Mentionsy

Historie potłuczone
09.11.2025 16:00

O Marcie, co w wannie chłopaka znalazła

O pielgrzymce, wannie i nie rozmawianiu.

Szukaj w treści odcinka

Znaleziono 260 wyników dla "Komendy Miejskiej PSP w Poznaniu"

No więc, moi drodzy, witam was bardzo, bardzo serdecznie w naszym kolejnym spotkaniu z cyklu Potłuczonych Historii i zapraszam na kolejne ludzkie koleje.

Najpierw będą te koleje krótkie, czyli takie trasy między bliskimi miejscowościami, czyli wasze komentarze.

Może to porównanie nie było zbyt szczęśliwe.

Znaczy nie bardzo długie, ale w sensie o większych historiach.

Posłuchajcie najpierw paru waszych komentarzy.

Odezwała się na szczęście Virginia spod ostatniego odcinka, jeżeli pamiętacie.

Było tam zapytanie, czy będzie żywa.

Melduję się wśród żywych i do tego ogromnie szczęśliwych dzieci Bożych na tym świecie.

Jest bardzo dobrze, bo jestem półtorej tygodnia po operacji i właśnie kończę tort na jutrzejszą osiemnastkę mojego cudownego syna Wincenta, a łzy lecą mi z radości, że mogę to zrobić.

Zbieram się do napisania mojej HP, ale jest ona tak bardzo pokręcona, że trudno mi się w niej połapać, a co dopiero ją opisać.

Ale od ponad dwóch lat uparcie dziękuję Bogu za wszystko.

I to, co ja potłukłam, On tak pięknie zaczął sklejać w moim życiu.

Dziękuję za każdą modlitwę i za to, że jesteś Ojcze Adamie.

Bardzo, bardzo pozdrawiam.

i może kiedyś do usłyszenia w historii potłuczonej.

Pozdrawiam z Komendy Miejskiej PSP w Poznaniu.

Drodzy strażacy, dzięki za wszystko, co robicie i tak trzymajcie.

Krzyśku, Ciebie serdecznie pozdrawiam.

Iwona z kolei.

Drogi Ojcze, ja w kolejnym rzucie nerwicy słucham historii i Twój głos działa jak lek uspokajający, kojący, przynoszący ulgę w cierpieniu.

Proszę o modlitwę o siłę, żeby normalnie żyć bez lęku.

Iwonko, serdecznie Cię pozdrawiam.

Zawsze wiecie, mnie to zadziwia, że coś tu chłop gada do jakiegoś mikrofonu, a ktoś tu akurat przeżywa jakiś trudny czas, bo nerwica się rzuca po raz kolejny, to zaznaje jakiegoś chociaż minimalnego pewnie ukojenia.

Iwonko, modlę się i bardzo byłoby sławie.

Anna zastanawia mnie, czy inni też tak mają, że te ostatnie słowa Ojca Adama, czyli bądźcie dobrzy dla siebie, bądźcie dobrzy dla innych i tak dalej,

Czy wszyscy mówią sobie to na głos?

Mnie to nawet szept wystarcza.

wię je zawsze równolegle z Ojcem, co staje się taką moją małą modlitwą, cichą prośbą i cudowną Bożą przepowiednią.

Dziękuję za te słowa, których spełnienia życzę każdemu z was.

Wiecie, czasem się zastanawiam, bo ja mam bardzo wiele takich rzeczy, które w kółko powtarzam.

Czasem sobie myślę, boże człowieku, jaki ty jesteś nudny.

W kółko gadasz te same teksty, nie?

Ale właśnie czasem trochę o to chodzi, że to się staje taką, nie chcę powiedzieć w złym sensie mantrą, nie?

Tylko wiecie, takim czymś właśnie, co wraca, jak taka kotwica, czego się można uczepić.

Może to właśnie o to chodzi.

Może dlatego z tego braku inicjatywy i nowości Pan Bóg wyciąga też coś dobrego.

Słucham spacerując nad suchym korytem rzeki w południowej Kalifornii.

Jest tutaj szlak pieszo-rowerowy, którym chodzę, żeby wyrobić swoje 10 tysięcy kroków, co w codziennym życiu w USA, gdzie wszędzie się jeździ samochodem, nie jest takie łatwe.

Podczas spacerów towarzyszą mi wasze historie.

