Mentionsy

Kryminatorium
04.08.2025 03:00

Matka zemściła się na oprawcy swojej córki | 382.

Zwłoki 7-letniej Anny Bachmeier zostały odnalezione w pobliżu kanału wodnego w Lubece na początku maja 1980 roku. Policjanci jeszcze tego samego dnia aresztowali podejrzanego. Klaus Grabowski od razu przyznał się do winy. Niecały rok później rozpoczął się proces. Sprawa wydawała się przesądzona. Wszystko wskazywało na to, że mężczyzna trafi na długie lata do więzienia. Jednak dla matki ofiary – Marianne ta kara wydawała się niedostatecznie surowa. Postanowiła wydać sprawiedliwość na własną rękę.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 349 wyników dla "Sądzie Rejonowym w Lubece"

Weszła do gmachu sądu w jasnym, długim płaszczu.

Ale wtedy procedury bezpieczeństwa wyglądały zupełnie inaczej.

Nie mogła znieść myśli, że człowiek, który odebrał jej wszystko, przed sądem będzie się bronił, tłumaczył, a może nawet szukał współczucia.

Sprawa Klausa Grabowskiego dziś pewnie byłaby zapomniana.

Kolejny proces, kolejny wyrok.

Nie było tu wielkich zwrotów akcji, skomplikowanego śledztwa trwającego latami, ani nieoczekiwanych odkryć.

Jednak incydent w sądzie w Lubece sprawił, że ta sprawa przeszła do historii.

Nazywam się Marcin Myszka, a ty słuchasz Kryminatorium.

Podcast o tajemniczych i mrocznych sprawach.

Nowe odcinki znajdziesz w każdy poniedziałkowy poranek na Spotify i o 17 w poniedziałki na YouTube.

Wieczorem 5 maja 1980 roku młoda kobieta zadzwoniła na komisariat policji w Lubece, wówczas w zachodnich Niemczech.

Twierdziła, że ma do przekazania coś bardzo pilnego.

Powiedziała, że jej narzeczony popełnił straszne przestępstwa, że pozbawił życia osobę w należącym do nich domu.

Następnie umieścił zwłoki w kartonie, wywiózł je nad kanał i porzucił tuż przy brzegu.

Kobieta wskazała konkretne miejsce.

Funkcjonariusz przyjmujący zgłoszenie zanotował ten adres.

Chwilę później wysłano tam patrol.

Okazało się, że zgłoszenie było niestety prawdziwe.

Nad brzegiem faktycznie znajdował się karton.

W środku natomiast policjanci odnaleźli zwłoki.

Dziewczynka miała krótkie, ciemne włosy.

Na pierwszy rzut oka mogła mieć 7 lat.

Informatorka twierdziła, że zamordowana mieszkała w tej samej okolicy, co ona i narzeczony.

Jej matka nazywała się Marianne Bachmeier.

Prowadziła w mieście pub.

Wskazała również dane dotyczące narzeczonego oraz informacje, gdzie można go odnaleźć.

Aresztowali go.

Podejrzany nie stawiał oporu.

Od razu przyznał się do winy.

Funkcjonariusze musieli również porozmawiać z matką.

Na miejscu otworzyła im trzydziestolatka o ciemnych włosach z grzywką.

Przedstawiła się jako Marianne Bachmeier.

Tego dnia, gdy wróciła z pracy do domu, nie zastała córki Anny.

Jednak nie zmartwiła się tym szczególnie.

Trzydziestolatka wyszła do pracy.

Dziewczynka miała pójść na lekcję, ale jak ustaliliśmy, do szkoły nigdy nie dotarła.

Siedmiolatka często wychodziła z domu sama.

Była samodzielna jak na swój wiek.

Jej rodzice dużo pracowali i nie zawsze mieli czas, by odpowiednio się nią zająć.

Matka usłyszała najgorsze z możliwych wieści.

Nie mogła w to uwierzyć.

Rano widziała córkę, rozmawiała z nią.

Kolejne wieści okazały się dla niej jeszcze gorsze.

Policjanci powiedzieli zrozpaczonej matce, że Ana została zamordowana.

Śledczy nie mieli wówczas stuprocentowej pewności.

Tylko wyniki autopsji mogły ją dać.

Lecz wstępne oględziny wskazywały na to, że dziewczynka została przed śmiercią wykorzystana.

To był chyba największy cios dla matki.

Sama jako nastolatka padła ofiarą przestępstwa.

