Wyjechałem do innego województwa, jak najdalej od miasta, w którym się wychowałem i w którym popełniłem tak okropną zbrodnię.
Ożeniłem się i zostałem szczęśliwym ojcem.
Ale oni nie wiedzą, co zrobiłem.
Nikt, kto mnie dzisiaj zna, o tym nie wie.
Jestem dla nich porządnym człowiekiem.
Tak będzie lepiej dla wszystkich.
Przypominam, że następny odcinek pojawi się na Kryminatorium w nadchodzący poniedziałek, a w międzyczasie przypominam Wam jeszcze o kryminalnym mieście.
Możemy spotkać się z grupą pasjonatów True Crime we Wrocławiu w hali stulecia 16 i 17 maja na jedynym w Polsce konwencie True Crime.
Bilety znajdziecie w serwisie eBilet.
Odcinek 4 serialu dokumentalnego Telewizji Polskiej Archiwum Zbrodni zatytułowany Psychoza z roku 2013.
Artykuł Rozprawa przeciwko matkobójcy, opublikowany 10 marca 1978 roku w Kurierze Szczecińskim.
Artykuł Matkobójca skazany na karę śmierci, opublikowany 20 czerwca 1978 roku w Kurierze Szczecińskim.
Artykuł Moniki Adamowskiej Pamięć jest okrutną karą opublikowany 1 marca 2002 roku w szczecińskim wydaniu Gazety Wyborczej.
Ostatnie odcinki
-
„Kazali mi wejść do bagażnika”. Wtedy zaczęło s...
02.02.2026 13:25
-
[PRZEDPREMIEROWO] Kamera zarejestrowała coś, cz...
29.01.2026 07:19
-
Od tygodni śmierdziało w piwnicy. Ale tylko on ...
26.01.2026 04:00
-
13-latka zostawiła trop. Ale przez 40 lat nikt ...
19.01.2026 04:00
-
Sprawa dziewczyny z Watykanu. Po 42 latach przy...
12.01.2026 04:00
-
Kazała matce złożyć pewną obietnicę | 407.
05.01.2026 04:00
-
Zapytał: „Myślisz, że ciało zamarzło?”. Nie wie...
29.12.2025 04:00
-
40 lat bez tropu. Aż były gliniarz nagrał o tym...
22.12.2025 04:00
-
To nie zwłoki go pogrążyły. Tylko zawartość jeg...
15.12.2025 04:00
-
Szczątki były w beczkach. Twarze odczytali z ko...
08.12.2025 04:00