Karaobraz tutaj może wydawać się mało zachęcający.

A jednak ten świat tętni życiem.

Spotykam tu mnóstwo fascynujących ptaków i dzikich zwierząt.

Od zwykłych kaczek przez piękne, kolorowe czaple, po kolibry i papugi.

Zdarzają się również wiewiórki, zające, a nawet kojoty.

Zazwyczaj idę szlakiem w lewo na północ, ale dzisiaj lodniany poszłam w prawo.

W małej pozostałości po rzece kąpał się tam szop.

Pomyślałem wtedy, że czasem dobrze wybrać niecodzienną drogę, by spotkać coś niezwykłego.

Pozdrawiam z daleka.

Wiesz, mnie te, ja kojarzę o czym mówisz, te wyschnięte korytarzeki, albo też mnie się one takie kojarzą, wiesz, z tymi takimi...

Macie takie betonowe, to są też na wodę, nie?

Takie jakieś odpływy, które są często przy autostradach, takie bardzo głębokie.

One mi się zawsze kojarzą z Terminatorem, bo jest tam takie ujęcie chyba w drugim, tak?

Chyba w drugim, gdzie Terminator Arnold Schwarzenegger skacze na motorze właśnie z takiego mostu w taki bardzo głęboki korytarz wodny, betonowy.

Super, że ty tam widzisz zwierzęta.

Ja widzę Terminatora.

Kochana, bardzo cię pozdrawiam.

Moi drodzy, jeszcze jeden komentarz, który będzie dla nas wstępem do historii.

Zawsze widzę w tą niedzielę, że i tym razem nie ma mojej HP.

Ale też i zawsze po jej wysłuchaniu jest za każdą z nich ogromna wdzięczność.

Nam wszystkim i ze mną na czele potrzebna.

Kochani, dla mnie jak płachta nabyka, i to może niektórzy trzeba, żeby sobie zapamiętali, chociaż w sumie to nieważne, ale dla mnie naprawdę płachtą nabyka jest to, jak ktoś się domaga, żeby była przeczytana jego historia.

Wtedy macie 100% pewności zasadniczo, że nie będzie przeczytana.

Ja jakoś tak jestem skonstruowany, że wszelka próba wymuszenia zawsze kończy się czymś odwrotnym.

Ale tutaj Marta napisała coś dokładnie odwrotnego, coś bardzo pięknego.

Tak, widzi, że nie ma jej historii, że jest jakaś inna i mówi, o kurczę, jak to dobrze, bo z każdej tej innej wyciągam coś dla siebie.

Znalazłem twoją.

I Marta dzisiaj będzie twoja historia.

Bo potrzebowałem dzisiaj czegoś prostego, pięknie napisanego, z dużą dawką humoru.

I się okazało, że właśnie taka jest twoja historia.

No to czołówka, a potem lecimy.

A to jest odcinek o Marcie, co w wannie chłopaka znalazła.

Moi drodzy, moi mili, moi kochani, moi ulubieni, witam was bardzo serdecznie we właściwej części naszego spotkania i zapraszam, jak już powiedziałem, na historię Marty.

Wiecie, w ogóle mam w sobie taki, już wam to kiedyś mówiłem, taki duży dyskomfort z tym, że tych historii jest tyle, no bo jest ich, jak wam mówiłem, prawie 900 aktualnie.

My czytamy sobie jedną w tygodniu.

I wiem, że wielu z Was oczywiście czeka i bardzo chce.

Ja nie jestem w stanie robić tych odcinków codziennie.

Chociaż czasem myślę, czy może by nie zrobić dwóch tygodni, ale nie chcę się do tego zobowiązywać, bo ja mam tyle tego wszystkiego, kochani, że i tak raz w tygodniu czasem to jest dla mnie dużo, bo jest jeszcze tysiąc innych rzeczy.

Ale staram się, wiecie, jakoś to mieszać.

Aczkolwiek tak sobie pomyślałem chyba, że w następnych odcinkach sięgniemy pewnie po takie jeszcze w ogóle jakieś najstarsze historie, takie z początków, kiedy wysyłaliście, z początków tej dziewięćsetki.

Jakoś tak mieszam, żeby trafiać na te wasze historie po kolei.

Wybaczcie mi, że nie jesteśmy w stanie wszystkich ot tak po prostu przeczytać.