Myśl o tym, jak mogły wyglądać ostatnie chwile jej córki, wydawało się okropna.

Wieść o podejrzanym również ją zszokowała.

To kompletnie wytrąciło ją z równowagi.

Bo znała tego człowieka.

Klaus Grabowski był jej sąsiadem.

Codziennie mówili sobie dzień dobry.

Anna czasami bawiła się z jego kotkami.

Kilkukrotnie odwiedziła dom tego człowieka.

Ta sprawa wstrząsnęła mieszkańcami RFN.

Brutalna śmierć poruszyła serca rodziców.

Odebrał kobiecie nie tylko córkę, ale spokój i szczęście, które od niedawna gościły w jej życiu.

Postanowiła, że on musi za to zapłacić.

Że sprawiedliwości stanie się zadość.

Ale to ona sama ustali warunki.

Przyszła na świat 3 czerwca 1950 roku w miasteczku liczącym około 18 tysięcy mieszkańców, zlokalizowanym w Dolnej Saksonii, znajdującym się wówczas na terytorium RFN.

Jej rodzice osiedlili się już tam po II wojnie światowej.

Pochodzili z terenów dawnych Prus Wschodnich.

Ojciec dziewczynki w trakcie największego konfliktu na świecie był oficerem SS.

Doświadczenia wojenne odcisnęły na nim trwałe piętno.

Nie mógł pogodzić się z klęską Niemiec i tym, co wydarzyło się później.

Swojej córce dość często opowiadał o okropieństwach wojny.

Jednak nie w formie przestrogi.

Uważał, że pewnego dnia to wszystko znowu się wydarzy.

Tyle, że z innym zakończeniem, że ich kraj zwycięży, a on znowu będzie żołnierzem i weźmie broń w ręce.

Mężczyzna często zachowywał się agresywnie wobec swojej rodziny, zwłaszcza gdy wypił alkohol, a sięgał po niego dość często.

Córka oglądała go częściej pijanego niż trzeźwego.

Krzyki w ich domu były czymś na porządku dziennym.

Matka dziewczynki nie mogła znieść męża.

Po kilku latach postanowiła od niego odejść.

Drugi mąż okazał się również surowy.

Narzucał w domu dyscyplinę.

Od samego początku powtarzał, że ona potrafi jedynie przysparzać problemów.

Żądałby dziewczynka nazywała go tatą, lecz ona nie miała zamiaru mówić tak o obcym mężczyźnie, który w dodatku był wobec niej okrutny.

Wujek, jak ostatecznie go mianowała, cenił sobie obsesyjny porządek w domu.

Z tyłu posiadłości stworzył urokliwy ogród.

Chciała spędzać tam czas i się bawić, lecz nie mogła tam wchodzić.

Podobnie jak wcześniej ojciec, ten też krzyczał na nią, wyzywał od najgorszych, a nawet bił.

Dziewczynka często chodziła posiniaczona.

Jej matka przyglądała się temu wszystkiemu w ciszy i nigdy nie zareagowała.

Nie wiadomo dlaczego.

Być może bała się swojego życiowego partnera lub również była okrutna dla swojej córki.

W szkole dziewczynka nie uczyła się zbyt dobrze.

Wolała wagarować.

Wraz z wiekiem przyciągała uwagę płci przeciwnej.

Chłopcy uważali ją za atrakcyjną.

Pozwalała się zapraszać na randki.

W tym celu wymykała się z domu.

Ojczym jednak bardzo kontrolował to, co robiła po lekcjach.

Lecz gdy dorośli kładli się spać, ona szykowała się do wyjścia.

A pod kołdrę wkładała misia, który miał imitować jej sylwetkę.

Wychodziła przez okno, a wracała rano, zanim matka i ojczym jeszcze wstali.

W wieku piętnastu lat miała pierwszego chłopaka.

Zakochała się wwieśniku, który przykuł jej uwagę tym, że jeździł motorem i ubierał się modnie.

Marianę miała nadzieję, że uda im się to zachoww tajemnicy.

Jednak prawda wkrótce wyszła na jaw.

Nastolatka zaszła w ciążę.

Wujek wyrzucił ją z domu.

Powiedział, że nie chce, by pod jego dachem mieszkała panna lekkich obyczajów.

Marianę nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

Pierwszą noc spędziła na ławce w parku.

Na szczęście matka postanowiła jej pomóc.

Choć wcześniej była bierną obserwatorką agresji męża wobec córki, teraz postanowiła coś zrobić.