Jedna w niej rzecz jest bardzo piękna, znaczy jest wiele rzeczy bardzo pięknych, ale jedna będzie potem naszym komentarzem.

pielgrzymka dominikańska, skwar, krzyż, poli, jeszcze te cholerne bąble.

Pamiętajcie, jeżeli wam się nie chce, to znaczy, że tym bardziej trzeba.

Bo jest na tym świecie jedna osoba, której bardzo zależy, żeby wam się nie chciało, żeby was odciągnąć od dobra.

Widzicie, mi się nie chce, ale cisnę.

Niewyspana, bez pracy, z złamanym od roku prawie że sercem.

Siedzę taka rozwalona, dosłownie i w przeności, w tych krakowskich stallach u dominikanów w kościele, czekając na początek mszy, która ma zacząć tą dominikańską pielgrzymkę.

Czasem tak macie, że wam się wszystko w życiu wali, ale wiecie tak, wszystko.

I że jedynym słupem, albo nawet w sumie słupkiem, bo takim tyci-tyci, bo to wam przecież nieustannie zły wmawia, że on jest taki tyci-tyci, czyli jedynym słupkiem, na którym się cały wasz świat jeszcze trzyma, jest po prostu tylko Pan Bóg.

To właśnie byłam ja, z takim moim tycim słupkiem, siedząca i ziewająca.

I siada oczywiście w Staldi naprzeciwko.

Pamiętam, że wtedy się tak w niej skuliłam.

Jestem dosyć filigranowa, więc to nie był problem.

I z takim niedowierzaniem, kuląc się jeszcze bardziej ciągle, tylko mówiłam, nie, nie, nie, proszę, nie.

Jak się okazało, później był w innej grupie na tej pielgrzymce, ale wciąż.

Dużo znajomych, wspólne postoje i tym podobne.

Mamy więc małe wprowadzenie w moją psychikę na czas tej pielgrzymki.

Prawda?

Nie płaczę, bo cała woda się ze mnie paruje w związku z tym upałem.

Zawsze myślałam, że kondycję mam niezłą, ale cóż, źle myślałam.

wili, trzeba przeżyć pierwsze trzy dni, a później to już z górki.

Ja już od trzech dni byłam jakby w grobie.

Nie mam pojęcia, jak dawałam radę skończyć żywa każdy kolejny dzień.

Absolutnym już pikiem niesienia przez aniołów był moment, kiedy była już chyba 17 bodaj i można było pomyśleć, że najgorszy upał za nami, a tu nic bardziej mylnego.

Nogi całkowicie odmawiały mi posłuszeństwa na tym asfalcie, naprawdę.

A już pod koniec, mimo okularów przeciwsłonecznych, musiałam iść praktycznie z zamkniętymi oczami, bo oczy tak koszmarnie szczypały, że nie dawałam rady patrzeć gdziekolwiek, a co dopiero przed siebie.

I ta droga, wciąż droga, której nie było końca.

Z pomocą mojego mocarnego anioła stróża dotarłam w końcu jakoś do punktu noclegowego.

A, nie wspomniałem, że szłam w jedynie słusznej grupie, czyli w pokucie.

Tu oczywiście, kochana Marto, to oczywiście mój wtręt, masz rację, tylko to już chyba nie była ta pokuta, bo to już chyba nie była pokuta, w której ja chodziłem, nie?

Tak mi się wydaje.

Tak więc, nie wiedząc za bardzo, co się wokół mnie dzieje, przycupłam sobie na chodniku obok ojca Radka.

Tu jakieś ogłoszenia, ktoś tam coś mówi, a ja siedzę z lekko otwartą buzią, asfaltówka właśnie wyżara mi skórę na łydkach, no i tak siedzę i siedzę i próbuję dożyć, aż to nagle,

Oczywiście u mnie kolejne ała po spieczonym ramieniu.

Mam jeszcze jedno miejsce w aucie.

Chcesz jechać do mnie i się wykąpać?

Skinęłam tylko głową, powiedziałam tylko czyli wiecie, taka Chewbacca style i poczłapałam za nią do auta.

Chwilę później, Boże, jak ja mam wam to opowiedzieć?

Czułam się, jakbym magicznie się znalazła w domu z katalogu IKEA.

Buzia otwarła mi się jeszcze bardziej.

Jak już wspomniałem...

Jestem drobnej budowy, więc gdy wszystkie inne dziewczyny okupowały prysznic, to ja dostałam przykaz, by iść na górę się wykąpać w wannie, bo jest niewielka, a ja też jestem niewielka.

Człapię więc po schodach, człapię i widzę... Kurczę, wanny widzę.

A cała przestrzeń dookoła wypełniona drewnem, bielą granatem i lawendą w drewnianych koszykach.

Jak tak ma niebo wyglądać, to ja bardzo chcę.

Wiecie, jak wtedy się czułem?

Nie wiem, czy czytaliście Harry'ego Pottera i Czarę Ognia.

Jego autorka opisuje, gdy Harry kąpał się w łazience prefektów i te wszystkie cudowności lały się z kranów.

To właśnie byłam ja, tylko ze szczęśliwym dzieciństwem.

Brakowało tylko złotego i piszczącego jaja, choć zapewniam, moja kobieca psychika i wyobraźnia zapewniły podobne wrażenia.

Pamiętam, że tak siedziałam zanurzona w tej wannie wśród tego miliona bąbelków i tak bardzo, ale to bardzo płakałam ze szczęścia.

Że Pan Bóg na to moje obolałe ciało dał mi najlepsze spa na świecie.

Że na moją zmasakrowaną psychikę posłał mi Monikę, która do dzisiaj jest moją serdeczną przyjaciółką.

I że On naprawdę daje więcej niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

No bo właśnie.

No tak, pewnie dobrze myślicie niektórzy.

Trochę się chyba nie tylko we mnie na tej biegrzymce podziało i po kilku miesiącach zostaliśmy parą.

Wiecie, Pan Bóg zrobił jedno, ale do nas należy cała reszta.

Jak mi kiedyś jeden z ojców powiedział, większość naszych problemów bierze się z tego, że ze sobą nie rozmawiamy.

Weźcie to sobie do serca, kochani.

i nie ukrywam, jest mi z tym ciężko.

Jednak w cierpieniu staram się dziękować Panu Bogu za danie kolejnej szansy i tego, że uczy mnie budować relacje, uczy mnie kochać, uczy rozmawiać, szczególnie o tych rzeczach trudnych.

Jak to ksiądz Pawlukiewicz kiedyś trafnie określił, nie jest to drobna uszczelka mówienie Panie Boże, o tu, tu mi napraw, tylko tam dokręć śrubkę, ale tego to już nie dotykaj.

Nie, kochani, to niekiedy jest remont generalny, kucie i wyrywanie pionów.

Boli to jak cholera, nie powiem, ale czymś absolutnie niesamowitym jest, ile dobra Pan Bóg może wyciągnąć z największego nawet nieszczęścia, jakie nas spotyka.

Po co ja to wszystko tu piszę?

By dać świadectwo działania Pana Boga w moim życiu?

No, jak najbardziej tak, ale nie ukrywam, że ta historia może zmotywuje kogoś, by w te wakacje wybrać się w krótką podróż do naszej jasnogórskiej mamy.

Z całym tym swoim syfem, z całym zmęczeniem.

Wiecie, jak ona się później cieszy, jak się do was uśmiecha z tego obrazu.

To taki typowy kochający rodzic.

Jakby mogła się ruszyć z tych ram, to zapewne wybiegałaby naprzeciw wszystkim z otwartymi do kochania ramionami.

Serdecznie pozdrawiam i zapewniam o modlitwie.

I mam nadzieję, Ojcze, że Twoje kolana mają się już lepiej.

Hmm, czyli wtedy musiało być coś z moimi kolanami, bo to było wielokrotnie.

Kochana, tak, w ogóle aktualnie super.

Myślałem, żeby zmienić swoje imię, ale kurczę, ja je strasznie lubię i pasuje ono do mnie wybitnie.

wnież wtedy, kiedy ktoś do mnie podchodzi i mówi Marto, Marto.

I mam ochotę wyjść z kuchni, w której uwielbiam przebywać i przywalić mu patelnią, bo wiem, że i te słowa do mnie pasują.

Jak zapewne do wielu z was.

Ale wierzę, że z Panem Bogiem pomału jakoś to wszystko ogarniemy.

Moi drodzy, moi kochani i kochana Marto, po pierwsze dziękuję za twoją historię.

Wiem, że pewnie by się nadawało, żebym ją przeczytał jakoś, nie wiem, w czerwcu, nie?