Oczywiście tak, żeby on o niczym się nie dowiedział.

Wynajęła jej pokój.

Zadbała również o to, by dziewczyna miała co jeść.

Czasami dawała jej niewielkie sumy pieniędzy, lecz najczęściej posyłała do niej swoje dwie młodsze córki z przygotowanymi posiłkami.

Mimo to mężczyzna po jakimś czasie zorientował się, co jest grane.

Zagroził żonie, że jeśli będzie dalej pomagać swojemu najstarszemu dziecku, to obie pożałują.

W marcu 1967 roku Marianę urodziła córkę.

Ojczym łaskawie pozwolił jej wrócić do domu.

Postawił jednak kilka warunków.

Dziewczyna musiała być bezwzględnie posłuszna.

On i tak nie mógł znieść nie tylko jej obecności w domu, ale również noworodka.

Jakiś czas później znalazł dla nich miejsce w domu samotnej matki.

Dziewczyna nawet się z tego ucieszyła.

W placówce czuła się lepiej niż w domu.

Poza tym znowu zaczęła spotykać się ze swoim byłym chłopakiem.

On jej się oświadczył.

Planowali wspólne życie.

Gdyby Marianę została jego żoną, ani ona, ani córka nie musiałaby się martwić.

Wszystko miałyby zapewnione od ręki.

Ta wizja podtrzymywała ją na duchu.

Lecz to nie trwało długo.

Rodzice chłopaka byli przeciwni temu związkowi.

Woleliby syn związał się z kimś innym.

Po tych naciskiem zaręczyny zostały zerwane.

Wydawał on się lepszą partią.

Jakiś czas później odkryła, że jest ponownie w ciąży.

Gdy partner dowiedział się o tym, poprosił o jej rękę.

Tym razem to ona powiedziała nie.

Nie wiadomo, dlaczego odmówiła.

Czy zwyczajnie nie widziała z nim wówczas przyszłości?

W każdym razie przemyślała tę decyzję i w końcu uznała, że popełniła błąd.

Poprosiła byłego chłopaka o kolejną szansę, ale wtedy okazało się, że było już za późno.

Zbiegło się to w czasie z innym ważnym wydarzeniem.

Latem 1968 roku Marianę tymczasowo opuściła dom dla samotnych matek.

Wykorzystała fakt, że jej rodzina wyjechała na urlop, więc ani matka, ani ojczym wówczas o niczym nie wiedzieli.

Wolała nie nocoww domu rodzinnym.

Podejrzewała, że sąsiedzi od razu skontaktowaliby się z jej rodziną.

Włamała się więc do opuszczonego budynku, w którym niegdyś przesiadywał były chłopak.

Zwróciła tam uwagę pewnego mężczyznę, który mieszkał w okolicy.

Obserwował ją przez parę dni.

W końcu postanowił złożyć jej wizytę bez zapowiedzi.

Gdy Marianę otworzyła oczy, zauważyła nieznanego człowieka.

W dłoni trzymał broń palną, którą skieroww jej stronę.

Groził, że ją skrzywdzi.

Pod żadnym pozorem nie mogła krzyknąć czy w żaden inny sposób zwrócić do siebie uwagi sąsiadów.

Mężczyzna wykorzystał ją.

Po wszystkim ponownie jej zagroził.

Powiedział, że jeśli zgłosi przestępstwo, on ją znajdzie i zabije.

Zignorowała jego groźby i poszła na komisariat.

Stanął przed sądem i został skazany na więzienie.

Ale ona była w fatalnym stanie psychicznym.

Spodziewała się dziecka.

Nie mogła liczyć na swoją rodzinę.

Potrzebowała wsparcia.

Pragnęła wrócić do domu rodzinnego, ale ojczym nie miał zamiaru okazywać jej współczucia.

Nie pozwolił, by ponownie z nimi zamieszkała.

Musiała więc wrócić do domu dla samotnych matek.

Zaczęły nawiedzać ją myśli o odebraniu sobie życia.

Wydawało jej się, że to dla niej jedyne wyjście z sytuacji i pewnego dnia próbowała to zrobić.

Na szczęście udało się ją uratować.

Nie straciła również ciąży.

Dziadkowie dziewczynki od strony ojca zaproponowali, że to oni zajmą się dzieckiem.

Zaadoptują i zapewnią mu wszystko co najlepsze.

Początkowo nie chciała się na to zgodzić.