Albo jakoś w lipcu, kiedy ruszają te wszystkie, wiecie, pielgrzymkowe szlaki.

Ale myślę, że to nie warto czekać, bo pewnie gdybym czekał, to bym zapomniał.

Więc od razu ją wziąłem na tapet, jak zobaczyłem ten komentarz Marty.

A może to jest zachęta też, wiecie, żeby pójść na przykład na Kamino albo gdziekolwiek indziej.

Kochani, dwie rzeczy chciałbym wam wyciągnąć z tej historii.

Wiem, że może oczywiste, ale wiecie, że najbardziej oczywiste rzeczy to zawsze nie działają, w sensie my ich nie bierzemy do działania.

Pierwsza jest taka i właśnie to odnośnie tej piegrzymki, odnośnie tego, że Pan Bóg lubi działać wtedy, kiedy zaczynamy zajmować się właśnie przez chwilę tylko Nim, tylko sobą.

Kochani, ja na rekolekcjach bardzo często mówię taką konferencję o pragnieniach, o szukaniu własnych pragnień, o tego, czego naprawdę pragniemy.

Ci, którzy byliście na moich rekolekcjach, to pewnie ją często słyszeliście.

Mam takie przekonanie, że większość z nas w ogóle nie ma takich momentów zatrzymania, takich momentów, kiedy można rzeczywiście pomyśleć,

Że większość z nas jedzie na takim autopilocie, bo nam się wydaje, że są pewne oczywiste pragnienia, które mamy, próbujemy je realizować, nawet już nie myślimy, czy właśnie mamy je realizować, tylko po prostu z nimi jedziemy.

No właśnie, a czasem trzeba się zatrzymać.

Trzeba doświadczyć bólu ciała, który odrywa od czasem innych rzeczy i myśleć tak, ja na pewno szukam tego, czego ja szukam, ja na pewno potrzebuję tego, czego potrzebuję, ja na pewno za właściwymi rzeczami gonię w życiu.

Pani większość z nas leci po prostu przez kilkanaście, kilkadziesiąt lat bezmyślnie przez życie, bo myśli, że wie, czego potrzebuje, a bardzo często to, co nam się wydaje, że potrzebujemy, to nie jest to, czego potrzebujemy.

Bardzo często jedziemy na rzeczach, które wcale nie są takie najważniejsze, takie natychmiastowe, takie w ogóle ważne.

Może dla kogoś ma to być rzeczywiście teraz taki moment, kiedy tego słuchasz i zamyślisz, Boże, to przecież jestem ja.

Wyjedź gdzieś na jeden dzień.

Na dwa, jak możesz, na trzy, na tydzień, na miesiąc, na rok.

Wiem, że to dla większości z Was tak długo niemożliwe.

Nawet dla mnie.

Jak ja patrzę, wiecie, na ten swój kalendarz, tam wypłyniony na te dwa, trzy lata do przodu.

Po prostu mam czasem takie coś, wiecie, na któryś rok w końcu wszystko odwołać.

Wiem, ludzie mnie po prostu zabiją, ale czasem chyba trzeba się na to zgodzić, że tak będzie.

Nie w tym sensie uciec, wiecie, bo nie chodzi mi o ucieczkę, tylko zatrzymać się.

Staram się to oczywiście robić w modlitwie, staram się to robić w jakichś takich momentach jednodniowych zatrzymań.

a czasem czuję, że to i tak jest mało, że gdzieś, jak to móww tym, wiecie, moja dusza nie może mnie dogonić, nie?

Znacie tą opowiastkę, nie?

To któryś siłowo obojadęł.

Chodziło o tym, że w Tybecie kiedyś jakaś taka, wiecie, ekspedycja się wybrała, gdzie szarpowie bodajże towarzyszyli tam niosąc bagaże i tak dalej, i tak dalej.

W pewnym momencie siedli.

Siedli i nie chcieli się ruszyć i tak podobno siedzieli przez dwa dni.

I tam były wielkie pretensje.

Zapłaciliśmy wam, wy tu siedzicie, a oni nic nie mówili.

Ale w końcu jakiś taki jeden przewodnik, z którym się dało dogadać, odpowiedział, oni nie mogą iść dalej, bo czekają na swoje dusze, które zostały tam na dole i te dusze muszą ich dogonić.

bo też mam takie wrażenie, że zostawiłem gdzieś moją duszę i ona mnie próbuje dogonić, tylko że ja lecę z tym życiem, bo muszę przecież nagrywać historie potłuczone, bo mam ich przecież 900, a ludzie czekają.