Uważała, że sama powinna wychować dziecko.

Ale po jakimś czasie doszło do wniosku, że to racjonalna propozycja.

Że nie może zagwarantować swojej córce dobrej przyszłości.

Sama nie była w stanie sobie zapewnić godnego życia, co dopiero komuś innemu.

Jakiś czas później w jej życiu nastąpił przełom.

Ojczym, którego szczerze nienawidziła, zmarł.

Był to jeden z najszczęśliwszych dni w jej życiu.

Praktycznie od razu wróciła do domu.

Ale nie zmieniła swojego dotychczasowego postępowania.

Dużo imprezowała.

W domu rodzinnym nie mogła liczyć na ciepłe uczucia, nawet po śmierci ojczyma.

Podczas jednej z imprez poznała mężczyznę, który był właścicielem pubu.

Już podczas pierwszego spotkania poszli razem do łóżka.

Od tamtej pory widywali się praktycznie codziennie.

Historia ponownie zatoczyła koło.

Nie minęło dużo czasu, nim kobieta zorientowała się, że jest w ciąży.

Ojciec dziecka początkowo nie był z tego faktu zadowolony.

Spotykała się z przedsiębiorcą w średnim wieku, który miał żonę i dzieci.

Kochanek zabrał ją nawet na kilkudniową wycieczkę do Belgii.

Wydawało jej się, że w końcu poznała tego jedynego.

Tego, który naprawdę ją pokocha i zadba o nią oraz jej dzieci.

Lecz on nie chciał zostawić dla niej swojej rodziny.

Krótko po powrocie przestał się z nią kontaktować.

Definitywnie zakończył ten romans.

Próbowało również odnowić relację z dawnym partnerem, ojcem swojej drugiej córki.

Tym, którego oświadczyny odrzuciła i potem żałowała.

Wróciła do mężczyzny, który miał być ojcem jej trzeciego dziecka.

Gdy odkrył wszystkie romanse, był wściekły i zraniony.

W akcie zemsty również ją zdradzał.

W końcu na świat przyszła ich córka.

Nazwali ją Ana.

23-letnia wówczas Marianę wychowywała już dwoje dzieci.

Ze strony rodziny i znajomych pojawiła się sugestia, że dziewczynka powinna trafić do domu zastępczego.

W ówczesnych warunkach nie mogła skupić się na nauce ani odpowiednim rozwoju.

Marianę znalazła się w lepszej sytuacji niż dotychczas.

Wspólnie ze swoim partnerem prowadziła barę.

Nie mogła więc szczególnie narzekać na kwestie finansowe.

Miała również wsparcie ze strony chłopaka.

Mimo to pewnego dnia podjęła decyzję, by oddać najstarsze dziecko do adopcji.

Sześciolatka trafiła do nowego domu.

Jednocześnie matka postanowiła, by pozostawić przy sobie najmłodszą pociechę, czyli Anę.

Na tę decyzję niewątpliwie miał wpływwnież ojciec dziewczynki.

Początkową myśl o zostaniu ojcem nie wydawała się dla niego zbyt rozsądna, lecz gdy mała przyszła na świat, dość szybko zmienił podejście.

Tworzyli więc trzyosobową rodzinę.

Kiedy Anna dorosła, matka wróciła do pracy.

Czasami opiekowali się nią znajomi rodziców lub członkowie rodziny.

Nie zawsze znalazł się ktoś, kto mógłby mieć na nią oko.

Bywało i tak, że kilkulatka zostawała sama w domu.

Mogła wtedy robić to, na co miała ochotę.

Zdarzało się, że odwiedzała swoje koleżanki.

Kilkukrotnie do swojego domu zaprosił ją Klaus.

Mężczyzna był właścicielem kilku kotków.

Dziewczynka lubiła się z nimi bawić.

Przekroczyła próg jego domu, ale nie opuściła go już żywa.

Klaus Grabowski na pierwszy rzut oka wydawał się zwyczajnym mężczyzną.

Nie przykuwał zbyt wielkiej uwagi.

Pracował jako rzeźnik.

Jednak skrywał mroczny sekret.

Jego ofiarami padły dwie kilkuletnie dziewczynki.

W 1971 roku został aresztowany za usiłowanie napaści seksualnej.

Chciał porwać dziecko.

Na szczęście udało mu się uciec z rąk oprawcy.

Agresor jednak nie chciał dać za wygraną.

Ostatecznie kilkulatka ponownie zbiegła.