Jakoś tak mnie wycie natknęło, kiedy zobaczyłem tą historię Marty.

Nie spodziewałem się, że to będzie jakaś ta historia, tylko zobaczyłem do niej komentarz i pomyślałem sobie, to zatrzymanie, to jest coś na bardzo potrzebnego.

I to jest już z tej historii tak bardzo wprost.

Zobaczcie, to nie jest taka historia, ok, byłam w wannie i tam właśnie się zaczęło z chłopakiem.

W sensie nie dosłownie, ale od tego momentu ukojenia i tego momentu tej pielgrzymki.

I zauważcie, rozpadło się, bo jak ktoś tam też powiedział, bo nie umieliśmy rozmawiać.

Kochani, ja też jestem przekonany, ja wam to bardzo często powtarzam, że absolutnie kluczową rzeczą w jakiejkolwiek relacji jest umiejętność rozmowy.

I jeżeli się nie nauczymy, jeżeli jej nie praktykujemy od samego początku, to nie ma szans, żeby jakikolwiek związek wyszedł.

Tylko nie wiem, że niektórzy sobie powiecie, ojcze, teraz już tam u nas po kilkunastu, kilkudziesięciu latach małżeństwa on już nie chce gadać, czy ona już nie chce gadać.

A to znaczy, że nie została wykonana przez te lata cała ta praca.

Nie mówię, że nie można tego oczywiście zacząć robić, jeżeli dwie strony chcą, to jasne.

Kochani, szczególnie wy, którzy jesteście jakoś na początku, szczególnie, którzy jesteście jeszcze przed małżeństwem, nie?

Ja uważam, że jednym z tych kryteriów powinno być zadawanie sobie takiego pytania, powiecie, w dwóch, trzech latach związku.

Czy my rzeczywiście rozmawiamy o wszystkim?

Czy są rzeczy, które zostawiamy, które tylko się domyślamy?

Ja tak, wiecie, często słyszę, że ktoś mi tam mówi, ojcze, mam różne wątpliwości, bo takie i takie zachowania tego kogoś mnie tam niepokoją lekko, no ale jakoś tak się staram, żeby mieć dobrą nadzieję.

Czy wy to wszystko przegadujecie?

Ja wiem, że ona nas oczywiście i tak zaskoczy i tak będzie inaczej niż spodziewamy i już myślimy.

Ale czy przegadujemy wszystko?

Jeżeli po dwóch, trzech latach nie masz takiego poczucia, że wy jesteście gadaczami, ciągłymi przegadywaczami wszystkiego, co się dzieje w waszym związku, wszystkich szczególnie trudnych momentów, dokładnie to, o czym tu potem mówił ksiądz Piotr Pawlukiewicz, że nie tylko naprawimy jakieś tam drobne rzeczy, tego razem to wymaga po prostu przejścia przez wszystkie najtrudniejsze sprawy życia.

Jeżeli to się potem też nie dzieje w małżeństwie od początku przez wszystkie lata, to się nie uda.

Kochani, w moim życiu wszystkie relacje, które mi nie wyszły, wszystkie, które nadal nie wychodzą, które jakoś, wiecie, nie umiem ich pobudować, to się właśnie na tym osadzają, że nie umiemy gadać, że nie umiemy, nie potrafimy, nie chcemy w ogóle nawet zacząć często.

I ja wiem, jakie to jest trudne.

Ja wiem, jak sam, wiecie, dla mnie rozmowa z drugim człowiekiem przy tym momencie, kiedy się jest mocno introwertycznym, jest strasznie trudne.

Otwieranie się, Boże, ja się czasem, wiecie, całymi dniami chodzę i się próbuję przełamać, żeby coś ruszyć.

Bo w tym gadaniu się może okazać, że trzeba sobie po prostu powiedzieć dość, bo się okazuje, że nie jesteśmy w stanie się dogadać.

A my razem tylko się spodziewamy, my tylko mamy nadzieję, że będzie lepiej, mamy nadzieję, że jakoś to się ułoży.

Kochani, następna historia, która będzie za tydzień, będzie właśnie trochę o tym.

Miałem ją dzisiaj czytać, ale Marta mnie sprowokowała tym swoim komentarzem.

A to w sumie będzie dobre, bo to będzie dobry wstęp do historii za tydzień, bo ona będzie właśnie o czymś takim.

O takim momencie, kiedy my się ciągle spodziewamy, że będzie lepiej, ciągle sobie wmawiamy, że jakoś damy radę, że to się jakoś poukłada, że...

Mimo, że oczywiście wszystko tam dawno przeczuwamy, wszystko to widzimy, ale nie gadamy, nie rozdrapujemy tego, bo tak naprawdę tylko oni się boimy, że ta rozmowa wszystko zakończy.

Uwaga, i czasem ono właśnie po to jest.

Czasem jest po to, żeby właśnie umieć się otworzyć na siebie i żeby zobaczyć swoje pragnienia, zobaczyć to, czego nam się chce, czego potrzebujemy i te rozmowy nas otwierają na siebie, ale czasem one nas otwierają naprawdę o drugim człowieku i o to, że to nie jest człowiek dla nas.

Więc to nie chodzi o to, że jak będziemy rozmawiać, to zawsze będzie dobrze, tylko wtedy też unikniemy tego, co mogłoby być złe, bo nie gadaliśmy.

Kochani, zawsze mam takie wrażenie, że ludzie, którzy odnoszą jakieś, wiecie, znaczy ponoszą jakieś porażki związkowe, którym się coś tam sypie, to gdzieś tam u początku jest właśnie ten brak otwarcia.

Ja też o tym ciągle gadam na rekolekcjach, pewnie niektórzy macie już tego dość, bo w kółku o tym mówię.

I wiem, jakie to jest trudne w życiu, bo ja sam sobie z tym do końca nie radzę, żeby to było jasne, nie tak, że ja umiem.

Ja też unikam, ja też uciekam, ja też przemilczam, ja też myślę, jakoś się rozwiąże.

I wtedy nawet żadne wanny i nawet takie wanny z Harry'ego Pottera, ceramiczne, czyste złoto, nawet one nie pomogą.

Ciekawe, co tam u Ciebie teraz, bo to jest historia chyba z lipca zeszłego roku, tak mi się wydaje, z 2024, jeżeli dobrze pamiętam, czy jakoś tak.

Ciekawe, co u Ciebie teraz.

Czy kolejna wanna się znalazła, z której się coś wyłoniło?

I mam nadzieję, że jesteś z Panem Bogiem w tym.

Nie można na Niego zwalać.

Wiecie, Pan Bóg zrobił jedno, a do nas należała cała reszta.

Pan Bóg czasem, czasem, nieustannie poddaje pewne sytuacje, poddaje pewnych ludzi, ale to nie znaczy, że On to zrobi za nas.

I jak widzisz, jednak się w końcu doczekałeś.

Ale to już pewnie jak zobaczyłaś tytuł, to wiedziałaś, o co będzie chodzić, bo ty napisałeś tytuł trochę inny, lekko go zmieniłem, ale myślę, że już jak ty go zobaczyłaś, to pomyślałeś, o matko.

Tu w ogóle jestem też ciekawy, wiecie, jak wy czasem pewnie widzicie te tytuły i pewnie się czasem od razu orientujecie, że to chodzi o wasze historie, bo czasem pewnie nie, bo ja je zmieniam, więc może dopiero jak słuchacie to mówicie, o Jezu, on czyta moją.

Jestem zawsze ciekawy, co wy tam wtedy czujecie.

Dzwonicie do mamy, mówicie Mamo, otwieraj YouTube'a!

Niektórzy pewnie się boicie.

A co, jak mnie zwyzywa?

No, nigdy nie wiadomo.

Ale spoko, mamy jeszcze 900 prawie okazji, żebyście się znowu przekonywali.

Kochani, dziękuję Wam za to dzisiejsze spotkanie.

Na pewno się, znaczy mam nadzieję, bo to już nie może być, ale miejmy nadzieję, że za tydzień się znowu spotkamy.

Pamiętajcie, i teraz możemy wszyscy razem, nawet na głos, bądźcie dobrzy dla siebie, bądźcie dobrzy dla innych.

Kochajcie siebie, kochajcie innych, a nade wszystko kochajcie Boga.

Bardzo Was ściskam, pozdrawiam, błogosławię i do usłyszenia za tydzień.