Sprawo zostało zgłoszone na policję.

Krótko później Grabowski usłyszał zarzuty.

Jak się okazało, chciał porwać dziewczynkę po to, by ją wykorzystać.

Sąd skazał go na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu.

W 1975 roku odpowiedział za kolejną napaść.

Były psychiatra stwierdził, że czyny Grabowskiego wynikały z nieprawidłowego popędu seksualnego.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że to co zrobił było złe, ale nie potrafił nad tym zapanować.

Sąd uznał, że w takim przypadku mężczyzna powinien trafić do szpitala psychiatrycznego.

Tylko leczenie mogłoby sprawić, że zmieni swoje postępowanie i już więcej nikogo nie skrzywdzi.

W 1976 roku Klaus podjął ważną decyzję.

Jakiś czas później lekarze stwierdzili, że wobec tego szanse na ponowne popełnienie przestępstwa są niewielkie.

Wypisali go ze szpitala, a on wrócił do domu.

Poprosił swojego lekarza prowadzącego o zaprzestanie tej procedury medycznej.

Zaczął przyjmować hormony mające na celu odwrócić skutki kastracji.

Annę upatrzył sobie już jakiś czas wcześniej.

Pod pretekstem zabawy z kotkami zapraszał ją do swojego domu.

Ale zazwyczaj powstrzymywał się od zrobienia jej krzywdy.

Tamtego majowego poranka stało się inaczej.

Szczegóły tej okrutnej zbrodni nie zostały ujawnione opinii publicznej.

Wiadomo natomiast, że wszystko trwało kilka godzin.

Podobno początkowo Klaus chciał puścić Annę wolno.

Nie planował jej zabić, ale ona rzekomo zagroziła, że o wszystkim opowie matce, która od razu pójdzie na policję, chyba, że on daje jej jakieś pieniądze.

Przeczuwał, że dziewczynka i tak na niego doniesie, bez względu na to, czy jej zapłaci, czy nie.

Zdawał sobie sprawę, z czym by się to wiązało.

Trafiłby do więzienia albo wróciłby do szpitala.

Z szafy swojej narzeczonej wyjął rajstopy.

Liczył na to, że uda mu się zatuszować przestępstwa.

Żeby to się udało, musiał ukryć zwłoki.

Włożył je do kartonu, który następnie zawiózł samochodem nad brzeg pobliskiego jeziora.

Ale i tak o wszystkim opowiedział swojej narzeczonej.

Być może liczył na to, że ona zachowa milczenie.

Lecz gdy tylko poznała prawdę, zadzwoniła na policję.

Powiedziała o wszystkim, co wiedziała.

Oni pojechali pod wskazane miejsce, odnaleźli karton ze zwłokami, a następnie pojechali do domu Grabowskiego, aby go aresztować.

Proces ruszył w marcu 1981 roku w Sądzie Rejonowym w Lubece.

W sali rozpraw numer 157 zebrali się sędzia, prokurator, obrońca, oskarżony i świadkowie.

Wśród zeznających znalazło się kilku lekarzy, których pacjentem wcześniej był Klaus, m.in.

Obrona próbowała przeforsować tezę, że terapia hormonalna, przez którą 35-latek przechodził, miała wpływ na jego postępowanie.

Jednak większość z tych argumentów udało się obalić.

Oskarżony przyznał się do winy.

Opowiedział dokładnie, krok po kroku, co wydarzyło się w jego domu.

Nie pominął szczegółów związanych z pozbyciem się zwłok.

Ukrył je w nadziei, że uda mu się uniknąć kary, że nie trafi do więzienia, ani nie wróci do szpitala.

Podkreślił, że dziewczynka zaszantażowała go i to miało największy wpływ na jego decyzję.

Zdaniem prokuratora to wskazywało na to, że mężczyzna działał z premedytacją.

Wręcz przeciwnie.

Klaus był recydywistą.

Miał już wyroki na swoim koncie.

Pomimo deklarowanej poprawy ponownie wkroczył na przestępczą ścieżkę.

Co więcej, trzecie przestępstwo miało znacznie większy ciężar niż dwa poprzednie, bo w końcu pozbawił swoją ofiarę życia.

Wszystko wskazywało na to, że zostanie uznany za winnego i skazany na dożywotnie więzienie.

Zniszczył życie, które dopiero co znalazło się na właściwym torze.

Jej zdaniem oskarżony chciał przerzucić część odpowiedzialności za swój czyn na Anę.

Jak później przyznała w wywiadzie, nie mogła pozwolić na to, by zabójca oczerniał jej córkę.

Trzeciego dnia procesu Klaus miał złożyć wyjaśnienia.

Kobieta obawiała się, jakie tym razem słowa padną z jego ust.

Nie popierała entuzjazmu prokuratora, który uważał, że skazanie i najsurowsza kara są praktycznie przesądzone.

6 marca 1981 roku o godzinie 10 Klaus siedział za ławą oskarżonych.

Nagle do sali wkroczyła Marianę.

Dłonie trzymała w kieszeniach.

Po chwili je wyjęła.

W prawej ręce ściskała pistolet Beretta kalibru 22.

Wymierzyła go w zabójce swojego dziecka.

Przypatrywała się, jak kule wbijają się w plecy trzydziestopięciolatka.

Trwało to przez kilkanaście sekund.

Po chwili ktoś do niej podbiegł, wyrwał broń.

Ktoś inny zakuł jej dłonie w kajdanki.

Nie stawiała oporu.

Po wszystkim powiedziała, Ana, to dla ciebie.

Wezwano pomoc medyczną, ale okazało się, że już za późno.

Późniejsza sekcja zwłok wykazała, że został trafiony sześć razy.

Pociski uszkodziły jego organy wewnętrzne.

Kobieta została oskarżona o morderstwo.

Na początku przyznała, że chciała trafić w jego twarz, a nie plecy.

Kilka lat później twierdziła, że nie zaplanowała tej zbrodni, że działała pod wpływem emocji i chwili.

Jednak gdyby nie myślała o tym wcześniej, nie zjawiłaby się tam z gotowym narzędziem.

W ogóle jak to możliwe, że weszło do budynku sądu z naładowaną bronią?

Otóż procedury bezpieczeństwa wyglądały kiedyś zupełnie inaczej.

Śmierć 35-latka stała się tematem numer jeden w zachodnioniemieckiej prasie.

Podzieliła społeczeństwo.

Niektórzy twierdzili, że nic nie jest w stanie usprawiedliwić odebranie komuś życia.

Wskazywali na to, że samosąd nie jest nigdy odpowiednim rozwiązaniem.

Że Klaus prawdopodobnie zostałby skazany na dożywocie.

I to jedyna kara, którą powinien ponieść.

Nie każdy okazywwspółczucie matce.

Zwłaszcza gdy na jaw wyszły szczegóły z jej życia, m.in.

to, że oddała dwie starsze córki do adopcji.

Jednak sporo osób nazywało ją bohaterką.

Wielu rodziców utożsamiało się z nią i mówiło, że sami postąpiliby podobnie, gdyby znaleźli się w takiej sytuacji.

Część osób bulwersował fakt, że kobieta została potraktowana przez prokuratora tak samo jak oprawca jej dziecka.

Marianę została skazana na 6 lat pozbawienia wolności.

Jeszcze w oczekiwaniu na proces udzieliła kilku wywiadów, za które otrzymała pieniądze.

Zgodziła się na przedstawienie historii swojej oraz córki.

Zarobioną kwotę przeznaczyła na pokrycie kosztów związanych z procesem.

Znajdując się za kratkami pięciokrotnie próbowała odebrać sobie życie.

Na wolność wyszła wcześniej, bo już w 1985 roku.

Krótko później poznała mężczyznę, w którym się zakochała.

Wzięli ślub i przeprowadzili się do Nigerii.

Małżeństwo przetrwało niecałe pięć lat.

Po rozwodzie kobieta przeniosła się na Sycylię.

We współpracy z niemiecką dziennikarką wydała autobiografię.

W latach 90. udzieliła jeszcze kilku wywiadów.

W 1996 roku, w wieku 46 lat, wykryto u niej raka trzustki.

Wróciła wtedy do Niemiec.

Zmarła kilka lat później w szpitalu w Lubece.

Została pochowana obok grobu Anny.

Artykuły Gerharda Małca opublikowane w gazecie Spiegel z 1981 i 1982 roku.

Odcinek materiału wideo pod tytułem Todlische Schüsse im Gerichtsal.

Opublikowany na kanale Der Fall na YouTube 27 lipca 2021 roku.

Artykuł Alice Schwarzer pod tytułem Hattemariane Bachmeierrecht opublikowany w czasopiśmie Emma 1 września 1982 roku.

0:00
0:00